Podróżowaliśmy pieszo. Jak w Assassin’s Creed – tak, tej grze. Nie skakaliśmy po dachach, choć próby wejść w dziwne miejsca chodziły nam po głowie.

Przeprowadzę Cię przez kilka rzeczy, ale nie w jednym tekście. Poznasz historię plecaka, dowiesz się o drodze przez Soho i co warto odwiedzić w Londynie, przedstawię Ci też moją opinię na temat całego tego hajpu.

Ale najpierw ogólne wrażenia, czyli drogą Assassinów.

Moja pierwsza w życiu wycieczka do Londynu stała pod znakiem dwóch fikcyjnych postaci. Są nimi Evie i Jacob z londyńskiej wersji Assassin’s Creed.

Londyn? Rewelacja! W ciągu niespełna 35 godzin zrobiliśmy blisko 50 kilometrów na piechotę. Wiedzieliśmy o tym, że będziemy połykać kilometry jak klienci nowe premiery w Supreme, więc musieliśmy mieć na stopach coś wygodnego, w czym to połykanie jest przyjemne.

Padło. Przypadkiem – na Boost. Nie umawialiśmy się, każde z naszej czwórki przyodziało coś siedzącego na tej właśnie podeszwie. 2 x Yeezy 350 V2, Ultra Boost i EQT 93/17. Zresztą po ulicach Londynu śmiga bardzo dużo tej pianki – NMD, Ultra Boost to bardzo, bardzo częsty widok. (Piotrek, Marta – za ten fragment liczę na fajną kampanię na blogu :-))

Dobra, co z tymi Assassinami? Londyn nie jest miastem, którego nigdy nie widziałem. Londyn to miasto, w którym nigdy – do niedawna – nie byłem fizycznie. Jakość przekazów telewizyjnych, telewizja HD, filmy (choćby np. Spectre, Sherlock Holmes, Luther), a także wspomniany Assassin’s Creed Syndicate, powodują, że znasz Londyn, a przynajmniej wiesz z czym masz do czynienia.

W Assassinie, grze która świetnie odwzorowuje to rewelacyjne miasto i jego kultowe zabytki, skaczesz po dachach, wchodzisz na Opactwo Westminster, Na Big Bena, na Tower. Stoisz na mostach i zabytkach. Skrywasz się na skwerkach, skwerkach, które potem – tak jak większość budowli – widzisz na żywo.

I nie na darmo wspominam tego Assassina, bo to gra, w którą grałem stosunkowo niedawno (w końcu pozwolił mi czas) i która mnie wciągnęła. Wspominam ją, bo niejednokrotnie z uśmiechem na pysku rzucałem tekstem – o byłem tu w Assassinie. I tak jak w Assassinie’ my też lataliśmy butem. Przez całe miasto, metra użyliśmy RAZ.

Problem polega na tym, że pewnie 15 lat temu, Londyn zrobiłby na mnie większe wrażenie (nie to, że nie zrobił wcale). Wtedy mieliśmy mniejszy dostęp do dobrej jakości fotografii, świetnych zdjęć i materiałów wideo. HD zabiło moim zdaniem przyjemność zobaczenia czegoś po raz pierwszy w całej okazałości. Różnica jest tylko i aż taka, że Big Ben przed którym stoisz, jest w 3D, ten w telewizorze (nawet tym 3D), nie jest prawdziwie trójwymiarowy.

Wiesz, nie narzekam, ale stojąc przed tym imponującym zegarkiem, chciałem… nie wiem, no miałem potrzebę, żeby pierdolnął mną o ziemię. A on po prostu tam stał, wydawało mi się nawet, że jest niższy jakiś taki. I chciałbym go zobaczyć bez tłumu ludzi dookoła, chciałbym go – jak i większość zabytków – zobaczyć, jak życie miasta toczyło się inaczej, gdy dookoła nie było turystów, gdy Westminster Bridge nie jest zaludniony turystami z aparatami i plecakami – takimi jak ja zresztą. Co więcej, wrócę tam, wejdę do Parlamentu jeśli będzie organizowana wycieczka. Chcę to zobaczyć, poczułem i wiem, że chcę wiedzieć więcej. Nie dzisiaj, nie jutro, ale zdaję sobie z tego sprawę, że chcę więcej.

Między innymi dlatego, że mieliśmy świetnego przewodnika, kolegę Kukiego, pochodzącego z Wrocławia Piotrka, który pracuje w Londynie dla dużych mediów. I także sneakergłowa. Bezczelnie poprosiłem po przybiciu piątki, że chcę słuchać opowieści o stolicy Wielkiej Brytanii. Piotrek stanął na wysokości zadania, albo nawet dalej, za co nigdy, ale to nigdy się nie wypłacę.

To, co usłyszałem, zostanie we mnie na zawsze. Opowieści o budynku Shella, który był pierwszym wyznaczającym korporacyjne standardy dla późniejszych korpo (m.in. stołówka w budynku), o innym, który przerabiany jest na apartamentowiec, gdzie mieszkania będą kosztowały krocie. O Walkie Talkie, tym, który spalił kiedyś Jaguara.

Historie miejsc – tych uznawanych za zabytki. Rewelacja! Dzięki chłopaku!

Dzięki też za szamę, na którą zabrał nas Piru. Top burger z bekonem i super atmosfera. Połazilśmy po Soho, odwiedziliśmy sklepy (o tym w innym tekście krótkiego cyklu London Trip). Energia bijąca od tych ludzi, których tam spotkaliśmy, od tych, którzy nas oprowadzali i przyjęli z otwartymi rękoma, z którymi pojechałem po raz pierwszy do Londynu – poziom nuklearny! Nie wiem jak dziękować.

Jak wspominałem, tekstów o Londynie i moim pierwszym pobycie tam powstanie kilka. W głowie mam cztery. Będzie co czytać. Stay tuned!

Aha, tym razem mamy zdjęcia, które robił Kuki. Nie tak jak po AMDay, gdzie chyba czekaliśmy jak gwiazdy na fotografa 🙂