Dojrzały facet? Sprawdź jego szafę

Mr. Vintage, Gentlemenfashion czy CzasGentlemanów powiedzą Wam, że w szafie każdego prawdziwego (i dojrzałego) faceta musi być miejsce na brązowe, klasyczne buty.

Po prostu musi.

Ale nie łudźcie się, że znajdziecie je w jakiejś sieciówce. Te są zwykle dramatycznie wykonane, albo wyglądają jak trend mody z katalogu dla niewidomych.

Da się oczywiście znaleźć niezłe egzemplarze. Pytanie tylko dlaczego tak często buty te nie są klasyczne, a idące za trendami, które wygasną za trzy miesiące.

Naczytałem się trochę artykułów u wspomnianych wyżej blogerów znających się na modzie klasycznej i postanowiłem wydorośleć.

A w życiu każdego faceta przychodzi ten czas, kiedy zastanawia się nad tym jak bardzo jest dojrzały. W zasadzie to odpowiada sobie raczej na pytanie dlaczego ta fajna laska w jego wieku, albo nieco młodsza, mówi, że jest on po prostu dzieciakiem.

No nic, aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba odłożyć pada od Playstation, wyłączyć kreskówki, zgasić lufę. Być może też zdjąć z siebie tą kretyńską koszulkę z debilnym obrazkiem i napisem – sex trener, pierwsza godzina gratis? Może czas też zacząć o siebie dbać i przestać w kółko jeść pizzę, nauczyć się przygotowywać choćby najprostszy posiłek samemu i przestać być słoikiem w wieku 35 lat?

Może czas też nieco zmienić swoją garderobę i mieć w niej chociaż jedną klasyczną koszulę, jeden dobry garnitur i dobre buty, które nie mają szpica jak w obuwiu, które wygląda niczym zdjęte z błazna?

Chyba coś w tym jest.

Osobiście najdłużej dorastałem do etapu – buty. A konkretnie brązowe.

Absolutnie nigdy nie zmieni się w moim życiu to, że nie będę chodził w butach sportowych z wiadomych względów, ale kilkanaście miesięcy temu dorosłem do tego, że umiem i nie jest dla mnie przeszkodą chodzenie w butach eleganckich, a teraz przekroczyłem kolejną granicę – zdecydowałem się na dołożenie do mojej garderoby klasycznych butów.

I to we wspomnianym już kilka zdań wyżej kolorze brązowym.

Nie chciałem brązowych, brązowych. Nie chciałem tych z sieciówki. Generalnie uważam, że skoro mają to być buty dobre i na lata. Bo to właśnie tak z reguły kupują buty faceci. Podchodzą prosto – po co mam szukać czegoś za pół roku, albo rok, skoro kupię jedne, dobre wytrzymają kilka lat. Do tego jeszcze jak będą klasyczne, to nigdy mi się nie zestarzeją.

Proste.

Wymyśliłem sobie, że nie dość, że będą brązowe, klasyczne, to jeszcze najlepiej jak będą z wysokiej jakości materiałów i wykonane w wysokiej jakości. Szukałem. Błądziłem. Ale znalazłem.

Moimi wymaganiami wywindowałem też cenę buta. Trafiłem na Yanko.

Dobrze, że okazało się, że Yanko kojarzy mnie z działalnością z Kolekcjonerbutow.pl i mamy sporo wspólnych znajomych i tak samo jak ja panowie uwielbiają buty sportowe. Inaczej poszedłbym z torbami. Ale i tak bym je kupił.

Zdecydowałem się na model Yanko Style 545 uszyte metodą Goodyear. Więcej o bucie przeczytacie tutaj.

Yanko_Style_545_1 Yanko_Style_545_2

Ja tymczasem czekam na przesyłkę, stay tuned.

Infolinia jest po to, żeby Cię wkurzyć!

Firmy posiadają infolinię tylko po to, żeby nas wkurzać.

Nie widzę innego zastosowania dla firmowych infolinii. Przez lata współpracy z firmami z całej Polski z absolutnie każdego istotnego dla mnie obszaru, muszę z przykrością stwierdzić, że w większości przypadków dzwoniąc na infolinię nie tyle nie rozwiążemy problemu, co dowiemy się, że jego rozwiązanie jest niemożliwe w żadnej galaktyce.

Dlaczego?

Bo konsultant ma już od dawna przygotowany skrypt z szeregiem debilnych i wymijających odpowiedzi, które ma udzielić na nawet najbardziej konkretne pytania. Oczywiście to nie on wymyślił ten bełkot, którym nas raczy, a specjaliści i fachowcy. Czasem pani Jadzia z mięsnego, bo ma fajne cycki i sypia z szefem. Trochę dodał też od siebie sam boss.

Nie, infolinie nie są od tego, żeby nam pomóc, są od tego, żeby udzielić nam informacji. Informacji zbędnej, irytujcej i komlpetnie bezsensownej.

Koronnym przykładem jest rozmowa np. z konsultantami firm, które dostarczają nam internet.

- Proszę pani, nie mam internetu. Czy możecie sprawdzić, czy wszystko jest ok? Router działa, faktura zapłacona.

- Proszę zalogować się na swoje konto w panelu administracyjnym na stronie …

- Nie mam internetu, nie mam jak. 

– Rozumiem, proszę wysłać więc mail na nasz adres, a tam technik …

Czasem wydaje mi się, że oni to robią specjalnie. Że w tych firmach jest tak nudno, że ludzie aby dobrze się bawić, robią ogromne zakłady. Np. w stylu – kto dłużej będzie mówił to samo nie używając w kółko tego samego zdania. Albo kto dłużej będzie zaprzeczał. Kto będzie w stanie nie rozwiązać żadnego problemu.

