Opowiem Ci pewną historię. Historię, którą poznają jedynie moi bliscy. Wchodzisz więc w świat, który dostępny jest dla tych, których znam, naprawdę znam, czytaj łączy nas coś więcej niż klawiatura komputera.

Zapnij więc pasy, rozsiądź się wygodnie w fotelu i daj sobie kilka minut, aby przeczytać historię, która nie jest związana blisko z butami. Jest związana z dzisiaj i liczbą 22.

Enjoy.

W każdej kulturze znajduje się cyfra/liczba pechowa, element przynoszący tragedię, smutek, a czasami po prostu irytację i wkurwienie. W Japonii jest to 4 (dlatego np. nie było nigdy Asics Gel Lyte 4), gdzieś indziej może to być szczęśliwa dla nas siódemka. My mamy kochaną trzynastkę. Ale w mojej rodzinie, a przynajmniej jej części związanej z moją mamą i mną, pechową liczbą jest 22. Generalnie nie jesteśmy przesądni, nie jesteśmy blisko paniki, kiedy nadchodzi piątek 13-ego, nie łapiemy się za guziki, gdy widzimy kominiarza, ani nie cofamy, gdy czarny kot przebiegnie nam drogę. Mamy to po prostu gdzieś.

Ale 22? Tego nie ignorujemy. W moim samochodzie nie ma opcji, aby ktokolwiek ustawił klimatyzację na 22 (albo 22,5), nie ma opcji, aby radio grało na głośności 22. Zmieniam to w aucie swoim, zmieniam w cudzych. Raz nawet zmieniłem w autobusie. Poważnie. Moja mama uznaje, że to właśnie dwudziestego drugiego każdego miesiąca może przytrafić się nam najwięcej przykrości.

Dlatego właśnie 22-ego nie planuję żadnych wyjazdów (dzisiejszy przełożyłem), staram się nie uprawiać sportu, nie podejmować ważnych decyzji, nie wykonywać ruchów, które mogłyby mi zaszkodzić. Zachowuję się po prostu ostrożnie – dmucham na zimne.

Zaraz dowiesz się dlaczego. Choć, wiem i ja, wie i moja mama, nie ma to żadnego kurwa logicznego wyjaśnienia, że ten 22 to tylko psychodeliczne dwie dwójki w naszej głowie, bo kiedyś moje ramię osrał gołąb tego właśnie dnia (nie stało się to, ale rozumiesz przekaz).

Dziś nawet najmniejsze bzdury poszły nie tak, jak powinny. Codzienne schematy po prostu się posypały – ot tak, bez większego powodu. I niektóre są nawet zabawne.

Wyobraź sobie, że co 2-3 dni chodzę rano na siłownię – kochany McFit, który mam blisko, jest tani, ma dużo sprzętu i miejsca. Muszę chodzić, bo wymaga ode mnie tego waga, a także system pracy – muszę męczyć się fizycznie, aby moja głowa odpoczywała. Dziś rano, nie wiem jakim cudem (mam schemat poranka) zginęło mi 40 minut. Ok, zdarza się. Wsadziłem na tyłek portki, pod nimi standardowo mam odrazu spodenki, aby nie rozbierać się i nie ubieerać dwa razy. To samo tyczy się koszulki, bluzy. Zdejmuję na siłowni co niepotrzebne i idę ćwiczyć.

Daleko nie mam, ale dziś droga zajęła mi 12 minut. Przed samym wejściem okazało się, że nie wziąłem karty członkowskiej. Kumiesz, 40 minut w ryj, teraz o jakieś 7 niż zwykle jechałem na siłownię i muszę pokonać tę drogę jeszcze raz. Wracam, bo nie mam wyjścia – w portfelu były też dokumenty, karty kredytowe i tak dalej.

Pojechałem – wydawało się – drogą łatwiejszą. Cały pierdolony przejazd zatarasowała mi śmieciarka. Ani w prawo, ani w lewo. W ryj kolejne 15 minut. Wyprzedziłem gada … a tu pani rozkraczyła się autem na całej osiedlowej drodze, bo pakowała do samochodu swoją koleżankę. Kolejna piątka do dzienniczka spóźnienia.

Pierdolony dwudziesty drugi.

Wchodząc do domu wiedziałem, że nie ma sensu, bo mam spotkania, sprawy do załatwienia, ale łudziłem się nadzieją, że może zrobię jakiś krótki trening. A gdzie tam, 9:10 na zegarku.

No trudno, zdarza się (zauważ, że któryś raz już się zdarza). Przebiorę się, ogarnę i idę pracować. Ale … wezmę rzeczy na siłownię, może zrobię ją po południu (czego nie lubię). Torbę z resztą sprzętu (buty, ręcznik, etc) zostawiłem w samochodzie. Ok, koszulkę, bluzę i spodenki wezmę w rękę i wrzucę do auta …

I wszystko to, po otwarciu drzwi, wpierdoliło mi się w błoto.

Jak? Nie wiem, nie pytaj. Ale Yeezy też czyściłem z tej brunatnej mazi.

A w pracy ekspres do kawy powiedział – dziś nie pracuję.

Nie wspomnę o pomniejszych fakapach dnia 22 miesiąca lutego. Nie warto. Myślę, że kiedyś wynajmę kogoś z kamerą, aby to nagrał.