Powiedz mi, jakich butów szukasz, na jakie buty polujesz, co takiego jara Cię w ostatnim czasie?

Yeezy? Jordan wpółpracujący z Kaws? Znowu Yeezy? A rozglądasz się gdzieś indziej?

KangaRoos Sin City są synonimem kondycji i tego co dzieje się na rynku sneakersowym. Takie przemyślenia naszły mnie podczas jednej, dziesięciominutowej rozmowy. Ten tekst opowie o grzechu. O Twoim grzechu. O moim grzechu. O grzechu pychy, grzechu pożądania i o grzechu zaniedbania.

Każdy z nas wpada czasami w hype, każdy z nas kieruje się tym, żeby do jego kolekcji wpadło to, na co poluje pół świata. I niejednokrotnie powtarzałem, że nie ma w tym nic złego, więc się nie przejmuj. Ale jak ważne jest to, aby spoglądać na boki, nie tylko do góry, musisz sobie uświadomić samodzielnie. Choć nie ukrywam, chciałbym pomóc.

Tak, też czaję się na gorące sztuki. Nie myśl sobie, że jestem jakiś wyjątkowy. Tak jak Ty ślinię się czasem do komputera. Ale dokładam też zwyczajne buty, które stoją na półkach sklepowych i jestem szczęśliwy posiadając je w swoich zbiorach.

Ale zaraz, bo przecież o KangaRoos miało być i o tym, że są jakimś synonimem.

Są. I pewnie w tym momencie czekasz na uzasadnienie. Wiesz, że KangaRoos Sin City to kolaboracja? Wiesz, że but wygląda świetnie, wiesz, że jego nazwa, kolorystyka, XXX na cholewce, to wszystko odosi się do Amsterdamu. Do Miasta Grzechu. Wiesz, prawda?

Ale czy wiesz, że but ten pojawił się w Polsce? Pojawił się w ofercie sklepu Chmielna20. No i co z tego pomyślisz, but jak but, kolaboracja jak kolaboracja, kolejna już przecież. Chmielna poza tym ma już wszystko co tylko da się mieć. Ale wiesz o tym, że to but, którego w sumie było na świecie tak mało, że w normalnej sytuacji, należałoby się o niego zabijać, walczyć pod sklepami, błagać internet, żeby działał nieco szybciej, by tylko dać radę włożyć je do koszyka?

KangaRoos x Sneakerbass Coil R-2 Sin City było jedynie 250 par. Nie w Polsce, nie na Chmielnej, na Świecie!!

I wiesz, że zainteresowanie premierą było zerowe?

Tylko my nie żyjemy w normalnych czasach, żyjemy w czasach hype, a KangaRoos nie znajduje się w tej rozmowie. Nawet jeśli mówimy o kolaboracji i to kolaboracji, której powstało tak mało par.

Sin City, Miasto Grzechu, ale to nie ten but grzeszy, on jest synonimem upadku. Grzeszą Ci, którzy odwracają głowę od takich smakowitych kąsków. Powiem więcej, przyznam się do tego, że gdyby nie jedna z osób związanych z Chmielną, Sin City przeszłoby obok mnie. I nie zakupowo, kij z tym. Tak w ogóle. Wiem, że but się pojawił, ale nie do końca byłem zainteresowany. Jakkolwiek. O tak, po prostu. Nie dlatego, że siedziałem z głową w Yeezy, albo Jordanie, też z tego powodu, ale także z wielu innych. Nie usprawiedliwiam się, cieszę się, że do tej rozmowy doszło, bo powstał kolejny tekst – ten tekst.

Do meritum. Wiesz już jak bardzo masz w dupie wszystko co dzieje się na rynku jeśli nie dotyczy to przehajpowanego zdjęcia? Wiesz, że ten hajp, to tylko mały wycinek całego rynku? Wiesz, że omija Cię tyle pięknych chwil i tyle fajnych butów, bo polujesz na kolejne Yeezy? Wiesz, że są dostępne perełki, które w dłuższej perspektywie dadzą więcej radości i rozwoju butowego, niż to co siedzi na pierwszych stronach magazynów internetowych?

Serio, rynek mieści się też gdzie indziej. Mój ostatni zakup to Nike Blazer Low, jaram się jak dziecko. Jaram się też – co niejednokrotnie podkreślałem – kolejnymi modelami Puma Suede/Clyde, które wpadają do mojej kolekcji bez żadnego problemu. I to nie GR’owe wydania, tylko te kolaboracyjne, te tworzone we współpracy z fajnymi partnerami. To samo tyczy się KangaRoos.

Dziś te buty leżą na półce w sklepie, jutro będziesz wyklinać, że już ich nie ma.

A w kolejnym pamiętniku opowiem Ci o GR. Stay Tuned!