Adam Małysz i Red Bull wygrali internet

Ten pierwszy kwietnia to taki dziwny dzień, w którym każdy chce być jak najśmieszniejszym błaznem. Szkoda tylko, że nie wszyscy wiedzą jak być poważnym i prawdziwym błaznem.

 

Mój tato występował w kabarecie. Amatorskim i do tego dawno temu, ale już jako nieco bardziej kumaty nastolatek widziałem kilka ich numerów i było to całkiem śmieszne. Lubię humor sytuacyjny, wynikający z reakcji na pewne zachowania, to co słyszymy. Improwizacja jest kluczem, ale lubię też standapowców. Nie gardzę jednak dobrze przygotowanym żartem na appril’s fool.

 

Szkoda tylko, że w mediach jest taki wielki obrzyg jeśli chodzi o żarty związane z piewszym kwietnia. Nie mam do końca czasu na śledzenie

 

Żyjemy w takich dziwnych czasach, w których musimy czcić te święta i obchodzić je hucznie, dziwnie, niby tak jak przystało, ale w efekcie często wychodzi tak, że całe to świętowanie to jedna wielka wydmuszka i porażka. W przypadku prima aprilis, jeden wielki żart – i wcale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

 

Media absolutnie nie prześcigają się w tym kto zrobi większy żart. Traktują ten dzień na luzie, ale starają się do niego przygotować. Zwykle gdzieś w połowie marca wszyscy podpięci pod redakcyjne skrzynki dostają powiadomienie, aby zgłosić swoje pomysły na żart. Robią to działy, całe redakcje, etc. Niestety nie było mi dane w tym roku obserwować wydarzenia żarcikowe, ale kilku znajomych donosiło mi co się z grubsza dzieje. Czy to naprawdę śmieszne, że FIlip Chajzer wyszedł z szafy?

Odpowiem jeśli ktoś sam się nie domyślił – wcale nie jest to śmieszne.

Śmieszne to było jak kiedyś jedna z redakcji sportowych (nie pamiętam już która), podała że żużlowcy w jednym z biegów będą jeździli odwrotnie niż do tej pory. Tak dla urozmaicenia wyścigów. Efekt? Mój kolega i jego ojciec, wielcy fani żużla wzięli to info śmiertelnie poważnie i toczyli długą rozmowę jak to wpłynie na wyniki, na postawę zawodników, etc. Co więcej, dopiero po kilku dniach (!) zorientowali się, że był to po prostu żart.

Generalnie jestem zdania, że bez naprawdę dobrego pomysłu, wyglądającego bardzo realnie, ale nie głupio, lepiej odpuścić sobie kreowanie rzeczywistości prima aprilis i skupić się na relacjonowaniu wydarzeń z innych miejsc. Może zaprosić do studia i porozmawiać z dobrym komediantem, może kimś z reguły sztywny i wypytać go o jego najlepsze żarty, te które mu zrobiono.

Fajnie poskładał sprawę deser.pl, który informuje o psikusach, które robią dziś w mediach. Niektóre są naprawdę niezłe – np. Adam Małysz jako kierowca taksówki. Tak Red Bull wygrał prima aprilis.

Hitem było dla mnie – byłem kiedyś w Kanadzie. W Vancouver. Jak olimpiada była. Słyszałem, że złoto bardzo drogie. Aktywacja sponsoringu Red Bulla i żarcik z kierowcą taksówki – rewelacja.

(Jeśli nie działa Wam wideo z Adamem w roli taksówkarza – można je zobaczyć tutaj).

We Wrocławiu ma być niby klasa biznes w … tramwajach. Wszystkich przebiło jednak BCC.

BkIN4bmCMAAf1hh

Tak jak grać w piłkę, podobno żartować umie każdy. Nie każdemu wychodzi to jednak tak, żeby grać w kadrze narodowej, tak jak nie każdemu wychodzą żarty. Te żałosne lepiej sobie po prostu darować.

 

Jak stracić prawdziwą miłość?

To jest historia krótkiej, namiętnej i prawdziwej miłości.

Miłości zgubionej.

Generalnie jestem jak dziecko z podstawówki. Powinno się mnie objąć jakimś ministerialnym programem, żebym nie rozwalił sobie kręgosłupa.

W torbie mam sto kilogramów rupieci, a i tak nigdy nie zabieram wszystkiego co jest mi potrzebne. Laptop, iPad, ładowarka, słuchawki, dodatkowa bateria do telefonu na USB i jeszcze plecki, bo prądu do smartfona nigdy za dużo.

Kolega pracujący w iSpot pokazał mi jakiś czas temu fajny gadżet Zamówiłem Adonit Script Jot. Przyjechał.

Adonit-Jot-Script-1

Co to za cudo? Możecie zobaczyć na filmiku.

Jeśli jednak czytacie tekst na urządzeniach mobilnych i szkoda Wam transferu, to śpieszę z wyjaśnieniem. Script Jot to pisak do iPada. W tym miejscu to wcale nie ślepe uwielbienie dla marki, ani wzięcie kasy za wspomnienie nazwy producenta tabletu (a szkoda), tylko dokładne przeznaczenie Scripta.

Długopis, wykonany nieco jak produkty Lamy, czyli solidnie i ergonomicznie(za to też nie wziąłem kasy ani nie mam barteru – jeszcze:-)), to urządzenie, które ma służyć nam jako zakreślacz i uwaga … DŁUGOPIS. Tak, możemy nim pisać po tablecie, bo ma tak cieniutką końcówkę. Generalnie nie jest ona wcale cienka, ale na obecnie panujące standardy, jest najcieńszą na rynku.

