TagiSeriale

Sin City Saints – taki żart z HolyłUdu

SinCitySaints

Nie wiem co to miało być. Naprawdę. Po raz pierwszy usłyszałem o tym nowym serialu podczas jakiegoś programu NBA – chyba był to Open Court, a jednym z gości był Rick Fox.

Fox jest jedną z postaci w Sin City Saints. Serial opowiada o milionerze, bogaczu, tryliarderze, który kupił sobie drużynę NBA. No nie do końca kupił, bo ligę poszerzono i wsadzono do niej zespół z Las Vegas. Czyli jest to odnoga nieudanego projektu (albo będącego w trakcie) wprowadzenia w Las Vegas – siedlisku seksu, hazardu i różnego rodzaju używek, zespołu NBA.

Milioner przypomina z wyglądu hipstera, nie wiem czemu skojarzył mi się z Markiem Zuckenbergiem, skoro aktor miliarder ma brodę, gość od Facebooka nie ma. Nie ma to jednak znaczenia. W zachowaniach i ubiorze jest chyba wzorowany na innym Marku, bo tu przypomina Marca Cubana z Dallas Mavericks. Gada co chce, do kogo chce, jak chce i nie jest posłuszny.

Będzie spojler, ale nie ma to znaczenia, bo serial już w przy pierwszym odcinku jest tak beznadziejny, że ja do trzeciego epizodu raczej nie siądę (bo drugi jeszcze z grzeczności zobaczę), a nikomu nie polecam straty 23 minut na ten gniot i badziew.

Historia pierwszego odcinka krąży wokół kontuzji największej gwiazdy zespołu. Kontuzji, której gracz doznał w kuriozalny sposób, bo został potrącony przez PapaMobile (serio), na parkiecie (serio), podczas prezentacji (serio), po tym jak siedząc w środku zrobił rundkę po placu gry, a za kierownicą siedziała maskotka klubu, za którą przebrał się wspominany właściciel.

4bf45e58f76bcbe2996a4d084d5d1b447a96f966

Sceny w serialu wyglądają jak kręcone przez reżysera amatorskich filmów porno, scenografie są jakby narysowane ołówkiem, kostiumy (choćby koszulki zawodników) wyciągnięte z serialu z lat 80-tych, albo tego filmu o baskecie z Willem Ferrellem. Tamto, choć było słabe, miało zalążek fabuły, tutaj widzę pougniatane wątki, mające kręcić się wokół tego jednego, już wspomnianego. Dla hard-fanów NBA będzie momentami ciekawie, bo są odwołania do Michaela Jordana, kilku sytuacji z ligi. Ale nic poza tym, badziew i badziew.

Ah, Rick Fox. Jest. Tylko nie wiem po co. Wypowiada jakieś dwa zdania, kompletnie sztucznie, bez polotu, jakby był na słabym szkoleniu dla aktorów. Fox jest przystojny – i jestem w stanie powiedzieć to nawet ja (facet) – ale pomimo tego, że w serialach już grał i jak dobrze pamiętam spisywał się nieźle, tutaj wypadł nie tyle blado, co … jak Tyron Lue wpadający pod nogi Allena Iversona.

Dramat.

Producentem serialu jest Yahoo! i rozumiem, że gigant internetowy chce jeść swój kawałek tortu w kategorii seriale, może chce gryźć coś co już je Netflix, ale zamiast wyprodukować swoje dobre ciasteczko, przyszedł na imprezę z zakalcem i do tego takim, który upiekł z kupy gówna.

The Knick? … Nie, dziękuję

1408889532_full.jpeg

Chyba jestem znakomitym przykładem faceta mięczaka. Prawie dwa razy zemdlałem na pierwszym odcinku serialu The Knick. Drugiego już nie zobaczę, bo sama myśl o tym, aby oglądać kolejny epizod, spowodowała odpływ krywi z mojej głowy.

A chciałem, bo Clive Owen to fajny aktor.

Czytałem pobieżnie kilka recenzji, które pojawiły się w necie. Autorzy zachwycali się scenami, w których flaki latają po całym ekranie, goście wkładają kobiecie ręce do rozciętej jamy brzusznej, krew leje się jak wódka na dobrym wieczorze kawalerskim i można ją zlizywać ze striptizerki. Wódkę, nie krew.

Tak zwane realne sceny chirurgiczne, niektórych wprawiają w wielki zachwyt. Mnie wprawiły w wielkie omdlenie. Nie było w tym nic ciekawego, nic fajnego, nic interesującego i wybitnego. Dla mnie, były to sceny obrzydliwe.

Generalnie musiałem otwierać okno, żeby do mojego mózgu dostało się więcej tlenu i żebym nie zsunał się z kanapy jak mały dzieciaczek, któy po raz pierwszy zobaczył krew. Ostatnio coś podobnego przeżyłem podczas seansu Law Abiding Citizen z genialnym w swojej roli Gerarderm Butlerem.

Pamiętacie, scena, w której bezduszny (już) Butler opowiada mordercy jego żony i córki, co dokładnie mu zrobi, kiedy ten będzie przytomny. Wytnie oko, urwie język, wbije gorący pal w jądra czy coś w tym stylu, gdy ten będzie dostawał adrenalinę, aby czuć wszystko. Moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach.

W The Knick … nie musi, wszystko widać. I naprawdę nie jest to –  przynajmniej dla mnie – przyjemny widok.

