Tagisport

Piotr Kraśko na treningu Futbolu Amerykańskiego?

Mike Tolbert

Ale na raty piszę ten tekst. Miał się ukazać już wczoraj. W tym czasie pojawił się m.in. ten wpis.

Piotr Kraśko zaskarbił sobie wczoraj nienawiść większości sympatyków futbolu amerykanskiego w Polsce.

Nie będę wklejał materiału z wiadomości, bo mój blog, który odwiedzają miliony, nie będzie robił ruchu jakiejś stacji, której mądrala napisał to, co za chwilę przeczytacie, a drugi z uśmiechem na ustach przeczytał.

Kraśko po ośmiosekundowym materiale o SuperBowl, rzekł (parafrazuję)

– To teraz przejdźmy do sportu dla prawdziwych mężczyzn, gdzie nie ma chowania się za ochraniaczami.

Warsaw Sharks już zaproponowali prezenterowi, aby pojawił się na treningu i sam sprawdził jak bawią się nieprawdziwi mężczyźni. Na swój trening zaprosiły go także Warsaw Sirens. Kraśko źle trafił, bo uderzył w środowisko, które absolutnie nie boi się wyzwań. Na zaproszeniach na FB się nie skończyło, zostały też wysłane oficjalne listy, aby mieć pewność, że prezenter otrzyma korespondencję.

Powodzenia Piotrze. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia, o ile masz na  tyle odwagi, aby sprostać wyzwaniu. Bo co będzie? Śmierć, pogrzeb, żałoba w telewizji.

Zresztą polecam ostatni akapit z krótkiego wywiadu z Jędrzejem Steszewskim, prezesem PLFA w Rzeczpospolitej.

To kontuzjogenny sport?

Wszystko zależy od poziomu wytrenowania i przygotowania fizycznego. Inna sprawa, że gdyby nie było ochraniaczy i kasków, to na boisku padałyby trupy. Na początku ubiegłego wieku w USA futbol miał być zakazany, bo na boisku były wypadki śmiertelne. Od tamtej pory pojawiły się ochraniacze.

Oh tak, tekst miał być żartem – chujowym – bo prezenter TVP (i edytor) chciał płynnie przejść do sukcesu piłkarzy ręcznych.

Super. Cieszę się ze zwycięstwa ręcznych i zdobycia brązu, akurat z tych niszowych sportów (o tym dalej za chwilę), ten lubię najbardziej. Grają w niego twardziele, faceci maszyny, mają charaktery podobne do tych, które charakteryzują np. nowojorczyków, czy w ogóle mieszkańców wschodniego wybrzeża USA. Ale do cholery jasnej, ten mecz dla nieprawdziwych mężczyzn oglądało 115 milionów ludzi.

Ja wiem, że żyjemy w kraju, w którym dominantem są siatkówka, żużel, skoki narciarskie i piłka ręczna. Doceniam sukcesy wszystkich wyżej wymienionych. Doceniam, szanuję, toleruję i rozumiem dlaczego to te sporty są najpopularniejsze w tym kraju – bo odnoszą sukces. Tak byłoby też wszędzie indziej. Nie wpadłem i raczej nie wpadnę w XXX-manię. Po prostu nie przepadam za tymi dyscyplinami sportu.

I wybaczcie, powtarzam to dość często na głos, ale jeśli chodzi o aspekt globalny, to najpopularniejsze dyscypliny sportu w Polsce (piłka nożna jest poza nawiasem), to sporty niszowe. W dziesiątce od jakiegoś czasu znajduje się siatkówka, ale w mojej opinii głównie dzięki jej plażowej odmianie. Do tego żaden z zespołów w topie najbardziej wartościowych drużyn świata według magazynu Forbes  nie znalazł się tam dzięki sekcji siatkarskiej.

A do tego, cholera – skoki narciarskie czy żużel?

Dobra, nie będę przeciągał. Każdemu z wymienionych sportów można przyczepić coś, co powoduje, że będzie on wyglądał żałośnie. Każdy ma jednak swojego odbiorcę, a w Polsce do wielu z nich podchodzi się z pogardą, m.in. przez takie zachowania jak Piotra Kraśko. Lud potem powtarza jedną głupotę za drugą.

 

Sto lat za … no nie za murzynami. Za kimś zupełnie innym.

Musimy zmienić nasze tak popularne powiedzonko. My wcale nie jesteśmy sto lat za murzynami. My jesteśmy sto lat za Czechami.

Wielkie budowle chcemy budować, igrzysk i chleba ludziom dać. Jeden złoty medal powoduje, że w kraju nad Wisłą pojawiają się tory dla panczenistów, bobslejowe, a kilka lat temu wszystkie duże miasta Polski budowały swój tor F1. Oczywiście dlatego, że w jeździł tam (nie w Polsce, w F1), Robert Kubica. Do tego jak nie Euro 2012 (do, którego w zasadzie nic nie mam, bo piłka nożna to dla mnie sportowa aberacja i trzeba wyłączać ją z nawiasu sportowego), to Mistrzostwa Świata w siatkówkę, to w koszykówkę Eurobasket mężczyzn i za chwilę kobiet, idiotyczne próby organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Stop. My już udowodniliśmy, że potrafimy organizować duże imprezy (pisał o tym kilka miesięcy temu Paweł Wilkowicz na łamach Sport.pl) po co więc wywalamy kupę milionów Euro na onanistyczne święta, które w dłuższej perspektywie niekoniecznie pchają ten kraj do przodu.

My wiemy, że trzeba budować drogi, że trzeba je naprawiać, rozwijać sieć połączeń kolejowych i autobusowych.

A w tym sporcie, to ludzie rekreacji chcą. Chcą iść i mieć miejsce do spokojnego biegania, pokopania w piłkę (ok, Orliki), etc. Dlaczego bierzemy chcemy robić kilkudniowe imprezy, zamiast długofalowo myśleć o społeczeństwie jako całości?

Dobra, do czego zmierzam.

W ostatnim czasie niczym obuchem, dostałem w twarz czymś, o czym słyszałem w opowieściach moich znajomych, zapalonych golfistów. W skrócie, brzmiały one tak – Pojedź do Czech i zobacz ile tam jest pól golfowych i ile osób gra.

Pewnie sześć więcej niż u nas i gra o tysiąc osób więce. Wielkie mi coś. No i przytrafił się ten strzał jak od Tysona. Jak wiecie z tego i tego i tego tekstu, zacząłem grać. A, że w ostatnich dniach musiałem przebywać nieco dłużej w moim mieście rodzinnym, pomyślałem sobie, że pogram … W Polsce, w okolicach Zgorzelca możecie szukać ewentualnie spalonych samochodów, zakopanych ciał, koszykarskiego mistrza Polski, trzech lokali gastronomicznych na krzyż, wspaniałej starówki w Goerlitz i domu świetnego i docenianego za granicą (w naszym kraju nie) filozofa Jakuba Boehme. A, no i autostrady oraz elektrowni oraz kopalni Turów.

Niemcy? Niestety w bliskiej odległości również nie. Zostały więc Czechy. 40 kilometrów od Zgorzelca, pod zabitą dechami (ale jakże malowniczą) wioską Grabstejn (tak, nie brzmi po Czesku), jest pole.