Jot-Script-point-size

Nic szczególnego. Niby. Generalnie po zakupieniu Adonita zmieniłem moje podejście do korzystania z tabletu. Nagle ten sprzęt, który i tak zawsze miałem ze sobą, zastąpił mi w torbie dodatkowy notatnik na pomysły, mapy myśli, etc.

Pisząc po szybie nie mamy takiego komfortu jak podczas pisania na tradycyjnym papierze. Musimy nieco się przyzwyczaić, bo jednak trzeba stawiać nieco większe kółka, mieć większy rozmach do kaligrafowania niż na papierku, ponieważ inaczej nasze pismo bywa nieczytelne. Albo to ja strasznie bazgrzę (bazgram?).

Adonit-Jot-Script-1

Script Jot współpracuje z kilkoma aplikacjami na rynku – Penultimate, Good Notes i kilkoma innymi. I dlaczego piszę współpracuje? Ponieważ długopis można do tabletu podpiąć poprzez Bluetooth. Staje się wtedy nieco bardziej dokładny niż gdy działa bez sinego zęba w tle.

Ale nie samo pisanie jest tym, co w pierwszych dniach obcowania z moim długopisem urzekło mnie najbardziej. Good Notes ma możliwość importu zdjęć czy też plików PDF. I wiecie co można wtedy robić? Pisać po nich, zakreślać, odznaczać … jak na prawdziwym papierze. I nie palcem, który jest za gruby, ale normalnym pisakiem, zakreślaczem (tzn w postaci Scripta). Rewelacja. Oszczędność dokumentów, papieru, czasu, noszenia. Wszystko mam w jednym urządzeniu. Odpalam iPada w kawiarni, czytam umowę, zaznaczam, co jest nie tak, daję zapisz i odsyłam do poprawki. Albo robię korektę tekstu.

Generalnie drukuję, gdy muszę pracować w oparciu o jakiś dokument. Drukuję, bo łatwiej jest mi po nim pisać, robić notatki. Tutaj już tego robić nie muszę (wiem, nie wierzycie mi, że oni mi nie zapłacili, albo że ja sam zapłaciłem za tego Scripta).

Kilka osób pytało mnie o ten sprzęt. To właśnie dla Was powstał ten krótki opis z wplecionymi dygresyjkami. Moim zdaniem warto, ja jestem bardzo zadowolony. No, byłbym zadowolony, gdyby trzy dni temu mój Script nie wypadł gdzieś z nerki, w której miałem tablet i właśnie jego. Gdzieś we Wrocławiu w okolicach centrum handlowego Magnolia.

Dlatego właśnie ta historia, to historia krótkiej i prawdziwej miłości. Może kiedyś dorobię się nowego.

Z pozdrowieniem i złamanym sercem, Wasz Szczepan.

 

A żeby Wam ta znieczulica bokiem wyszła i bolała

No chciałbym komuś strzelić w pysk za tego typu teksty.

Naprawdę, serce mi krwawi, a z oczu płyną łzy bezsilności i wkurzenia, gdy zauważam tą zasraną znieczulicę. Pieprzone państwo policyjne. A wystarczy czasem wyjść, odezwać się, spytać, zobaczyć o co chodzi.

Nie, lepiej napisać tekst zza biurka, albo z owalnego niego wydać opinię, za przeproszeniem gówno wiedząc.

Na Gazeta.pl kilkanaście dni temu natrafiłem na tekst, w którym wielki pan dyrektor, wielkiego centrum handlowego Magnolia, wypowiadał się o problemie z wyłudzaniem kasy na parkingu jego molocha.

Pan wielki dyrektor apelował do klientów swojego centrum, aby uważali na ludzi wyłudzających pieniądze. Apelował grzecznie, prosił o zwracanie uwagi, bo problem się nasila. Pewnie z podobnym zmaga się sporo miejsc publicznych, jeszcze takich gdzie parking jest na zewnątrz, a nie podziemny, lub nadziemny jak w większości moli handlowych.

A ja uważam, że ludzie po prostu nie mają serca i w naszym kraju zapanowała pieprzona znieczulica. Nikt z nikim nie rozmawia, nikt nie zwróci uwagi, nie zapyta, nie zaproponuje, tylko odrazu jebnie siekierą przez łeb, żeby odciąć hydrze głowę. Tak się przynajmniej mu wydaje, bo ani w hydrę nie wali, ani celnie, bo macha toporem jak nawiedzony i ślepy idiota.

Tak się składa, że pod wspomnianym centrum jestem dość często. Spotykam ludzi, którzy chcą ode mnie … czegoś. Niekoniecznie pieniędzy. Zwykłem odmawiać przysług finansowych, ale zawsze proponuję, że skoro ktoś jest głodny, mogę kupić mu jedzenie. Słuchajcie, wszyscy, którzy głosicie na łamach gazet te swoje bzdury – RAZ spotkałem się z odmową. RAZ, jeden pieprzony, odosobniony RAZ.

Car_park

I to było ciekawe, bo gość chciał, żeby dać mu pieniądze na lekarstwa. 10 złotych ledwie. Zaproponowałem, że wykupię mu lek. Nie chciał, bo nie chciał dać mi recepty. Nie chciał też wejść ze mną do środka, nie chciał też dać mi recepty i trzymać w ręku mój kluczyk od auta w obecności mojej kochanej rodzicielki.

Tak. Ten chciał wyłudzić kasę na wódkę, albo ćpanie.

