Tagiopinie

Sin City Saints – taki żart z HolyłUdu

SinCitySaints

Nie wiem co to miało być. Naprawdę. Po raz pierwszy usłyszałem o tym nowym serialu podczas jakiegoś programu NBA – chyba był to Open Court, a jednym z gości był Rick Fox.

Fox jest jedną z postaci w Sin City Saints. Serial opowiada o milionerze, bogaczu, tryliarderze, który kupił sobie drużynę NBA. No nie do końca kupił, bo ligę poszerzono i wsadzono do niej zespół z Las Vegas. Czyli jest to odnoga nieudanego projektu (albo będącego w trakcie) wprowadzenia w Las Vegas – siedlisku seksu, hazardu i różnego rodzaju używek, zespołu NBA.

Milioner przypomina z wyglądu hipstera, nie wiem czemu skojarzył mi się z Markiem Zuckenbergiem, skoro aktor miliarder ma brodę, gość od Facebooka nie ma. Nie ma to jednak znaczenia. W zachowaniach i ubiorze jest chyba wzorowany na innym Marku, bo tu przypomina Marca Cubana z Dallas Mavericks. Gada co chce, do kogo chce, jak chce i nie jest posłuszny.

Będzie spojler, ale nie ma to znaczenia, bo serial już w przy pierwszym odcinku jest tak beznadziejny, że ja do trzeciego epizodu raczej nie siądę (bo drugi jeszcze z grzeczności zobaczę), a nikomu nie polecam straty 23 minut na ten gniot i badziew.

Historia pierwszego odcinka krąży wokół kontuzji największej gwiazdy zespołu. Kontuzji, której gracz doznał w kuriozalny sposób, bo został potrącony przez PapaMobile (serio), na parkiecie (serio), podczas prezentacji (serio), po tym jak siedząc w środku zrobił rundkę po placu gry, a za kierownicą siedziała maskotka klubu, za którą przebrał się wspominany właściciel.

4bf45e58f76bcbe2996a4d084d5d1b447a96f966

Sceny w serialu wyglądają jak kręcone przez reżysera amatorskich filmów porno, scenografie są jakby narysowane ołówkiem, kostiumy (choćby koszulki zawodników) wyciągnięte z serialu z lat 80-tych, albo tego filmu o baskecie z Willem Ferrellem. Tamto, choć było słabe, miało zalążek fabuły, tutaj widzę pougniatane wątki, mające kręcić się wokół tego jednego, już wspomnianego. Dla hard-fanów NBA będzie momentami ciekawie, bo są odwołania do Michaela Jordana, kilku sytuacji z ligi. Ale nic poza tym, badziew i badziew.

Ah, Rick Fox. Jest. Tylko nie wiem po co. Wypowiada jakieś dwa zdania, kompletnie sztucznie, bez polotu, jakby był na słabym szkoleniu dla aktorów. Fox jest przystojny – i jestem w stanie powiedzieć to nawet ja (facet) – ale pomimo tego, że w serialach już grał i jak dobrze pamiętam spisywał się nieźle, tutaj wypadł nie tyle blado, co … jak Tyron Lue wpadający pod nogi Allena Iversona.

Dramat.

Producentem serialu jest Yahoo! i rozumiem, że gigant internetowy chce jeść swój kawałek tortu w kategorii seriale, może chce gryźć coś co już je Netflix, ale zamiast wyprodukować swoje dobre ciasteczko, przyszedł na imprezę z zakalcem i do tego takim, który upiekł z kupy gówna.

Enigma? E. To była tragiczna historia geja geniusza

SHOT_11_029__3092453b

Taki stary człowiek, jak ja, którego wątroba przypomina mu, że nie jest w stanie wypić więcej niż trzy piwa i dwa drinki, w weekendy staram się szukać innych rozrywek, które są nieco mniej wymagające.

Jeśli nie czytacie między wierszami, to śpieszę z wyjaśnieniem – inne rozrywki są tutaj rozumiane jako knajpa, w której dźwięk mieszanej herbaty jest głośniejszy niż muzyka, kino w którym fotele nie powodują bólu pleców lub – jeśli już musimy się ruszyć – parku, w którym nie ma za dużo placów zabaw dla dzieci.

No to może kino? Ok. Polecam The Imitation Game. Pewnie, plujcie na mnie, wiem, że pojawiło się już sporo recenzji tego filmu i że za chwilę pewnie otrzyma za coś Oskara.

SHOT_11_029__3092453b

Musicie iść. Po pierwsze film jest na faktach i opowiada o tym jak Alan Turing łamie szyfrowanie Enigmy. Wokół jest dużo plucia, że w filmie szczątkowo wspomina się o zasługach polskich kryptografów Henryga Zygalskiego, Jerzego Różyckiego i Mariana Rejewskiego, którzy w 1932 złamali Enigmę. Nie będę wnikał w teorie spisku, które twierdzą, że to specjalny zabieg mający na celu doprowadzenie do tego, że zapomni się o wkładzie Polski w rozszyfrowanie Zagadki.

Moim skromnym zdaniem, to nie jest historia łamania Enigmy, to jest historia człowieka, który zapoczątkował koniec świata jaki znaliśmy jeszcze 15 lat temu. Maszyna, którą zbudował Turing, była początkiem komputerów, ale pracował także nad kilkoma aspektami sztucznej inteligencji w obszarach biologii, chemii, fizyki. Do tego jest to tragiczna historia genialnego człowieka, mającego inne upodobania seksualne niż pozwalało na to prawo w Wielkiej Brytanii. Jest to brutalna historia wykluczenia prowadzącego do samobójstwa. Temat wydawałoby się już nieaktualny, ale ciągle przywoływany czy to w kwestiach rasowych, religijnych czy orientacji.

Ja wziąłem z niej jeszcze jeden traumatyczny element – nie wiem dlaczego, ale siedząc na tym wygodnym siedzeniu, nie pijąc nic, bo jeszcze musiałbym iść do toalety, podczas scen bombardowań Londynu, przez moje ciało przepływały emocje, które można opisać – nie jestem w stanie zrozumieć jaki drastyczny sposób i jak traumatycznie II Wojna Światowa odcisnęła swoje piętno na naszych dziadkach. To naprawdę musiało być straszne i rodzi nowy szacunek.

Polecam, nie tylko dlatego, że są tam zagadki, trochę wariactwa, szpiegostwo, czyli to co lubię, ale też dlatego, że dodatkowo Benedict Cumberbacht jest genialny.