Jadę.

Screenshot 2014-06-24 08.58.46

Nic szczególnego, w porównaniu do pół klubowych, z _trochę_ wyższego poziomu, tutaj możemy zobaczyć strzelnicę, malutki domek klubowy, który wygląda jak zwykła chata i wcale nie ma w niej nic rewelacyjnego, malutki green do treningu uderzeń po ziemi i oczywiście pole (9 i 18 dołków).

Ah i zapomniałbym przyznać rację Krzyśkowi i Ryśkowi, którzy osobno opowiadali mi to, ilu Czechów gra w golfa. Na polu kilkanaście osób (w dzień u nas wolny, w Czechach pracujący). I wcale nie liczba była zaskakująca, a to KTO przychodzi grać i oddać się rozrywce oraz rekreacji w postaci golfa. O był pan i pani. Niemcy. Z całym wyposażeniem, jak rycerze. I kolejny pan, a za nim grupa chyba z sześciu osób, z wózkami, całym sprzętem potrzebnym do gry w turniejach. Wszyscy uzbrojeni po zęby. Żelastwa w torbach jakby szli na wojnę.

Profesjonaliści myślę, albo przynajmniej nieźle już grający sądząc po tym jaki sprzęt ze sobą przywieźli. No to się mile rozczarowałem. Sam w piłkę trafiam od wielkiego dzwonu, ostatnio raczej robiłem za kosiarkę i Wodnika Szuwarka niż za golfistę, ale oni … o przenajświętszy twórco iPhone’a! Oczy bolały, a w głowie strach, że ktoś czymś cię trafi. Niekoniecznie piłką, bo obawy przed tym, że zaczną latać kije także były ogromne.

Ale ich umiejętności nie mają żadnego znaczenia. Dopiero zaczynają swoją przygodę. Bo chcą, bo wiedzą, że to fajny sposób na spędzenie wolnego czasu. Samotnie lub ze znajomymi. Że to jedna z wielu form rekreacji, a u naszych południowych sąsiadów forma bardzo powszechna. A Czesi to rozumieją. Dlatego budują pola w miejscach, gdzie generalnie są ogromne tereny zwykłej trawy, na wzniesieniach, koło fajnych zameczków. Wykorzystują przestrzeń, nie stawiają obok wielkich budowli, a skromne domki, w których można kupić trochę podstawowego sprzętu (kije, rękawice, wózek, piłki, etc) i nawet zjeść jakiś obiad.

Z ciekawości sprawdziłem ile obiektów golfowych jest w pobliżu styku trzech granic. W okręgu do 40 kilometrów są dwa. Gdy rozszerzymy ten obszar o kolejne 10 kilometrów, znajdziemy cztery obiekty. Wszystkie oczywiście w Czechach. Kolejne 10 kilometrów to już siedem pól! Zgadnijcie gdzie. Następna dyszka – dziewięć – w tym jedno w Niemczech niedaleko Cottbus. 105 kilometrów od Zgorzelca, znajdziemy … 22 pola golfowe. W tym tylko cztery w Niemczech.

Dlaczego 105? Bo tyle mniej więcej jest z Bolesławca do Wrocławia, a mam znajomych, którzy dość często jeżdżą z miasta ceramiki na Toya Golf & Country Club. Jeżdżą też znajomi ze Świebodzic czy Lubina.

1

Może więc zamiast pomysłu na budowę toru bobslejowego, kolejnej imprezy za miliardy złotych, zacząć budować coś pod kątem rekreacji i wypoczynku? Że golf nudny jest i mówię przez pryzmat tego, że się zaraziłem? Biegać nienawidziłem i sam chcę budować kolejne ścieżki, piłki nie lubię, ale wiem, że Orliki są potrzebne. A nasi południowi sąsiedzi, z których tak często się śmiejemy, udowadniają, że ten golf to wcale nie taki dla nikogo i straszny.

Zobacz też: Golf to emocje!!

10 lat spięte piękną klamrą

Od dwóch dni chodzę i gadam sam do siebie, starając się poukładać myśli i wydarzenia, znaleźć wspólne mianowniki, które pozwolą opisać obrazek namalowany przez lata przez artystów.

Niestety, absolutnie nierealnym jest oddanie w skondensowanej formie tego wszystkiego, co działo się przez dziesięć lat. Tekst doskonale poczują kibice Turowa i ci, którzy byli jakkolwiek blisko tej dekady. Ci sami ludzie, którzy pragnęli tytułu dla swojego klubu od lat, pragnęli tytułu, dla klubu który jest oczkiem w głowie tego małego miasteczka. Pragnęli tytułu dla klubu, który w ciągu długiej, dziesięcioletniej nocy zmieniał się z kopciuszka w piękną księżniczkę i modelkę z topu.

A noc ta była niezwykle długa i miała kilka wróżek i niezbyt lubianych sióstr, które kopciuszka pogrążały.  Od awansu do ekstraklasy minęło 10 lat, 120 miesięcy, 3653 dni, 152 472 godziny, 9 148 320 minut, 548 899 200 sekund. W tym czasie w Turowie wydarzyło się bardzo dużo. Nasz kopciuszek był bity przez starszą siostrę, gdy ta kilka razy co prawda zaprosiła kopciuszka na swoją imprezę, ale nie pozwoliła mu pić i podrywać fajnych facetów. Kopciuszek miał tylko jedno pragnienie … pragnienie zwycięstwa nad starszą siostrą w konkursach piękności. Chciał w końcu poczuć szczyt, który był słodkim lizakiem, czekoladowym cukierkiem trzymanym w ręku i zostawiającym ślady na uradowanej twarzy dziecka.

24 May 2010 046-1 copy

Zawsze gorszy, zawsze pokonany, zawsze nie w tej sukience, albo ze złym butem. Kopciuszek powoli dorastał, zaczął korzystać z usług brafiterki, kolekcjonować obuwie od Vivien Westwood oraz chodzić regularnie na mikrodermabrazje.

1375359566-81542500

Możecie mówić co chcecie, ale dla tych, którzy obserwowali rozwój kariery kopciuszka w drodze na szczyt wybiegu, drugie miejsce w konkursach piękności, przegrywanie najpierw ze starszą, a potem z młodszą siostrą, czasem nie wchodzenie nawet do fazy finałowej turnieju, było porażką. Przemilczaną, skrywaną w głębi duszy, ale zjadającą od środka. To wszystko, depresje i płacze w kącie, drugie miejsce, srebro i dyplom oraz nic nieznaczący uścisk prezesa były dla kopciuszka niewystarczające. Mam nawet wrażenie, że był kopciuszek popadł w kompleksy.

 

Życie kopciuszka nie było usłane różami, nie było kolorowe. Było brunatne, niczym węgiel wydobywany niedaleko miasta, z którego kopciuszek pochodzi. Wiecznie drugi. Z wąsem, brzydko ubrany, a porównania do imprez organizowanych u siostry w domku nad morzem, do tych w brunatnej scenerii było niczym jazda Mercedesem i Dacią. Do tego … ten dom. Dramatyczny, ale przytulny dom.

