TBL: Obowiązujące hashtagi

Dwunastego września, dokładnie miesiąc przed startem nowego sezonu Tauron Basket Ligi powstał wpis o hashtagach dla Tauron Basket Ligi.

Gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi, chcę uporządkować komunikację na Twitterze, Facebooku, Instagramie, tak aby łatwo nam było wyszukiwać potrzebne informacje dotyczące klubów i samej ligi.

Od czasu powstania pierwszego wpisu, aż do dzisiaj pojawiło się od Was kilka propozycji. Udało mi się porozmawiać o tym temacie także z przedstawicielami ligi i związku. Uważają pomysł za trafiony i również podrzucili swoje pomysły na hashtagi.

Znaczniki, których będziemy używali mają być proste i oddające ducha tego o czym mówimy. Mają być zrozumiałe i nie dublować się z innymi … padła więc propozycja, aby zunifikować hashtagi. Powstałoby coś na kształt #SlaskW, #AnwilW, #AZSK, #TreflS, #RosaR. Rozumiecie, nazwa zespołu i pierwsza litera miasta.

Fajne, ale nie kupuję tego z jednego powodu – są znaczniki, które funkcjonują i są idealne do zespołu. Np. Anwil, Trefl, Turów nie ma konkurencji.

Idę więc na kompromis i liczę na to, że mu przyklaśniecie. Funkcjonujące w obszarze koszykówki i nie używane przez nikogo innego hashtagi pozostają bez zmian, te, których szukaliśmy, tworzymy według powyższego wzoru.

 

[legend title=”Oto hashtagi tego sezonu!” style=”1″]

#TBLPL – Tauron Basket Liga

#Anwil – Anwil Włocławek

#AssecoG – Asseco Gdynia

#AZSK – AZS Koszalin

#CzarniS – Energa Czarni Słupsk

#Kotwica – Kotwica Kołobrzeg

#Turow – PGE Turów Zgorzelec

#Polpharma – Polpharma Starogard Gdański

#RosaR – Rosa Radom

#Siarka – Jezioro Siarka Tarnobrzeg

#Stelmet – Stelmet Zielona Góra

#Trefl – Trefl Sopot

#SlaskW – WKS Śląsk Wrocław

[/legend]

tbl_logo_2011

33 121 762764 765 11567 98 117769 112 110

Uprzejmie proszę o dzielenie się powyższym wpisem, chcę aby jak najwięcej osób korzystających z Twittera, Facebooka zaczęła używać #, podobnie jak to było w przypadku #EBPL.

Mam nadzieję, że kluby również podchwycą inicjatywę i podzielą się w swoich mediach społecznościowych powyższym zestawieniem.

Srebrni Chłopcy Zagórskiego

Nie byłem w stanie wymyślić bardziej przyciągającego tytułu. To po prostu niemożliwe, bo te trzy słowa, które tam zamieściłem są najważniejszymi słowami ostatnich 50 lat.

I nawet nie wiecie jak bardzo cieszę się, że we Wrocławiu w sobotę zaczyna się turniej, podczas którego ośmiu graczy i trener Zagórski, zasiądą na trybunach Hali Ludowej.

To już trzecia recenzja ksiązki Marka i Łukasza Ceglińskich, którą napisałem. Pierwsza powstała dla MVP Magazyn, druga dla portalu Wroclaw.pl, a trzecia, opublikowana w pierwszej kolejności, na moje prywatne potrzeby.

Łukasz mówi mi, żebym już przestał. Ja mówię, że kontaktuję się z ESPN i Sports Illustrated, aby i tam pojawiły się informacje o Srebrnych Chłopcach Zagórskiego.

Dlaczego? Bo bez dwóch zdań ta książka jest jednym z najważniejszych jasnych punktów ostatnich lat jeśli chodzi o koszykówkę w Polsce. Nie tylko przypomina nam o tym, że Polska zdobyła kiedyś srebrny medal Mistrzostw Europy, nie tylko przedstawia nam tych wspaniałych i wielkich zawodników, których – GWARANTUJĘ – sporo osób nie zna nawet nazwisk, nie tylko pokazuje czasy i realia w jakich wtedy się żyło, ale też pozwala nam poczuć atmosferę jaka towarzyszyła kadrze Witolda Zagórskiego.

Płakałem, śmiałem się, denerwowałem, podziwiałem. Opisy tego jak Inżynier Olejniczak krył słynnego Radivoje Koraca są taktycznym majstersztykiem. Historie z życia absolutnie każdego z tych koszykarzy, powinny być wykładane na zajęciach z socjologii, politologii i historii. Przykład Witolda Zagórskiego, trenera którego chwalili Hubert Wagner i Kazimierz Górski, to przykład długofalowej pracy z jednym zespołem – świetny trener (i jak mówi Łukasz rewelacyjny człowiek) pracował z kadrą … 14 (!) lat.

Czy ktoś z Was wiedział, że Wrocław jeszcze chwilę przed Mistrzostwami Europy w 1963 roku był miastem zamkniętym? I nie z powodów politycznych, ale dlatego, że w mieście panowała ospa. Oczywiście, że wiedział, bo od trzech miesięcy dużo mówi o tym Łukasz Cegliński. Gdyby nie on i jego tato Marek, zapewne pamiętaliby o tym tylko ci panowie, którzy zakładali na szyję  srebrny medal Eurobasketu.

Wiecie co znaczyła koszykówka w tamtych czasach? Powiem tyle – piłka nożna, która w tym momencie stoi w świetle reflektorów, mogła prosić choćby o jeden drobny snop światła, którym oświetlana w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była koszykówka made in Poland. Gwiazdami, celebrytami, elegantami, wyznacznikami mody, stylu i szyku, a także tymi cool gościami, którzy zwiedzali świat byli wlaśnie koszykarze. W kosza grali przyszli aktorzy, politycy, prezesi i właściciele film, znakomici dziennikarze.

Po prostu elita. Ale nie tak jak teraz, elita nocnych klubów, balang, densingów i pokazywania się w nowych furach, wśród półnagich lasek przysłanych przez sponsorów. Oni byli ELITĄ, która udowadniała to w pierwszej kolejności na parkiecie. Dla których właśnie to było istotne, reprezentowanie kraju, wygrane, bez zbędnego gadania.

To oni, znajomi Billa Russella, Reda Auerbacha i innych wielkich nazwisk historii NBA. Oni, przez tych graczy i wielkich trenerów doceniani i również podziwiani.

Nie jestem w stanie wymienić wszystkich historii, jakie przeczytałem w książce Marka i Łukasza Ceglińskich, bo wiedzy jest w niej niemal tyle co w encyklopedii.

Wiem natomiast jedno – dzięki Srebrnym Chłopcom Zagórskiego jestem człowiekiem bogatszym i bardziej świadomym tego jak wyglądała koszykówka w Polsce, jak wiele znaczył dla nas ten sport oraz jak dużo zawdzięczamy Witoldowi Zagórskiemu i jego kadrze.

Za to serdecznie dziękuję, autorom publikacji i przede wszystkim tym, których historia została w książce opisana. Jesteście wielcy Panowie. Wszyscy.

 

Komitety kolejkowe! Sorry wolę być debilem

Ludzie, czy wyście poszaleli? Naprawdę nie potraficie poradzić sobie z czymś tak prostym jak kolejka w sklepie? Nawet jeśli jest to kolejka nie do jednej, a do trzech kas?

Mam wrażenie, a czasami wręcz gdy widzę kolejną kuriozalną sytuację, jestem wręcz przekonany, że nasz naród został stworzony do zachowywania się w najbardziej irracjonalny sposób gdy do wykonania jest prosta czynność.

Przykłady? Proszę bardzo. Gdy przed naszymi oczyma otwiera się perspektywa stania przy trzech kasach i rozładowywania tłoku, my stoimy w jednej kolejce, gdy jest jedna kasa, stajemy w figurze nazywanej wielkim chaosem, a gdy nie ma jej wcale, stoimy na środku jak za przeproszeniem dupy wołowe i czekamy na zbawienie. Jak piszą na naklejce pchaj, to ten ciągnie i macha rękoma, jak napiszą ciągnij, to ten pcha i dodatkowo kopie jakby to miało jakkolwiek pomóc.