Nie byliście? No to do dzieła, bo to jest taki sam must see jak Wataha czy Moneyball.

Aha, no i ten kawałek. Rozpływam się.

2015 – czyli rok Powrotu do Przyszłości

backtothefuturepart2

2015 to chiński rok zielonej owcy (serio), dwusetna rocznica bitwy pod Waterloo, , Goonies będzie miał już 30 lat, 150 lat od zakończenia Wojny Domowej w USA, Władca Pierścieni kończy 60 lat, tyle samo skończy Disneyland, a o 10 mniej Ford Mustang. Minie też 10 lat od śmierci Jana Pawła II – a to dla wielu Polaków ikiezwykle ważna rocznica.

Ale … dla wielu, wielu, wielu innych, 2015 to także rok Powrotu do Przeszłości II. Bo Back To The Future II 25 lat temu miało pokazać nam przyszłość … przyszłość, w której żyjemy. I jak bardzo mylił się film, a w czym miał rację?

Co prawda mamy już elektryczne samochody, ale film rozminął się mocno z tymi latającymi. Nie ma autostrad nad naszymi głowami. Chyba, że mowa o tych, którymi chmury tną skrzydła samolotów.

w640

Całe szczęście rozminął się także z modą, bo wcale nie mam ochoty chodzić w garnku na głowie, albo spandeksie niczym nurek. Szkoda, że dalej nie mamy w pełni działającej deskolotki.

backtothefuturepart2

w640-1

Choć projekt już jest, latał nim nawet Tony Hawk. Deska nie trafiła jednak do szerokiej sprzedaży – tfu, nie trafiła do żadnej sprzedaży. Mam nadzieję, że niedługo będzie można zabijać się przed sklepami nie tylko o kicksy, ale i o latające deskorolki.

Ciągle czekamy też na samosznurujące się kicksy. Nike wypuści w tym roku Nike Mag i to z tym jednym dodatkiem – czyli power laces. Szkoda. Takich stacji benzynowych też nie mamy.

w640-2

Takich stacji benzynowych też nie mamy.

w640-3

Ani kurtek, które same się suszą. Holograficznych filmów nie ma, tak jak reklam, ale Back to The Future II przewidziało, że wróci moda na 3D.

w640-5

Pepsi Perfect też nie pojawiła się jeszcze na rynku. Nasze drzwi nie otwierają się dzięki odciskowi palca, a w taksówkach w sumie mimo Apple Pay czy płatności zbliżeniowych, także nie możemy zapłacić kciukiem. No i nie mamy też samowyprowadzających psy smyczy.

w640-4

w640-7

w640-6

Ah, nie ma też urządzeń od Black&Decker, które pozwalają … no pamiętacie, zrobić pizzę w 3 sekundy.

Mamy za to namiastkę okularów, które nosił syn Marty’ego – tak, mówię o Google Glass. Możemy kontrolować urządzenia elektroniczne głosem – np. Siri.

w640-8

Zdjęcia robimy za to tak jak Doktor Brown – cieniutkimi aparatami.

w640-9

Możemy też dzwonić za pośrednictwem telewizora. Pamiętacie scenę, w której Marty gra w Wild Gunman i używa rąk? Tak, dzieciaki śmiały się z niego, bo używa rąk. Jakby Kinect?

A tak w ogóle, zauważyliście jak potężny był product placement w Back to The Future? Nike (ciekawe czy?), JVC (okulary i telewizory), Pepsi, Texaco.

 

Małego przedsiębiorcę trzeba zgnoić

1418477185_thumb.jpeg

Co za kraj.

Walczmy o prawa, górników, pielęgniarek, małych kotków, homoseksualistów, lekarzy i nauczycieli, pieprzmy przez kilka miesięcy o krzyżyku w klasach szkolnych czy też napadach na tle rasowym.
 
Gówno, za przeproszeniem, kogo obchodzi co rządzący tym krajem robią ze mną i setkami tysięcy małych przedsiębiorców prowadzących jednooosobowe albo dwu-trzy osobowe działalności gospodarcze. 

 
A jesteśmy traktowani jak ta miła i przepiękna młoda dama, która za swój czas poświęcony na cielesne igraszkach jest wykorzystana w każdy możliwy sposób, bo to tu, to tam coś się omsknęło. 

Generalnie ma się do nas o takie o podejście. 

Nikt w pieprzonych mediach nie zająknie się, że rządzący naszą piękną Polską, za naszymi plecami wymyślili sobie kolejny sposób, żeby legalnie ukraść nasze ciężko zarobione pieniądze.

Gdzie jakikolwiek głos o tym, że przedsiębiorcy nie będą za chwilę mogli odliczać pełnego vatu, bo jakiś pajac wymyślił, że ja oszukuję kraj i np. mój telefon jest wykorzystywany do spraw służbowych, ale też prywatnych. Że komputera używam w ten sam sposób, itd, itp. A zaczęło się oczywiście od tego, że vat od paliwa jest rozliczany tylko w połowie. Bo moje auto służbowe jest też wykorzystywane w sprawach prywatnych. Mam jedno auto, w 100% służy mi do spraw służbowych, w prywatnych nie opłaca im się nim jeździć. Dlaczego ktoś chce mnie usilnie przekonać, że jest inaczej, a do tego jeszcze kopie mnie w dupę?! 

Zaraz ktoś mi powie, że jęczę. Ta, może i jęczę. Ale pewnie bym nie jęczał, gdyby wielkie zakłady nie dostawały zniżek na każde pierdnięcie, a Tesco, Real, Auchan, Biedronka czy Careffour nie dostawały zerowego podatku, bo dają ludziom pracę. Ja też daję pracę – sobie i być może jeszcze kilku osobom, z którymi współpracuję etc.

Były nasz premier Donald Tusk walczył od kilkunastu miesięcy o to, aby twórcy płacili podatek dochodowy od 100% przychodu. Czyli zarabiam 100 złotych i płacę 18 czy 19 złotych podatku. Do tej pory jest tak, że płaciło się od 50 procent przychodu, a reszta traktowana była jako koszt uzyskania przychodu. Dla bogatych nie ma różnicy, dla tych zarabiających 2 czy 3 tysiące, to poważna strata. Ruchają nas na każdym kroku, bo nas nikt nie słucha, bo nikogo nie interesuje co mali przedsiębiorcy mają do powiedzenia – przecież prowadzą własny biznes i zarabiają miliardy monet.