Właśnie. Ten dom. W lecie sauna, w zimie jest jakby wcale go nie było, bo temperatura na dworze i w środku są zbliżone. Do tego mieścił sporo mniej chętnych na balangę niż w domach sióstr. Wszędzie ciasno, stoją jakieś graty. No i ta duchota. Przez lata. A ze względu na konstrukcję domu, nierealnym było montowanie jakichkolwiek udogodnień.

kopciuszek01_web

To po tym domu chodzili menedżerowie kopciuszka, którzy mieli dać mu szczyt. Pierwszy, który otworzył drzwi do tego świata, niestety odszedł. Kolejni pozwalali kopciuszkowi robić małe kroczki do przodu. Niektórzy odchodzili w atmosferze skandalu, inni ze względu na wyczerpanie się formuły współpracy, a inni zmienili swoją ścieżkę kariery. Niektórzy przyjaciele kopciuszka, którzy jego dom znali doskonale, odchodzili do lepszego świata, ich nazwisko i imię na zawsze pozostanie w pamięci tych, którzy na pokazy i imprezy kopciuszka chodzą od lat.

Skorzystał kopciuszek też z wiedzy starszej siostry i wykorzystał elementy jej garderoby, które zdjęły z naszej bohaterki klątwę.

Kopciuszek trafił na swój olimp. Zawiesił na szyi szarfę z najwyższym wyróżnieniem. I to to wyróżnienie jest klamrą, która spina i zamyka wspaniały okres w życiu kopciuszka. Klamra ta jest wielowątkowa, a na jej odnogach znajdują się wspaniałe, dramatyczne i wyciskające łzy z oczu historie. Wspinanie się po drabince popularności, na początku z wykorzystaniem elementów garderoby od lokalnych projektantów. Część z nich cały czas jest nieodłącznym elementem kopciuszkowej układanki. A potem nastawały kolejne, kolejne i kolejne. Każdy z nich niezwykle istotny. Każdy narysował piórem malutkie kropeczki i kawałek dziesięcioletniej klamerki.

Autor tego tekstu też miał okazję widzieć i być blisko rozwoju począwszy od pierwszego nieśmiałego występu na dużej scenie, aż do tego najważniejszego, który był wręcz perfekcyjny. Widział dramaty, rozstania, różnego rodzaju kombinacje, zmiany, które jednym się podobały, inni je uwielbiali, widział upadki i powstania.

Z całą pewnością te dziesięć lat, to nie był zwykły czas, to nie były dni, miesiące i lata, które spokojnie kroczą dalej.

Nie. One się zakończyły. Nie umarły i nie zostaną zapomniane. Ale mistrzowska szarfa zamknęła coś bezpowrotnie. Nie żeby była czymś złym. Jest po prostu końcem pewnej ery i początkiem kolejnej. Zupełnie innej. Teraz wszystko będzie mierzone linijką przykładaną do tego jednego sukcesu. A do tego w nowym domu i to też on jest wyznacznikiem zachodzących zmian. Kopciuszek przestał istnieć. Na nowo rodzi się zupełnie inny organizm. Ten sam, ale inny. Z innymi celami, opisującymi sukces w Polsce jako standard i koncentracji na rozpoczęciu sensownej rywalizacji ze znajomymi sióstr kopciuszka w Europie.

I na koniec wprost. Mistrzostwo Turowa nie przekreśliło historii tego klubu. Ono odkreśliło bardzo grubą kreską wszystko, co miało miejsce wcześniej.

Bp37m63IgAA4L9e

Zobacz też: Jak Bartosz Węglarczyk prawie został zawodowym koszykarzem ;)

American Story X – czyli bezczelny Bartosz Węglarczyk

W tym tekście nie będzie moich standardowych złośliwości. Sorry ;)

Najlepszy dziennikarz wśród koszykarzy, najlepszy koszykarz wśród dziennikarzy. Kto wie. Parafrazuję słowa, które kiedyś po raz pierwszy usłyszałem od historyka ze Zgorzelca. Jego wypowiedź dotyczyła niedocenianego, często nieznanego w Polsce filozofa Jakuba Boehme, którego dom znajduje się w nadgranicznym mieście. Dokładne słowa brzmiały – najlepszy szewc wśród filozofów, najlepszy filozof wśród szewców. 

Mało brakowało, a Bartosz Węglarczyk, którego znacie byłby pierwszym Polakiem w NBA. Determinacji i bezczelności, od prowadzącego Dzień Dobry TVN mógłby się uczyć sam Marcin Gortat. Zakładam się, że nie macie pojęcia, że Bartosz Węglarczyk trenował z Georgetown Hoyas lata przed tym nim ktokolwiek w Polsce (może poza sześcioma osobami) wiedział co to jest Georgetown, a tym bardziej ich drużyna koszykarska.

Skąd to wszystko wiem? Jestem zdania, że światem rządzi przypadek i historię, którą za chwilę poznacie i Wy, ja poznałem przypadkiem. Rozmawialiśmy chwilę na, Twitterze, gdzie Bartek wspomniał o pobycie w Waszyngtonie. Od słowa do słowa i okazało się, że historia jest za długa na 140 znaków. Przenieśliśmy się na mail.

Zastępca redaktora naczelnego w Rzeczpospolitej pisze:

Byłem na stypendium na Georgetown w 1992. Nie miałem pojęcia o niczym i pierwszego dnia poszedłem obejrzeć halę sportową. Grali tam w kosza jacyś faceci. Podszedłem do starszego mężczyzny który stał przy korcie i zapytałem, czy mogę dołączyć. Myśmy wtedy grali w GW w liceum na Zakrzewskiej i chciałem potrenować.

Facet spojrzał na mnie wyraźnie zdumiony i zapytał po chwili, skąd jestem. Opowiedziałem co tam robię, a on kazał mi kupić dobre buty. Za całą kasę, jaką z sobą przywiozłem, kupiłem następnego dnia nowy model Nike Air Jordan i wróciłem.