Inni? Byli zachwyceni jak przyniosłem im coś do jedzenia. Dziękowali, byli wdzięczni i zadowoleni, że ktoś im pomógł, poświęcił kilka chwil i przez parę minut porozmawiał.

Wyłudzacze. Tak, widziałem takich, którzy brali jedzenie i je wyrzucali. To nie byli ci ludzie.

W naszym kraju to takie częste. Dacie wiarę, że ktoś po prostu może być (chciałem tu przeklnąć) głodny?! Nie mieć środków do życia, bo musimy utrzymywać darmozjadów w garniturach od Zegny na wiejskiej? Czy to aż tak niemożliwe i nie mieści się w niektórych ptasich móżdżkach?

Podobną sytuację miałem z administracją w budynku, w którym mieszkam. Pewnego radosnego dnia, na tablicy ogłoszeń pojawił się wielki napis ostrzegający przed bezdomnymi niczym przed pożarem. Naprawdę. nawoływali prawie do ustawienia stosu, informowania władz, jednostki S.W.A.T. dzwonienia po helikopter i wysyłania informacji do TVN, by ten przysłał Błękitnego.

Tak się przypadkowo składa, że owego bezdomnego również znam. Odwiedzał mnie kilka lat temu, kiedy mieszkałem w innym budynku na tym samym osiedlu. Wiecie czego chciał? Np.gorącej wody do herbaty. Herbatę, kubek, jakiś kawałek chleba i innego jedzenia miał. Raz, może dwa zdarzyło mu się, że poprosił o coś do jedzenia.

Ten bezdomny jest do tego niemową. I nie miga. I nigdy, ale to przenigdy nie zostawił po sobie na klatce bałaganu i brudu. Nigdy. Człowiek szukał po prostu miejsca do spędzenia nocy, kiedy na dworze szalały minusowe temperatury, lub padał deszcz czy śnieg.

Przeszkadzał komuś w czymś? Nie. Czy był niebezpieczny? Absolutnie nie. Czasem spotykam go na osiedlu, jak przemierza ulice ze swoim dobytkiem, trzema torbami, których nie jest w stanie unieść jednocześnie i chodzi po 40-50 metrów na raty.

Może zamiast starać się komuś utrudnić i tak podłe i pewnie nieudane życie, lepiej czasem wykrzesać z siebie odrobinę człowieczeństwa? Może tym ludziom na parkingu zaproponować pomoc w sprzątaniu czy coś innego? Za kilka złotych. Może temu bezdomnemu dać ciepłą zupę?

A może czasami babci, której brakuje 40 groszy do parówki, dołożyć, bo kto wie kiedy ostatnio jadła? Doskonale wiem kto w moim życiu tak zrobił, pokazując mi jak powinno się zachowywać.

Świata nie zmienię. Mnie wychowano tak, a nie inaczej. Przeklinam i zachowuję się często jak cham, ale obojętny na pewne rzeczy nigdy nie będę.

Balans człowieku i człowieczko! Balans!

Zapamiętaj to słowo – balans!

Pieprzę te Wasze poważne przegięcia. Może mam źle poustawiane filtry, ale nigdzie nie mogę znaleźć opcji – wyklucz skrajność.

Ah te trendy, ah ten pościg za tym, co pokaże naga laska na swoim fejsiku.

Świat został opanowany manią fit. I paradoksalnie wcale nie jest to tak dobre, jak Wam wszystkim się wydaje. Daleko mi do psychologa, ale stany maniakalne to podobno nic dobrego i należy, albo przynajmniej powinno się je leczyć.

Pewnie, bycie fit, ćwiczenia, dużo ruchu, dbanie o siebie i swoje samopoczucie, do tego zdrowe jedzenie, nie zaśmiecanie sobie organizmu gównem z budki z hamburgerami i porzucenie nałogów takich jak picie alkoholu, prowadzi do zdrowszego życia.

Tak samo jednak, jak z wszystkim innym, tak jak mówi staropolskie przysłowie, co za dużo to i świnia nie zje. Czyli nawet i ja nie wcisnę w swój rozdmuchany brzuch (w sumie żołądek) czwartego Big Maka. A sytuacja z byciem fit przybrała takie rozmiary, że ludzie nie myślą o niczym innym, tylko wchodzą w pociąg, który nie chce się zatrzymać. Mordują się na siłowniach (nie, wcale nie mówię tego w pozytywnym znaczeniu), jedzą liście sałaty zagryzając kęsem powietrza i zapachem wody.

A potem są z tego problemy. Bo nagle okazuje się, że jakiś ćwok zerwał sobie mięsień, inny zagłodził się na śmierć, ktoś inny znowu chciał szybkiego efektu, a wyszło tak, że nawciskał się tabletek i w nocy świeci jakby urodził się centymetr od reaktora w Czarnobylu.

Słyszałem nawet historię dziewczyny, wyglądającej normalnie, która zobaczyła się w lustrze i przedawkowała tabletki. Dlaczego? Bo w tym popieprzonym wyścigu o coraz ładniejsze ciało i chwalenie się nim, uznała, że jest gruba. Lekarze ledwo ją odratowali.

Obserwuję sporo podobnych sytuacji w ostatnim czasie. Młodzież obserwuje blogerów i blogerki, zakochuje się w nich mocno i chce być taka sama.

3Uwabfy

Bycie fit, ładne brzuszki u kobiet, umięśnione klaty, silne ciało, rewelacyjna kondycja, brak pieprzonego bólu pleców, etc, to wszystko jest bardzo fajne. Popieram ten styl życia pomimo tego, że mój brzuch zwisa za obrębem spodni i jakoś nie ma zamiaru się zmniejszać. Popieram pomimo tego, że uwielbiam syf żarcie, ale potrafię krok po kroku przestawić się tak, aby jeść z głową.