Kiedyś, całkowitym przypadkiem, miałem przyjemność porozmawiać ze świetnym ekonomistą, doradcą prezydenta Brazylii. Powiedział mi, że Polska nie wpadła w kryzys, bo trzyma ją mały i średni biznes. A teraz krok po kroku jest zabijany, bo (trochę włączam teorię spisku) góra nie może go kontrolować.

I w mediach cisza.

W telewizji, prasie, radiu i każdym zasranym portalu internetowym mówi się o kolejnej ideologicznej walce o cholera wie co. Mówi się o tym, jak to Tusk nie umie powiedzieć po angielsku zwrotu, którego nawet Anglik nie zna, a Ewa Kopacz ma zdjęcie gdzie krzywo wyszła, albo konwencji PO.

O właśnie, a podczas niej padają takie słowa jak

Demokracja to rządy ludu.

Nóż mi się w kieszeni otwiera jak to słyszę, bo przecież oni robią sobie co chcą nie patrząc na nas.

A potem jest jeszcze zdanie, które pani premier kieruje do Jarosława Kaczyńskiego:

Pan nie rozumie zwykłych ludzi.

Nieważne dla mnie do kogo to powiedziała, ale mówi jakby sama rozumiała. Widać, że tak jest, choćby po próbach i zmianach właśnie uderzających w tych małych przedsiębiorców. 

I gada też o klimacie, wspólnocie. Normalnie jak w kościele. Tak dobrze wszyscy chcą, a tak czuję się zgwałcony i wykorzystany.

 

Bawarę byś chciał, ale tak to plujesz Niemcowi w twarz

Czy ja mam z tym problem? Nie.
Czy mnie to obchodzi? Czasami, gdy zastanawiam się jakie są powody tej nienawiści.

Ale wy tych Niemców nienawidzicie. Wy, młodzi, mniej więcej w moim wieku. Momentami jestem w ciężkim szoku. I nie chodzi o to, że im nie kibicujecie. Chodzi o to, że ich nienawidzicie, bo są Niemcami.

Są tym strasznym okupantem, potomkiem Hitlera, Adolfa tego, który napadł na naszą biedną Polskę. Można mieć w sercu zadrę, można nie do końca za nimi przepadać, bo w końcu wielu z nas przez II Wojnę Światową nie miało okazji poznać dziadka, babci, pradziadka czy prababci. Albo wychowywało się będąc w połowie sierotą.

Rozumiem. Przynamniej się staram, ale nie do końca chcę o tym myśleć, bo łzy pojawiają się w moich oczach, kiedy pomyślę, że mógłbym nie znać, albo nie pamiętać swoich rodziców czy dziadków, lub też stracić w wojnie rodzeństwo.

Tylko, że od wojny minęło już kilka dobrych lat, nienawiść i wyzwiska byłbym w stanie zrozumieć, gdyby padały z ust mojego dziadka, któremu niemieckie kule świstały obok głowy, a wojsko zamordowało brata, ukatrupiło psa i ścigało po całym kraju (cholera wie wtedy co to był za kraj nawet). Ale my? 30-latkowie i zbliżeni?

Taka nienawiść? I to w przypadku piłki nożnej? Cholera, gdyby jeszcze ta niemiecka kadra grała naprzeciwko reprezentacji Polski. Rozumiem sympatie i antypatie, rozumiem kiedy ktoś kibicuje jednej drużynie i jest z nią związany. Ale nie chcę rozumieć nienawiści, szowinizmu i agresji, którą widzę gdy w dużej imprezie sportowej bierze udział np. zawodnik Niemiec, albo Rosji.

Przepraszam, wypisuję się z tego kółka wzajemnej adoracji, poklepywania się po tyłkach z hasłem – kto szkopa bardziej nienawidzi i kto da tej frustracji ciekawsze ujście.

A tak to wyglądało podczas Mundialu. Choć przyznam szczerze, że byłem pod wrażeniem, jak wielu młodych ludzi (tak mniej więcej do 23-25 roku życia), nie tyle wspiera, ale potrafi docenić klasę drużyny Joachima Loewa.

Nie interesowały ich zaszłości, coś co wydarzyło się kiedy ich nie było na świecie. To są teraz inni Niemcy, ci którzy mocno się zmienili, wiem, bo wychowałem się nad granicą, tuż obok niemieckiego miasteczka i jako dziecko też wydawało mi się, że ich nienawidzę. Ale za co? No za to, że po prostu są takiej, a nie innej narodowości.

Mam wielu znajomych pracujących na zachodzie. Niemcy są otwarci. Znajomi żyją godnie, dostają godziwą pensję, nie są traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Rozwijają się, dostali swoją szansę i ją wykorzystują.

No ale może ktoś nie lubi ich za to jak Niemcy grają w piłkę. Ten mechaniczny futbol, ten kontrolowany wielki szwajcarski zegarek. Ta precyzja i nuda.

Mario-Gotze-Goal-Germany-vs-Argentina-World-Cup-Brazil-2014

Stop. Jaka znowu nuda?! Od kilku lat to jest piłka szybka, ładna, efektowna, z duża liczbą podań i wymiany pozycji. Podczas ostatnich Mistrzostw Europy, z tego co pamiętam, grali ładniej niż uwielbiana przez wszystkich wokół Hiszpania.

Do tego, po piłkarskich niepowodzeniach 10, a może 12 lat temu, wprowadzili program naprawczy, zbudowali w klubach struktury wychowujące młodzież piłkarską, stworzyli plan dla reprezentacji narodowej. Wszystko miało ręce i nogi, a efekty widać jak na dłoni. Ten najnowszy to zdobyte w Brazylii Mistrzostwo Świata. Ale ten ważniejszy to to, że za cztery lata w zespole niemieckim prym wiedli będą ci, którzy relatywnie niedawno do kadry dołączyli i już są jej ważnymi ogniwami.

I może by tak brać przykład z tej myśli szkoleniowej? Mamy ją tuż za miedzą.
Kibicujcie komu chcecie, lubcie kogo chcecie, ale czasem warto wyłączyć emocje, bo Wasz feed na Facebooku to niezbyt często prywatna rozmowa z kumplami przy wódce. To widzi więcej osób.

A Ty, za co nienawidzisz Niemców? Za samochody, których pragniesz, za to że płacą dobrze i godnie czy za to, że mają dobrych piłkarzy?