Naprawdę. Mój chory i spaczony umysł pamięta te sytuacje i rozmowy, bo generalnie jestem osobą, która byłaby idealnym mystery client dla wielu firm na rynku.

Ręcę i szczęka zleciały mi z poziomu trzeciego piętra do piwnicy i nieco głębiej dzisiaj, czyli w czwartek. Wiedziałem, że ma przyjść do mnie paczka, na którą czekałem jak małe dziciątko na prezenty pod choinką.

I przez chwilę przynudzę.

Wiedziałem, że będę musiał wyjść z domu, więc zadzwoniłem do firmy kurierskiej w celu ustalenia miejsca pobytu mojej paczki.

Starałem się, próbowałem. Nie byłem niemiły. Szukałem rozwiązania, ale jego w rozmowie z konsultantami po prostu nie ma. Nie dość, że dzień wcześniej ŻADNA firma kurierska nie chciała ode mnie przyjąć trzech win do wysyłki, to dzień później nie byłem w stanie uzyskać żadnej pomocnej mi informacji.

Niemożliwością było skontaktowanie się z kurierem. Nie wiem, mam wrażenie, że ci złoci chłopcy, w swoich kurierskich maszynach są otoczeni ołowiem, który skutecznie blokuje wszystkie sygnały z zewnątrz. Pojazdy firm kurierskich są tak szczelne, że do środka nie dostaje się nawet powietrze.

To, że ja nie dostanę numeru do kuriera jest dla mnie zrozumiałe i nie dyskutuję z tematem. Mimo tego, że np. w UPS kurierzy mają telefony firmowe, w przeciwieństwie do DHL czy Siódemki, gdzie bodaj są to numery prywatne.

Poprosiłem grzecznie o przekazanie numeru do mnie z informacją, że nie będzie mnie w mieszkaniu od, do. Jak grochem o ścianę. Jak do małego dziecka, które musi się poparzyć, żeby zrozumieć. No po prostu nie dociera. Myślę sobie, ok kobieta ma pewnie 200 takich telefonów dziennie, więc pewnie by oszalała gdyby musiała dzwonić do każdego możliwego kuriera.

Słyszę jednak, że nie jest to możliwe, bo ona w systemie, który widzi kurier, nic nie może zmienic do momentu próby pierwszego doręczenia przesyłki. Pogratulujmy nie wiem komu, ale oklaski, za debilny system pod względem efektywności pracy.

I to właśnie do efektywności sprowadza się temat. Ja nie chciałem uzyskać paczki szybciej, chciałem oszczędzić sobie i kurierowi problemów. Spytać – jest pan niedaleko? Tak, ok podjadę, bo wychodzę z domu. Nie? Też super, ja wracam do domu o godzinie 17, więc niech się pan nie fatyguje do mnie do tego czasu, bo nie ma sensu.

Wilk syty i owca cała.

Ale nie, jak zwykle system nie pozwolił. I jak zwykle trzeba było zrobić coś głupio.

Widocznie ktoś ma pieniądze po to, żeby je tracić.

Dunno. Z tym się nie da walczyć, ale co ciekawsze, kurier bez problemu podał mi swój numer telefonu, a dogadanie się z większością z pracowników terenowych nie jest żadnym problemem.

Może poza jednym, który powiedział mi kiedyś – panie, ja nie mam czasu jechać do pana.

Ciąg dalszy na pewno nastąpi.

Pocisz się dla tej fajnej laski

Nie lubię być spocony, bo to wstyd przed dziewczynami – powiedział kiedyś mój daleki, daleki znajomy. 

No i rozumiem, w biurze, na spotkaniu, na randce lub w remizie strażackiej podczas zabawy tanecznej. Wszystko ok. Ale ciężar tej wypowiedzi był skierowany w kierunku ćwiczeń fizycznych na siłowni i biegania. Ów znajomy twierdzi, że nie lubi chodzić na siłownię, bo się tam poci, jest pełno osób i on się wstydzi. Woli też biegać w zimie i na jesień, bo wtedy nie widać, że jest spocony.

Jak sam powiedział, wstydzi się przed dziewczętami. Bo jak to one go zobaczą takiego spoconego, przecież to wstyd.

10594082913_89220727a2_o

Wstyd, że w ogóle to co powiedział padło z jego ust. Powinien tutaj zadać sobie pytanie, które w jednym z odcinków Przyjaciół zadał Matthew Perry czyli Chandler Bing. A brzmiało ono tak – powiedziałem to na głos?

Tak kolego, powiedziałeś.

Nie wiem, może jestem neandertalczykiem i zacofańcem. Może w obecnych czasach kiedy króluje metroseksualizm i wypacykowanie, moja staroświecka opinia jest kompletnie nie na miejscu i najzwyczajniej się ośmieszę. Uważam, że facet powinien o siebie dbać, dobrze i schludnie się ubierać, ale uważam też, że spocony mężczyzna w momencie przerzucania żelastwa na siłowni, biegania po parku czy ulicach miasta, to synonim męskości.

Gość dba o swoje ciało, o siebie, dla siebie i dla płci przeciwnej. Lub tej samej płci. Nie wnikam, nie będę wchodził facetom do łóżka.

I tu wdziera mi się mała dygresja.