I to właśnie to ostatnie – z głową – jest tutaj najistotniejsze. Balans w życiu ma ogromne znaczenie. Niektórym może się to wydawać pustym gadaniem, ale rozwój fizyczny, intelektualny, psychiczny, powinny iść w parze. Dopiero takie połączenie daje prawdziwe rezultaty i pełny rozwój, samozadowolenie i wewnętrzny spokój.

A jak jest w tym momencie? Pracujący po 12 godzin oglądają kolejne zdjęcia trenerów i trenerek, które żyją z ćwiczeń i chcą być tacy sami ładni i zbudowani. Też chcę, ale sam jestem idealnym przykładem tego, jak być NIE powinno.

Podobnie jak w marketingu, public relations, komunikacji jak i w każdym innym aspekcie życia, istotne jest wyznaczanie sobie celów długoterminowych i krótkoterminowych. Efektu nie będzie widać po trzech dniach, a czasem nie będzie go nawet po trzech miesiącach. Mierzenie sił na zamiary, robienie postępów, ale mądrych postępów. Rzucanie się w wir ćwiczeń wielu z nas po prostu znuży, zmęczy tak, że za trzy tygodnie jedyną siłownią będzie wciskanie przycisku na pilocie od telewizorze. Moi znajomi trenerzy i trenerki zapewne podkreślają podczas spotkań, że trzeba pracować, przebijać bariery, nieco wychodzić ze swojej strefy komfortu, by osiągnąć sukces.

Ze wszystkim tym się zgadzam, ale ja normalny i zdrowy nie jestem. W moim życiu potrzeba wielkiej liczby bodźców, czasem ogromnych ekstremów, żebym czuł, że żyję.

Jestem dziś mniej ironiczny niż zwykle. Pamiętajcie jednak – wszystko z głową.

Enjoy ;)

Zobacz też: Już nawet głupka sam z siebie robić nie mogę

Best walentynki ever!

Dlatego wpis powstał dopiero 5 dni po tym święcie.

Nie mam pojęcia dlaczego ludzie nie lubią walentynek.

To wspaniałe, radosne i świetnie nastrajające święto. Ktoś może za nim nie przepadać, albo wręcz go nienawidzić, bo nigdy nie przeżył fajnych walenynek. Ktoś inny, albo ten sam, może ich nie lubić, bo nie ma z kim spędzić tego słitaśnego dnia, a jeszcze inni – a to ciągle ten sam powód – są po prostu brzydcy i zostają sami jak palec.

Ja, pomimo tego, że wyglądam jak noc październikowa, nigdy nie miałem fajnych walentynek, nigdy nie dostawałem w podstawówce kartek, płakałem w poduszkę, potem byłem pryszczaty i brzydki, a następnie okrąglutki jak pączuszek. Nikt mnie nie chciał. Nikt nie wysyłał walentynek, a ja czekałem, słałem listy miłosne, piękne serduszka. Jak ten dureń i frajer.

Zobacz też: Najbardziej napompowany dzień w roku

W końcu zrozumiałem, że walentynki to piękny dzień dla singli, bo jak pisała jedna z moich koleżanek na swoim profilu w portalu społecznościowym (wcale nie randkowym!)

[quote style=”1″ author=”Ktoś”]Warto być singlem na walentynki? Pewnie, że tak, inaczej nie trzeba by być martwym na święto zmarłych[/quote]

Czy coś takiego.

14 lutego to rewelacyjny dzień dla samotnych facetów. Kobiet zresztą też. Po pierwsze primo (to głównie dla tych w związkach z zaburzonymi schematami funkcjonowania), pamiętajmy, że walentynki to nie dzień kobiet. Facecie, tobie prezent należy się tak samo jak jej, jak psu micha, jak mi buty i whisky, Kominkowi poklask, a temu co eR nie wymawia wizyty u logopedy. No bo co, nie jest niby zakochana? Nieładnie z jej strony.

cupid-killer

Po drugie primo (lubię to primo), to doskonała okazja do spotkania wszystkich znajomych, którzy generalnie wbijają w walentyki tak mocno jak i ty. I wcale nie z powodu frustrata, tylko po prostu. Np. dlatego, że wyrośli już z tych kretyńskich świąt dla nastolatków.

Można się spotkać, pośmiać, wypić trochę alkoholu i to bez spiny, chodzenia i kupowania czerwonych serduszek, beznadziejnych różyczek, wiśni w czekoladzie i truskawek. Można zjarać cygaro, napić się whisky.

Ale najlepszym co można zrobić, jest po prostu totalny luz. Kiedyś byłem w sytuacji napinek, mówiłem, że mam walentynki w dupie, ale w głębi duszy chciałem komuś zrobić prezent, dostać buziaka w policzek i jak cieplak przytulić się oglądając film. Tak jak i większość innych ludzi. A teraz jestem stary, zgorzkniały, na walentynki nie mam zamiaru narzekać, a jedynie wykorzystywać ten dzień do dobrej, a nawet wyśmienitej zabawy.

Gifty, mają bawić, nie być patetyczne i infantylne, można nimi obdarować mamę, tatę, dziadka, byłą dziewczynę, przyszłą żonę, psa, koleżankę, a nawet kumpla. Rozglądałem się po fejsie i Twitterze, gdzie w piątek zamiast walentynek królował #FF (czyli follow friday i jego polecenia), a tam narzekania, biadolenie, dziwne teksty, niby śmieszne, ale jednak dokładnie takie, jak sam rzucałem jeszcze jakiś czas temu.