Jak jesteś gwiazdą to wolno ci więcej? No niekoniecznie.

Włos na głowie mi siwieje jak czytam te mądrości o zazdrości, hejtowaniu i inne bzdury, które czytam od wczoraj w internetach. 

No wiecie, mówię o Gortacie i jego braku umiejętności parkowania, który wyłapał skrupulatnie Artur Kurasiński. Generalnie jestem zdania, że Artur śledził Gortata dniami i nocami, żeby złapać w końcu na jakimkolwiek najmniejszym przewinieniu, wykroczeniu, sikaniu w miejscu publicznym, albo puszczaniu bąków w autobusie.

Nieoczekiwanie złapał Gortata w centrum Warszawy. Pewnie mu zazdrości.Tak jak i wszyscy, którzy zachowanie gracza Wizards krytykują. Ja np. zazdroszczę. Bo Gortat świetnie pokierował swoją karierą, gra w najlepszej koszykarskiej lidze świata, zarabia kupę kasy, stać go na różne, rozbija się Porsche (podam numer konta moi drodzy za tą wzmiankę o Was), mieszka na Florydzie, ma dom z basenem i pije driny na łajbie. Człowiekiem jestem, nie stać mnie na takie luksusy, to zazdroszczę. Nie jak debil, który naplułby Gortatowi w klatę (bo nie wiem czy do twarzy bym dopluł), a jak zwykły zwyczajny człowiek.

Zazdroszczę, ale do stu gromów, nie utraciłem zdolności trzeźwego myślenia (mimo tego, że najlepiej myśli mi się po whisky), jak co niektórzy.

Niby nie wolno zwrócić Gortatowi uwagi, że zaparkował w miejscu wybitnie nieprzepisowym? Chodnik, przejście dla pieszych etc. Może niektórzy z Was myślą, że to całkiem w porządku, bo stanął tam tylko na chwilę. No nie, to nie jest w porządku.

Czytam to i mam ochotę napisać maila do Facebooka i Google, żeby ustawili automatyczne bany na internet za takie mądrości. Prostsze będzie chyba jednak przestać funkcjonować w sieci i czytać ten zalew idiotyzmów. Nie zauważyłem nigdzie hejtu na Gortata, zauważyłem prostą ocenę sytuacji.

No ale on tak tylko na chwilę.

I co z tego, się pytam? Mnie policja odholowała w 3 minuty po tym jak pod własnym domem zostawiłem auto, żeby wejść zabrać ładowarkę do telefonu. Tak, każdemu z nas zdarza się łamać przepisy ruchu drogowego, nie znam kierowcy, który tego nie robi, ale czy to jest jakiekolwiek usprawiedliwienie?

Jeśli zastanawiasz się nad odpowiedzią, podpowiem – NIE, NIE JEST.

Jeśli w Twojej głowie właśnie urodził się argument – czepiamy się go, bo jest gwiazdą – to tak, masz rację. Gość taki jak Gortat, albo inna, jakakolwiek gwiazda, celebryta, myśli, że może więcej, bo pozwala mu na to jego status społeczny. Podpowiem – nie, nie może. Wręcz przeciwnie, może mniej, bo jak wie Marcin, jak wie też wielu innych, tacy ludzie znajdują się pod ciagłym obstrzałem mediów, ale i jak wiemy, zwykłych ludzi. Czy Kurasiński wiedział kogo samochód fotografuje przed tym jak pojawił się przy nim koszykarz? Nooooope!

Ludzie, tu nie chodzi o Gortata (sorry chłopaku, wolałbym, żeby był to np. jakiś znany piłkarz). Jest on tylko doskonałym przykładem (bo akurat tak się przytrafiło) bezmózgiego zachowania społeczeństwa w stosunku do celebrytów, polityków i gwiazd różnego rodzaju. To my pozwalamy im na więcej.10421988_783440295031953_5385163281646109749_n

Popełniający wykroczenie drogowe znany koszykarz, zrobił tyle samo złego co np. znany muzyk, albo polityk. Tyle samo złego, co Ty Janku Kowalski i Ty Szczepanie Radzki. W definicji prawo nie widzi, a przynajmniej nie powinno widzieć wyjątku. Bo na chwilę, bo to XXX (nie chodzi w tym tekście wcale o Gortata), bo robi to każdy z nas.

To są usprawiedliwienia. Durne i chore usprawiedliwienia. Nic więcej. Powiem tak – gdyby zablokował wam wyjazd z garażu, na te 30 sekund, czy trzy minuty, pewnie skakalibyście po masce tego pięknego, białego Porsche.

Gortat ma kryzys? Nie, nie ma. Uwierzcie mi, facet zrobił bubę, przejął się osiem sekund i poszedł ze swoim życiem dalej. Komunikacyjnie był to jakiś problem, czy Gortata? Pewnie tak, ale pewnie bardziej zmartwili się panowie od Porsche.

10513278_913507868676341_3585648267591547203_n

Moja rada zażegnania kryzysu. Kodeks to za mało. Zabierzcie mu auto, a warunkiem oddania niech będzie odbycie kursu nauki jazdy (nawet dla picu). Bo wiecie, nasi kierowcy umieją jeździć. Nie ma znaczenia, czy to jazda na torze, czy też w zwykłym ruchu ulicznym w środku miasta.

I tak, pomysł na ugaszenie kryzsysu wpadł mi do głowy, bo jestem zazdrosny.

Zobacz też: Bo do Czech to ja mam … więcej.

Jestę kibicę

Dlaczego czasem nie możesz być kibicem, czyli historia, która Was nie zaskoczy.

Zawsze chciałem mieć na koncie trochę więcej zer niż mam. Zer, które są poprzedzone jakąkolwiek cyfrą, bo nic z jednym zerem, czy też nic z dwunastoma zerami nie robi mi różnicy. Zawsze myślałem, że będę mógł wtedy robić co chcę i nikomu nic do tego.

Chcemy łamać konwenanse, bo chcemy być buntownikami. Szukamy bohaterów, którzy walczą z systemem, którzy są Don Kichotami i pomimo tego, że nie wygrają, podziwiamy ich jak wielkich, wspaniałych herosów. A jak przychodzi co do czego i ktoś ma inne zdanie, ktoś wybiega poza granice naszego postrzegania, obruszamy się i zastanawiamy – jak możesz.

