American Story X – czyli bezczelny Bartosz Węglarczyk

W tym tekście nie będzie moich standardowych złośliwości. Sorry ;)

Najlepszy dziennikarz wśród koszykarzy, najlepszy koszykarz wśród dziennikarzy. Kto wie. Parafrazuję słowa, które kiedyś po raz pierwszy usłyszałem od historyka ze Zgorzelca. Jego wypowiedź dotyczyła niedocenianego, często nieznanego w Polsce filozofa Jakuba Boehme, którego dom znajduje się w nadgranicznym mieście. Dokładne słowa brzmiały – najlepszy szewc wśród filozofów, najlepszy filozof wśród szewców. 

Mało brakowało, a Bartosz Węglarczyk, którego znacie byłby pierwszym Polakiem w NBA. Determinacji i bezczelności, od prowadzącego Dzień Dobry TVN mógłby się uczyć sam Marcin Gortat. Zakładam się, że nie macie pojęcia, że Bartosz Węglarczyk trenował z Georgetown Hoyas lata przed tym nim ktokolwiek w Polsce (może poza sześcioma osobami) wiedział co to jest Georgetown, a tym bardziej ich drużyna koszykarska.

Skąd to wszystko wiem? Jestem zdania, że światem rządzi przypadek i historię, którą za chwilę poznacie i Wy, ja poznałem przypadkiem. Rozmawialiśmy chwilę na, Twitterze, gdzie Bartek wspomniał o pobycie w Waszyngtonie. Od słowa do słowa i okazało się, że historia jest za długa na 140 znaków. Przenieśliśmy się na mail.

Zastępca redaktora naczelnego w Rzeczpospolitej pisze:

Byłem na stypendium na Georgetown w 1992. Nie miałem pojęcia o niczym i pierwszego dnia poszedłem obejrzeć halę sportową. Grali tam w kosza jacyś faceci. Podszedłem do starszego mężczyzny który stał przy korcie i zapytałem, czy mogę dołączyć. Myśmy wtedy grali w GW w liceum na Zakrzewskiej i chciałem potrenować.

Facet spojrzał na mnie wyraźnie zdumiony i zapytał po chwili, skąd jestem. Opowiedziałem co tam robię, a on kazał mi kupić dobre buty. Za całą kasę, jaką z sobą przywiozłem, kupiłem następnego dnia nowy model Nike Air Jordan i wróciłem.

Trenerem w Hoyas był wtedy John Thompson Jr. Na zdjęciu z Patrickiem Ewingiem i Ronaldem Reganem.
C25882-11A
I potem przez trzy miesiące codziennie, często dwa razy dziennie, grałem z Hoyas, którzy zostali na lato w DC i trener chciał, żeby utrzymywali się w formie. Taki letni obóz Hoyas. Dopiero po 2-3 dniach zorientowałem się, że bezczelnie wprosiłem się na treningi profesjonalistów, a trener mi potem powiedział, że zgodził się, żebym dołączył, bo był totalnie zdumiony moją ignorancją.
Przypadek, który jak już wiemy rządzi światem, spowodował, że Bartek nie spotkał się na parkiecie z Alonzo Mourningiem. Zo, późniejszy gracz NBA w Charlotte Hornets czy Miami Heat, został w 1992 roku wybrany w drafcie do NBA. Czytając to co 22 lata temu przeżył mój rozmówca, zazdrość mnie zjadała. Popatrzyłem na skład Hoyas i jak wiemy nie były to czasy Zo, tym bardziej Patricka Ewinga, Deke lub Allena Iversona, ale był to czas nieco mniej znanego koszykarza – Otthella Harringtona. Harrington grał m.in. w Rockets, Bulls, Knicks czy Grizzlies, ale 1992 rok (wiemy, że był to cudowny rok Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie), był jego pierwszym w Georgetown.
(Był tam także m.in. Don Reid, który grał w Magic, Pistons, Wizards).
30-lecie YES
KMag Magazyn dziękuję za szybki kontakt w sprawie umieszczonego tu logo ich magazynu i zostawieniu u mnie trochę forsy w reklamie na rozwój bloga ;)
Jak radził sobie nasz bohater na parkiecie?
Ci zawodnicy byli wściekli, że jakiś biały kurdupel do nich dołączył, no, ale jak trener kazał, to grałem. Nie pozwolili mi w czasie gry przez te trzy miesiące rzucić ANI JEDNEGO kosza. Czapowali mnie potwornie.
Nie pytałem o nazwiska, które dopuściły się tego czynu (nie czap, tego co za chwilę przeczytacie), ale po trzech miesiącach gry z Hoyas, Bartek pisze, że na treningach Gazety Wyborczej, koledzy chcieli wyrzucić go z drużyny, bo …
… grałem bardzo siłowo i ostro, przepychałem się i faulowałem, bo się przyzwyczaiłem do gry z facetami trzy razy wyższymi ode mnie i pięć razy silniejszymi :)
Słyszałem wiele historii moich kumpli, którzy byli w USA. Niektórzy grali nawet na Rucker Parku, inni siedzieli w trzecim rzędzie trybun podczas ASG, byli na after party, na których byli zawodnicy. Moja friendka Qulka, pojechała do Miami i na pierwszym meczu NBA w swojej karierze trafiła na rekord punktowy LeBrona Jamesa. Uff myślicie, przynajmniej ten gość z telewizji trafił tylko na Harringtona i nie poznał nikogo istotnego. Wrong!
A, mogę jeszcze dodać że na jeden trening wpadł z wizytą do trenera Ewing i graliśmy z nim mecz. Grałem przeciwko niemu i raz mnie przesunął tak, że przeleciałem przez dwa rzędy krzesełek i do dziś podejrzewam, że pękło mi żebro :)
Oto cała historia koszykarska człowieka, którego z koszykówką nigdy byście nie połączyli. Bartek jest także fanem Wizards (wcześniej Bullets) i oczywiście Marcina Gortata.
Ciekawe, prawda?

