Nie ma nic gorszego niż rozczarowanie. A koncert Taco i Dawida Podsiadło jak dobry nie był, jak wiele cukierkowych recenzji tego wielkiego wydarzenia pojawiło się w sieci, był rozczarowaniem. 

To nie był najgorszy koncert, na którym byłem. Nie był też najlepszy, ale na pewno był wielkim, wspaniałym widowiskiem, na którym warto było być. Masz mindfuck? Nie dziwię się, dwa zdania piszę, że wydarzenie to było rozczarowaniem. Do tego dojdę za chwilę, bo widzę, że nikt nie jest w stanie tego powiedzieć, nie wiem czy bojąc się artystów, czy też całej siły, jaka za nimi stoi.

Tak czy inaczej, koncert, którego nigdy mieliśmy nie zobaczyć, wydarzenie jedyne takie w historii, jedyny koncert tych dwóch panów, nie wiem czy nie obecnie najpopularniejszych artystów łączących pokolenie nastolatków i młodzieży, z nieco starszymi. Artystów, którzy łączą pop, rap, piękne polskie melodie i miękkość z lekką zadziornością.

Stadion Narodowy pękał w szwach

60 tysięcy osób, które postawiło swoje nogi na PGE Narodowym, nie żałuje ani sekundy. Bo Taco i Podsiadło zrobili wielki show, show który można porównać do występów nie największych gwiazd z Polski, ale zagranicznych legend. Wspaniały był ten moment, w którym zapaliło się światełko do nieba – światełko z telefonów oczywiście.

Taco, który występował jako pierwszy, grał dla Warszawy, dla społeczności lokalnej, młodych ludzi siedzących w internecie, dynamicznych i czasem poszukujących siebie. Najlepsze momenty miał, gdy na scenie pojawiali się Otsochodzi, Pezet czy Quebo lub Rosalie. Nie wiem, dlaczego indywidualnie nie był taki mocny, w duecie jego głos i flow rozbrzmiewały poza stadion, nabierały mocy i przyprawiały o ciarki. Dawid był klasą samą w sobie, jeśli chodzi o show, postawił poprzeczkę jeszcze wyżej, a gdy na scenie pojawił się Kortez i Zalewski, publiczność oszalała. Ogólnie jestem w stanie stwierdzić nieładnie, że kobiety dostały tyci orgazmu, a faceci byli zazdrośni. 

Krótko, to była po prostu poezja. Nie, nie te orgazmy, całość. I mówi to ktoś, kto z małymi wyjątkami, nie jest fanem twórczości ani Dawida, ani Fifiego. Posłucham kilku utworów, niektóre podobają mi się bardziej niż inne, ale całych płyt po prostu nie włączam, bo nie ma tam nic dla mnie. Do tego nie do końca pasuje mi stylistyka, klimat, narracja i bunt, którego nie ma, albo nie rozumiem. Doceniam jednak to, co stało się podczas ich koncertów, bo to było coś wspaniałego. To było jak bomba. Szczególnie ostatni moment, kiedy Taco i Dawid wyszli na scenę razem.

Rozczarowanie wiąże się z oczekiwaniami

No i teraz zacznę o rozczarowaniu, bo to ten moment, który powoduje, że czuję się oszukany i nabity w butelkę. To miał być koncert Taco i Dawida, a był koncert Taco i koncert Dawida. Rozumiesz różnicę? To był taki mini Open’er, mini Orange czy inny mini koncert, w którym udział bierze dwóch artystów. Dwóch, nie duet, ale D W Ó C H. Po sobie.

Wiem czemu tak było. Nagranie wspólnego materiału, albo przygotowanie się do 90 minut interakcji, wykonywania utworów kolegi, byłoby niezwykle ciężkie, czasochłonne i wymagałoby całkowicie nowej aranżacji. Ale co z tego?!

Eh, nie mam pojęcia, czy to tylko ja byłem przekonany, że całość będzie wyglądała inaczej i Dawid z Taco stworzą wspólny materiał, czy też jestem debilem, a cała reszta społeczeństwa wiedziała na co się pisze. Uff, nie zapłaciłem za bilety, więc suck it. 

Ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak postąpiono. Czekałem, chciałem, wymyśliłem sobie coś specjalnego, a dostałem dwa dobre koncerty, dwóch czołowych artystów, jednego wieczoru. Nie tego jednak chciałem. Chciałem interakcji, dynamiki, pewnej gry, teatrum. Chciałem zobaczyć, co oni ze sobą zrobią i dostać materiał przerobiony, skonstruowany specjalnie na TEN koncert. Chciałem, aby oni się uzupełniali, żeby artystycznie rozjebali mi mózg i zgwałcili emocje. 

Dostałem namiastkę. Namiastkę ognia, bo ten widać było, gdy do solistów dołączali inni artyści. Namiastkę, bo Dawid i Taco zagrali wspólnie dwa utwory. I to, właśnie to było czymś, co spowodowałoby, że o koncercie nie dałoby się zapomnieć przez długie lata, czymś co stałoby się pomnikiem muzycznym tego dziesięciolecia, a DVD z koncertem sprzedawano by po pierdyliard monet. 

Sprawdź też tekst o trendach mody ulicznej, które muszą umrzeć – znajdziesz go tutaj.

A tak? Byłem na mega dobrym koncercie Taco. Byłem też na mega dobrym koncercie Dawida Podsiadło. Te dwa wydarzenia zaliczyłem w jednym miejscu, jednego dnia w ciągu 4 godzin.

P.S. Sprawdź też, jak ważny komunikat miał do przekazania Dawid Podsiadło podczas koncertu – tekst wisi na Noizz.pl