A to, że kocha się cały rok, że powinno się okazywać miłość przez dwanaście miesięcy w roku, a nie tylko tego jednego, szczególnego dnia. I różne inne pierdy, że na siłę i w ogóle.

Walentynki w moim osobistym rankingu wdrapują się do góry. Oczywiście nic nie przebije moich świąt – urodzin, imienin (taki stary jestem już, że obchodzę imieniny) – oraz dnia kobiet, który po prostu kocham i wiem jak dużo radości sprawia paniom, ale ten serduszkowy banał, gdy kończy się trzydziestkę (że się trochę odmłodze), zaczyna być całkiem fajny i zabawny.

I o ile co do sylwestra zdania raczej nie zmienię i nie będę niczym tłum pędził, by bawić się ‘świetnie’ w jeszcze większym tłumie, tak walentynki na czilałcie są po prostu cool. :D

Zobacz też: Ciekawe, że w tym kraju nawet możliwość robienia z siebie głupka mi zabrali

Już nawet głupka sam z siebie robić nie mogę

Dlaczego rządzący tym krajem na różnych szczeblach i półeczkach władzy robią ze mnie, zwykłego obywatela, debila?

Debila i głupka będę i robię z siebie sam, więc wy panowie i panie, odwalcie się od jedynej rzeczy, której jeszcze nie spieprzyliście. Naprawdę musicie być wszędzie?

stupid-500

Całą sytuację z wypuszczeniem na wolność Mariusza Trynkiewicza można opisywać latami. Generalnie można mówić o tym jak to ktoś spieprzył sprawę 25 lat temu zmieniając ustawodawstwo, można mówić o tym jak można było wypuścić na wolność człowieka, który dopuścił się tak okropnej zbrodni, a do tego analizy psychologów wyraźnie pokazywały, że Trynkiewicz się nie zmienił.

Ja osobiście Trynkiewicza z celi bym nie wypuścił. Nawet łamiąc prawo. Ale zachowałbym się jak prawdziwy facet i na miejscu głowy tego narodu, tego co eR nie wymawia, stanąłbym na mównicy i zakomunikował to światu jasno. Dla dobra narodu i większości. A nie bawił się w ciuciubabkę.

Płakałem ze śmiechu, kiedy we wtorek rano okazało się, że w celi Trynkiewicza były materiały pornograficzne, szczątki ludzkich kości (czy co tam było), koła z auta Roberta Lewandowskiego, moje pięćset baniek, zgubione szczęście i garnek z końca tęczy.

Tak nagle. Wróżka zębowa wpadła w nocy do celi, podrzuciła pod poduszkę co trzeba i do tego zostawiła swoje ulubione czasopismo. Jak?! Może faktycznie Trynkiewicz człowiek (podobno) niepoczytalny, w ostatni dzień odsiadki załatwił sobie kontrabandę. A może nie. Nie wiem.

Jeśli jednak ktoś wymyślił tak sprytny plan, to ja pytam, dlaczego pluje mi w mój nieforemny pysk w tak bezczelny sposób? Chcieliście panowie udupić człowieka, który według prawa (tak, wiem co zrobił i twierdzę, że nie powinien wyjść na wolność) odsiedział swój wyrok i jest wolnym człowiekiem? I tak bezczelnie wy wszyscy, którzy maczacie w tym palce, śmiecie to robić?

Gratuluję, to pokazuje gdzie tak naprawdę żyjemy. Pokazuje jak ponad prawem jesteście, pokazuje, że jesteście bezkarni i możecie wycierać sobie dupę tym, czego sami powinniście przestrzegać. Pokazuje jak kruchą demokracją jest Polska, pokazuje jak beznadziejny jest poziom polityki i dyplomacji w tym kraju, bo służby i wymiar sprawiedliwości okazuje się być naginany w jakąkolwiek stronę w zależności od potrzeb.

Nie podoba mi się to. Rozumiem intencje, są być może słuszne biorąc pod uwagę dobro ogółu. Może naoglądałem się za dużo House of cards, albo Scandalu, bo uważam, że jeśli ktoś chciał robić partyzancką akcję w stylu CIA, albo wielkiego dyplomaty rządzącego tym krajem i chcącego naród uchronić od mordercy i gwałciciela, mógł to zrobić kilka lat temu. Nikt by się nie zorientował, nikt by nie miał pretensji, nikt by nawet nie wspomniał o tym, że Trynkiewicz został wrobiony (o ile został), bo mając jeszcze kilka lat odsiadki przed sobą, mógł po prostu popełnić błąd. W ostatni dzień? Ee… no nie wiem.

Dziękuję więc, że robicie ze mnie głupka i jeszcze bezczelnie udajecie, że nic się nie stało.

Ah, sytuacji o pisaniu Mariusz T. w mediach, nawet nie jestem w stanie skomentować innym słowem niż – żart. Słusznie według litery prawa, ale … błagam. Wy też z nas nie róbcie debili.

To Cię zainteresuje: Kocham bełkot płynący z Twoich ust

Brudy w pralce trzeba składać w kostkę

Wiedziałem, że na świecie są bardzie pedantyczni ludzie ode mnie. I to tacy, którzy wykraczają poza granice wszelkich szeroko przyjętych norm pedantyzmu. I to tak daleko, że nawet zajebista pani domu nie dałaby rady ogarnąć burdelu, którym jest ten porządek.