U lekarza w kolejce pytam kto ostatni mimo tego, że rejestrowaliśmy się na godzinę. No ale lekarz rejestruje na godzinę, a potem dwie godziny siedzimy na tyłkach jak debile. Nie dziwię się, że na stacji benzynowej, w Empiku czy McDonaldzie wariujemy. Robiono z nas głupków, to i jak trzeba zachować się normalnie, to nie potrafimy tego zrobić.

W sumie dziwię się sam sobie, że piszę ten tekst właśnie dzisiaj, kiedy stałem w kolejce, ale wszystko poszło sprawnie dzięki świetnemu personelowi saloniku prasowego. Dziwię się, bo nie byłem zdenerwowany, a takie teksty powstają najczęściej pod wpływem mocnych emocji. Dziwię się, bo nie raz byłem w stanie prawie, że furii i nigdy nie usiadłem do napisania kolejkowej głupoty, mimo tego, że zarys tej notki pojawiał się u mnie dość często.

Ja naprawdę nie rozumiem zachowań niektórych ludzi. Nie jestem w stanie objąć tego abstrakcyjnego konceptu głową. Nie rozumiem czemu ludzie nie rozumieją, że jak otwarte są dwie kasy, to można stanąć w dwóch kolejkach (chyba, że wyraźnie mówi o tym napis przed – obowiązuje jedna kolejka). Spotkałem się z takimi sytuacjami, jeden taki delikwent na metr osiem wysoki, szeroki na sześć metrów i dwanaście centymetrów ryknął kiedyś do mnie – EJ KOLEJKA.

Wiecie, w tym takim prześmiesznym, niskim głosie.

Grzecznie, kulturalnie, bo taki jestem, oraz oczywiście ze strachem jak zobaczyłem to małe monstrum, odpowiedziałem że kasy otwarte są dwie, a nie ma nigdzie informacji o jednej kolejce. Bydle wepchnęło się przede mnie niczym ten mały paskudny pies, buldog francuski – nie wiem czy to się zderzyło z ciężarówką, że ma taki pysk i tak sapie, czy spadło z szóstego piętra.

Nie kłóciłem się z inteligentnym inaczej, poczekałem aż zapłaci. Tak samo dzieje się na ulicach, kiedy jednopasmowa ulica rozdziela się przy skrzyżowaniu na dwupasmową i możemy (naprawdę możemy!) wystartować na światłach z dwóch pasów. We Wrocławiu w kilku miejscach spotykam się z tym, że cała kawalkada samochodów stoi jak jeden za drugim i cierpliwie czeka siedemnaście cykli (cyklów?) aby przejechać. Nie byłoby w tym nic złego, bo jak ktoś chce stać, ma czas, to niech sobie stoi i skubie paznokcie. Gorzej, bo ten debilnie ustawiony sznureczek, powoduje korek taki, że nie sposób włączyć się do ruchu lub jechać w inną stronę. Ot Polska myśl komunikacyjna.

I tak przechodzimy do meritum. Nie wiem naprawdę, czy dla nas jest to problem ze zrozumieniem słowa czytanego, czy my nie umiemy ocenić sytuacji i zachować się jak cywilizowani ludzie czy jesteśmy po prostu debilami. I piszę my, mając na myśli też siebie. Mnie życie nauczyło jednego, żeby pytać. Bo pytanie o nieznane to kluczowy element komunikacji i najlepszy sposób by uniknąć nieporozumień.

No tak, ale problem w tym, że w naszym kraju zadanie pytania, na które kark, albo przepiękna małolata, której wydaje się, że jest królową świata zareagują śmiechem i reakcją – ale debil – to obciach.

Ale ja tam lubię robić z siebie debila. Mam przynajmniej w życiu łatwiej.

Jak oszukiwać zgodnie z prawem?

Odkopałem ten wpis w archiwum swoich wspaniałych dzieł. Miałem podesłać go do Towar Niezgodny z Umową, ale chyba zapomniałem. Otóż, miałem kiedyś taką sytuację … 

Mistrzem w grze w oszustwo okazują się być specjaliści z branży IT.

Jak doskonale wszyscy wiecie coraz mniej osób nosi ze sobą gotówkę i coraz częściej płatności dokonywane są kartą płatniczą lub kredytową. Te dwie ostatnie metody stały się podstawowym środkiem płatniczym wypierając na 2-3 miejsce transakcje standardowe.

Opłaty za użytkowanie terminala, prowizje za transakcje – to wszystko leży po stronie sprzedającego. Nie podoba się to wielu mniejszym przedsiębiorcom, a także tym większym – Biedronka. Nie podoba się także średniej wielkości sieciówkom, które oferują sprzęt, akcesoria i podzespoły komputerowe.

Z niezwykłą sytuacją spotkałem się ostatnio w sklepie ProLine, gdzie kupowałem zamówioną przez internet drukarkę. Przy kasie widnieje cudowny napis, który możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu.

Transakcje kartą są 3% droższe, bo do gotówkowych i przelewów mamy ZNIŻKĘ! Szefowie firmy w sprytny sposób postanowili przerzucić opłaty za transakcję kartą na nas, konsumentów. Co mówił przemiły pan sprzedawca, kiedy spytałem co to za potworek widnieje na tej tabliczce?

– A może pan iść do rzecznika praw konsumenta, do sądu, do federacji konsumentów. Byli już tacy, którzy chodzili, nic to nie dało.

Rewelacja, oszukujecie nas (nie, nie nazwę tego wykorzystaniem luki w prawie), przyznajecie się do tego i jeszcze śmiejecie się w twarz? Ale wywód tego pana się nie skończył, padły kolejne rewelacje.

– Tak robią wszystkie firmy z naszego sektora, bo konkurujemy cenowo z dużymi sieciami. Poza tym np. jedna z korporacji taksówkarskich postąpiła podobnie i najpewniej mają 15% zniżki na płatności gotówkowe.

Cał szczęście miałem do zapłaty niespełna 400 złotych, a bankomat był blisko, więc zapłaciłem gotówką. Rzuciłem jednak panu tylko drobną uwagę, że nie wyobrażam sobie, że miałbym zapłacić np. 5 tysięcy złotych gotówką. Ten stwierdził, że przychodzą klienci, którzy przynoszą nawet 50 tysięcy w gotówce. Nie dziwię się, 3% zniżki przy takiej kwocie to całkiem pokaźna suma. Wrodzona Polska złośliwość – zapłaciłbym to panu chyba w jednogroszowkach – uaktywniła się we mnie i pozwoliło to wyłonic kolejne pokłady rewelacyjnych komentarzy – przypomnę – sprzedawcy.

– Myśli pan, że się przemuję? Liczyłbym pewnie trzy dni, miałbym trzydniowe wakacje.

Świetnie, bezczelny, ale przynajmniej szczery. I tak, wiem, że najpewniej nie jest to jego sklep i jest tylko pracownikiem. Ale jest też aż pracownikiem i reprezentuje firmę, w której pracuje. Gdybym nie potrzebował tego (dokładnie tego) sprzętu na teraz, zapewne wyszedłbym i nie dał zarobić takim – nazwijmy to – postawom.

Naprawdę współczuję przedsiębiorcom, którzy muszą płacić trzyprocentową daninę za moją wygodę, za to, że świat poszedł do przodu, a w Polsce są tak potężne kwoty. Za przeproszeniem, mało mnie to interesuje, Wasz pomysł na obejście systemu, jak by nie był sprytny i ciekawy, wielu konsumentów uznaje za zwykłe oszustwo. To nie my jesteśmy winni Waszym opłatom, też mamy swoje. Walkę proponuję rozpocząć z systemem, nie z ludźmi.

 

Skandal w moim życiu!

Bo public relations, spin-doktor, doradca, to wszystko już było. Teraz specjaliści od tych spraw to fixerzy.

Piękne róże, cudowne wiersze, niewiarygodne spacery i błyszczące w uśmiechu ząbki. Tak wygląda polityka, coś jak miłość. Przynajmniej w USA i przynajmniej powierzchownie.