Człowieku, robisz to po to aby wyglądać dobrze dla tej świetnej laski, o której myślisz nocami oglądając mecze. Przywołując tu sens jednego z dialogów z Testosteronu – wszystko to co się dzieje pomiędzy facetami, to efekt tego, że robimy to dla kobiet. Nikt, ale to absolutnie nikt nie powie mi, że dbanie o własne ciało to robota dla siebie, mamy i trenera na siłowni.

bigstock-Heart-of-fruits-and-vegetables-184383741-300x277

Przyczyny odmawiania sobie pewnego rodzaju jedzenia, jedzenie warzyw i odstawienie McDonalda mają dać efekt w postaci większego zainteresowania sobą płci przeciwnej. To płytkie, ale prawdziwe. I usłyszycie to tylko od najbliższych przyjaciół – robiłem to dla lasek/robiłam to dla facetów. Element dla siebie jest drugoplanowy. Bo może myślisz i powiesz, przeklinając, że chodziło o Twoje lepsze samopoczucie?

Chodziło, bo gdy ono lepsze, gdy do Twojego mózgu dostają się endorfiny, to i one to widzą. Czują, że jesteś fajniejszy, bardziej wyluzowany, a do tego fajnie zbudowany. I vice versa.

Czy to coś złego? Nie, absolutnie nie, bo każdy z nas jest na swój sposób płytki. Tak samo ten, który słucha Jazzu i chodzi na imprezy do opery i różnych innych filharmonii, lubi to, ale w internecie na Facebooku chwali się gdzie był, jakiej płyty nie słuchał. W znajomych ma kilka dziewczyn, pewnie z podobnego środowiska, bo wątpię, by były tam np. siatkarki. Ktoś powie – muzyka jest głębsza, to sztuka, artyści. Tia, do każdej wojny można dorobić ideologię. Mamy ją i my w sporcie. Popatrzcie choćby na filmy motywacyjne takie jak ten.

http://www.youtube.com/watch?v=g9U1hTf91SY

Wracając do tematu – praca nad sobą, swoim ciałem i ten pot. One to doceniają.

Dla potwierdzenia, lub zaprzeczenia mojej tezy, spytałem kilku koleżanek, z różnych środowisk, kompletnie siebie nie znających. Tych ćwiczących i tych niećwiczących. Wszystkie są inteligentnymi i pięknymi kobietami. Odpowiedź była jedna – taki gość nas nie odpycha, wręcz przeciwnie. Przyciąga. Powoduje, że mamy nieco miększe kolana. Nie zawsze, ale fajnie widzieć, że gość po prostu o siebie dba.

Wstydzić się tego, że pracujesz nad sobą? No cóż, nie wygląda to schludnie i pedantycznie, nie pachnie się fiołkami, ani nie oddycha tak cichutko jak powinno oddychać się w operze. Jest to jednak jeden z największych bullshitów jakie słyszałem w życiu. Co więcej, jest to jeden z największych, które utkwiły mi na tak długo w głowie.

Halloween: złap ducha

Będę duchem, przynajmniej przez chwilę.

Imprezy biegowe, podczas których masz podejść do startu i dobiec do mety, to bardzo fajna, ale nudna zabawa. Przyciągają raczej już biegających, ale z trudem docierają do tych, których bieganiem chce się dopiero zainteresować.

Tutaj z pomocą przychodzi opowiadanie historii (ten amerykański, wspaniały storytelling, tak popularny w marketingu) – którą oczywiście trzeba wcześniej wykreować. Historię złap ducha (Catch The Ghost) podaje nam w tym roku na tacy Nike, które na Halloween promuje swoją nową kolekcję z odblaskową kurtką.

#Flashrun Catch The Ghost jestem zajarany jak świętami gdy byłem małym dzieciątkiem.

Zacznijmy od tego jak wygląda impreza – w Warszawie chwilę przed Halloween pojawi się trzydzieści osób, które zostaną ubrane w kurtki, które świecą w ciemności. Uczestnicy goniący duchy, będą musieli zrobić zdjęcia tych uciekających.

Dość opowiadania i marudzenia, impreza wygląda mniej więcej tak.

Niech mi nikt nie mówi, że nie ma tutaj dużo zabawy i frajdy. Trzy dni przed imprezą, swój udział w wydarzeniu potwierdziło już prawie 1,5 tysiąca osób, kolejne 850 jest obecnie niezdecydowanych.

Dziwne? Wcale. A duchami będą m.in. Przemysław Iwańczyk ze Sport.pl, czterokrotna zwyciężczyni Biegnij Warszawo Iwona Lewandowska, zwycięzca Maratonu Warszawskiego Yared Shegumo, medalistka mistrzostw Polski na 800 metrów i modelka Joanna Jóźwik, pełno duchów z blogosfery biegowej (w tym Adam Klein z Bieganie.pl, Biegaczka.com.pl, Amator Runner, Arvid Juneja z Fitback.pl, Piotr Ślęzak z Wbiegu24.pl) atrakcyjne trenerki i miłośniczki biegania, znajomi dziennikarze, ale także artyści i muzycy, w tym W.E.N.A.

Pełną listę duchów możecie zobaczyć na blogu Nike Running Poland

Już 30 października czekam na Was na trasie, będzie rewelacyjnie :-)

Dyskutuje się TYLKO o gustach

O gustach się nie dyskutuje to najgłupsze powiedzenie na świecie.

Nienawidzę jak ktoś mówi mi o gustach się nie dyskutuje. Dyskutuje się! Mam wrażeniem że ten, który rzuca tym wyświechtanym przysłowiem chce uciąć dyskusję. Czy to z braku argumentów, czy po prostu zwykłej niechęci do dalszego prowadzenia rozmowy na ten akurat temat. Jakikolwiek by on nie był.

Bo jak dyskutować nie o guście? Gust to (nieco naciągając) także poglądy polityczne, powód dla którego kibicujemy tej, a nie innej drużynie, dlaczego lubimy tego, a tamtego nie lubimy. Dla mnie gust w dużej części nierozerwalnie łączy się z procesem socjalizacji, który przechodzimy w dzieciństwie.