Schematy komunikacyjne, schematy zachowań, protokół dyplomatyczny (co myślicie o tym, że Barrack Obama poklepał Bronisława Komorowskiego?), savoir-vivre, czyli w wielu przypadkach po prostu konwenanse. 

Ale i tak lubimy buntowników. Dlaczego cała koszykarska Polska nie lubi więc Janusza Jasińskiego, który nieszablonowo, kontrowersyjnie (sam mówi, że ciekawie), komentuje otaczający go, koszykarski świat?

I wcale nie będę bronił właściciela Stelmetu, nie mam zamiaru, nie mam nawet najmniejszej ochoty. Nie rozumiałem, do wczoraj, zachowania, które wszyscy widzą w telewizji, słyszą w radio i czytają w prasie. Zrozumiałem po kilkunastominutowej rozmowie, którą na zdjęciu uwiecznił Paweł Łakomski. 

Btw – kolekcjonerbutow.pl mówi, że na nogach Air Jordan V Laney, jakby ktoś pytał ;)

BpO1xBjIAAAu14k

Janusz Jasiński to po prostu kibic. Taki jak pan z sektora E z szalikiem, jak pani siedząca przy koszu w koszulce z herbem swojego klubu. Taki sam jak każdy inny, który przeczyta ten wpis. Powiedział mi to sam (delikatnie parafrazuję) – jestę kibicę

Zrobiłem wielkie oczy.

Ale czy Janusz Jasiński, jak i kilku jego poprzedników może być zwykłym kibicem? Szef Stelmetu spytał podobnie – czy ja nie mogę być zwykłym kibicem? Ja nim jestem. 

Moja odpowiedź jest krótka. Nie.

Krwista masakra ślepca

Nie dlatego, że nie pozwalam na to ja, moje zdanie nie jest wyrocznią. Nie dlatego, że nie pozwala na to fan Turowa, Stelmetu, Czarnych, Miami Heat czy Spurs. Raczej dlatego, że szkodzi swojemu klubowi. Pan Janusz w rozmowie, generalnie bardzo spokojniej, skupiał się na tym co robi Turów, co robią inni, jak postępują i kto czego złego nie zrobił w stosunku do jego klubu. Wskazując oczywiście przykład Piotra Stelmacha i tego, że wraz z Saso Avlijasem oszukali rok temu Stelmet. Rozdrażniony powiedział nawet, przyznał że traktował Turów jak starszego brata. I tak, tak było, bo Turów i Stelmet zawsze żyły w zgodzie i przyjaźni na wielu frontach.

Rozumiem frustrację, gdy ktoś zrobi cię w wała. Sam również to przeżywałem. Ale Panie Januszu, od Pana, wymagam ja, a także i pana zielonogórscy fani, dużo, dużo więcej. Jest Pan biznesmenem i to takim z dużymi sukcesami, prowadzi Pan firmy, które pozwalają Panu żyć na poziomie, którego wielu z nas nigdy nie skosztuje. Wie Pan więc jak robi się biznes, spodziewałbym się więc mniej emocji, więcej chirurgicznych i perfekcyjnych cięć. Oszukali mnie? Koniec współpracy w jakikolwiek sposób i na jakiejkolwiek płaszczyźnie. W biznesie skupienie jest na sobie. Dziwię się, że w koszykówce Pan Janusz skupia się na kimś innym.

W tym co widzimy od kilku miesięcy nie ma biznesowego cięcia i precyzji najlepszego chirurga. Jest machanie maczetą na ślepo w sposób znany z filmów Quentina Tarantino. Gdzieś tam czasami trafi i uszkodzi ważny element, ten w który celował. Często są to jednak rykoszety, cięcia na ślepo, które pozostawiają po sobie spustoszenie i ogromny, krwisty bałagan.

Znam podobne historie. Widzę prezesów, właścicieli, którzy przeżywają mecze swojej drużyny. Zachowania niektórych mnie dziwią, inni starają się ukrywać emocje. Oczywiście, że trudniej jest kiedy wydaje się swoje pieniądze. Tacy jak Janusz Jasiński w lidze już byli. Dwa nazwiska – Medeński i Koelner – wymienił sam bohater tego tekstu. Jeden z nich, kiedy wchodził do ligi, był postacią interesującą. Niektórzy znajomi dziennikarze chcieli przeprowadzić z nim długie, ciekawe wywiady. Podczas meczów kadry U18 we Wrocławiu pytali, który to ten prezes. Wskazując na pana w czapce z dzwoneczkami mówiłem – ten. Z rozmowy rezygnowali.

Te sytuacje były dość wymowne. 

Walka, która psuje widowisko

Pan Janusz, chcąc budować swój klub i popularność koszykówki w Polsce (co do tego nie mam żadnych złudzeń) wybrał drogę i sposób walki, który nie tyle nie przystoi, nie tyle łamie konwenanse, co wydaje się być walką kompletnie nieefektywną, walką która nie przyniesie żadnych pozytywnych rezultatów. Choćby nie wiem jak dużo emocji wylewał z siebie Janusz Jasiński.

W tym momencie bardziej szkodzi swojemu klubowi niż mu pomaga. Już nawet fani koszykówki z Zielonej Góry mówią, żeby przewodniczący rady nadzorczej Stelmetu zamilkł. Uwierzcie mi, do tego nie dojdzie. A przynajmniej nieprędko.

Wiemy, że szef klubu z Zielonej Góry mówi dużo. Można porównywać go do Marca Cuba i też się nad tym zastanawiałem. Cuban wiele rzeczy robi z premedytacją, do wczoraj zastanawiałem się czy w ten sam sposób postępuje bohater tego tekstu. Skłaniam się do odpowiedzi – nie. Janusz Jasiński postępuje zgodnie z emocjami, które buzują w nim w danej chwili. Najgorsze jest jednak to, że emocjonalne, agresywne, momentami niebezpieczne, a w innych śmieszne i kuriozalne sytuacje, z którymi mieliśmy styczność w tym finale, niszczą piękno sportowe rywalizacji pomiędzy Stelmetem i Turowem. 

Wszystkie durne przepychanki słowne i kłótnie, praktycznie zabiły dyskusje na temat jednego z najlepszych meczów finałowych w Polsce w ostatnich 30 latach. Dziś mówi się już o czymś innym. 

Smutne. A tak bardzo się staramy na #TBLPL.

Wiecie co wynika z wczorajszej rozmowy, o której chcieliście wiedzieć? Poza tym, że Janusz Jasiński to kibic swojego (dosłownie) klubu, kibic, którego ode mnie czy ciebie różni ilość zer na koncie poprzedzona inną cyfrą, po kilkunastu minutach nie dowiedziałem się niczego nowego. 