Pod spodem jest bagno, smród, nienawiść i bezwzględność. Walczące ze sobą tabuny dzikich zwierząt, spuszczone ze smyczy wilki i psy gończe. Zamiatanie spraw, morderstw, oszustw i innego rodzaju skandali pod dywan w cudownym białym płaszczyku i garniturze za 15 tysięcy dolarów. Te poważne decyzje zapadają w jasnych gabinetach, ale przepełnionych syfem głowach polityków i ich doradców. Opinia publiczna nie wie praktycznie nic z prawdziwego świata, który serwują nam panowie, na których głosowaliśmy.

W poniedziałek jesteś przyjacielem, we wtorek wrogiem, a w środę znowu siedzimy razem na kanapie i pijemy wino. Ot, wspaniała demokracja.

To ogólny obraz tego co zobaczymy w Scandalu, serialu od ABC. Moim zdaniem jednym z najlepszych seriali, które ostatnio wziąłem pod lupę. A jest ich – pierdyliard.

Scandal zawrócił mi w głowie i wcale nie dlatego, że Olivia Pope, to przepiękna kobieta. Nie. Scandal to serial, który z odcinka na odcinek twistuje. Ten z rodzaju – jest czwarta rano, muszę wstać o szóstej, ale muszę zobaczyć, co stanie się w kolejnym odcinku. No i nie idę spać.

Każdy odcinek trzyma bardzo wysoki poziom, każdy odcinek otwiera przed nami kolejne wrota do jeszcze bardziej gównianego bagna, w którym siedzą główni bohaterowie. Ci znowu, nawet ci z drugiego planu, są wyraziści, konkretni, świetnie wpisują się w klimat Waszyngtonu i moralno-polityczno-gospodarczych rozgrywek, które serwują nam scenarzyści.

Dla mnie osobiście Scandal ma też warstwę, która wylewa miód na moje serce. To element komunikacji społecznej, public relations. Nie zdradzając szczegółów fabuły, główni bohaterowie, to doradcy, wcale nie specjaliści od PR, jak nazywa się ich w naszym kraju, nie spin-doktorzy, a fixerzy. Przynajmniej tak nazywają sami siebie.

Moim zdaniem to określenie działań podejmowanych przez piarowców idealnie pasuje do obecnych czasów. Dlaczego? Bo, pomimo tego, że nie na tym poziomie (w sumie żenująco niskim), to sam byłem świadkiem takiego naprawiania problemów polityków.

Scandal jest jak ta niedościgniona miłość, ta za którą biegamy i chcemy za wszelką cenę ją zdobyć, ciągle o niej myślimy i zastanawiamy się co dalej, co przyniesie jutro. Wypełnia nasze myśli, nie pozwala się skupić, nie daje nam chwili wytchnienia i chcielibyśmy przez chwilę z nią poprzebywać. Co więcej rozbudza marzenia tak jak z miłością i wyjazdu z nią na wyspy, by oglądać piękne zachody słońca i kochać się na plaży, tak tutaj chcielibyśmy znaleźć się w Białym Domu i uczestniczyć w robieniu TAKIEJ polityki. Nawet pomimo tego, że ta miłość to związek toksyczny, tak polityka jest bagnem, w którym nie warto się taplać, to jednak nasze emocje i ambicje chcą w tym uczestniczyć.

Dziwię się, że Scandal na IMDB oceniany jest na 7.3, bo moim zdaniem spokojnie zasługuje na minimum jeden punkt więcej.

Polecam, Szczepan Radzki! :-)

Radosław Hyży: Jaki sens ma sport?

Ta rozmowa trwała blisko cztery i pół godziny. Chciałem porozmawiać z Radosławem Hyżym szczerze, o życiu o problemach go trapiących. Rdzeniem tej rozmowy nie był sport, a człowiek i życie, sport to tylko dodatek. Mam nadzieję, że udało się to chociaż w drobnej części.

W wywiadzie nie ma wzmianek o hazardzie (drobnych, nic nie znaczących, gdyby kogoś temat zaczął w tym momencie ekscytować), freedivingu, rozmowy o tym dlaczego pracujący w restauracjach nie szanują tej pracy, długich wywodów na temat Tima Duncana, idola Radosława. Nie ma też dziesiątek innych fragmentów, które Radosław tak znakomicie wplata wszędzie gdzie się tylko da.

Starałem się wyłowić te najciekawsze momenty i przełożyć je na papier, a i tak boję się, że dwadzieścia tysięcy znaków może okazać się barierą nie do przejścia.

Będąc w jednej trzeciej chciałem dzielić rozmowę na części. W tym momencie, gdy patrzę na całość, nie wiem w jaki sposób tego dokonać. 

Mam nadzieję, że się spodoba. Enjoy!

Szczepan Radzki: Lubisz parki i naturę? Spotkaliśmy się w Parku Grabiszyńskim we Wrocławiu

Radosław Hyży: – Tak. Nie rozumiem nawet czemu dziennikarze jak chcą ze mną rozmawiać, to zapraszają mnie do knajpy, albo co gorsze do galerii handlowej. Zobacz jak tu jest pięknie. Bardzo niechętnie spotykam się gdzieś w zamkniętych pomieszczeniach i tak samo jak dziennikarze patrzą na mnie dziwnie, gdy chcę iść do parku, tak ja patrzę na nich dziwnie jak proponują mi jakieś centrum handlowe.

To prawda, ale czemu akurat parki, czemu natura? Podobno można często spotkać cię właśnie w takich miejscach. 

– Lubię to. Mogę tu spokojnie pomyśleć.

Wszędzie gdzie byłeś tak było? 

– Tak. Miałem swoje ulubione miejsca we Francji, tu we Wrocławiu mam, lubiłem parki w Kwidzynie. O tam, to była rewelacja, bo to był w sumie chyba taki dziki park. Wiesz, normalnie las.

I podobno znasz wszystkie wiewiórki. 

Znam. I one znają mnie, nadaję im imiona.

Nie chcę rozmawiać z Tobą o koszykówce. Przynajmniej w tym momencie. Chciałbym porozmawiać o Tobie, o życiu, zmienić nieco rdzeń rozmowy. Nie traktować koszykówki jako tego centralnego punktu życia, tylko pewnego elementu, który jak wiemy jest nieodłączny.

To co chcesz wiedzieć?

Kim jest Radosław Hyży? Jakim jesteś człowiekiem, bo tak naprawdę znamy cię tylko z parkietu. 

– Jest w sumie dwóch Radosławów. Ten z parkietu i ten spoza niego.

Szczepan, mam prośbę. Bo w sumie myślałem, że zejdzie nam nieco szybciej, ale ty zawsze dajesz mi się wygadać, co nie jest bezpieczne, a do tego też jesteś gadułą i ja muszę iść, bo jestem umówiony do fryzjera.

Jasne, skończymy kolejnym razem. Podwieźć cię?

– Jak możesz, to chętnie.

Przerwa, która nastąpiła w tym miejscu urodziła kolejne elementy do rozmowy i trwała nieco dłużej niż jeden szybki scroll myszką. :-)

Wiesz gdzie skończyliśmy ostatnio? Nasza rozmowa trwała około półtorej godziny.

– Tak. Na pierwszym pytaniu.

Ale jak zwykle poruszyłeś w jednej odpowiedzi kilkanaście wątków, które miały paść w dalszej części tego wywiadu i prawdę mówiąc trochę obawiałem się tego, że zabraknie mi materiału, o który chciałem zapytać. Trochę poza protokołem rozmawialiśmy o filozofii.

– Tak i w sumie tak się zastanawiałem w domu nad tym co ci powiedziałem. Doszedłem do wniosku, że za bardzo się otwieram.

A otwierasz się za bardzo?

– Nie pamiętasz już naszej rozmowy w samochodzie? (śmiech).

Pamiętam i w sumie nie zdziwi cię chyba, to że i mi i kibicom to się podoba. 

– Pewnie nie wszystkim, ale lubię się otwierać, być szczerym, mówić to co myślę. Lubię budować relacje z rozmówcą, tak jak już wspominałem lubię spotkać się w miejscu, gdzie czuję się komfortowo. Park, o który pytałeś jest dla mnie idealny. Zapominam tylko podczas takiej rozmowy, że to o czym rozmawiamy zostanie opublikowane. Świetnie rozmawia mi się np. z Piotrem Pietraszkiem, to są najlepsze rozmowy, ale później się ich wstydzę.