Krew i flaki mogą latać po ekranie w jakimś filmie gdzie Bruce Willis strąca helikopter z nieba przy użyciu samochodu. Albo inny Sylverster Stalone morduje całą chińską armię jednym nożem i połową magazynku w Berecie. Nie, nie nakryciu głowy, takim pistoletem.

Ale The Knick ma coś w sobie. Ktoś mówi pisze, że to kolejny House, tak długo poszukiwany i wyczekiwany. Tak, widać podobieństwa. Uzależniony od heroiny, lekarz, podobno genialny, wredny i bezwzględny. Podobno też problematyczny. Tego się niestety nie dowiem.

Mimo tego, że nie przepadam za filami w takim klimacie, wolę świat współczesny, albo w 100% kostiumowy, to świetnie ogląda się Nowy Jork z roku 1900. Wartość w The Knick to na pewno pokazanie schematów zachowań tamtejszej służby zdrowia (i pewnie wielu, wielu innych, o czym nie przekonam się z oczywistych względów) ponad 100 lat temu. Wiecie, bicie się (dosłownie) o pacjenta, by potem wyciągać od … w sumie nie wiem kogo, bo nie pokazali tego w filmie, kasę.

Jak ktoś ma mocne nerwy, polecam. Jak nie, lepiej zobaczcie The Last Ship, w którym trawa jest zielona jak nigdzie indziej, niebo niebieskie jak w Photoshopie, a ludzkość może uratować tylko archetyp gladiatora i bohatera – amerykański żołnierzyk w stylu G.I. Joe. Niech Michael Bay robi lepiej Transformers.

Skandal w moim życiu!

Bo public relations, spin-doktor, doradca, to wszystko już było. Teraz specjaliści od tych spraw to fixerzy.

Piękne róże, cudowne wiersze, niewiarygodne spacery i błyszczące w uśmiechu ząbki. Tak wygląda polityka, coś jak miłość. Przynajmniej w USA i przynajmniej powierzchownie.

Pod spodem jest bagno, smród, nienawiść i bezwzględność. Walczące ze sobą tabuny dzikich zwierząt, spuszczone ze smyczy wilki i psy gończe. Zamiatanie spraw, morderstw, oszustw i innego rodzaju skandali pod dywan w cudownym białym płaszczyku i garniturze za 15 tysięcy dolarów. Te poważne decyzje zapadają w jasnych gabinetach, ale przepełnionych syfem głowach polityków i ich doradców. Opinia publiczna nie wie praktycznie nic z prawdziwego świata, który serwują nam panowie, na których głosowaliśmy.

W poniedziałek jesteś przyjacielem, we wtorek wrogiem, a w środę znowu siedzimy razem na kanapie i pijemy wino. Ot, wspaniała demokracja.

To ogólny obraz tego co zobaczymy w Scandalu, serialu od ABC. Moim zdaniem jednym z najlepszych seriali, które ostatnio wziąłem pod lupę. A jest ich – pierdyliard.

Scandal zawrócił mi w głowie i wcale nie dlatego, że Olivia Pope, to przepiękna kobieta. Nie. Scandal to serial, który z odcinka na odcinek twistuje. Ten z rodzaju – jest czwarta rano, muszę wstać o szóstej, ale muszę zobaczyć, co stanie się w kolejnym odcinku. No i nie idę spać.

Każdy odcinek trzyma bardzo wysoki poziom, każdy odcinek otwiera przed nami kolejne wrota do jeszcze bardziej gównianego bagna, w którym siedzą główni bohaterowie. Ci znowu, nawet ci z drugiego planu, są wyraziści, konkretni, świetnie wpisują się w klimat Waszyngtonu i moralno-polityczno-gospodarczych rozgrywek, które serwują nam scenarzyści.

Dla mnie osobiście Scandal ma też warstwę, która wylewa miód na moje serce. To element komunikacji społecznej, public relations. Nie zdradzając szczegółów fabuły, główni bohaterowie, to doradcy, wcale nie specjaliści od PR, jak nazywa się ich w naszym kraju, nie spin-doktorzy, a fixerzy. Przynajmniej tak nazywają sami siebie.

Moim zdaniem to określenie działań podejmowanych przez piarowców idealnie pasuje do obecnych czasów. Dlaczego? Bo, pomimo tego, że nie na tym poziomie (w sumie żenująco niskim), to sam byłem świadkiem takiego naprawiania problemów polityków.

Scandal jest jak ta niedościgniona miłość, ta za którą biegamy i chcemy za wszelką cenę ją zdobyć, ciągle o niej myślimy i zastanawiamy się co dalej, co przyniesie jutro. Wypełnia nasze myśli, nie pozwala się skupić, nie daje nam chwili wytchnienia i chcielibyśmy przez chwilę z nią poprzebywać. Co więcej rozbudza marzenia tak jak z miłością i wyjazdu z nią na wyspy, by oglądać piękne zachody słońca i kochać się na plaży, tak tutaj chcielibyśmy znaleźć się w Białym Domu i uczestniczyć w robieniu TAKIEJ polityki. Nawet pomimo tego, że ta miłość to związek toksyczny, tak polityka jest bagnem, w którym nie warto się taplać, to jednak nasze emocje i ambicje chcą w tym uczestniczyć.

Dziwię się, że Scandal na IMDB oceniany jest na 7.3, bo moim zdaniem spokojnie zasługuje na minimum jeden punkt więcej.

Polecam, Szczepan Radzki! :-)