Jestę kibicę

Dlaczego czasem nie możesz być kibicem, czyli historia, która Was nie zaskoczy.

Zawsze chciałem mieć na koncie trochę więcej zer niż mam. Zer, które są poprzedzone jakąkolwiek cyfrą, bo nic z jednym zerem, czy też nic z dwunastoma zerami nie robi mi różnicy. Zawsze myślałem, że będę mógł wtedy robić co chcę i nikomu nic do tego.

Chcemy łamać konwenanse, bo chcemy być buntownikami. Szukamy bohaterów, którzy walczą z systemem, którzy są Don Kichotami i pomimo tego, że nie wygrają, podziwiamy ich jak wielkich, wspaniałych herosów. A jak przychodzi co do czego i ktoś ma inne zdanie, ktoś wybiega poza granice naszego postrzegania, obruszamy się i zastanawiamy – jak możesz.

Schematy komunikacyjne, schematy zachowań, protokół dyplomatyczny (co myślicie o tym, że Barrack Obama poklepał Bronisława Komorowskiego?), savoir-vivre, czyli w wielu przypadkach po prostu konwenanse. 

Ale i tak lubimy buntowników. Dlaczego cała koszykarska Polska nie lubi więc Janusza Jasińskiego, który nieszablonowo, kontrowersyjnie (sam mówi, że ciekawie), komentuje otaczający go, koszykarski świat?

I wcale nie będę bronił właściciela Stelmetu, nie mam zamiaru, nie mam nawet najmniejszej ochoty. Nie rozumiałem, do wczoraj, zachowania, które wszyscy widzą w telewizji, słyszą w radio i czytają w prasie. Zrozumiałem po kilkunastominutowej rozmowie, którą na zdjęciu uwiecznił Paweł Łakomski. 

Btw – kolekcjonerbutow.pl mówi, że na nogach Air Jordan V Laney, jakby ktoś pytał ;)

BpO1xBjIAAAu14k

Janusz Jasiński to po prostu kibic. Taki jak pan z sektora E z szalikiem, jak pani siedząca przy koszu w koszulce z herbem swojego klubu. Taki sam jak każdy inny, który przeczyta ten wpis. Powiedział mi to sam (delikatnie parafrazuję) – jestę kibicę

Zrobiłem wielkie oczy.

Ale czy Janusz Jasiński, jak i kilku jego poprzedników może być zwykłym kibicem? Szef Stelmetu spytał podobnie – czy ja nie mogę być zwykłym kibicem? Ja nim jestem. 

Moja odpowiedź jest krótka. Nie.

Krwista masakra ślepca

Nie dlatego, że nie pozwalam na to ja, moje zdanie nie jest wyrocznią. Nie dlatego, że nie pozwala na to fan Turowa, Stelmetu, Czarnych, Miami Heat czy Spurs. Raczej dlatego, że szkodzi swojemu klubowi. Pan Janusz w rozmowie, generalnie bardzo spokojniej, skupiał się na tym co robi Turów, co robią inni, jak postępują i kto czego złego nie zrobił w stosunku do jego klubu. Wskazując oczywiście przykład Piotra Stelmacha i tego, że wraz z Saso Avlijasem oszukali rok temu Stelmet. Rozdrażniony powiedział nawet, przyznał że traktował Turów jak starszego brata. I tak, tak było, bo Turów i Stelmet zawsze żyły w zgodzie i przyjaźni na wielu frontach.

Rozumiem frustrację, gdy ktoś zrobi cię w wała. Sam również to przeżywałem. Ale Panie Januszu, od Pana, wymagam ja, a także i pana zielonogórscy fani, dużo, dużo więcej. Jest Pan biznesmenem i to takim z dużymi sukcesami, prowadzi Pan firmy, które pozwalają Panu żyć na poziomie, którego wielu z nas nigdy nie skosztuje. Wie Pan więc jak robi się biznes, spodziewałbym się więc mniej emocji, więcej chirurgicznych i perfekcyjnych cięć. Oszukali mnie? Koniec współpracy w jakikolwiek sposób i na jakiejkolwiek płaszczyźnie. W biznesie skupienie jest na sobie. Dziwię się, że w koszykówce Pan Janusz skupia się na kimś innym.