Trenerem w Hoyas był wtedy John Thompson Jr. Na zdjęciu z Patrickiem Ewingiem i Ronaldem Reganem.
C25882-11A
I potem przez trzy miesiące codziennie, często dwa razy dziennie, grałem z Hoyas, którzy zostali na lato w DC i trener chciał, żeby utrzymywali się w formie. Taki letni obóz Hoyas. Dopiero po 2-3 dniach zorientowałem się, że bezczelnie wprosiłem się na treningi profesjonalistów, a trener mi potem powiedział, że zgodził się, żebym dołączył, bo był totalnie zdumiony moją ignorancją.
Przypadek, który jak już wiemy rządzi światem, spowodował, że Bartek nie spotkał się na parkiecie z Alonzo Mourningiem. Zo, późniejszy gracz NBA w Charlotte Hornets czy Miami Heat, został w 1992 roku wybrany w drafcie do NBA. Czytając to co 22 lata temu przeżył mój rozmówca, zazdrość mnie zjadała. Popatrzyłem na skład Hoyas i jak wiemy nie były to czasy Zo, tym bardziej Patricka Ewinga, Deke lub Allena Iversona, ale był to czas nieco mniej znanego koszykarza – Otthella Harringtona. Harrington grał m.in. w Rockets, Bulls, Knicks czy Grizzlies, ale 1992 rok (wiemy, że był to cudowny rok Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie), był jego pierwszym w Georgetown.
(Był tam także m.in. Don Reid, który grał w Magic, Pistons, Wizards).
30-lecie YES
KMag Magazyn dziękuję za szybki kontakt w sprawie umieszczonego tu logo ich magazynu i zostawieniu u mnie trochę forsy w reklamie na rozwój bloga ;)
Jak radził sobie nasz bohater na parkiecie?
Ci zawodnicy byli wściekli, że jakiś biały kurdupel do nich dołączył, no, ale jak trener kazał, to grałem. Nie pozwolili mi w czasie gry przez te trzy miesiące rzucić ANI JEDNEGO kosza. Czapowali mnie potwornie.
Nie pytałem o nazwiska, które dopuściły się tego czynu (nie czap, tego co za chwilę przeczytacie), ale po trzech miesiącach gry z Hoyas, Bartek pisze, że na treningach Gazety Wyborczej, koledzy chcieli wyrzucić go z drużyny, bo …
… grałem bardzo siłowo i ostro, przepychałem się i faulowałem, bo się przyzwyczaiłem do gry z facetami trzy razy wyższymi ode mnie i pięć razy silniejszymi :)
Słyszałem wiele historii moich kumpli, którzy byli w USA. Niektórzy grali nawet na Rucker Parku, inni siedzieli w trzecim rzędzie trybun podczas ASG, byli na after party, na których byli zawodnicy. Moja friendka Qulka, pojechała do Miami i na pierwszym meczu NBA w swojej karierze trafiła na rekord punktowy LeBrona Jamesa. Uff myślicie, przynajmniej ten gość z telewizji trafił tylko na Harringtona i nie poznał nikogo istotnego. Wrong!
A, mogę jeszcze dodać że na jeden trening wpadł z wizytą do trenera Ewing i graliśmy z nim mecz. Grałem przeciwko niemu i raz mnie przesunął tak, że przeleciałem przez dwa rzędy krzesełek i do dziś podejrzewam, że pękło mi żebro :)
Oto cała historia koszykarska człowieka, którego z koszykówką nigdy byście nie połączyli. Bartek jest także fanem Wizards (wcześniej Bullets) i oczywiście Marcina Gortata.
Ciekawe, prawda?

Jestę kibicę

Dlaczego czasem nie możesz być kibicem, czyli historia, która Was nie zaskoczy.

Zawsze chciałem mieć na koncie trochę więcej zer niż mam. Zer, które są poprzedzone jakąkolwiek cyfrą, bo nic z jednym zerem, czy też nic z dwunastoma zerami nie robi mi różnicy. Zawsze myślałem, że będę mógł wtedy robić co chcę i nikomu nic do tego.

Chcemy łamać konwenanse, bo chcemy być buntownikami. Szukamy bohaterów, którzy walczą z systemem, którzy są Don Kichotami i pomimo tego, że nie wygrają, podziwiamy ich jak wielkich, wspaniałych herosów. A jak przychodzi co do czego i ktoś ma inne zdanie, ktoś wybiega poza granice naszego postrzegania, obruszamy się i zastanawiamy – jak możesz.

Schematy komunikacyjne, schematy zachowań, protokół dyplomatyczny (co myślicie o tym, że Barrack Obama poklepał Bronisława Komorowskiego?), savoir-vivre, czyli w wielu przypadkach po prostu konwenanse. 

Ale i tak lubimy buntowników. Dlaczego cała koszykarska Polska nie lubi więc Janusza Jasińskiego, który nieszablonowo, kontrowersyjnie (sam mówi, że ciekawie), komentuje otaczający go, koszykarski świat?

I wcale nie będę bronił właściciela Stelmetu, nie mam zamiaru, nie mam nawet najmniejszej ochoty. Nie rozumiałem, do wczoraj, zachowania, które wszyscy widzą w telewizji, słyszą w radio i czytają w prasie. Zrozumiałem po kilkunastominutowej rozmowie, którą na zdjęciu uwiecznił Paweł Łakomski. 

Btw – kolekcjonerbutow.pl mówi, że na nogach Air Jordan V Laney, jakby ktoś pytał ;)

BpO1xBjIAAAu14k

Janusz Jasiński to po prostu kibic. Taki jak pan z sektora E z szalikiem, jak pani siedząca przy koszu w koszulce z herbem swojego klubu. Taki sam jak każdy inny, który przeczyta ten wpis. Powiedział mi to sam (delikatnie parafrazuję) – jestę kibicę

Zrobiłem wielkie oczy.

Ale czy Janusz Jasiński, jak i kilku jego poprzedników może być zwykłym kibicem? Szef Stelmetu spytał podobnie – czy ja nie mogę być zwykłym kibicem? Ja nim jestem. 

Moja odpowiedź jest krótka. Nie.

Krwista masakra ślepca

Nie dlatego, że nie pozwalam na to ja, moje zdanie nie jest wyrocznią. Nie dlatego, że nie pozwala na to fan Turowa, Stelmetu, Czarnych, Miami Heat czy Spurs. Raczej dlatego, że szkodzi swojemu klubowi. Pan Janusz w rozmowie, generalnie bardzo spokojniej, skupiał się na tym co robi Turów, co robią inni, jak postępują i kto czego złego nie zrobił w stosunku do jego klubu. Wskazując oczywiście przykład Piotra Stelmacha i tego, że wraz z Saso Avlijasem oszukali rok temu Stelmet. Rozdrażniony powiedział nawet, przyznał że traktował Turów jak starszego brata. I tak, tak było, bo Turów i Stelmet zawsze żyły w zgodzie i przyjaźni na wielu frontach.

Rozumiem frustrację, gdy ktoś zrobi cię w wała. Sam również to przeżywałem. Ale Panie Januszu, od Pana, wymagam ja, a także i pana zielonogórscy fani, dużo, dużo więcej. Jest Pan biznesmenem i to takim z dużymi sukcesami, prowadzi Pan firmy, które pozwalają Panu żyć na poziomie, którego wielu z nas nigdy nie skosztuje. Wie Pan więc jak robi się biznes, spodziewałbym się więc mniej emocji, więcej chirurgicznych i perfekcyjnych cięć. Oszukali mnie? Koniec współpracy w jakikolwiek sposób i na jakiejkolwiek płaszczyźnie. W biznesie skupienie jest na sobie. Dziwię się, że w koszykówce Pan Janusz skupia się na kimś innym.

W tym co widzimy od kilku miesięcy nie ma biznesowego cięcia i precyzji najlepszego chirurga. Jest machanie maczetą na ślepo w sposób znany z filmów Quentina Tarantino. Gdzieś tam czasami trafi i uszkodzi ważny element, ten w który celował. Często są to jednak rykoszety, cięcia na ślepo, które pozostawiają po sobie spustoszenie i ogromny, krwisty bałagan.

Znam podobne historie. Widzę prezesów, właścicieli, którzy przeżywają mecze swojej drużyny. Zachowania niektórych mnie dziwią, inni starają się ukrywać emocje. Oczywiście, że trudniej jest kiedy wydaje się swoje pieniądze. Tacy jak Janusz Jasiński w lidze już byli. Dwa nazwiska – Medeński i Koelner – wymienił sam bohater tego tekstu. Jeden z nich, kiedy wchodził do ligi, był postacią interesującą. Niektórzy znajomi dziennikarze chcieli przeprowadzić z nim długie, ciekawe wywiady. Podczas meczów kadry U18 we Wrocławiu pytali, który to ten prezes. Wskazując na pana w czapce z dzwoneczkami mówiłem – ten. Z rozmowy rezygnowali.