Dziś do tego grona wymienionego w pierwszym akapicie dołączyła Ewa Lalik, która ZABRANIA mi i Tobie i Tobie, Wam też i Tobie również krytykować. Dość często czytałem Pawła Opydo i jego Zombiesamurai, gdzie autor naigrywa się i wytyka blogerce/dziennikarce karkołomne, pozbawione logiki konstrukcje.

Dziś sam padłem ofiarą charyzmatycznego wpisu Ewy, która tak jak wspomniałem, zabrania mi krytykować kogoś, kto słucha muzyki, która mi się nie podoba.

Przeczytajcie zresztą lead.

Gdy krytykujesz czyjś gust muzyczny, mówisz fanowi disco-polo, że słucha dennej muzyki, gdy twierdzisz, że techno czy hip-hop to słaba muzyka, a rock jest dla dzieciaków, to obrażasz człowieka. Jego inteligencję, osobowość, emocjonalność i to, co miało wpływ na jego życie. Nie ma złej muzyki – jest za to muzyka dla różnych ludzi i następnym razem zastanów się, zanim wydasz ostre osądy.

A potem pieprzy coś o stereotypach.

Pewnie, zamieńmy muzykę na film i gatunek muzyki na gatunek filmu i mamy oto kolejny genialny tekst, w którym jakaś panienka zabrania mi być mną.

Śmiechłem, prawdziwie śmiechłem i to na głos w autobusie, wśród ludzi. Dlaczego mam nie krytykować czegoś co mi się nie podoba? Dlaczego mam nie rozmawiać o gustach (tego nie mówisz, ale dajesz do zrozumienia i nie sądzę, abym nadinterpretował), dlaczego mam nie spytać fana disco-polo, techno czy czegokolwiek innego co podoba mu się w tej muzyce i dlaczego ja nie mogę powiedzieć dlaczego dla mnie jest ona beznadziejna, tandetna, etc? Nie musi się on ze mną zgadzać, ale skoro Ty nie pozwalasz mi krytykować, to nie krytykuj tego, że ja krytykuję.

Widzicie to błędne koło, ten bezmiar idiotyzmu, który wdarł się w tym momencie w oba teksty?

I jesteśmy w kropce. Mam nie krytykować i nie mówić, że coś mi się nie podoba, bo urażę czyjeś uczucia? A może ktoś uderza w moje uczucia nie pozwalając mi wyrazić swojego zdania? Ktoś tu myli krytykę z krytykanctwem i rozmowę, dyskusję, z obrzucaniem się błotem i obrażaniem drugiego człowieka.

Gust to takie przedziwne stworzonko, które ma każdy z nas. Co ciekawsze, jedni mają ten gust fajny inni zwyczajnie spieprzony. I co jeszcze ciekawsze, jedni i drudzy myślą, że ich gust jest dobry. Ten świat jest skonstruowany i oparty o jeden mechanizm, którego wiele osób chce się wyzbyć – subiektywizm. To dzięki niemu możemy rozmawiać i wymieniać się OPINIAMI, to dzięki niemu wpadniemy czasem na coś kreatywnego, na coś co pchnie świat, albo nasze własne życie do przodu.

Tak, najlepiej być szarą masą wmieszaną w tłum jeszcze większej szarej masy, nie wyróżniać się niczym, zapomnieć o swoim charakterze tylko uważać, bo ktoś gdzieś tam obrazi się za to, że nie podoba mi się muzyka, której słucha.

A poniższy cytat zamiast wzbudzać we mnie śmiech, wzbudził zdziwienie i był powodem powyższego wywodu.

Następnym razem więc zamiast krytykować czyjś gust, wyśmiewać gatunki pomyśl, że wyśmiewasz człowieka. To, że lubi disco-polo? Ma prawo, odpowiada to jego emocjonalności i charakterowi. Fan disco-polo przeżywa swoją ulubioną muzykę podobnie, jak Ty przeżywasz V Symfonię Beethovena. I nic w tym złego!

No damn, racja. On ma, ja nie mam, nawet jeśli odpowiada to mojemu charakterowi i emocjonalności.

Nie biegaj ze sportowcem

Nie biegaj ze sportowcem – te kilka słów mógłbym tu wypisać złotem.

To był ten pierwszy raz, który nie jest jak pierwszy raz. To był ten pierwszy raz, który powoduje, że chcesz więcej, bo wydaje ci się, że jesteś w tym dobry. A potem, za drugim razem, jesteś flakiem i nie dajesz rady.

249137_10151930531019313_501499147_n

Nie biegaj ze sportowcem, to nie jest najlepszy pomysł. Jeśli uważasz, że doda ci to splendoru, jeśli pokażesz jaki wielki czy też jaka wielka nie jesteś, to jesteś w błędzie. To nie ujma na honorze, że odmówisz sportowcowi wspólnego wyjścia i przebieżki. To ratunek twojego honoru.

Już? Naprawdę kończymy? 

Takie słowa padły z moich ust po pierwszym bieganiu z Radkiem Hyżym. Nie biegliśmy ani szybko, ani daleko, ani wybitnie długo. Relaksujący jogging w wolnym od treningu dniu Radosława. I chyba tymi dwoma pytaniami mocno się naraziłem, bo drugi raz nie był już tak wspaniały.

Nie dość, że już od startu narzuciliśmy większe tempo niż ostatnio (cwaniak był po obozie przygotowawczym), to jeszcze biegaliśmy dłużej, dużo dłużej. A ja po chorobie, wypluwałem flaki udając, że wszystko jest w porządku i radzę sobie świetnie. Co gorsze, moje nogi mogły i chciały, płuca jednak wydawały krótkie i treściwe polecenie – fajrant na dziś.