Jest czego?

– Uważam, że nie powinienem się aż tak mocno otwierać. Widzisz, to jest walka między jednym, a drugim Radosławem. Jeden uważa, że warto być szczerym, wrażliwym człowiekiem. Dlaczego nie odpowiedzieć szczerze na pytanie. Z drugiej strony Polska chyba nie jest do końca gotowa na niektóre rozmowy.

Dlaczego?

– Bo boimy się śmieszności, boimy się trudnych pytań. Boimy się mówić o małżeństwach homoseksualnych, boimy się podejmować decyzję, bo ktoś, jakaś grupa nas znienawidzi. Przykład sesji Agnieszki Radwańskiej dla magazynu EPSN Body Issue. Nie rozumiem o co tym wszystkim ludziom chodziło. Mi się to podobało. Moi koledzy śmieją się, że Agnieszka mi się podoba. Ja obserwuję ją od osiemnastego roku życia…

… twojego czy jej?

– (śmiech) jej. Przecież to była bardzo dobra, fajna sesja.

I w zasadzie dla prestiżowego magazynu.

– Dokładnie. A z drugiej strony kobieta ma prawo pokazać się w jakiejś innej gazecie, CKM, Playboy. Dlaczego nie? Tylko bez Photoshopa proszę, bo tego nie jestem w stanie strawić. My musimy robić tak, żeby to odpowiadało wszystkim, bo ktoś, jednostka, grupa społeczna, będzie niezadowolona. Każdy ma prawo mówić i robić co chce, ma prawo mieć własne poglądy, ale istotą jest tutaj to, żeby nie przeszkadzać innym, nie chce nikomu zrobić krzywdy. To dlaczego moje wyobrażenie o świecie ma ktoś na siłę zmieniać? Dlaczego my staramy się być świętsi od świętych?

Co sądzisz o adopcji dzieci przez pary homoseksualne?

– Rozmawialiśmy o tym trochę ostatnio. My nie kontrolujemy zwykłych małżeństw i tam często dzieją się dantejskie sceny, wykorzystywanie seksualne i tym podobne tematy. Ale jeśli chodzi o pary homoseksualne, to chcemy aby tam wszystko było jak najświętsze. Zaglądamy im gdzie się tylko da i wtrącamy się w życie prywatne. Nie rozumiem szumu wokół całego tego procederu. Podam przykład. Jak chcesz jeździć autem, to musisz mieć pozwolenie, czyli prawo jazdy, jak chcesz być spawaczem musisz wyrobić sobie pozwolenie, jak chcesz latać samolotem podobnie. A jak chcesz być rodzicem to nie. Każdy może nim zostać. Odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, młody, stary, głupi, mądry, rudy, blondyn i tak dalej. No nie ma testów. Dlaczego więc mamy uważać, że małżeństwo pana z panią będzie lepsze niż pani z panią, lub pana z panem? Wiemy przecież, bo widzimy co się dzieje, że wychowywanie dzieci nie stoi na najwyższym poziomie.

Czuję, że będziemy na językach za to co tu pada. Tolerujesz homoseksualizm?

– Tak. Nie mam nic przeciwko, bo to nie moja sprawa kto z kim sypia. Nie rozumiem jednak dlaczego oni mają taką potrzebę manifestacji, ekspresji samych siebie. No nie pojmuję. Ja jestem hetero, ale nie chodzę na marsze, żeby podkreślić swoją orientację seksualną. Niech się nawet całują publicznie, ale wiec czy manifestacja z tego powodu mnie śmieszy.

Mówimy o sprawach, które mogą spowodować, że o naszej rozmowie będzie głośno, ale takich problematycznych i dość delikatnych sytuacji jest nieco więcej, np. Igrzyska Paraolimpijskie, które niecały rok temu były tematem numer jeden w mediach.

Mam inny przykład – Mistrzostwa Świata bezdomnych. Nie pamiętam w czym, ale … śmieszy mnie to, trochę jest to śmiech przez łzy, bo dlaczego tym bezdomnym po prostu nie pomóc, tylko organizować jakieś wielkie, nadmuchane zawody sportowe? Telewizja to lubi, a tak jak mówisz ta Paraolimpiada.  Ja jestem krytykiem tej imprezy, bo przekroczona została pewna granica.

Jaka?

Jaka jest idea tej imprezy? Konsolidacja środowiska, udowadnianie samemu sobie i światu, że możemy, to jest ich rehabilitacja. Ja nie kupuję tego, żeby tam chwalić się wynikami, żeby medale były istotne. Po prostu tego nie kupuję, cel jest, a przynajmniej był inny.

Ale nie możemy im zabronić rywalizacji, nie możemy im zabronić funkcjonować w sposób jaki chcą, kiedy nie robią nikomu krzywdy.

Był taki moment, który powiedział mi, tzn. głowa mi powiedziała w tym momencie, że coś jest nie tak. Chodzi o to, że w tamtym roku złapano paraolimpijczyków na dopingu. Ale sport zawodowy też przegiął. Przekroczyliśmy granice, chodzi o to, że teraz ci sportowcy są tworzeni, robieni prawie, że w próbówkach. No ja takie coś oglądałem w filmach science-fiction, a tu już coś takiego się dzieje.

- Powiedziałeś to już, naprawdę jest Ciebie dwóch?

– Tak. Przynajmniej często tak mi się wydaje. Radosław z parkietu, który jest tym takim trochę nerwowym, a na pewno nerwowo reagującym zawodnikiem, który musi nadrabiać swoje braki i ten który siedzi w parku, rozmyśla, zastanawia się.

A ja mam wrażenie, że tu chodzi o coś innego. Spytam wprost, bo znamy się już tyle, że wiem, że się nie obrazisz, a przynajmniej nie powinieneś.

 – Zobaczymy o co zapytasz (śmiech).

Czemu zachowujesz się na parkiecie jakbyś tracił rozum i kontrolę nad sobą?

– Ludziom się tylko wydaje, że ja nie wiem co się dzieje, że jestem w jakimś amoku. A tak nie jest, ja jestem zdenerwowany, ale nigdy nie straciłem nad sobą kontroli. (Chwila przerwy). No nigdy nie straciłem. Robiłem głupie rzeczy, ale nigdy takie, których nie pamiętałem czy były spowodowane narastającą we mnie agresją.

A chciałeś kiedyś zrobić jakiemuś przeciwnikowi krzywdę?

– Nie. Faulowałem ostro, mocno, w nerwach, ale nigdy po to, żeby komuś połamać kości, czy coś innego zrobić. Nie jestem wariatem, choć czasem może i takie wrażenie sprawiam, no bo jak oglądałem wideo z meczu, to faktycznie wyglądało to tak, jakbym wszedł na inny poziom świadomości.

To skąd wzięły się te zaczepne zagrania, prowokowanie?

– Taka była moja filozofia gry, sfaulować mocno, tak żeby przeciwnik czuł. Nie podoba mi się to, że teraz przepisy idą w takim kierunku w NBA i FIBA, że zabrania się gry kontaktowej. Nikt nie kupuje mięczaków. To jest sport, rywalizacja, po parkiecie biegają dwumetrowi faceci. Tyle lat ile oglądam koszykówkę nie przypominam sobie, żeby mocny faul zrobił komuś krzywdę.

Ok, ale jak schodzisz z parkietu, to czasami mam wrażenie i pewnie nie tylko ja, że za chwilę w drzazgi zamienią się plastikowe krzesełka, a ktoś straci zęby.

– Wiedziałem, że tu uderzysz. Ludzie często tak właśnie patrzą. O, on rzuca czymś. Butelką na przykład. A ja czytałem u znanych psychologów, że to jest bardzo dobre wyładowanie frustracji.

Tak zwane rozładowanie agresji wprost. Tak przynajmniej mówił mi kolega psycholog.