Te sytuacje były dość wymowne. 

Walka, która psuje widowisko

Pan Janusz, chcąc budować swój klub i popularność koszykówki w Polsce (co do tego nie mam żadnych złudzeń) wybrał drogę i sposób walki, który nie tyle nie przystoi, nie tyle łamie konwenanse, co wydaje się być walką kompletnie nieefektywną, walką która nie przyniesie żadnych pozytywnych rezultatów. Choćby nie wiem jak dużo emocji wylewał z siebie Janusz Jasiński.

W tym momencie bardziej szkodzi swojemu klubowi niż mu pomaga. Już nawet fani koszykówki z Zielonej Góry mówią, żeby przewodniczący rady nadzorczej Stelmetu zamilkł. Uwierzcie mi, do tego nie dojdzie. A przynajmniej nieprędko.

Wiemy, że szef klubu z Zielonej Góry mówi dużo. Można porównywać go do Marca Cuba i też się nad tym zastanawiałem. Cuban wiele rzeczy robi z premedytacją, do wczoraj zastanawiałem się czy w ten sam sposób postępuje bohater tego tekstu. Skłaniam się do odpowiedzi – nie. Janusz Jasiński postępuje zgodnie z emocjami, które buzują w nim w danej chwili. Najgorsze jest jednak to, że emocjonalne, agresywne, momentami niebezpieczne, a w innych śmieszne i kuriozalne sytuacje, z którymi mieliśmy styczność w tym finale, niszczą piękno sportowe rywalizacji pomiędzy Stelmetem i Turowem. 

Wszystkie durne przepychanki słowne i kłótnie, praktycznie zabiły dyskusje na temat jednego z najlepszych meczów finałowych w Polsce w ostatnich 30 latach. Dziś mówi się już o czymś innym. 

Smutne. A tak bardzo się staramy na #TBLPL.

Wiecie co wynika z wczorajszej rozmowy, o której chcieliście wiedzieć? Poza tym, że Janusz Jasiński to kibic swojego (dosłownie) klubu, kibic, którego ode mnie czy ciebie różni ilość zer na koncie poprzedzona inną cyfrą, po kilkunastu minutach nie dowiedziałem się niczego nowego. 

Powiedziałem to Januszowi Jasińskiemu, wielokrotnie pytając, czy naprawdę chce mu się tak spalać, zamiast budować, powiem napiszę i wam. Życzę koszykówce więcej takich ludzi, ludzi z pasją, jak Janusz Jasiński, którzy wkładają w ten sport swoje pieniądze. Chciałbym jednak, aby było w tym mniej negatywnych, często niepotrzebnych, a niestety być może i zgubnych emocji.

Golf i emocje? I to przez duże E? Ależ proszę …

Golf to czyste emocje, a raczej umiejętność panowania nad nimi. A to w sporcie, jak doskonale wiecie, jest niezbędne. Panowanie nie znaczy bycie spokojnym, panowanie nad emocjami oznacza umiejętność ich kanalizowania w taki sposób, aby wykorzystać je w miejscach, gdzie będą najbardziej potrzebne.

Tak jest np. w Navy Seals, których uczy się przekształcania zmęczenia, drgawek i osłabienia organizmu w agresję.

Stop, bo wybiegłem za daleko. Miało być znowu o golfie, bo przy poprzednim tekście Kamil napisał taki komentarz:

Jakoś nie czuję się przekonany. Sport to dla mnie emocje przez duże „E”, współzawodnictwo i raczej kontaktowość (stąd nie trawię siatki czynnie i biernie). Golf nie łapie się w żadnej z kategorii.

Obalę to. Nie wszystko, bo nie da się powiedzieć, że golf to sport kontaktowy. Ok, da się, ale będzie to taką bzdurą jak to, że politycy chcą dla nas dobrze.

dzień otwarty golfa 2014 zdjęcia III

Musimy tylko pamiętać o tym, że o emocjach w golfie mówić należy nie przez pryzmat kibica oglądającego, ale kogoś, kto gra choćby amatorsko uderzając dalekie piłki na driving range.

Rozumiem dlaczego mówi się, że w golfie nie ma emocji. Pomyślmy, przecież patrząc na golfa widzimy dziwnie ubranych gości, chodzących w spokoju po trawie, często w pięknym słońcu i do tego jeszcze w kompletnej, głuchej ciszy. Wokół słychać może co jakiś czas szept kolegów lub ćwierkanie ptaków. W najgorszym wypadku obrzydliwi dźwięk wydawany przez owady.

Jakie my tu widzimy emocje? Bo przecież emocje sportowe to przede wszystkim podnosząca się adrenalina wynikająca z rywalizacji z przeciwnikiem, to nerwy powstałe w wyniku okrzyków kibiców i wszystko to co związane jest z istotnymi momentami meczu. Mowa oczywiście o np. byciu pod ścianą i potrzebie wyrównania kiedy w finale Ligi Mistrzów przegrywamy 0:1, trafieniu dwóch osobistych, które doprowadzą do remisu i dogrywki w siódmym meczu finałów NBA, wyprzedzeniu jeszcze jednego kierowcy, aby w F1 wywalczyć tytuł.

W golfie tego nie ma, no bo jak może być? W ten sposób myśli ten, kto nigdy nie miał kija golfowego w rękach. Mnie przekonano wcześniej, przed tym jak pierwszy raz uderzyłem. Po uderzeniu było jeszcze lepiej.

http://instagram.com/p/oJZX6ixtzK/

Emocje w golfie są tylko nieco inne od tych, które możecie wyobrazić sobie gdy czytacie powyższe przykłady. I co więcej, są jeszcze bardziej spotęgowane.

Wiem co myślicie w tym momencie – głupi ten Radzki, opowiada jakieś farmazony. Posłużę się przykładem, który przeżyłem na polu golfowym.

Moje pierwsze zetknięcie z kijem było dość przyjemne. Ryszard Kozieras kilka lat temu wrzucił mi piłeczkę na green treningowy (to pole trawy gdzie jest kilka dołków obok siebie i trenuje się grę po ziemi) i kazał trafiać do dołka. Szło mi nieźle, do momentu kiedy instruktor powiedział mniej więcej takie słowa:

To teraz pokażę ci o co chodzi z emocjami w golfie i pod jaką presją są golfiści. Nawet amatorzy.

Presją myślę, jaką znowu presją. Kazał mi przecież trafić do dołka oddalonego o trzy, może cztery metry. Łatwizna, ale … jak trafię za pierwszym razem, nagrodą będzie piłeczka, którą gram. Piłeczka za kilka złotych, nic specjalnego, nic wielkiego.

Po uderzeniu piłka doleciała może do połowy dystansu, skręcając maksymalnie w lewo. Nie, nie grałem na górce, teren był prosty.

Tak Szczepan, to właśnie taka presja. A teraz pomyśl sobie, że ci w PGA nie grają o piłeczkę za 5 złotych, tylko o miliony dolarów, a każde uderzenie jest warte tyle, co najważniejszy karny w twojej piłkarskiej karierze, czyli ten, który daje tytuł.