Ale nie mogłem się poddać, kulturalnie i jak gdyby nigdy nic spytałem tylko – biegniemy dalej. Usłyszałem bolące i frustrujące – tak.

Nie biegaj ze sportowcem. On będzie się uśmiechał, kiedy ty językiem będziesz próbować złapać sznurówkę w bucie. Nie biegaj, bo on będzie mówił, opowiadał ciekawe historyjki, ale i tak nic nie zapamiętasz, bo mózg pulsuje ci w rytm policyjnych syren, a krew krąży już tylko w okolicach serca. Reszta ciała jest po prostu martwa i porusza się tylko dzięki nadanemu mu wcześniej pędowi.

Ale Radek to nie był mój pierwszy raz ze sportowcem. Bo kilka lat wcześniej miałem okazję biegać z innym sportowcem, byłym, ale będącym w znakomitej formie. To też był błąd. Ogromny.

Przy spokojnym biegu zmierzyliśmy sobie puls. Jego – 128 uderzeń na minutę. Mój – 189. Kilkanaście sekund później ta wartość skoczyła o kolejne osiem. Jeszcze chwila i miałbym darmową taksówkę z literką R na przedzie. W najlepszym wypadku pojechałbym linią mniej ekspresową z literką A.

Nie biegaj ze sportowcem. Ich organizm jest nieco inny niż nas, zwykłych śmiertelników, którzy jedzą w McDonaldzie i raczą się piwem. Ich organizm nie dość, że jest w stanie przyjąć niewiarygodne ilości wódki, to jeszcze rano przebiegnie kawałek maratonu i pojeździ na rowerze. Mój po nocnej eskapadzie może ewentualnie upaść pod prysznicem.

Nogi bolały mnie trzy dni. Jak nigdy, a znowu nie przebiegliśmy ani dużo, ani długo, nic nadzwyczajnego, żadnego rekordu, żadnego przekraczania granic.

Nie biegaj ze sportowcem – to złota rada tego wpisu. Umawiam się więc z kolejnymi dwoma na wspólne joggingi.

Enjoy.

11 typów ludzi, których spotykasz w markecie

Godziny szczytu w marketach to istne piekło. Kupienie bułki, banana i serka wiejskiego zamienia się w walkę o życie, walkę ze swoimi nerwami i często z tym, czy faktycznie jesteśmy głodni i czy pusta lodówka przypadkiem nie zapełniła się sama.

To właśnie dzięki tym typom, tak często jadam w McDonaldzie.

Enjoy przy niedzieli.

Wózkowi gwałciciele

Bez ostrzeżenia i co gorsze lubrykantu są w stanie wjechać wózkiem w tyłek. I nie widzą w tym nic złego. Albo często nie zauważają, że ich sztuczny, dyndający przed nogami metalowy przedmiot, zaczął żyć swoim życiem i atakuje przypadkowych ludzi. Choć ja akurat twierdzę, że oni zawsze doskonale wiedzą co się dzieje. tych spotykamy przede wszystkim przy kasach.

Arystokraci

Królowie i królowe marketowych salonów. Stają na środku, z berłem w ręku (najczęściej w tej roli występuje telefon komórkowy), podpierają się o ruchomy tron (wózek) tarasując przy tym całe przejście i rozmawiają z Moskwą tak, jakby w ich ręku telefonu nie było. Oczywiście wszyscy muszą słyszeć te idiotyczne wrzaski i gadki o niczym, wszyscy też musza ich zauważyć, przecież są królami i królowymi i każdy poddany musi ominąć ich szerokim łukiem, a gdyby przypadkiem śmiał powiedzieć przepraszam, zostanie na niego rzucone spojrzenie śmierci.

Przerażeni kradzieżą

Są miejsca, gdzie nie warto wchodzić z wózkiem, alejki są tłoczne (zwykle przy warzywach) i 95% osób właśnie tam pakuje się z wózkami. Jakby ktoś miał im te drogocenne wózeczki ukraść, zabrać i przetopić. I co gorsze, w tych ciasnych alejkach ustawiają te swoje drogocenne powozy w poprzek drogi, jeden na drugim. Jakby myśleli, że to parking.

Matki polki

Wraz z pokrzywdzonymi ojcami szwędają się po marketach i sklepach niczym smród po gaciach, do tego ciągnąc za sobą jeden i drugi wózek z krzyczącymi dzieciakami. Tych często można spotkać zarówno w dużych marketach spożywczych jak i w mniejszych butikach. Często są też tymi przerażonymi kradzieżą i włażą wszędzie z wózkami z zakupami i dziećmi.

Gwiazdy sceny

Weekendowi wycieczkowicze, najczęściej z małych miast, którzy jadąc na zakupy kultywują starą tradycję i ubierają najlepsze ciuszki. Najczęściej widać to po płci pięknej, kiedy umalowane niczym na imprezę panieneczki paradują po korytarzach i alejkach z płynami do mycia naczyń w stroju przypominającym kreację sylwestrową.

Zawsze bez koszyka

Jak sama nazwa wskazuje zawsze bierze wszystko w ręce. Co gorsza zawsze wydaje mu się, że da radę i najczęściej daje, ale w pewnym momencie wygląda jak obładowany wielbłąd, który małym palcem sięga po dwunastotonowy worek z ziemniakami. Potem wykłada to wszystko przy kasie, z czego połowa leci na podłogę, a on wykonuje niezwykle efektowny taniec, gdy piramida produktów zaczyna się sypać. Najczęściej są to mężczyźni, choć sporadycznie zdarzają się też kobiety. Dlaczego nigdy nie mają koszyka? Bo zawsze idą tylko po jeden budyń i mleko.