– Chyba tak. Ja np. po minucie w takiej sytuacji jestem już spokojny. Walnę, bo coś mnie tam na parkiecie zdenerwowało. Problem zaczyna się jak taki gracz, np. ja, nie umie się uspokoić. No ale ja umiem, kiedyś sprawiało mi to więcej problemów, ale już teraz nie. Ludzie zawsze myśleli, że ja jestem szalony, a tak chyba nie jest (śmiech).

Sam nie jestem oazą spokoju, są jakieś ćwiczenia, które mogą pomóc się uspokoić?

– Tak. Idziemy na pole kukurydzy, jęczmienia, owsa czy co tam znajdziemy, ale ważne, żeby nikogo nie było w pobliżu. I wykrzykujemy przez krótszy lub dłuższy moment wszystkie rzeczy, które przyjdą nam na język włącznie z wyzwiskami. Stosowałem to na sobie i zobaczysz, że po jakimś czasie następuje cisza. Wszędzie.

Gdzie krzyczałeś?

– Po raz pierwszy jak grałem w Prostojewie. Źle mi było, każdy z nas ma coś takiego, kogoś obwinia. Ja kierowałem te uwagi w swoją stronę, że nie umiem się poskładać, że czegoś mi się nie chce. I z czasem krzyczałem coraz krócej i krócej. Nagle tylko minutę i zrozumiałem, że już nie mam po co krzyczeć. Nie mam w sobie ani złości, ani nienawiści, ani do kogoś pretensji.

A ostatni raz kiedy?

– Półtora roku temu?

Jesteś odważnym człowiekiem? 

– Nie. Dla mnie odwaga to piękna cecha, którą widzę w telewizji i na wojnie. Na wojnie trzeba, bo jak masz zginąć, to lepiej chyba walczyć i zrobić wszystko, żeby obronić swoje życie. Ja uważam, że nie jestem odważny, nawet nie wiem jak miałbym to sprawdzić.

A podpisanie kontraktu w drugiej lidze, kiedy jeszcze chciało cię mieć u siebie kilka zespołów ekstraklasy, to nie odwaga?

To był rozsądek z małą, minimalną ilością odwagi. Wiesz, kupiłem mieszkanie we Wrocławiu, chciałem się związać z jakimś klubem na dłużej, a tutaj już grałem i strasznie mi się to miasto podoba, lubię je. Dużo rzeczy miłych mnie tu spotkało, więcej niż tych niemiłych. Gdzie więc miałbym podpisać kontrakt?

No i masz słabość do Wrocławia. Zawsze miałeś. 

– Pamiętasz? Chyba pamiętasz te moje historyjki, które sobie zawsze wyszukiwałem. Pierwszą był ten Ino-Wrocław, no bo chciałem grać we Wrocławiu, potem Włocławek.

Raczej mówię o Maćku Zielińskim, twoim idolu. 

– To nie tak, że to mój idol. Bardzo go cenię, lubię. Kilku trenerów zawsze mnie za to krytykowało. A tu chodzi o kibica, wiele osób mi mówiło, że ja kibicom wchodzę do dupy. Bzdura. Mi się zawsze podobało to, że Maciek miał i dalej ma niezwykły kontakt z fanami. Chciałbym umieć tak jednać sobie fanów, tak łączyć, że z meczu koszykarskiego robił się prawdziwy spektakl. Widzisz zdjęcia z tego okresu i patrzysz na twarze tych ludzi, szczęśliwych, rozemocjonowanych. Wiesz, było kilku lepszych koszykarzy niż Maciej, np. Adam czy Dominik. Ale to Maciek powodował, że kibice rozpalali się na trybunach.

I mogliśmy oglądać – mówiąc nieco na wyrost – pewnego rodzaju dynastie. Teraz ciężko kibicuje się w Polsce, gdzie nie ma się do kogo przyzwyczaić.

– A teraz masz problem, bo nie możesz oglądać tego jak poszczególni zawodnicy się rozwijają, jak się zmieniają, jak organizacja dorasta.

Tak. I boli mnie to.

– A to jest wina rodziców. Tak uważam. W Anglii jak dziecko ma roczek, to dostaje koszulkę zespołu, któremu kibicuje tatuś. Mnie tato zabierał na Goplanię Inowrocław, mama uszyła nam takie fajne rzeczy, żebyśmy kibicowali i czuli się związani. No bo nie było wtedy nic za bardzo. Siadaliśmy, kibicowaliśmy. My nie zarażamy do sportu młodszych pokoleń. W wolnym czasie chodziliśmy kopać piłkę. U mnie było tak, że tato spytał jaką dyscyplinę chce uprawiać mój starszy brat. Wybrał piłkę nożną. Ja usłyszałem to samo pytanie, wybrałem tenis ziemny. To rodzice mnie wozili, to oni decydowali o tym, że stracą swój cenny czas po to, żebym ja miał jakąś pasję, coś robił. W telewizji oglądaliśmy imprezy sportowe, a nie jakieś wygłupy. Mama była pokrzywdzona, ale czytała książki i tym nas zaraziła. Tego brakuje, żeby ludzie interesowali się jakąś dyscypliną, wciągali w to swoje dzieci.

Ale to chyba nie jedyny problem, bo jest mało godzin wychowania fizycznego w szkołach, do tego chyba trochę tym razem ja wyprzedzę twoje myśli – nie ma też relacji uczeń – mistrz.

– Tak, twoje ulubione San Antonio Spurs i ich trener to znakomity przykład takich relacji. Zobacz ilu Greg Popovich wydał na świat trenerów. Popatrzmy na relacje np. w sztukach walki, popatrzmy na naszych kulomiotów czy dyskoboli. Tam latami pracuje się z jednym trenerem.

Posmutniałem jak myślę o tym jak wygląda to w koszykówce. Szczególnie tej u nas.

– Prawda? Przecież przez dziewięć miesięcy to nie ma opcji, żeby poznać zawodnika na tyle, żeby z tego był jakiś sens. Bo tu nie chodzi o to, żeby tylko grać i spotykać się na parkiecie. Czasem trzeba czegoś więcej. Ja przynajmniej chcę być takim właśnie trenerem.

Właśnie, jakim będziesz trenerem? 

– Odpowiedź jest tak samo trudna jak na pytanie jakim będę człowiekiem za rok.

Spytam inaczej, co będzie jak trener Radosław Hyży spotka na swojej drodze takiego zawodnika jak Radosław Hyży? 

– O bardzo bym chciał! (Śmiech). Kiedyś trener z Czech powiedział mi, że on bardzo mnie lubi, bo spotkanie ze mną powoduje, że on jest lepszym człowiekiem.

Skromnie.

– Zgadzam się (śmiech). Ale poważnie, to było bardzo miłe co powiedział. Mówił też, że spotkanie z każdym człowiekiem powinno powodować, że stajesz się lepszym.

Czy my dalej rozmawiamy o relacjach trener – zawodnik? 

– Tak. A najgorzej to spotkać kogoś takiego, kto jest … bez reakcji. Nie wiesz czy trening jest dobry, czy zły. Nie wiesz czy mu się podoba, czy nie. On po prostu robi, bo chce dostać swoje pieniądze i mieć święty spokój. Ten to się ma w grobie, a życie krąży, musi zaskakiwać, musisz sobie radzić z problemami.

Wrócę do mojego pytania o relacje na linii Hyży – Hyży, bo znowu odpłynąłeś. 

– Dobrze wiesz, że tak mam, ale ok, odpowiem konkretnie. Na pewno by iskrzyło. No ale ja bym chciał najpierw wiedzieć jak mój zespół by grał, bo np. takich graczy jak ja to ja cenię, ale nie chciałbym ich mieć w zespole.

Niezbyt odważny Radosław mówi tak odważne rzeczy? 

– No tak, bo mi podobają się inne rzeczy niż te, które ja robię wynikające z moich ograniczeń. Ja lubię zawodników szybkich, skocznych, takich co umieją trafiać do kosza. Ja nie umiem ani jednej z tych rzeczy. Jestem waleczny, rzucę się na parkiet po piłkę. Fajnie, ale dużo by taki gracz u mnie nie zarobił. Kolego, no musisz znać swoje miejsce. Ja jestem zakochany w typowo ofensywnej grze. To się chce oglądać.