Wiem, to jeszcze nie ten poziom emocjonalny, o który Wam chodzi, bo ciągle myślicie pryzmatem piłki nożnej, siatkówki czy hokeja. A ja mówię o największym trudzie świata, panowaniu nad sobą i swoim ciałem w jednym, jedynym istotnym momencie. Bo przecież w piłce nożnej, koszykówce, agresję, gromadzone pod kopułką emocje można rozładować trochę przyśpieszając, nieco przepychając się z rywalem. Nie wyobrażam sobie, żeby w golfie ktoś strzelił kolegę kijem, albo poszedł go (kija, nie kolegę) połamać na drzewie.

Golf jest niezwykle wymagający mentalnie i emocjonalnie. Nie da się uderzyć piłki nie będąc w pełni skoncentrowanym, nie da się zagrać dobrze, kiedy jedno uderzenie nam nie wyszło i zaczynamy się rozpraszać, myśleć o nim i trzymać je w sobie. Golfista musi mieć krótką pamięć, by szybko zapomnieć o porażce z poprzedniego dołka i przejść dalej. Ale tak samo działa to w przypadku wygranej. Idzie ci dobrze, nagle czujesz rozprężenie i piłka ląduje w krzakach dwa pola dalej. Dlaczego? Bo twoja głowa była gdzieś indziej, wsadziłeś w nią myśli, których w tym momencie nie powinno tam być.

Rywalizacja? W jednym momencie rywalizujesz z kolegą, z którym grasz, sam ze sobą, bo chcesz poprawić swój wynik z poprzedniej rozgrywki i walczysz ze wszystkim co jest dookoła. Przyjemny śpiew ptaków, którym rozkoszowałeś się gdy stałeś jeszcze przed tee (ten punkt, z którego się startuje), zaczyna być najbardziej irytującą rzeczą na świecie i masz ochotę zastrzelić to zwierzę, które przeszkadza ci w uderzeniu.

Właśnie w takich momentach w twoim ciele i głowie zachodzą różnego rodzaju procesy chemiczne, a ty musisz je opanować.

Brak emocji? Nie sądzę.

P.S. Mi przeżyć i emocji dostarcza Toya Golf.

Idź pod prąd – będziesz chudy. Albo chuda.

Wziął i podłączył mnie do prądu. Jakbym przynajmniej z uśmiechem na twarzy zamordował kilka osób. Okazało się – jak to zwykle przy podłączeniu do prądu bywa – że to on chciał zamordować mnie.

Niektórzy już może wiedzą, że jakiś czas temu, za uszy z ciepłego łóżka, wytrącając mi lody, czekoladę i coca-colę z ręki, na trening wyciągnął mnie mój znajomy i trener personalny w jednej osobie – Maciek Wolny.

Koks nie powiedział mi jednak, że naprawdę będzie chciał mnie zamordować. Miało być lekko i przyjemnie, było zajebiście, ale seks nawet najbardziej wyczerpujący to nie był. Płakałem, jęczałem i mówiłem – chcę przerwy!

Maciek prowadzi zajęcia różnego rodzaju, ale kilka miesięcy temu zdecydował się na zakup specjalnej maszyny do treningu metodą elektrostymulacji mięśniowej. I jak się już zapewne domyślacie, chodzi o to, że facet podłącza do Was kabelki – tak, tak jakbyście byli jakimś Robocopem – włącza wtyczkę do prądu i patrzy jak daleko się wychylicie. Jak za daleko, to nieco zmniejsza napięcie.

Gdyby nie to, że musiałem ciągle się ruszać, bo inaczej niczym w MMA, prąd by mnie znokautował, to sam miałem kilka razy okazję znokautować mojego ziomka. Co i tak skończyłoby się dla mnie dramatem, bo połamałbym sobie wszystkie kości gdybym spróbował uderzyć tą górę mięśni.

Trening EMS stosują sportowcy – np. Usain Bolt czy wielu bokserów, kolarzy, etc. Trening EMS poprawia wydolność, spala tłuszcz, ćwiczy siłę i wytrzymałość, a do tego nie naraża stawów, bo … no bo, nie dźwigacie żelastwa.

Metoda ta jest niezwykle efektywna, bo człowiekowi, który np. nie ma czasu, bo musi leżeć – jak ja – włącza w głowie zapadkę ej to tylko trzydzieści minut! No i tyle to mniej więcej trwa. Gość pokazuje ćwiczenia, wy ciągle się ruszacie, uginacie kolana, napinacie pośladki, podnosicie wirtualną sztangę, albo robicie głupie wykroki. Wszystko w gustownym, obcisłym kombinezonie, a w moim przypadku z bojlerem w okolicach pasa wiszącym momentami na udach (za dwa lata na kolanach). Generalnie oprócz tego, że jest morderczo i męczycie się cholernie, jest bardzo fajnie.

A ciężarki miałem dla kobiet! ;)

10299061_236630229870489_3499060172622236665_n

Można sobie np. zwymiotować, bo zapomnicie napiąć mięśni brzucha kiedy rozpocznie się kolejny cykl treningowy trwający dziesięć sekund. Natężenie tego jak morderczy prąd chcecie odczuwać można sobie regulować.

Nie da się jednak regulować braku zdolności matematycznych u trenerów personalnych. Pierwszy raz odczułem to na własnej skórze, ale opowiadało mi już o tym kilka osób. Nie wiedzieć dlaczego w normalnym świecie dziesięć znaczy dziesięć. U trenerów personalnych występują np. dwie piątki, albo dwie siódemki. Ewentualnie jest też jeszcze pięć, zrobisz pięć i słyszysz jeszcze trzy. Mogłem uważać na matmie, może wtedy byłoby mi łatwiej to pojąć.

Generalnie – warto. Daje w kość. Zakwasy na tyłku miałem przez trzy dni. Inni znajomi, którzy też byli, mieli podobnie. Nie da się siedzieć. A jak już usiądziecie, to nie da się wstać. Leżeć i przewracać się też się nie da. To jakby plyometrics z P90X, które kiedyś tam udawało mi się robić. Wtedy też jak chciałem się przekręcić w nocy, musiałem się budzić i przesuwać nogi ręcznie.

Ktoś, gdy opowiadałem mu o treningu EMS, powiedział coś w stylu – to takie sauna solution czy inny pas, który można kupić w telewizji? Jak ten prąd, lub Chuck Norris, kopnąłem go w głowę i powiedziałem – taaa, tylko, że za kilkanaście tysięcy Euro i jest to sprzęt profesjonalny.

Dlaczego warto grać w golfa

Zawiodę niektórych. Nie będzie tu ironiczno, cynicznego punktu widzenia i barwnych metafor. Ten wpis będzie bardziej stonowany.

Szczepan wrócił do szkoły.

Prawie dwa lata chodziłem i chciałem zacząć. Dwa lata. Dwadzieścia cztery miesiące. W końcu na kacu, nieświadomy tego co robię, zapisałem się na ten kurs, który tak dawno chciałem zrobić.