Powiedziałem to Januszowi Jasińskiemu, wielokrotnie pytając, czy naprawdę chce mu się tak spalać, zamiast budować, powiem napiszę i wam. Życzę koszykówce więcej takich ludzi, ludzi z pasją, jak Janusz Jasiński, którzy wkładają w ten sport swoje pieniądze. Chciałbym jednak, aby było w tym mniej negatywnych, często niepotrzebnych, a niestety być może i zgubnych emocji.

Z wandalem przeciwko systemowi

Wyobraźcie sobie, że możecie być anonimowi w stu procentach. Anonimowi do tego stopnia, że generalnie niewidzialni, albo nierozpoznawalni. Nawet w świecie rzeczywistym, nie tylko internecie.

Co byście zrobili? Okradli bank? Podglądali pod prysznicem laskę, w której kochaliście się w szkole średniej? A może zrzucili z siebie ciężar noszony od lat i wyładowali się na osobach, od których zależy Wasza praca, kariera, etc? Ile słów na ka i cha przerywanymi tymi na pe otrzymałby premier, prezydent, nauczycielka czy szef?

Tak sobie czasami o tym marzę i przy moim ciętym i często wulgarnym języku, moglibyście przeczytać tutaj nieco więcej dopiekających i wylewnych wpisów.

Anonimowość kojarzy nam się z wolnością, brakiem skrępowania, zrzuceniem z siebie więzów otaczającego nas systemu.

2014-05-28 16.20.32

Anonimowość może być też bronią. I jest jeden człowiek na świecie, który używa jej fajnie. Walcząc z systemem, wywracając go do góry nogami, robiąc coś, co wielu z nas, szczególnie z mojego pokolenia podziwia i szanuje.

Przyznam szczerze, fascynuje mnie kultura uliczna, nie rozumiem za to sztuki. Naprawdę nie wiem co jest w rzeźbie Joana Miro, która dla mnie wygląda jak nieskładnie poklejona przez trzylatka plastelina. Nie wiem do końca co fascynującego jest w obrazie jednej czy drugiej lizy. Szanuję dzieła twórców, artystów, których od pokoleń nazywamy wielkimi, ale ich nie rozumiem.

images

Tak samo jak wiele starszych ode mnie osób, albo z innego kręgu, nie rozumie sztuki kultury ulicznej. Nie rozumie streetartu, nie rozumie grafitti i idącego za nim przesłania. Czułem się młodo czytając biografię od SQN. Czułem, że poznaję ponownie kulturę, która dominowała kiedy dorastałem.

Jak się pewnie domyślacie zmierzam do Banksy’ego. Gościa, którego zna wielu, ale nikt z nich nie piśnie słowa jaka jest jego prawdziwa tożsamość. Banksy jest wandalem, jest artystą, jest gościem, który odwraca system do góry nogami, bezczelnie się z niego śmiejąc i wytykając jego błędy.

banksy-army-sniper-size-colour-green-10370-12733_medium

Robi to w genialny sposób, bawiąc się formą, bawiąc się odniesieniami do kultury i często zestawiając ze sobą kontrasty. Snajper z okiem przy lunecie, a za nim dziecko z torbą, z której za chwilę wystrzeli. Człowieczek z ikonkami instagrama nad głową, etc. Banksy komentuje scenę polityczną (ale nie tylko) na swój sposób. Sposób, który jest przede wszystkim kontrowersyjny. Do tego prosty i zrozumiały oraz niezwykle zabawny i ma duży wpływ na kulturę.

BhchDtlCIAALalT

Bo czy to już jest sztuka? A kim ja jestem, żeby oceniać takie rzeczy. Dla mnie tak. Ale dla mnie sztuką są też pomalowane buty. Dla mnie wiersze to także słowa piosenek, tylko że są to wiersze z podkładem muzycznym. Sam Banksy ma swoje, dość ostre zdanie na temat sztuki, zdanie, które jest tożsame z kulturą streetART. Uliczni wojownicy wiedzą, że przestrzeń miejska należy nie tylko do wielkich korporacji, ale też do nas, zwykłych ludzi. W wielu miejscach i definicjach sztuka sama w sobie została spłaszczona do poziomu bogatych bubków, którzy kupują obrazy i raczą się ich pięknem czy czymkolwiek innym wśród swoich znajomych, równie bogatych bubków. Często myślimy o sztuce jak o czymś dla nas niedostępnym, czymś dalekim i prawie wirtualnym.

A tak nie jest. Banksy udowadnia to swoimi pracami. Walczy z systemem w piękny sposób dosadnie dając do zrozumienia, że sztuka to pojęcie szerokie.

images-1

Prawdę mówiąc chyba wszyscy wiemy kim jest Banksy. Albo przynajmniej go kojarzymy. Ale czy my tak naprawdę wiemy cokolwiek o nim i tym co robi? Wiemy, że prowokuje. Bo sztuka ma prowokować. Do myślenia, ma prowokować do przeżywania, ma prowokować do reakcji. I ja po lekturze jego … hmm, biografii (?), zostałem sprowokowany. Co wiemy jeszcze? Wiemy, że przewrócił scenę grafiti do góry nogami, jego prace są warte grubą kasę. Można je kupić za 300 dolarów, a sprzedać nawet za 780 tysięcy funtów. Wiemy też, że na świecie są ludzie znani z tego, że są znani. Banksy jest znany z tego, że nikt go nie zna. Jest tajemniczy. Możemy zadawać sobie pytania – kim jest, jak wygląda, z kim się spotyka, gdzie bywa?

I ta tajemniczość jest jego siłą. Dlaczego jest anonimowy i tworzy w taki sposób, w jaki tworzy? Bo jest wandalem. Niszczy mienie publiczne malując na ścianach.

I dlatego też nas fascynuje. Bo robi to, co my byśmy chcieli zrobić i powiedzieć, gdybyśmy mieli takie możliwości.

Golf i emocje? I to przez duże E? Ależ proszę …

Golf to czyste emocje, a raczej umiejętność panowania nad nimi. A to w sporcie, jak doskonale wiecie, jest niezbędne. Panowanie nie znaczy bycie spokojnym, panowanie nad emocjami oznacza umiejętność ich kanalizowania w taki sposób, aby wykorzystać je w miejscach, gdzie będą najbardziej potrzebne.

