O kolejce tylko fragment, potem inne problemy. Enjoy

Nie było. Tzn były, ale większość wróciła szczęśliwa.

Kropka.

I całe szczęście, każdy kto chciał buta kupić, po prostu go kupił, bo po tym jak spadły w Sneakers w Nike, w miarę szybko pojawiły się także na stronie Nike.com. Cała premiera miała jednak bardzo fajny wydźwięk, choćby dlatego, że w Warszawie Kicks Store / SklepKoszykarza zorganizował mega party, na które pojechali ludzie z całej Polski.

Miałem być i ja, ale niestety nie dotarłem, a wiem, że kilka osób chodziło w tłumie i szukało mnie z kieliszkami bidonami z magicznym napojem Michaela.

Brak kolejek oznaczał jedno – buta było bardzo, bardzo dużo. Niektórzy twierdzą, że w ten sposób stracił, albo traci pewnego rodzaju magię. A gówno prawda, bo magia tego akurat buta, jak i kilku innych kultowych modeli związanych z Michaelem Jordanem, to nie jego limitowane ilości, a raczej cała historia stojąca za tym, co dany model i kolorystyka prezentuje.

Przykład? Air Jordan I Bred były wydane aż siedem razy. I co, w dalszym ciągu świat wariuje jak tylko pojawiają się informacje, że czarno-czerwone jedynki wracają. Jasne, gdyby pokazywały się co trzy miesiące, albo co rok, wtedy moglibyśmy mówić o jakimś tam problemie i pewnie zainteresowanie by spadło. Ale hola, hola, mówimy o kilkuletnim cyklu, bo Bred pokazywały się w: 1985, 1994, 2001, 2009, 2011, 2013, 2016. I ok, te cztery ostatnie wydania są od siebie oddalone o 2 i 3 lata, ale stawiam i również w tym momencie, że kolejne nie pojawią się do … 2020 roku.

Poza tym, swojego modelu i tak nie kupili wszyscy, którzy ich chcieli. Znam przynajmniej kilka takich osób. Space Jam? 2002, 2009 i 2016 – serio, nawet w dużych ilościach, uważam, że magia przy trzecim dropie w historii, to nic wielkiego. Myślisz teraz gdzie edycja z roku 1995-1996? Nie było, bo but, w którym Michael Jordan grał w play-off i potem w filmie Space Jam, to pewnego rodzaju wersja PE.

Wydanie 2016, po które kolejki były, jak pewnie wszyscy wiecie, jest bliskie wersji OG. Na plecach 45, podniesiony lakierek.

I burza, jedna, druga. Ktoś co chwilę coś, każdy narzeka, że to nie 2000, że to nie 2009. To za wysoko lakierek, to za duża buła na czubku. Drugi element faktycznie mógł przeszkadzać, ale … popatrzcie na zdjęcie poniżej.

2016 (top) vs. 2009 (bottom)

A post shared by J23 (@j23app) on

Idzie to wszystko dalej – a bo na plecach jest 45. Serio?

Każdy ma prawo mieć swoje zdanie, co więcej na początku też mi coś w tym bucie nie siedziało. Złapałem go jednak w łapy kilka razy i lakierek jest ok, choć sądziłem, że będzie to dla mnie największy kłopot. Toebox? Porównałem go z Jordan 72-10 i to w tych drugich wygląda on gorzej.

Co więcej. Jaramy się wszyscy wersją Air Jordan Grey Suede. No to popatrz. To jest ta sama bryła, ta sama wysokość lakierka (którego tu nie ma, nazywam tę skórę umownie), co w tegorocznych Space Jam.

To samo było w przypadku Air Jordan III True Blue. Narzekanie na to, że odległość wzoru cement była za duża, że paski były za grube, że było ich za mało w stosunku do jakiegoś tam wcześniejszego wydania.

Naprawdę, poważnie, to narzekanie zaczyna być nudne. Ja poważnie kumam, każdy ma prawo mieć swoje zdanie, ale powtarzane w kółko, zaczyna być nudne.

Ten kolejny akapit możesz opuścić, jest napisany aby zademonstrować co słyszę ja i dlaczego mam tego dość.

Rozumiesz, bo możesz myśleć co chcesz, powiesz to raz, czy dwa, wystarczy, a jak powtarzasz wszędzie i każdemu, to trochę nudzisz. Wiesz, bo gadasz o tym cały czas. A co najgorsze, powtarzasz się w kółko. No bo wszystko jest ok, jak człowiek potrafi wyrobić sobie swoją opinię, jeszcze fajniej jak umie ją uargumentować, ale nie mówiąc o tym jakby się zaciął. 

Ehe – wielki problem miałem z napisaniem tego ostatniego akapitu i jest tak samo chujowy, jak to gadanie. O każdym kolejnym modelu, że coś jest z nim nie tak.

I narzekanie nie tylko w przypadku Jordan Brand, ale każdego buta (bo już zaczęło się jęczenie, że adidas Tubular Shadow, to biedna wersja Yeezy). Rozumiem różnicę pomiędzy klasycznym toeboxem w AM1 i obecnych wydaniach, bo tutaj po prostu ktoś spieprzył sprawę i bryłę odrysował od ekierki. Każdy może jednak traktować te zmiany na swój sposób i mówić, że drastyczna zmiana czubka w Air Max 1, jest tak samo istotna jak detale w True Blue, albo, że detale mają znacznie.

Mają, ale nie popadajmy w paranoję. W przypadku Space Jam dostaliśmy naprawdę dobrze wykonany but i do tego klasykę oraz legendę. W przypadku True Blue dostaliśmy (podobnie jak przy jedenastkach) powrót do wersji OG i pleców z Nike Air – to mega sprawa, przynajmniej dla mnie.

Dla Was, dla Ciebie i Ciebie i Ciebie? Nie wiem, może są dla Ciebie ważniejsze rzeczy, może istotne jest to, czy lejce w bucie mają o 2 milimetry mniej niż wydanie z roku XXXX. Zrozum, ja też jęczę i narzekam, też mi się coś nie podoba, czasem się może potem przekonam, ale jak nie siedzą mi czwórki z futerkiem, to wbite w nie mam.

Momentami przypomina mi to rozmowę o NBA – lata 90-te były lepsze niż czasy obecne, 10 lat temu koszykówka była gorsza niż w 1983 i tak dalej i tak w kółko. Poważnie, nie lubisz tego jak gra San Antonio, albo nie podoba Ci się to, że Golden State Warriors podpisali Duranta, a Bulls oddali pół składu i ciągle narzekasz, to może nie oglądaj? No chyba, że narzekanie jest dla Ciebie radością życiową, wtedy oglądaj i endżojuj. W przypadku butów – nie siedzą Ci, nie podoba Ci się ten podniesiony lakierek, uważasz, że bryła jest lipa i nie chcesz ich? No kurwa, mam rozwiązanie – nie kupuj. 

Nie jest to zbyt głębokie, ale genialne, prawda?