Dziś rozpoczynam nauki golfowe, nauki które mają dać mi zieloną kartę i możliwość wejścia i gry na polach golfowych. Moje szkolenie będzie prowadził Filip Naglak, który już kiedyś pokazywał mi jak powinno się trzymać poprawnie kija i ustawiać stopy. Do tego wyjaśni wszystkie drobnostki teoretyczne, które bezpiecznie pozwolą poruszać się po zielonym. A wszystko to w Toya Golf & Country Club, skąd wywodzi się kilku świetnych, młodych golfistów.

Oczywiście nierealnym jest, żeby Filip w kilkanaście godzin nauczył mnie grać, do tego trzeba lat, ale podstawy poznam. Wiem to, bo Filip jest świetnym trenerem.

#sunday afternoon #golf and #relax :-)

A photo posted by @szczepanradzki on

A dlaczego warto?

Bo oferuje on to, czego nie widać gołym okiem, a czego wszyscy szukamy w sporcie, a czasami nawet i nieco więcej.

Rywalizacja z samym sobą – pomimo całej swojej skomplikowanej natury, golf jest rewelacyjny jeśli chodzi o grę z samym sobą. Można wyjść na pole samotnie i pokonać samego siebie w ciągu zaledwie kilku godzin. Jak? Zakładając, że swoją wieczorną, niedzielną grę skończyliście w 75 uderzeniach, a poranną poniedziałkową w 74, to jesteście lepsi od samego siebie. I należy tu zaznaczyć, że rozgrywaliście pełnoprawną partię golfa, bez naginania reguł i uprawiania tylko drobnego wycinka dyscypliny, którą zdecydowaliście się rekreacyjnie uprawiać (jak np. zwykłe strzelanie do bramki, czy tylko rzucanie do kosza bez przeciwnika, nie wspominając o siatkówce, w którą samotnie grać się po prostu nie da).

Udoskonalanie samego siebie – golf odkrywa karty i niedoskonałości. Miejsce na przypadek? Jakieś tam jest, ale generalnie gdy nie pracujesz nad samym sobą lub samą sobą, możesz zapomnieć o grze w golfa. Ten niezwykle techniczny sport wymaga od zawodnika (nawet amatora) ciągłej poprawy, udoskonalania techniki, koncentracji i skupienia na najmniejszych detalach. Nie da się poprawnie uderzać piłki daleko (a to jedno z najłatwiejszych uderzeń) kiedy nie wykonamy poprawnie całego ruchu.

Zabawa – masz kilku znajomych i nie macie co zrobić w sobotnie popołudnie, a chcielibyście spróbować czegoś nowego? Driving range jest dla Was! Nie musicie być golfistami, możecie mieć kija pierwszy raz w rękach, a za kilkanaście złotych będziecie bawić się wyśmienicie. Na każdym polu i strzelnicy, gdy tylko poprosicie, instruktor pokaże Wam jak z grubsza powinno się uderzać, ułożyć ręce i nogi. A następnie wystrzelacie kosz pełen piłek i z każdym kolejnym uderzeniem będzie coraz więcej ochów i achów zachwytu oraz po chwili śmiechu. Te pierwsze padają w momencie w momencie gdy piłka spadnie pod setny metr, a śmiechy są gdy wypatrując piłeczki na niebie, orientujemy się że spadła ona metr od naszych stóp.

Bo fajnie podzielić się czymś innym i nowym ze znajomymi – jeśli jeszcze nie próbowaliście, to musicie uwierzyć nam na słowo, ale nawet po tym jak pójdziecie na strzelnicę, będziecie przez tydzień rozpływać się nad tym jak fajnie było pouderzać w piłeczkę i jak pan instruktor pokazał Wam jak poprawnie trzyma się kij golfowy. A jeszcze jak traficie na kogoś kto opowie Wam trochę o golfie, będziecie czuli się jak dzieci, które ledwo co zeszły z karuzeli.

Świetne miejsce do spędzenia wolnego czasu – jeśli ktokolwiek wątpi w to, że tereny golfowe to piękne i malownicze krajobrazy rodem z amerykańskich filmów, niech po prostu poogląda zdjęcia z Toya Golf & Country Club oraz Gradi Golf Club. Relax, spokój, świetne jedzenie. Czego chcieć więcej.

Brak nacisków – jestem chyba jedyną osobą na świecie, która stara się namówić kogokolwiek do golfa. Osoby, z którymi rozmawiałem, które opowiadały mi o tej fascynującej grze nigdy nie próbowały nakłonić mnie do złapania kija w rękę i rozpoczęcia uderzeń. Jedyną rzeczą, którą mówią zakochani w golfie jest – wystarczy spróbować. Po Wrocławiu, w środowisku golfistów krążą nawet dość śmieszne opowieści, gdzie dwóch przyjaciół często rozmawiało ze sobą na temat tej dyscypliny sportu. Jeden, doświadczony golfista mówił wspomniane już – po prostu spróbuj, ale jak nie chcesz to nie. Drugi w słowach nie nadających się do cytowania odmawiał. Do czasu gdy po raz pierwszy udał się na strzelnicę i pole treningowe. Od tamtej pory gra niemal codziennie.

Brak telefonu komórkowego – można, a czasem nawet trzeba wyłączyć na polu telefon komórkowy. Czy to nie jest wystarczający argument?

Jedzenie – w restauracjach znajdujących się na obiektach golfowych funkcjonuje ta sama zasada, która obowiązuje w hotelach i ośrodkach wypoczynkowych – jedzenie musi być smaczne. Dlaczego? Wszystkie niedociągnięcia infrastruktury wypoczynkowej są wtedy wybaczane, bo najedzony i zadowolony z posiłku klient, to klient, który nie narzeka, a wręcz poleca. Pola golfowe (te poważne), na których znajdują się restauracje raczej nie posiadają niedoróbek, ale oferują znakomite jedzenie. W tych podwrocławskich kuchnię chwalą mniej i bardziej znani goście i bywalcy pól golfowych. Niektórzy straszą nawet, że zmiana kucharza będzie oznaczała także ich rezygnację z opłacania usług restauracji i samego pola.

A gdyby tak wyjść z tego bagna i pomyśleć inaczej?

Lubię chomiki. Szczury też. To takie wspaniałe zwierzątka, które bez większego zastanowienia potrafią wejść na to małe, plastikowo-melatowe ustrojstwo, i biegać bez celu w kółko.

Pomimo tego, że ludzie lubią biegać na bieżniach w siłowni, gdzie podobnie jak chomiki i szczury zapieprzają w miejscu, to jednak lepiej czasem zejść z tej karuzeli prowadzącej zupełnie donikąd.

Byłem malkonentem, ale życie pieprznęło mną o ziemię kilka razy i nauczyłem się przerywać błędne koło. Szukać rozwiązań innych niż te, które wydają się być jedynymi możliwymi.

Chomicza sytuacja ma miejsce we Wrocławiu od kilkunastu ładnych miesięcy. Pisałem o tym już tutaj i tutaj. Nie będę roztrząsał, który chomik ma rację w tej sytuacji, niech zajmą się tym inni ludzie. W mojej głowie urodziło się inne rozwiązanie problemu. Nie mówię, że jest jedyne, nie mówię, że jest idealne, ale jest jakieś tam, ciekawe, inne i sytuację poszkodowanych może przekuć w ewentualny sukces nie jednego, ale wielu klubów sportowych w Polsce.