Sam, mimo tego, że nie lubię bałaganu, mam go w życiu, komputerze i głowie. Staram się jednak trzymać pewnych norm i schematów, aby nie sprowadzić sobie na łeb zagłady śmieciowo-biologicznej.

Miałem styczność z odkurzaniem odkurzacza drugim odkurzaczem (niczym w Przyjaciołach). Zabierano mi też i myto szklankę, w której miałem napój, bo wyszedłem na balkon puścić bąka. I wiele innych.

Nie wiedziałem jednak, że można być tak bardzo odchylonym w jedną ze stron i posiadać w głowie taki schemat zachowań jeśli chodzi o (pseudo) porządek.

Co robicie z brudnymi ciuchami? Ja wyrzucam i kupuję nowe, ale wiem, że niektórzy piorą. Słyszałem też, że wrzuca się je np. do kosza na brudy i nie jest to śmietnik, a potem do pralki.

christmas-spring-cleaning

Kilka razy ktoś opowiadał mi też, że w pralce wciska się bawełna, 40 i play. Wtedy wszystko co wrzucimy do środka jest jak nowe. Po co mi w zasadzie jak nowe, jak mogę mieć po prostu nowe. Tego nie zrozumiem. Wiem też z opowieści, że wywija się na lewą stronę spodnie czy koszule, nie warto zostawiać pozawijanych mankietów.

Ale nigdy, przenigdy nie słyszałem (do niedawna), żeby ktoś składał brudy w kostkę wkładał je najpierw do kosza na brudy, a potem, ponownie składa w kostkę w pralce.

Nie słyszałem też nigdy (do niedawna) dialogu:

Co się dzieje w tej pralce? Czemu tam tak wszystko lata?
- Bo się pierze?
- Ok, ale dlaczego wszystkie ubrania tak latają po całej pralce?

Nie wiedziałem też, że można czyścić lampę 20 i więcej minut w jednym miejscu. Lampę, która była czysta. Nie słyszałem też o tym, żeby prasować stringi.

Drzwi od szafek, lodówki albo do pokoju, nie wolno dotykać brudnymi rękoma. Za każdym razem wcześniej dłonie powinny być wymyte sposobem chirurgów z doskonale znanych nam filmów amerykańskich. Szorowanie 15 minut, we wrzącej wodzie. Wyciągając worek ze śmieciami należy jakimś chemicznym odczynnikiem umyć kubeł z obu stron. Szczoteczką do zębów i wacikami.

Mieszkanie to nie wszystko. Sterylnie ma być też w samochodzie. Nawet nie starajcie się przy takich typach jeść w samochodzie. Albo oddychać. Albo cokolwiek. Najlepiej w ogóle do niego nie wsiadać. Sofa, kanapa, siedzenia w samochodzie, a nawet sztućce w domu, są pozawijane w folię.

Ciekawe jak wyglądał seks tej pary, sterylnie nie dotykając się. Całe szczęście tylko słyszałem, bo jakbym miał uczestniczyć w takim życiu, to nie miałbym czasu chyba na nic innego tylko podcinanie sobie żył.

Zobacz też: Jak zrobić dobrze klientowi?

Kocham bełkot płynący z twoich ust

Zastanawialiście się kiedyś czasami jak często w ciągu dnia wypowiadacie niby normalne, ale niezwykle idiotyczne teksty?

Mnie złapało to podczas podróży kilka miesięcy temu. Może to barcelońskie słońce, ale zacząłem słyszeć ten bełkot, który pada z naszych ust.

Najczęściej nie mam czasu na konwenanse, staram się jednak być miłym i sympatycznym młodzieńcem, ale z natury mi to po prostu nie wychodzi. Wkurzam się szybko, a potem strzelam jak armata. Mój psychoanalityk uczy mnie jednak cierpliwości i stara się zwiększyć poziom odporności na zachowania, które bardzo szybko uznaję za pieprzony bełkot.

Moim ulubionym bełkotem jest bełkot o nazwie – kwestia gustu.  Inne to:

Zachowujesz się stereotypowo

No ja cię nie … z resztek i tak nikłej kultury osobistej, po prostu nie przeklnę. Oh tak, żyjemy w takich czasach, w takim korpobełkocie, że każde myślenie stereotypowe jest naganne, bee, najlepiej powiesić za gołe jajca na pręgierzu.

Bo przecież trzeba myśleć out of the box, jak przykazali konstruktywiści (których teorie generalnie są mi bardzo bliskie), wcielić się w rolę obserwatora trzeciego stopnia. W odpowiednich sytuacjach i przy potrzebach oczywiście trzeba, ale trzeba wiedzieć po co się to robi.

Myślmy wszyscy out of the box, to się nam ten box zrobi tak wielki, że nie będziemy nawet w stanie mówić o tym, że trzeba pomyśleć innowacyjnie. Czasami sytuacja wymaga zachowań prostych, fundamentalnych, a nie pierdolenia (o, przekleństwo) o sposobach wbicia gwoździa w ścianę łepkiem skierowanym w stronę ściany, do tego zamiast młotka używając nici dentystycznej.

Jesteś nietolerancyjny

O kurwa. (A tu już nie wytrzymałem). Tak reaguję, gdy słyszę ten bełkot i już nie jestem w stanie nie przeklnąć. Roznosi mnie jak słyszę to gówno z ust mniejszości. Generalnie zwykle biorę głęboki oddech i pytam – a ty zachowujesz się tolerancyjnie? Ta tolerancja, ten pieprzony konstrukt kulturowy, wymysł jakiegoś debila, to największy bełkot i błędne koło świata.