A to nie jest z tobą trochę tak jak z kobietą, która ma proste włosy i chce mieć kręcone, a ta z kręconymi chce mieć proste? 

– Popatrzmy na trendy, a te moim zdaniem wyznacza piłka nożna. Ludzie chcą oglądać ofensywę, spektakularne akcje. Przykład? Barcelona. Kibic chce sensowne akcje w ataku, kończone efektownie, szybką grę, którą kończy się akcją nad koszem i z faulem. Gdzie tu miejsce dla mnie?

Aż nie wierzę, że bronię ciebie przed tobą samym, ale w dalszym ciągu w koszykówce muszą być tacy gracze jak ty – zadaniowi. Tak jak zresztą nawet w tej piłce nożnej, którą przywołałeś. 

– No jest, ale mnie jest tak łatwo rozszyfrować, że aż się dziwię, że ktoś chce mi ciągle płacić pieniądze.

Jak ty poradziłeś sobie w koszykówce z takim podejściem?

– Moje podejście jest ok, bo zdaję sobie sprawę z ułomności, które posiadam. Musiałem więc przez lata wypracować sobie coś, co powoduje, że mam przewagę nad innymi. Musiałem kombinować, zastanawiać się, więcej oglądać i szukać słabych punktów przeciwnika, ale tego kibice nie doceniają bo tego niestety nie widać.

Chyba trochę przesadzasz.

– Może, ale podam ci inny przykład. Nie jestem za ładny, no rudy, piegowaty, krzywe zęby, nos krzywy, mówię nieskładnie i chaotycznie. Przez to nie miałem powodzenia u kobiet i jak byłem młody to musiałem chodzić na treningi. Ja gram w koszykówkę zawodowo, mój kolega, który w wieku 17 lat był lepszy ode mnie i imprezował, bo przystojniak, nie gra. Widzisz, moja ułomność spowodowała, że coś tam innego sobie wymyśliłem i to całkiem pozytywnie wyszło.

Nie wierzę, że kobiety nie były zainteresowane.

– Też się dziwię, a one nie wiedzą co straciły (śmiech).

Poproszę o 35 sekund powagi. Przecież ty jesteś popularny i lubiany wśród kibiców.

– A wiesz, moi koledzy jak rozdają autografy to się nie dziwię, fajne chłopaki. Tu jakaś dziewczyna, tam kolejna. A do mnie jak ktoś podchodzi, to wiem, że nie wie co z kartką zrobić.

Możemy tak rozmawiać i rozmawiać i rozmawiać, a ja nie będę w stanie tego później spisać.

Wiem, już ci współczuję. Zresztą zawsze ci to mówię jak rozmawiamy.

Musze jakoś zakończyć tą rozmowę i muszę to zrobić jakimś sensownym, najlepiej sportowym pytaniem.

Serio?

Przecież nie urwiemy w połowie. Przed nami sezon ekstraklasy. To powrót dla ciebie, dla Śląska. Czy to będzie ważny sezon?

– Właśnie mi się przypomniało coś o czym rozmawialiśmy kilkanaście godzin temu na początku tej rozmowy (śmiech). Wiesz czemu jest Radek i Radek? Bo w sezonie to ja mam proste życie, klapki na oczach, jest sport, mam do wykarmienia rodzinę, kredyt do spłacenia, nie prowadziłem nigdy żadnych firm, to mam, a co. Po sezonie siadam na ławce w parku, mam czas, żeby się zastanawiać, czytać, rozmawiać.

Jak zwykle ludzie będą się ze mnie śmiali, bo pytam o coś i nie umiem wyegzekwować odpowiedzi, ale zainteresowałeś mnie. Przecież w sezonie też możesz to robić, czytać, rozmawiać, rozmyślać.

Nie mogę.

Bo?

– Bo nie mogę wtedy grać. Patrzę na to wszystko z dystansu i myślę – jaki sens ma sport? Żeby kilka osób sobie poklaskało.

Taki będzie tytuł tego wywiadu.

– Weź mi odpowiedz! Przecież o ciebie też pytają, czy ten Szczepan Radzki jak coś napisał, to idzie w dobrym kierunku czy nie?

Kombinator i cwaniak z ciebie, tak jak powiedziałeś, ale wiem dokąd zmierzasz.

– Tak?

Tak, ale powiem to w dużym skrócie. Sport to nie tylko wynik.

– Dokładnie! Trzeba prowokować, sprawdzać, zobaczyć jak się rozwijamy, chcę żeby kibice myśleli, spoglądali na nas i analizowali. Chcę, aby się angażowali, żeby powiedzieli mi – poprawiłeś grę lewą ręką, o ile poprawiłem. Chodzi o to, aby kibice żyli z nami, ale nie tylko tematem, bo wygraliśmy albo przegraliśmy. Bo jaki sens ma to jak wygramy? Jutro albo za miesiąc zapomną.

I znowu się rozgadaliśmy. Wiesz, że jak ktoś będzie w stanie przebrnąć przez ten wywiad, to pomyśli, że jesteś wariatem?

Wiem.

Jaki masz cel na ten sezon? Taki swój osobisty.

– Nie odpowiem konkretnie, bo … bo nie chcę. Generalnie – przezwyciężyć kolejną barierę. Rok temu miałem taką jedną, no bo jak na sportowca to jestem już stary i chciałem po prostu zagrać dobry sezon, dobrze się bawić i być w miarę zdrowym. Udało mi się. Teraz chciałbym złamać kolejną, która gdzieś tam zagnieździła się w mojej głowie.

Trzymam kciuki i dzięki!

Już koniec? (śmiech).

Onanizm pociągowy

Jeszcze wczoraj ten wpis byłby emocjonalny i przepełniony setkami inwektyw. Dziś emocjonalny został już tylko wstęp.

Jak śmiecie panowie politycy rozmawiać o transporcie publicznym?

Jak?

Pytam zaczepnie, bo chyba większość z Was nie jeździ komunikacją miejską, ani jeden z Was nie wsiądzie do pociągu lub autobusu. Kursowego, nie takiego, z którego machacie rączką do reporterów TVN czy innej Gazety Polskiej.

Osobiście, w związku z tym, że nie zarabiam jak nasze telewizyjne twarze, ze względu na zbyt wysokie koszty samotnych podróży daleko poza granice Wrocławia, często decyduję się na wybór pociągu, a w zasadzie szynobusa.

Te są przecież wspaniałe i genialne. Tak słyszę wszędzie w telewizji, gdy nie otwieram gazety czytam jak to jeden pan przekrzykuje drugiego, że lepsze są Koleje Dolnośląskie i górują nad tymi Regionalnymi.

Stop! Do momentu kiedy nie zobaczę, że Poseł Iksiński, albo inny mądrala nie sprawdza samodzielnie jak wygląda nasz transport publiczny, niech skończą się onanistyczne peany w mediach na temat kolejnych wspaniałych osiągnięć.

Wracając do szynobusów. Faktycznie, te pierwsze (Dolnośląskie) mają pociągi w kolorach czerwonych, drugie (Regionalne) są biało-żółte. Albo inaczej, nie wiem, nie zwracam na to kompletnie uwagi. Szynobusy w innych elementach są praktycznie takie same, krzesełko, klimatyzacja, miejsce na rower, malutka pierwsza klasa i ogólna czystość.

I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że tych pociągów jeździ bardzo, bardzo, bardzo mało, a najczęściej są zapakowane nie jak środek transportu, który przewozi ludzi, a towarowy ze świniami.

Przytrafiało mi się już nie raz na stacji Nowy Dwór we Wrocławiu, że w środku było zaledwie kilka wolnych miejsc. W ostatnią niedzielę nastąpiło jednak pieprzone apogeum. Pociąg – jeden wagonik – wyładowany był jakby ktoś zakładał się jak wielu niezbyt świadomych zmieści do jednego pociągu.

Na samym Nowym Dworze na ten transport czekało około 10 osób. Byłem przy drzwiach pierwszy i już nie było gdzie się wcisnąć. Mili pasażerowie poupychali się, poprzytulali do siebie pokazując jak wielkim uczuciem miłości darzą każdego kolejnego podróżnego.