Czemu Śląsk znalazł się w sytuacji, w której miasto nie chce dać mu pieniędzy? Walkę ego odstawiamy na bok. Jest tak, bo z tego co się orientuję w Polsce nie ma regulacji, które jasno pokażą w jaki sposób wydatkować pieniądze miejskie, czy gminne jeśli chodzi o sport profesjonalny.

Na chwilę obecną przyznawanie opiera się o bardzo prosty mechanizm. Mechanizm wybitnie profesjonalny, który specjaliści od spraw mało ważnych i niepotrzebnych nazwali – widzimisie.

Samorządom potrzebne jest moim zdaniem narzędzie, które jasno określi zasady sponsoringu.

Może to brzmi nieco karkołomnie, ale ja wyszedłbym daleko, daleko poza Wrocław. Uderzyłbym z omim pomysłem prosto na Wiejską. Prosto do Sejmu, pisząc projekt ustawy, który w Sejmie złoży nie kto inny, jak legenda, prezes sekcji koszykarskiej i poseł w jednej osobie – Maciej Zieliński.

Da się przy tym też budować fajny, pozytywny komunikat. Nie chcemy, aby kluby sportowe były traktowane niesprawiedliwie, dlatego uważamy, że potrzeba wprowadzić odgórne regulacje dla wszystkich jednostek samorządowych, tak aby dysponowanie budżetem na sport czy to zawodowy czy młodzieżowy, było klarowne i zrozumiałe dla wszystkich.

Bum. Szach, mat. Ustawa przejdzie? Nie wiadomo, ale wyrwaliśmy się z durnego, błędnego koła, kopania się po jądrach w nadziei, że przyniesie to cokolwiek niż przepychankę, szarpaninę i cholerny ból. Wyszliśmy też daleko do przodu, uciekliśmy z komunikatem daleko, pokazaliśmy, że chcemy zrobić coś sensownego, coś dla ogółu, bo w końcu jesteśmy siedemnastrokrotnym mistrzem kraju, jednym z najbardziej rozpoznawalnych klubów w Polsce, i tak dalej.

Bo lepiej przecież, żeby to nas goniono, niż my mamy gonić kogoś innego no i przede wszystkim fajnie zbiec z tego kołowrotka dla gryzoni.

Ale wróćmy na ziemię, przecież to i tak się nie wydarzy.

Tu nie ma miejsca na czysty sport

Czy wy naprawdę myślicie, że jakikolwiek sportowiec zawodowy hoduje mięśnie na kurczakach i białym serku, a potem idzie i niczym niesiony na skrzydłach miłości z palcem w nosie ustanawia rekord w biegu na 100 metrów?

Przestańcie się oszukiwać. O ewentualnej czystości sportu możecie rozmawiać w kontekście mojego biegania, które ostatnio co chwilę kończy się jakąś kontuzją.

No i nie do końca jest to bieganie czyste, bo namiętnie żrę garściami BCA i wyglądam jakbym wciągał kokainę prosto z dwustu kilogramowego worka.

Amatorzy na siłowni, którzy chcą wyglądać fajnie, żeby laski sikały po nogach wciskają w swoje gardła kilogramy różnego rodzaju odżywek tak naturalnych jak proszek do prania. Spalacze tłuszczu, kleje do mięśni, budulec czy inny xplode, po którym wrzucasz dwunasty bieg.

Jak w tak amatorski sposób robią to Ci, którzy sport uprawiają dla przyjemności zaliczenia kolejnej lub kolejnego, to co robią sportowcy, ci prawdziwi sportowcy, walczący o ogromną kasę, sławę i rekordy?

Lance Armstrong, Marion Jones, afery wokół kobiet błędnie branych za mężczyzn pochodzących ze Wschodnich Niemiec, Carl Lewis, Ben Johnson czy Myślicie, że to odosobnione przypadki?

Mylicie się. To wierzchołek góry lodowej. Ten temat elektryzuje, jest pieprzonym, ogromnym tabu, które zawsze jest pokazywane w kontekście ogromnego skandalu.

Nigdy w kontekście tego, że widzowie chcą bohaterów, chcą poczuć jak piorun zapieprza i bije kolejne rekordy. Chcą widzieć koszykarza, który rzuca 80 i więcej punktów i przez 100 spotkań jest bogiem na parkietach, herosem. Ludzie chcą mieć się z kim identyfikować, ale nie z kimś śmiertelnym. Jarają nas rzeczy, których sami nie potrafimy zrobić, coś ekscytującego, coś wspaniałego.

Myślicie, że tym facetom i zajebiście wyglądającym laskom, śmigającym po bieżniach jak majestatyczne gazele jest łatwo? Nie jest. Czy ja ich właśnie usprawiedliwiam? Hell no. To system, to my wszyscy wykreowaliśmy taki, a nie inny świat wartości w sporcie i przymykamy oko do momentu, aż ktoś wyraźnie nie pokaże nam tego, że nasi idole nie są tak krystalicznie czyści jakby nam się wydawało.

Idea sportu olimpijskiego upadła. Zdechła, umarła niczym trafiona bombą atomową Hiroszima. Nie ma jej od lat i nigdy już nie będzie. Kibice żyją w przeświadczeniu i za cieniutkimi szybami zamazanymi na czarno, które nie pozwalają dostrzec tego co naprawdę dzieje się w świecie profesjonalnego sportu.

A tam dzieją się cuda na kiju. Szpital polowy, laboratorium z najwyższej półki, którego mogliby zazdrościć nawet w NASA.

Kibice nie chcą wiedzieć o tym co dzieje się w szatniach, nie chcą wiedzieć o tym co dzieje się w zamkniętych pomieszczeniach za (przeważnie) szczelną kurtyną. WADA (wiecie, ta agencja, co pilnuje niby czystości w sporcie), co jakiś czas strzela w dużą gwiazdę i udaje, że wszystko jest ok, działa jak należy i jest strażnikiem pieprzonej moralności, o której już sama dawno zapomniała.

Bo zadajcie sobie pytanie – czy WADA ma interes w czystości sportu? Teoria spisku mówi mi, że nie, ale to temat do innej dyskusji.

Wy nie chcecie normalnych ludzi, którzy jak ja, z wielkim brzuchem, tytanem w nodze, pokonają 12 kilometrów i prawie zdechną. A do tego zrobią to w tempie babci z balkonem, albo i wolniej. Nie. Wy chcecie – jak już wspomniałem – bohaterów, niedoścignionych wzorców, kogoś, kogo będzie można pokazywać na okładkach czasopism.

Absolutnie nie zarzucam nikomu koksowania, brania dopingu. Nie usprawiedliwiam. Ale też nie stawiam na stosie zapieprzając dookoła z zapaloną zapałką.

Problemem nie jest to, że sportowcy i ich lekarze są kilka kroków przed przepisami i testami. Problemem dopingowym jest to, że pozwalamy na to, do momentu kiedy ktoś nie wpadnie. Wtedy każdy z nas jest pieprzonym księdzem i świętym, który w duchu myśli o małym chłopcu. Niczym w tym kawale z batonikiem w tle.

Zobacz też: Jak nie radzić sobie w kryzysie