Ludzie cienie

Obok wózkowych gwałcicieli jeden z najbardziej irytujących typów jakie możecie spotkać na swojej drodze. A raczej na drodze, którą już minęliście. Ludzie cienie nie mają pojęcia czym jest przestrzeń osobista i stojąc w kolejce np. za serkiem żółtym, staną 32,5 centymetra za wami. Zawsze. W momencie kiedy zrobicie krok do przodu, oni dokonają niemożliwego i zmniejszą dystans do 18 centymetrów i dyszą nam dalej na kark, albo generalnie trzymają ręce na naszym tyłku. Są jak CIA, FBI, SS, KGB i Mosad. Tylko, że lepsi, bo nie ma możliwości, żeby się ich pozbyć, kiedy stoją w tej kolejce. Zwrócenie uwagi nie pomaga, oburzają się i robią awantury, a po chwili stoją jeszcze bliżej.

Miłośnicy literatury

Nie, wcale nie chodzi o tych, którzy chodzą do Empiku i czytają książki. Chodzi o tych, którzy przy półce z keczupem, musztardą i wszystkim innym dokładnie studiują etykietki. Są nieszkodliwi, do momentu kiedy nie jesteście z nimi. Wtedy dwunastominutowe zakupy chleba, pomarańcza, dwóch soków i czekolady, zamieniają się w czterogodzinną analizę składu wody. Co ciekawe, są zirytowani i wyklinają kiedy szukają etykietki na pomidorze, ogórku i arbuzie.

Znudzony mąż

Snuje się za swoją biegającą pomiędzy półkami żoną, narzeczoną, dziewczyną niczym zjawa i na każde pytanie odpowiada: tak kochanie.

Melepety

Trochę mieszanka każdego wcześniejszego typu. Łazi przyklejony do wózka, ogląda wszystko po sto razy, z klepsydrą do odmierzania czasu kupuje wędliny i nie zrobi tego szybciej niż w osiemnaście minut, przy kasie trzydzieści minut szuka portfela, a w momencie kiedy ma płacić odbiera telefon. Następnie sprawdza rachunek pytając dlaczego … a nie, jednak wszystko w porządku. Dopiero w tym momencie zaczyna wszystko pakować, a potem stoi jeszcze w przejściu układając siaty w wózku, który zaraz rozpakuje.

Wiecznie wkurwiony

Ciągle narzeka, ciągle się śpieszy, stroi miny i klnie pod nosem. O ile melepeta jest mieszanką wszystkich powyższych typów, tak WW chciałby wszystkie powyższe wymordować.

A Wy, jakich spotykacie najczęściej?

Czytam książkę dla bab

Poczta, odbiór poleconego. 
Same staruchy. Co tam robią? Nie wiadomo. Zabijają czas. Ustawiam się w kolejce. […]
Stoję i nie myślę.
Stoję.
Nie będę się denerwował, bo wyjścia nie mam.
Przede mną Szare Zmory.
Podejdzie toto do okienka, okularów szuka, a długopisik weźmie, a jeszcze coś musi dopisać, a jeszcze poślinić, a jeszcze poszukać w przepastnej torbie, a jeszcze pogrzebać, a się zapodziało, a tu miała dwa złote, to znajdzie, nie znajduje, drobne wysypuje, liczy godzinę, a nie odchodzi od razu, a jeszcze się cofa, jeszcze sobie coś przypomni, jeszcze zagada, ludzie, dajcie żyć!
Ale stoję.
Takie marnowanie czasu na pierdoły potrafi człowieka dogłębnie zniszczyć. Więc stoję, ale się nie daję.
- Pan tu stoi, przepraszam?
Nie, kurwa, fruwam.
- Stoję.
- A to ja sobie zajmę kolejkę za panem, dobrze?
- Oczywiście.
Następna zmora.
- Pan jest ostatni?
Tylko nie ostatni!
- Nie, za mna jest jeszcze pani w zielonym, ale ona wyszła.
- To ja będę za tą panią, tylko sobie usiądę. – Stary Kapelusz idzie pod ścianę.
Kurwa, kurwa, kurwa.
A ty stój jak głąb, żeby gorzej nie powiedzieć. 
- Pan tu stoi?
Leżę, widać przecież.

To tylko fragment. Fragment książki, do której czytania, będąc facetem, tym takim stereotypowym oczywiście, wstyd się jest przyznać. Autorką jest bowiem Katarzyna Grochola, ta sama, którą uznaje się (stereotypowo oczywiście) za pisarkę tworzącą treści dla kobiet. Mnie namawiano do Houston mamy problem, przez kilka tygodni. W końcu gdy skończyły mi się książki o sporcie, postanowiłem dać szansę tej, której tytuł odwołuje się do kosmosu i koszykówki.

Ale to jednak wstyd brać się za Grocholę i jeszcze się do tego przyznawać. I to publicznie, do tego w internecie, a jeszcze za chwilę się tym chwalić. Bo co ja powiem kolegom? No trudno, napisałem już o tym jakiś czas temu na Twitterze.

 

I jeszcze jakby to było jakieś badziewie dla bab, to o miłości i wąchaniu kwiatków, to pewnie zapadłbym się ze wstydu pod ziemię. W sumie jest o miłości, ale tej takiej męskiej, logicznej, trochę cierpiącej, ale także niezwykle zabawnej.

No bo książka jest zabójczo zabawna.

Grochola w doskonały sposób ukazuje stereotypowy sposób myślenia faceta od świecie, ale autorka idzie dalej, bo ten sposób myślenia przekłada się na zachowanie wobec własnej matki, jej psa, nerwów we wspomnianej wyżej kolejce czy podejścia do podrywanych kobiet. Pokazuje też wrażliwą stronę pozwiązkowej traumy. Myślę, ale wciskam sobie kit, że nie myślę i w ogóle wszystkiemu winna była ta druga strona.