Nie mam kurwa uprzedzeń do czarnych, żydów, zielonych, złotych, fioletowych czy gości, którzy wolą owłosione klaty niż piękne kobiece piersi. Fuck it, nie mam zamiaru wchodzić nikomu do łóżka, Twój zakichany interes z kimś się bzykasz, kogo zdradzasz. Gówno mnie obchodzi czy czcisz kozę czy latasz w berecie do świątyni. Nie jestem zwolennikiem parady równości, tak samo jak nie czuję potrzeby latania i obwieszczania światu, że dałem Owsiakowi kasę. Rób sobie co chcesz tak długo jak nie przeszkadzasz innym. Ale w tym popapranym kraju, jak w towarzystwie homoseksualisty powiesz, że nie trawisz wspomnianej parady, albo zwrócisz uwage, że mniejszości są wynoszone na piedestał (taka sytuacja miała miejsce w przypadku cyklu artykułów w Gazecie Wyborczej Wrocław – Wrocławianie dlaczego jesteście rasistami), to nagle jesteś rasistą, homofobem i każdym innym chujkiem, który ma uprzedzenia. Słyszysz wtedy najczęściej – bądź tolerancyjny. WTF?! Ktoś piznął głową o beton? Jestem nietolerancyjny, bo nie popieram parady równości, jestem nietolerancyjny, bo nie trawię jak na ulicy namiętnie całują się facet z facetem, ale także facet z kobietą. Czyli ja mam być tolerancyjny, ale wy dla mojej (tylko przez was tak określanej) nietolerancji tolerancyjni nie będziecie? Hipokryci.

Zacząłeś to skończ

Ten kawałek jest ze specjalną dedykacją. Jest jedno miejsce, w którym ten tekst ma rację i prawo bytu – łóżko w sytuacji niedwuznacznej. W każdym innym wypadku wracamy do gimnazjum, w którym de facto nie byłem, bo tak stary już jestem. Zacząłem, przerwałem, mówię, że nie powiem dalej? No cóż, to był koniec tej opowieści.

Nie mam siły na więcej. Sorry. Chętnie poznam jednak Wasze ulubione bełkoty.

A czy Ty wiesz jak nie radzić sobie w kryzysie? Niektórzy wiedzą.

Jak zrobić dobrze klientowi?

Do niektórych firm wracam tylko po to, żeby moja wredna natura wylała na ich zawszone łby kolejne wiadro pomyj. To najczęściej te, które mają problem z najważniejszym elementem współczesnego handlu.

A wiecie co jest tym elementem? Obsługa posprzedażowa. Naprawdę gówno mnie obchodzi, że umiesz wcisnąć mi każdy kit i badziew, który masz na półkach. Ja jestem głupim, naiwnym klientem, który wciągnie nowy produkt, bo np. jest małym chłopcem kolekcjonującym zabawki. Jesteś sprzedawcą, to twoje zadanie, sprzedać, namówić mnie. Cudownie gdy ten produkt dzięki genialnym marketerom ma też jakąś historię do opowiedzenia i daje nam sporo frajdy i wartości odróżniających od konkurencji.

Wszystkie prostytutki świadczą dokładnie tą samą usługę, Jedne ruszają się lepiej, inne gorzej, ale wiedzą też, że oprócz wiadomych chwil, fajnie żeby usługobiorca poznał sympatyczną, ciepłą, otwartą (khm :-)) osobę, do której warto wracać.

Bo wiecie, gdy już kupiłem, zabawa wcale się nie kończy. Ona dopiero się rozpoczyna i wtedy okazuje się czy warto korzystać z twoich produktów czy też produktów firmy, dla której pracujesz.

GoPro udowodniło mi, że warto. Naprawdę warto przez duże w jak – są zajebiści.

Przed zakupem kamery GoPro Hero 3 Silver, czytałem na forach internetowych, a nawet słyszałem od jednego sprzedawcy (który notabene zachwalał mi Sony przeznaczone do sportów ekstremalnych), że Hero ma bardzo słaby serwis i gdy coś stanie się z naszym sprzętem możemy czekać tygodniami na rozpatrzenie reklamacji.

Bullshit. Nie bójcie się tych opinii, bo serwis GoPro w Polsce, czyli tak naprawdę firma FreeWay obsługująca GoPro w naszym kraju, działa rewelacyjnie.

Moją kamerę szlag trafił, w sumie to nawet nie do końca, bo działać działała, ale wyłamało się gniazdo USB i ogólnie nie dało się jej naładować, ani zgrać danych. Udałem się więc do Media Markt, gdzie zakupiłem sprzęt. Tam naprawy gwarancyjnej nie dało się zrealizować z powodu uszkodzenia mechanicznego. No trudno, grzecznie wręczono mi namiary na znajdujące się Allah, Bóg i Michael Jordan raczą wiedzieć w jak małej wiosce, FreeWay.

Mail, po dwóch godzinach odpowiedź, sprzęt wysłany. Sam. Bez zbędnych dodatków. Po 4 dniach do drzwi puka mi kurier. Wręcza przesyłkę. W środku jest nowiutka kamera GoPro Hero 3 Silver+, dodatkowa bateria (chyba moja z poprzedniej kamery) oraz kilkanaście naklejek i smycz GoPro.

free-way-gopro

Rewelacja.