I co stacja to samo. Do tego brak klimatyzacji. Wspaniała podróż, nic tylko chcieć odbywać ją dzień w dzień.

Hit wycieczki nastąpił jednak gdy jeden pan, przez pół pociągu darł się do konduktorki i cytuję – proszę pani, ja chcę do kibla.

Myślał chyba, że jest w gimnazjum, albo na szkolnej wycieczce i zapomniał o pampersie, aczkolwiek rozumiem jego problem. W pociągu podniósł się alarm, po tym jak okazało się, że toaleta jest zepsuta, bo ktoś ją zapchał. Rozpoczęły się krzyki i prośby o włączenie klimatyzacji i coś czego nie byłem w stanie usłyszeć, bo raz nie chciałem, dwa trzydzieści krzyczących jednocześnie osób to jednak ponad moje siły i możliwości słuchowe.

Irytacja warunkami podróży byłaby jeszcze większa, gdyby skasowano mnie jak za normalny bilet. Całe szczęście, wyrozumiali konduktorzy liczyli dużo niższą kwotę za rewelację, której absolutnie nie są winni.

A ta cała, przydługa historia tylko po to, aby przypomnieć jak to rewelacyjnie we Wrocławiu co chwilę ktoś pieprzył o Pendolino, pociągu przyszłości, pokazywał jak to wielki sukces nie jest.

Jaki sukces, co za gadanie bzdur, skoro tu i teraz ciężko podróżować, bo warunki takich wypraw są po prostu dramatyczne i to nawet na krótkich, bo zaledwie 160 kilometrowych odcinkach. Nie dość, że ten transport i tak jest relatywnie drogi, to połączeń jest bardzo mało (tłumaczenie, że jest mało podróżnych są jakimś żartem), a wagony przepełnione. Ja, młody (teoretycznie), sprawny (jeszcze bardziej teoretycznie) i zdrowy (nogi, w przeciwieństwie do głowy posłuszeństwa mi nie odmawiają) byłem w stanie stać przez ponad sto minut. Nie wiem jednak jak radzą sobie ludzie starsi czy schorowani.

Stop więc, darujcie nam panowie, którzy mają zawsze dużo do powiedzenia i chcą się podczepić pod każde możliwe wystąpienie telewizyjne, które nieco ogrzeje ich w promieniach słońca. I o ile rozumiem dlaczego tak jest i pewnie sam, będąc spindoktorem, doradzałbym zachowywać się podobnie, tak moje sumienie i maile, ciągle mówiłyby: panie XXX YYY niech pan przejedzie się sam tymi kolejkami. Albo przynajmniej wyślijcie 5 osób, żeby sprawdzało jak to wygląda – skorzystajcie z wiedzy podróżnych i pobawcie się techniką mystery shooper.

Bo biznes to biznes – słów kilka o Śląsku

Jeśli ktoś spodziewał się innego rozwiązania w kwestii piłkarskiego Śląska jest szaleńcem.  Albo człowiekiem ogromnej nadziei.

Cały raban, który wystrzelił w powietrze kilka dni temu nie jest niczym, co jakkolwiek mogło zaskoczyć. Dziwię się więc teraz wielce pokrzywionym tekstom i wypowiedziom w telewizorze i kanałach na YouTube, które zdziwieniem uderzają nas po czołach.

Nie to, żebym chwalił się tym jaki to nie jestem genialny, ale jeśli ktoś z magistratu sądził, że przechytrzy Zygmunta Solorza-Żaka, to był w ogromnym błędzie. Super, że władze miasta próbowały ratować Śląsk, ale nierealnym było przechytrzenie starego, srebrnego lisa, jakim jest Zygmunt Solorz-Żak.

Plus za próbę, kolejną zresztą, ale serio, czy ktokolwiek, naprawdę ktokolwiek sądził, że ten zabieg ma szansę się udać? A tych dziwnych manewrów było kilka.

Przytoczę tu jedno z moich ulubionych przysłów

[quote style=”1″ author=”Nieznany”]Starego misia na sztuczny miód?[/quote]

Mówiłem to na głos już kilka razy, ale powtórzę po raz kolejny i tutaj, na mym nowym poletku do uprawiania polemiki. Zygmunt Solorz-Żak to biznesmen. Ten człowiek nie kupił piłkarskiej drużyny po to, żeby mieć swój własny klub i móc chwalić się nim przed kolegami. Śląsk był trampoliną, dzięki której Zygmunt Solorz-Żak mógł zrobić kolejne interesy.

Poza tym, wszyscy którzy myśleli, że Zygmunt Solorz-Żak będzie ot tak dawał pieniądze na Śląsk, bo ma ich więcej niż my, był w poważnym błędzie. Niby dlaczego miałby to robić? Bo ma? To za mały powód. Bo dlaczego Kowalski czy Jankowski nie da co miesiąc 100 złotych na swój ukochany klub? I nie mówię o biletach.

I nie ma w tym absolutnie nic, ale to nic złego. że miliarder nie chce dawać pieniędzy – nie jest to przecież działalność charytatywna, tylko sponsoring, a ten z definicji jest dwukierunkową korzyścią. Tak wygląda świat biznesu sportowego, w środowisku, w którym kluby posiada kilku zajawkowiczów, większość to osoby, które na zespole czy to piłkarskim czy też koszykarskim, chcą budować platformę biznesową.

Jaki cel miał polski milioner? Moim zdaniem chciał przenieść T-Mobile Ekstraklasę do Polsatu, a przynajmniej jej część. To udało mu się bardzo szybko. Po co? Żeby sprzedać jeszcze więcej dekoderów. Także w celu biznesowym chciał przejąć zarządzanie stadionem – i w związku z tym, że Zygmunt Solorz-Żak to człowiek, który wie jak robić biznes, zakładam, że udowodniłby, że taki obiekt jak ten wrocławski, nadaje się do robienia wielkich i fajnych imprez.

Właściciel, sam Bóg raczy wiedzieć czego, chciał nawet niedawno odkupić dziurę, ale przejmując wspomnianą wcześniej operatorkę Stadionu Miejskiego i wybudować obok niego halę widowiskowo-sportową. Nie chciał jej (tej dziury) jednak kupić za cenę, którą proponowało miasto, bo rzeczoznawcy określili, że ta warta jest około 20 milionów złotych mniej.

Władze Wrocławia powiedziały nie. I zostały z dziurą w ziemi, stadionem, który generuje straty (a kredyty trzeba spłacać). Czy ktoś naprawdę naiwnie sądził, że Solorz-Żak ulegnie? To nie jego problem, że nie jest właścicielem terenu przy stadionie i jego operatorem. Biznesmen nie wydał po prostu kilkudziesięciu milionów złotych.

Taki sam problem dotyczy Śląska – czy ktoś naprawdę myśli, że wrocławski zespół piłkarski to dla Solorza kłopot? Trochę tak, ale myślę, że jeden z najbogatszych Polaków ma 160 milionów innych powodów do zmartwień miesięcznie, niż te drobne 30 milionów w skali … ostatnich dwóch lat?

Powiedzmy sobie szczerze, to Wrocław ma kłopot, to Wrocław jest postawiony pod ścianą i cały czas, od początku tego mariażu, zamiast walczyć z osobą, która chce zainwestować w tym mieście, może lepiej nieco spuścić z tonu i zacząć znajdować rozwiązania?

Jakie? A no np. takie, że sprzedaż działki przy stadionie za nieco mniejszą kwotę spowoduje wybudowanie hali i najpewniej przeniesienie gal tak niezwykle popularnego KSW właśnie do stolicy Dolnego Śląska. A to kilka niezłych imprez w ciągu roku.

Czekajmy na rozwój wydarzeń, nie sądzę jednak, że cokolwiek się zmieni.

Jak naprawiłem kamerę (a w sumie obudowę) GoPro

GoPro bez zawleczki w obudowie? Znalazłem rozwiązanie.

To będzie wpis z serii roboczo przeze mnie nazwanej user-content, czyli taki, który ma zaproponować czytelnikowi realne rozwiązanie jakiegoś problemu lub dać całkiem użyteczną wiedzę.