Tak jest np. w Navy Seals, których uczy się przekształcania zmęczenia, drgawek i osłabienia organizmu w agresję.

Stop, bo wybiegłem za daleko. Miało być znowu o golfie, bo przy poprzednim tekście Kamil napisał taki komentarz:

Jakoś nie czuję się przekonany. Sport to dla mnie emocje przez duże „E”, współzawodnictwo i raczej kontaktowość (stąd nie trawię siatki czynnie i biernie). Golf nie łapie się w żadnej z kategorii.

Obalę to. Nie wszystko, bo nie da się powiedzieć, że golf to sport kontaktowy. Ok, da się, ale będzie to taką bzdurą jak to, że politycy chcą dla nas dobrze.

dzień otwarty golfa 2014 zdjęcia III

Musimy tylko pamiętać o tym, że o emocjach w golfie mówić należy nie przez pryzmat kibica oglądającego, ale kogoś, kto gra choćby amatorsko uderzając dalekie piłki na driving range.

Rozumiem dlaczego mówi się, że w golfie nie ma emocji. Pomyślmy, przecież patrząc na golfa widzimy dziwnie ubranych gości, chodzących w spokoju po trawie, często w pięknym słońcu i do tego jeszcze w kompletnej, głuchej ciszy. Wokół słychać może co jakiś czas szept kolegów lub ćwierkanie ptaków. W najgorszym wypadku obrzydliwi dźwięk wydawany przez owady.

Jakie my tu widzimy emocje? Bo przecież emocje sportowe to przede wszystkim podnosząca się adrenalina wynikająca z rywalizacji z przeciwnikiem, to nerwy powstałe w wyniku okrzyków kibiców i wszystko to co związane jest z istotnymi momentami meczu. Mowa oczywiście o np. byciu pod ścianą i potrzebie wyrównania kiedy w finale Ligi Mistrzów przegrywamy 0:1, trafieniu dwóch osobistych, które doprowadzą do remisu i dogrywki w siódmym meczu finałów NBA, wyprzedzeniu jeszcze jednego kierowcy, aby w F1 wywalczyć tytuł.

W golfie tego nie ma, no bo jak może być? W ten sposób myśli ten, kto nigdy nie miał kija golfowego w rękach. Mnie przekonano wcześniej, przed tym jak pierwszy raz uderzyłem. Po uderzeniu było jeszcze lepiej.

http://instagram.com/p/oJZX6ixtzK/

Emocje w golfie są tylko nieco inne od tych, które możecie wyobrazić sobie gdy czytacie powyższe przykłady. I co więcej, są jeszcze bardziej spotęgowane.

Wiem co myślicie w tym momencie – głupi ten Radzki, opowiada jakieś farmazony. Posłużę się przykładem, który przeżyłem na polu golfowym.

Moje pierwsze zetknięcie z kijem było dość przyjemne. Ryszard Kozieras kilka lat temu wrzucił mi piłeczkę na green treningowy (to pole trawy gdzie jest kilka dołków obok siebie i trenuje się grę po ziemi) i kazał trafiać do dołka. Szło mi nieźle, do momentu kiedy instruktor powiedział mniej więcej takie słowa:

To teraz pokażę ci o co chodzi z emocjami w golfie i pod jaką presją są golfiści. Nawet amatorzy.

Presją myślę, jaką znowu presją. Kazał mi przecież trafić do dołka oddalonego o trzy, może cztery metry. Łatwizna, ale … jak trafię za pierwszym razem, nagrodą będzie piłeczka, którą gram. Piłeczka za kilka złotych, nic specjalnego, nic wielkiego.

Po uderzeniu piłka doleciała może do połowy dystansu, skręcając maksymalnie w lewo. Nie, nie grałem na górce, teren był prosty.

Tak Szczepan, to właśnie taka presja. A teraz pomyśl sobie, że ci w PGA nie grają o piłeczkę za 5 złotych, tylko o miliony dolarów, a każde uderzenie jest warte tyle, co najważniejszy karny w twojej piłkarskiej karierze, czyli ten, który daje tytuł.

Wiem, to jeszcze nie ten poziom emocjonalny, o który Wam chodzi, bo ciągle myślicie pryzmatem piłki nożnej, siatkówki czy hokeja. A ja mówię o największym trudzie świata, panowaniu nad sobą i swoim ciałem w jednym, jedynym istotnym momencie. Bo przecież w piłce nożnej, koszykówce, agresję, gromadzone pod kopułką emocje można rozładować trochę przyśpieszając, nieco przepychając się z rywalem. Nie wyobrażam sobie, żeby w golfie ktoś strzelił kolegę kijem, albo poszedł go (kija, nie kolegę) połamać na drzewie.

Golf jest niezwykle wymagający mentalnie i emocjonalnie. Nie da się uderzyć piłki nie będąc w pełni skoncentrowanym, nie da się zagrać dobrze, kiedy jedno uderzenie nam nie wyszło i zaczynamy się rozpraszać, myśleć o nim i trzymać je w sobie. Golfista musi mieć krótką pamięć, by szybko zapomnieć o porażce z poprzedniego dołka i przejść dalej. Ale tak samo działa to w przypadku wygranej. Idzie ci dobrze, nagle czujesz rozprężenie i piłka ląduje w krzakach dwa pola dalej. Dlaczego? Bo twoja głowa była gdzieś indziej, wsadziłeś w nią myśli, których w tym momencie nie powinno tam być.

Rywalizacja? W jednym momencie rywalizujesz z kolegą, z którym grasz, sam ze sobą, bo chcesz poprawić swój wynik z poprzedniej rozgrywki i walczysz ze wszystkim co jest dookoła. Przyjemny śpiew ptaków, którym rozkoszowałeś się gdy stałeś jeszcze przed tee (ten punkt, z którego się startuje), zaczyna być najbardziej irytującą rzeczą na świecie i masz ochotę zastrzelić to zwierzę, które przeszkadza ci w uderzeniu.

Właśnie w takich momentach w twoim ciele i głowie zachodzą różnego rodzaju procesy chemiczne, a ty musisz je opanować.

Brak emocji? Nie sądzę.

P.S. Mi przeżyć i emocji dostarcza Toya Golf.

Dlaczego warto grać w golfa

Zawiodę niektórych. Nie będzie tu ironiczno, cynicznego punktu widzenia i barwnych metafor. Ten wpis będzie bardziej stonowany.