Nie czytałem innych książek Grocholi, w końcu jestem stereotypowym facetem, który tego co babskie się nie tyka, a kąpiel z olejkami zapachowymi to jeden wielki wstyd, solarium jest dla ciot, a baby są głupie. Albo jakieś inne, jak mawiał tytuł filmu.

Generalnie dotarłem mniej więcej do połowy książki, ale tak jak wspomniałem na początku, jest to pozycja, która przede wszystkim bawi. Nie jest to literatura z wysokiego C, nie jest to nic wybitnie uczącego, mającego przesłanie i morał, nie jest to nic, co wykracza poza nasze zrozumienie świata, nic co może zostać określone jako przełomowe, a za dziesięć, dwadzieścia, albo trzydzieści lat będziemy mówili, że autorka była wizjonerką i po Houston mamy problem, będziemy sięgali po inne powieści Grocholi. Nie, po stokroć nie. To dobra, lekka lektura, która pozwala odłączyć umysł od trudów codzienności.

Podkreślę to po raz kolejny – nawet facetom, którzy raczej nie dotykają tego typu lektur.

Dlaczego warto używać hashtagów?

Ten wpis powstał pod wpływem. Wpływem pytania Łukasza Ceglińskiego. 

Dlaczego powinniśmy używać hashtagów? Czy one faktycznie są niezbędne i tak bardzo potrzebne? Odpowiem na dwa ostatnie pytania konkretnie – nie i tak.

Niektórzy mówią, że bawią, inni, że denerwują, jeszcze inni, że mylą. Hashtagi robią wszystkie te trzy rzeczy jednocześnie. W magiczny sposób powodują jednocześnie, że zwykłe wpisy w mediach społecznościowych są przyswajalne i klikalne. Content zaczyna być możliwy do wyszukiwania w prosty sposób, a dzięki temu zyskuje nasza marka. Czymkolwiek by nie była.

Na Twitterze, hashtagi tworzą dyskusję, która odbywa się w trybie na żywo. Kilka kliknięć i  możliwy jest podgląd całej konwersacji. Osobiście używam Tweetdeck, jednego z najlepszych moim zdaniem programów do zarządzania Twitterem. Tak, zarządzania, bo dzięki niemu widzę nie tylko tych, których obserwuję, widzę też np. #EBPL, widzę interakcje, widzę na jednym ekranie stworzone przez siebie listy.

Znam takich, którzy już narzekają, już zaczynają kręcić nosem, że hashtagi dla Tauron Basket Ligi się nie przyjmą. Liczę jednak na to, że inicjatywa hashtagowa w #TBLPL przyjmie się dobrze i już niedługo będziemy mogli mówić o kolejnym małym sukcesie koszykarskim.

Po co używać hashtagów?

Żeby znaleźć nowych znajomych. Ludzie klikają w #RoyalBaby, żeby przeczytać informacje o królewskim dziecku, dowiedzieć się czegoś nowego, a przy okazji klikają też w obserwuj. Przy okazji #EBPL dorobiłem się kilkudziesięciu nowych fanów w zaledwie kilka godzin.

Żeby pokazać wsparcie

Odsyłam do przypadku #EBPL, który w ciągu zaledwie kilku godzin od pierwszego podrzucenia piłki w meczu Polska – Gruzja, stał się jednym z najbardziej trendy hashtagów w Polsce. Ludzie chcieli i wspierali kadrę i naszych koszykarzy, bo ludzie lubią wspierać i dołączać się do różnego rodzaju działań.

Dla promocji

Czy to naprawdę wymaga wyjaśnienia? Hashtagi odwołują się do działania, marki, nazwy klubu, sponsora etc. Dzięki temu kluby w prosty sposób będą mogły dotrzeć do fanów.

Żeby słuchać i być słuchanym

W skrócie i po mojemu – bo to uporządkuje komunikację. W końcu będziemy wiedzieli co w tym świecie pasywnego słuchania, mają do powiedzenia fani, osoby, których nie obserwujemy. A to często ktoś kto ma do powiedzenia coś ciekawego. Hashtagi powodują, że rosną nam uszy. Rosną w tych miejscach gdzie czasami powinniśmy, albo chcielibyśmy słuchać.

Żeby zbudować zaangażowanie

Co codziennie dzieje się w mediach społecznościowych? Dokładnie. Lawina. Ludzie umieszczają setki, dziesiątki tysięcy wpisów, które czasami nie dochodzi do naszych uszu. Fora internetowe to relikt przeszłości, naszym narzędziem, tym którego chcemy używać jest Twitter i Facebook. Dokładnie w tej kolejności. A następnie Instagram i YouTube.

Żeby pokazać siłę

Nasze dyskusje często prowadzone są w hermetycznym gronie, gdy użyjemy hashtagów, będziemy mogli zobaczyć jak wiele osób wspiera koszykówkę w Polsce. Panowie i panie z marketingu w klubach będą mogli policzyć ROI, będą mogli pokazać prezesowi, a ten sponsorowi, że jednak warto.

 

Czy w Polsce jest miejsce na kolejną markę modową?

Czy w Polsce jest miejsce na kolejne marki na rynku mody męskiej? I to marki, które nie są globalnie kojarzone, marki, których nazw nie potrafimy w tym momencie wymówić i powtórzyć.

Moim skromnym zdaniem jest i to dosyć spore. Dlaczego? Bo nasz modowy rynek jest ubogi i opiera się na zaledwie kilku sieciówkach, z których kilka uznawane jest za niezwykły luksus, a do tego aspirują jedynie poprzez bardzo wysoką cenę.