W tej serii, na KolekcjonerzeButów ukazały się m.in. wpisy dotyczące obuwia budżetowego do koszykówki oraz tego przecenionego.

Wracając jednak do dzisiejszego tematu. Wszyscy wiemy doskonale, że firmy produkujące samochody wcale nie zarabiają kroci na sprzedaży aut, a na sprzedaży części do wytworzonych przez siebie automobili. Podobna sytuacja ma miejsce wśród producentów sprzętu. Apple zarabia na bardzo, bardzo drogich akcesoriach, pojedyncze podzespoły komputerowe (dyski SSD) potrafią być droższe niż średniej klasy laptop, podobnie zresztą jak oryginalny pilot do telewizora, którego cena może przekroczyć nasze najśmielsze oczekiwania.

Często spotykamy się też z sytuacją, w której nie możemy dokupić pojedynczego elementu, który akurat uległ zniszczeniu, a zostajemy zmuszeni do dokupienia całego kompletu części.

Ale zaraz, bo ten wpis miał być o sporcie, a przynajmniej o jednym z elementów dookoła sportu.

Do rzeczy.

Od niedawna jestem szczęśliwym posiadaczem kamery sportowej GoPro Hero3 Silver (tak gdyby jakiś ciekawski znowu chciał zaglądać mi w portfel – nie dostałem od nikogo, kupiłem sam, udowodnię w zeznaniu podatkowym jak już wybierzecie mnie na posła). Sprzęt jest rewelacyjny, ale nie w tym rzecz (tak, mam nadzieję, że GoPro wynagrodzi moje piękne słowa na ich temat darmowymi akcesoriami).

Montując kamerę na ramie roweru miałem malutki wypadek. Wyjmując sprzęt z obudowy, spod jednego z przycisków wypadła mała – nazwijmy ją – zawleczka, która pozwala utrzymać przycisk w obudowie. Malutkie kółeczko z dziurkami (widoczne na zdjęciu – oryginalne są te srebrne) spadło na podłogę i niestety nie byłem w stanie go odnaleźć.

20130822_10.45.03_HDR

Kamera funkcjonuje ok, obudowę da się zamknąć, ale ci którzy mają ten sprzęt, wiedzą, że nie nadaje się już do zdjęć podwodnych, a przycisk będzie po prostu wypadał, bo nie jest niczym przytrzymywany.

Płakałem, następnie pytałem w sklepach z akcesoriami GoPro, szukałem na stronie internetowej i Allegro. Bez powodzenia. Nikt, ale to absolutnie nikt nie był mi w stanie pomóc z tym fantem. Chciałem kupić przyciski i zawleczki, bo przecież to musi być gdzieś do kupienia. Pomyłka, można kupić jedynie całą obudowę. Profesjonaliści odsyłali mnie do internetu (daa), nie mogli znaleźć rozwiązania.

Nie, nie wydam 200+ złotych na całość, skoro potrzebuję jednego, drobnego elemetu. Zrobię to staroświeckim polskim sposobem – kombinatoryką. Dorobię ten element sam, albo wsadzę tam coś, co będzie spełniało jego funkcję.

20130822_10.45.10

Znam dość dużo osób, ale najlepszym inżynierem, takim pomysłowym Dobromirem w takich sytuacjach jest mój dziadek. Dziadek filozof i swego czasu główny inżynier ruchu w Elektrowni Turów, gdzie wyszkolił większość pracujących obecnie specjalistów.

Domyślacie się, że znalezienie rozwiązania nie zajęło mu dłużej niż kilka minut? Ten 83-letni facet wziął obudowę, wrócił z nią za pół godziny. Z ułomnej stałą się pełnosprawna.

Jak? Ta mała zawleczka, która wygląda niczym kosmiczna technologia, to nic innego niż zwykła część, którą możemy spotkać w … zegarkach. Dziadek wziął obudowę do zegarmistrza, a ten w trzy minuty uzupełnił brakujący element. No jest innego koloru, jest nieco większy (nie przeszkadza zupełnie w funkcjonowaniu) niż jego oryginalni bracia od GoPro, ale jest i działa.

Koszt? Wraz z robocizną całe, astronomiczne, ogromne … 5 złotych. Zamiast 200? Nie powiem, opłacało się włączyć w sobie trochę polskości i zamiast kupić obudowę, po prostu pomyśleć.

 

TBL: Zaplanujmy hashtagi

Tuż przed Mistrzostwami Europy w Słowenii na Twitterze padła propozycja, aby Eurobasket relacjonować pod jednym # czyli hashtagiem. Po krótkim głosowaniu padło na #EBPL.

Sukces tej szybkiej i sprawnej akcji w mediach społecznościowych widać było zarówno w trendach w Polsce (w zaledwie kilkanaście minut po rozpoczęciu pierwszego meczu Polaków dostaliśmy informację o wejściu do dziesiątki najpopularniejszych hashtagów w naszym kraju) jak i po tym ile osób relacjonowało Eurobasket. Kliknijcie tutaj

Komentowali kibice, dziennikarze, fotoreporterzy, kobiety, mężczyźni, starzy, młodzi. Po prostu działo się jak przystało na media społecznościowe.

Dobry trend trzeba kontynuować. Sport na Twitterze relacjonuje się na żywo bardzo dobrze i można śmiało powiedzieć, że ten serwis jest idealnym narzędziem do tego typu działań.

Idąc tym samym tropem ustalmy więc oficjalne hashtagi dla Tauron Basket Ligi oraz każdego z zespołów ekstraklasy.

Poniżej przeczytacie kilka propozycji, możecie też zaproponować swoje.

Pamiętajcie jednak, zasada jest jedna: musi być jak najkrócej i zrozumiale.

Swoje uwagi i głosy możecie zgłaszać u mnie na Twitterze – @szczepanradzki, pod #TBLHash jak i mailowo tutaj.

[textblock style=”3″]Oto moje (całkiem luźne) propozycje[/textblock]

tbl_logo_2011

#TBLPL – hashtag #TBL jest nadużywany przez cały świat. Dodajmy sobie PL i będziemy mieli swój własny świat.

33

#Anwil – tu chyba nie ma wątpliwości, # jest używany i warto to kontynuować

121

#APG, a może #Asseco

Nie mam pomysłu, myślałem o #AssecoBasket, ale jest za długi. APG jest używany w innych celach, Asseco może mieszać się z siatkówką, choć akurat ten wydaje mi się być naturalnym wyborem. Głosujcie.

762

#AZSK – dodaję K, bo # AZS jest często używany także przez osoby spoza granic Polski i nie warto robić tam bałaganu.

764#Czarni – pewnie sponsor chciałby, aby podłączyć się pod #Energa, ale tam za dużo mówi się o polityce i energetyce. Musimy nieco się oddzielić. Poza tym, jest sporo wpisów pod tym # dotyczących właśnie zespołu ze Słupska.

765#Kotwica – nic innego tu raczej nie pasuje, ale chciałbym poznać Waszą opinię.

115#Turow – #PGE jest krótsze, ale wolimy jednak użyć nazwy zespołu.

67#Polpharma – nawet serbski @Yougobasket używa tego #, więc nie mamy innego wyjścia :-)

98#Rosa – krótko, zwięźle, na temat i … nie tak jak trzeba, bo pod tym # są kwiatki, krople deszczu, piłka nożna i wszystkie inne możliwe wymysły. Liczę na kibiców z Radomia.

117#Siarka – klasyka, ewentualnie #Jezioro, które jednak używane jest w innych celach.

769#Zastal

#Stelmet

Osobiście jestem za tym pierwszym.

112

#Trefl – naturalny wybór jak dla mnie.

110#SlaskB – byłbym zwolennikiem samego Slask, ale tam dzieje się tak dużo różnych rzeczy, że dodanie literki B otworzy nowy rozdział na Twitterze.

Czekam na propozycje, maile, a gdy już wszystko zliczę, oczywiście poinformuję o tym na łamach bloga.

P.S. Oczywiście hashtagi, dzięki temu, że niedawno wprowadził je także Facebook, będą obowiązywały także w tym, jak i wszystkich innych (np. Instagram) portalach społecznościowych. Wszystkim nam będzie dzięki temu łatwiej.