Szczepan wrócił do szkoły.

Prawie dwa lata chodziłem i chciałem zacząć. Dwa lata. Dwadzieścia cztery miesiące. W końcu na kacu, nieświadomy tego co robię, zapisałem się na ten kurs, który tak dawno chciałem zrobić.

Dziś rozpoczynam nauki golfowe, nauki które mają dać mi zieloną kartę i możliwość wejścia i gry na polach golfowych. Moje szkolenie będzie prowadził Filip Naglak, który już kiedyś pokazywał mi jak powinno się trzymać poprawnie kija i ustawiać stopy. Do tego wyjaśni wszystkie drobnostki teoretyczne, które bezpiecznie pozwolą poruszać się po zielonym. A wszystko to w Toya Golf & Country Club, skąd wywodzi się kilku świetnych, młodych golfistów.

Oczywiście nierealnym jest, żeby Filip w kilkanaście godzin nauczył mnie grać, do tego trzeba lat, ale podstawy poznam. Wiem to, bo Filip jest świetnym trenerem.

#sunday afternoon #golf and #relax :-)

A photo posted by @szczepanradzki on

A dlaczego warto?

Bo oferuje on to, czego nie widać gołym okiem, a czego wszyscy szukamy w sporcie, a czasami nawet i nieco więcej.

Rywalizacja z samym sobą – pomimo całej swojej skomplikowanej natury, golf jest rewelacyjny jeśli chodzi o grę z samym sobą. Można wyjść na pole samotnie i pokonać samego siebie w ciągu zaledwie kilku godzin. Jak? Zakładając, że swoją wieczorną, niedzielną grę skończyliście w 75 uderzeniach, a poranną poniedziałkową w 74, to jesteście lepsi od samego siebie. I należy tu zaznaczyć, że rozgrywaliście pełnoprawną partię golfa, bez naginania reguł i uprawiania tylko drobnego wycinka dyscypliny, którą zdecydowaliście się rekreacyjnie uprawiać (jak np. zwykłe strzelanie do bramki, czy tylko rzucanie do kosza bez przeciwnika, nie wspominając o siatkówce, w którą samotnie grać się po prostu nie da).

Udoskonalanie samego siebie – golf odkrywa karty i niedoskonałości. Miejsce na przypadek? Jakieś tam jest, ale generalnie gdy nie pracujesz nad samym sobą lub samą sobą, możesz zapomnieć o grze w golfa. Ten niezwykle techniczny sport wymaga od zawodnika (nawet amatora) ciągłej poprawy, udoskonalania techniki, koncentracji i skupienia na najmniejszych detalach. Nie da się poprawnie uderzać piłki daleko (a to jedno z najłatwiejszych uderzeń) kiedy nie wykonamy poprawnie całego ruchu.

Zabawa – masz kilku znajomych i nie macie co zrobić w sobotnie popołudnie, a chcielibyście spróbować czegoś nowego? Driving range jest dla Was! Nie musicie być golfistami, możecie mieć kija pierwszy raz w rękach, a za kilkanaście złotych będziecie bawić się wyśmienicie. Na każdym polu i strzelnicy, gdy tylko poprosicie, instruktor pokaże Wam jak z grubsza powinno się uderzać, ułożyć ręce i nogi. A następnie wystrzelacie kosz pełen piłek i z każdym kolejnym uderzeniem będzie coraz więcej ochów i achów zachwytu oraz po chwili śmiechu. Te pierwsze padają w momencie w momencie gdy piłka spadnie pod setny metr, a śmiechy są gdy wypatrując piłeczki na niebie, orientujemy się że spadła ona metr od naszych stóp.

Bo fajnie podzielić się czymś innym i nowym ze znajomymi – jeśli jeszcze nie próbowaliście, to musicie uwierzyć nam na słowo, ale nawet po tym jak pójdziecie na strzelnicę, będziecie przez tydzień rozpływać się nad tym jak fajnie było pouderzać w piłeczkę i jak pan instruktor pokazał Wam jak poprawnie trzyma się kij golfowy. A jeszcze jak traficie na kogoś kto opowie Wam trochę o golfie, będziecie czuli się jak dzieci, które ledwo co zeszły z karuzeli.

Świetne miejsce do spędzenia wolnego czasu – jeśli ktokolwiek wątpi w to, że tereny golfowe to piękne i malownicze krajobrazy rodem z amerykańskich filmów, niech po prostu poogląda zdjęcia z Toya Golf & Country Club oraz Gradi Golf Club. Relax, spokój, świetne jedzenie. Czego chcieć więcej.

Brak nacisków – jestem chyba jedyną osobą na świecie, która stara się namówić kogokolwiek do golfa. Osoby, z którymi rozmawiałem, które opowiadały mi o tej fascynującej grze nigdy nie próbowały nakłonić mnie do złapania kija w rękę i rozpoczęcia uderzeń. Jedyną rzeczą, którą mówią zakochani w golfie jest – wystarczy spróbować. Po Wrocławiu, w środowisku golfistów krążą nawet dość śmieszne opowieści, gdzie dwóch przyjaciół często rozmawiało ze sobą na temat tej dyscypliny sportu. Jeden, doświadczony golfista mówił wspomniane już – po prostu spróbuj, ale jak nie chcesz to nie. Drugi w słowach nie nadających się do cytowania odmawiał. Do czasu gdy po raz pierwszy udał się na strzelnicę i pole treningowe. Od tamtej pory gra niemal codziennie.

Brak telefonu komórkowego – można, a czasem nawet trzeba wyłączyć na polu telefon komórkowy. Czy to nie jest wystarczający argument?

Jedzenie – w restauracjach znajdujących się na obiektach golfowych funkcjonuje ta sama zasada, która obowiązuje w hotelach i ośrodkach wypoczynkowych – jedzenie musi być smaczne. Dlaczego? Wszystkie niedociągnięcia infrastruktury wypoczynkowej są wtedy wybaczane, bo najedzony i zadowolony z posiłku klient, to klient, który nie narzeka, a wręcz poleca. Pola golfowe (te poważne), na których znajdują się restauracje raczej nie posiadają niedoróbek, ale oferują znakomite jedzenie. W tych podwrocławskich kuchnię chwalą mniej i bardziej znani goście i bywalcy pól golfowych. Niektórzy straszą nawet, że zmiana kucharza będzie oznaczała także ich rezygnację z opłacania usług restauracji i samego pola.