Ale to nie wszystko. FreeWay do przesyłki dołączyło też list (pewnie z mojego odręcznie napisanego bazgroła mieli niezły śmiech, ale trudno), w którym:

  • po pierwsze wyjaśniono mi, że moja reklamacja została uznana i w związku z tym, że Hero 3 Silver jest nieprodukowane, a naprawa nie będzie realizowana, wysłano mi nową kamerę,
  • po drugie zaznaczono, że urządzenie posiada najnowsze dostępne oprogramowanie,
  • po trzecie wspomniano i przypomniano mi o rekomendowanych przez producenta kartach pamięci, które pozwalają na nagrywanie materiału w formacie 4k, 2.7k i Protune (wypisano także listę kart, które działają w ten sposób)
  • po czwarte zaznaczono także, że mój nowy sprzęt ma dwa lata gwarancji.

Pod tym wszystkim pieczątka, podpis, na górze nagłówek, data, etc. Standard i profeska zarazem.

FreeWay po prostu kupił mnie swoim podejściem do klienta. Reklamację rozpatrzono ekstremalnie szybko, bo w zaledwie 48 godzin.

I fuck you haters, będę chwalił takie de facto normalne, ale jakże jednak w naszym kraju niespotykane zachowanie. I fuck you again, FreeWay nie wiedział, że jestem blogerem, wielką gwiazdą świecącą na firmamencie gwiazd największych i najjaśniejszych. Na pewno nie potraktowano mnie ekstra, bo jestem taki zajebisty. FreeWay nie płaci mi też kasy za to, że piszę o nich tutaj dobrze, ani nie dał mi nic w hasztagu #darylosu.

Oni po prostu zachowali się tak, że make my day, po prostu potraktowali swojego klienta poważnie i z szacunkiem. Oni wiedzą, że nasza podróż rozpoczęła się w momencie kiedy mój sprzęt się spieprzył i wiedzą jak wtedy postępować.

Lubię wytknąć i pokazać pozytywy, a nie tylko jak niektórzy pluć jadem na prawo i lewo.

Zobacz też: Dwa miesiące trwało oddanie mi mojego komputera – kupimyto.pl to syf

A gdyby tak wyjść z tego bagna i pomyśleć inaczej?

Lubię chomiki. Szczury też. To takie wspaniałe zwierzątka, które bez większego zastanowienia potrafią wejść na to małe, plastikowo-melatowe ustrojstwo, i biegać bez celu w kółko.

Pomimo tego, że ludzie lubią biegać na bieżniach w siłowni, gdzie podobnie jak chomiki i szczury zapieprzają w miejscu, to jednak lepiej czasem zejść z tej karuzeli prowadzącej zupełnie donikąd.

Byłem malkonentem, ale życie pieprznęło mną o ziemię kilka razy i nauczyłem się przerywać błędne koło. Szukać rozwiązań innych niż te, które wydają się być jedynymi możliwymi.

Chomicza sytuacja ma miejsce we Wrocławiu od kilkunastu ładnych miesięcy. Pisałem o tym już tutaj i tutaj. Nie będę roztrząsał, który chomik ma rację w tej sytuacji, niech zajmą się tym inni ludzie. W mojej głowie urodziło się inne rozwiązanie problemu. Nie mówię, że jest jedyne, nie mówię, że jest idealne, ale jest jakieś tam, ciekawe, inne i sytuację poszkodowanych może przekuć w ewentualny sukces nie jednego, ale wielu klubów sportowych w Polsce.

Czemu Śląsk znalazł się w sytuacji, w której miasto nie chce dać mu pieniędzy? Walkę ego odstawiamy na bok. Jest tak, bo z tego co się orientuję w Polsce nie ma regulacji, które jasno pokażą w jaki sposób wydatkować pieniądze miejskie, czy gminne jeśli chodzi o sport profesjonalny.

Na chwilę obecną przyznawanie opiera się o bardzo prosty mechanizm. Mechanizm wybitnie profesjonalny, który specjaliści od spraw mało ważnych i niepotrzebnych nazwali – widzimisie.

Samorządom potrzebne jest moim zdaniem narzędzie, które jasno określi zasady sponsoringu.

Może to brzmi nieco karkołomnie, ale ja wyszedłbym daleko, daleko poza Wrocław. Uderzyłbym z omim pomysłem prosto na Wiejską. Prosto do Sejmu, pisząc projekt ustawy, który w Sejmie złoży nie kto inny, jak legenda, prezes sekcji koszykarskiej i poseł w jednej osobie – Maciej Zieliński.

Da się przy tym też budować fajny, pozytywny komunikat. Nie chcemy, aby kluby sportowe były traktowane niesprawiedliwie, dlatego uważamy, że potrzeba wprowadzić odgórne regulacje dla wszystkich jednostek samorządowych, tak aby dysponowanie budżetem na sport czy to zawodowy czy młodzieżowy, było klarowne i zrozumiałe dla wszystkich.

Bum. Szach, mat. Ustawa przejdzie? Nie wiadomo, ale wyrwaliśmy się z durnego, błędnego koła, kopania się po jądrach w nadziei, że przyniesie to cokolwiek niż przepychankę, szarpaninę i cholerny ból. Wyszliśmy też daleko do przodu, uciekliśmy z komunikatem daleko, pokazaliśmy, że chcemy zrobić coś sensownego, coś dla ogółu, bo w końcu jesteśmy siedemnastrokrotnym mistrzem kraju, jednym z najbardziej rozpoznawalnych klubów w Polsce, i tak dalej.

Bo lepiej przecież, żeby to nas goniono, niż my mamy gonić kogoś innego no i przede wszystkim fajnie zbiec z tego kołowrotka dla gryzoni.

Ale wróćmy na ziemię, przecież to i tak się nie wydarzy.