Mówię tu choćby o Tommy Hilfigerze, którego posiadanie w szafie uznawane jest przez wielu jako wyznacznik prestiżu i lansu. Mówię o Lacoste, choć ta marka stoi nieco wyżej niż TH i kilku innych dostępnych w Van Graafie czy Peek und Cloppenburg. Tak popularne polówki tych marek są cholernie drogie i jakościowo stoją na bardzo przeciętnym poziomie. Wiem, bo niestety zafascynowany prostotą, kupiłem kilka. Całe szczęście wyszukiwałem okazji, nie płaciłem ceny regularnej, bo mój portfel, którego podobnie jak Karl Lagerfeld, nie posiadam (jedyna różnica między mną, a nim to stan konta), nie wytrzymał by tego uderzenia.

Podobnie jest zresztą z tak popularną wśród wielu młodych Zarą. Zarówno wśród mężczyzn jak i kobiet. Matko z córką Koryntu, nie wiem co jest takiego w tej sieciówce, do której ludzie walą drzwiami i oknami. Przepraszam, ale nie dość, że jest to słabo wykonane, rozmiarówki są jakimś żartem (albo ja jestem tak koślawy i pokrzywiony), to jeszcze cena wcale nie jest jakaś rewelacyjna. Wybaczcie, może się nie znam, ale na mój prosty rozum gdy mam do wyboru marynarkę w Zarze i Vistuli, które stoją na podobnym poziomie cenowym, to jednak wybiorę Vistulę.

Koszula? Śmiech. 200-300 złotych w Zarze, 450+ w TH. Poważniejsze marki można kupić za 200-250 złotych po przecenach, które są przecież tak częste.

Dochodzimy jednak do meritum, którym jest fakt, że jeśli chcemy ubrać na siebie coś lepszego, innego, ciekawszego, to pomimo istnienia wielu marek na rynku, nasz wybór bywa jednak często ograniczony. Oczywiście istnieje więcej możliwości, bo są jeszcze całkiem ciekawy Pako Lorente, jest nasza klasyczna Wólczanka, ciągle bez problemu znajdziemy Levisa, Wranglera, Lee, Massimo Dutti, do którego sam nie mogę się przekonać.

Nie wspomnę już o modzie sportowej i nazwijmy ja na potrzeby notki lifestylowo-młodzieżowej. Produkty np. kultowego Worn By są dostępne bardzo sporadycznie i to w sprzedaży internetowej, Burton jest cholernie drogi w Polsce, QuickSilver jakby stracił swoją magię, choć jakościowo robią bardzo fajne rzeczy, moje ulubione Nike dostarcza ciągle świetnych rzeczy, ale to już raczej typowo sport, który może łamać styl casualowy butami czy drobnymi dodatkami.

Cały czas jednak brakuje czegoś, brakuje nowości, powiewu świeżości, powietrza, które pozwoliło by na inne materiały, nieco inną jakość. W tą lukę stara się wejść Piazza Di Moda, nowy sklep pokroju wspomnianych Van Grafa czy Peek Und Cloppenburg, w którym znajdziemy tylko włoskie marki.

Jakie? Niektóre dla nas kompletnie nieznane jak Tiber, Big Ben, Tombolini, RB Shoes, ale też te ekskluzywne Valentino, Versace, Dolce&Gabbana.

[quote style=”2″ author=”Jakub Roskosz, autor bloga Gentlemenfashion”]W Piazza Di Moda znajdziemy całe mnóstwo marek do tej pory niedostępnych w Polsce, które biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny są bardzo ciekawą alternatywą dla sklepów znanych nam z polskich galerii handlowych. Idealnym przykładem jest tutaj marka Tombolini oferująca niespotykanej do tej pory we Wrocławiu najwyższej jakości elegancką odzież męską, czy GAS – markę na całym świecie znaną z ubrań w stylu Urban Look. W PDM nie też brakuje butików najsłynniejszych włoskich marektj. Loriblu, czy Love Moschino. Dodajmy do tego najwyższej jakości obsługę klienta, pokój stylistek, oraz prawdziwą włoską cafeterię na terenie multibrandu. To miejsce jakiego w Polsce wcześniej nie było. Idealna propozycja i naturalny wybór dla klientów świadomych swojego ubioru, a takich w Polsce przecież nie brakuje.[/quote]

Czasem jak przeglądam listę, którą podesłali mi pracownicy Piazza Di Moda, zastanawiam się nad jednym – czy ten sklep nie przestraszy swoim prestiżem, tak jak straszyły Arkady, jak straszy Renoma, jak straszy Sky Tower, w którym PDM się znajduje?

Możliwe, ale szybko zniszczę mit, bo o ile faktycznie w PDM znajdziemy marki, za których skarpetki trzeba będzie zapłacić 800 złotych, to znajdziemy i te, które swoją ofertę cenową ukształtowały na poziomie doskonale nam znanym ze wspomnianych powyżej, popularnych w Polsce metek. Nie podam konkretu, musicie wybaczyć, ale nie pamiętam dokładnie produkty jakich marek oglądałem, bardziej interesował mnie przedział cenowy. W PDM można kupić koszule za 200, 400, 700, 1000 złotych. Kamizelkę za 300, 700, 1900. Dla każdego coś dobrego, mnie cieszy to, że ktoś nie boi się wejść na rynek z produktem, który zbitką słów – moda, Włochy i kilka innych – zapala w naszych głowach słowo – nie dla mnie, za drogie i za bardzo prestiżowe.

Uważam jednak, że warto zrobić wycieczkę i zobaczyć czy w PDM jest coś wartego naszej uwagi. Sam będę przyglądał się temu jak rynek przyjął ofertę Piazza Di Moda i butików, które się tam pojawiły.