W tym co widzimy od kilku miesięcy nie ma biznesowego cięcia i precyzji najlepszego chirurga. Jest machanie maczetą na ślepo w sposób znany z filmów Quentina Tarantino. Gdzieś tam czasami trafi i uszkodzi ważny element, ten w który celował. Często są to jednak rykoszety, cięcia na ślepo, które pozostawiają po sobie spustoszenie i ogromny, krwisty bałagan.

Znam podobne historie. Widzę prezesów, właścicieli, którzy przeżywają mecze swojej drużyny. Zachowania niektórych mnie dziwią, inni starają się ukrywać emocje. Oczywiście, że trudniej jest kiedy wydaje się swoje pieniądze. Tacy jak Janusz Jasiński w lidze już byli. Dwa nazwiska – Medeński i Koelner – wymienił sam bohater tego tekstu. Jeden z nich, kiedy wchodził do ligi, był postacią interesującą. Niektórzy znajomi dziennikarze chcieli przeprowadzić z nim długie, ciekawe wywiady. Podczas meczów kadry U18 we Wrocławiu pytali, który to ten prezes. Wskazując na pana w czapce z dzwoneczkami mówiłem – ten. Z rozmowy rezygnowali.

Te sytuacje były dość wymowne. 

Walka, która psuje widowisko

Pan Janusz, chcąc budować swój klub i popularność koszykówki w Polsce (co do tego nie mam żadnych złudzeń) wybrał drogę i sposób walki, który nie tyle nie przystoi, nie tyle łamie konwenanse, co wydaje się być walką kompletnie nieefektywną, walką która nie przyniesie żadnych pozytywnych rezultatów. Choćby nie wiem jak dużo emocji wylewał z siebie Janusz Jasiński.

W tym momencie bardziej szkodzi swojemu klubowi niż mu pomaga. Już nawet fani koszykówki z Zielonej Góry mówią, żeby przewodniczący rady nadzorczej Stelmetu zamilkł. Uwierzcie mi, do tego nie dojdzie. A przynajmniej nieprędko.

Wiemy, że szef klubu z Zielonej Góry mówi dużo. Można porównywać go do Marca Cuba i też się nad tym zastanawiałem. Cuban wiele rzeczy robi z premedytacją, do wczoraj zastanawiałem się czy w ten sam sposób postępuje bohater tego tekstu. Skłaniam się do odpowiedzi – nie. Janusz Jasiński postępuje zgodnie z emocjami, które buzują w nim w danej chwili. Najgorsze jest jednak to, że emocjonalne, agresywne, momentami niebezpieczne, a w innych śmieszne i kuriozalne sytuacje, z którymi mieliśmy styczność w tym finale, niszczą piękno sportowe rywalizacji pomiędzy Stelmetem i Turowem. 

Wszystkie durne przepychanki słowne i kłótnie, praktycznie zabiły dyskusje na temat jednego z najlepszych meczów finałowych w Polsce w ostatnich 30 latach. Dziś mówi się już o czymś innym. 

Smutne. A tak bardzo się staramy na #TBLPL.

Wiecie co wynika z wczorajszej rozmowy, o której chcieliście wiedzieć? Poza tym, że Janusz Jasiński to kibic swojego (dosłownie) klubu, kibic, którego ode mnie czy ciebie różni ilość zer na koncie poprzedzona inną cyfrą, po kilkunastu minutach nie dowiedziałem się niczego nowego. 

Powiedziałem to Januszowi Jasińskiemu, wielokrotnie pytając, czy naprawdę chce mu się tak spalać, zamiast budować, powiem napiszę i wam. Życzę koszykówce więcej takich ludzi, ludzi z pasją, jak Janusz Jasiński, którzy wkładają w ten sport swoje pieniądze. Chciałbym jednak, aby było w tym mniej negatywnych, często niepotrzebnych, a niestety być może i zgubnych emocji.

Z wandalem przeciwko systemowi

Wyobraźcie sobie, że możecie być anonimowi w stu procentach. Anonimowi do tego stopnia, że generalnie niewidzialni, albo nierozpoznawalni. Nawet w świecie rzeczywistym, nie tylko internecie.

Co byście zrobili? Okradli bank? Podglądali pod prysznicem laskę, w której kochaliście się w szkole średniej? A może zrzucili z siebie ciężar noszony od lat i wyładowali się na osobach, od których zależy Wasza praca, kariera, etc? Ile słów na ka i cha przerywanymi tymi na pe otrzymałby premier, prezydent, nauczycielka czy szef?

Tak sobie czasami o tym marzę i przy moim ciętym i często wulgarnym języku, moglibyście przeczytać tutaj nieco więcej dopiekających i wylewnych wpisów.

Anonimowość kojarzy nam się z wolnością, brakiem skrępowania, zrzuceniem z siebie więzów otaczającego nas systemu.

2014-05-28 16.20.32

Anonimowość może być też bronią. I jest jeden człowiek na świecie, który używa jej fajnie. Walcząc z systemem, wywracając go do góry nogami, robiąc coś, co wielu z nas, szczególnie z mojego pokolenia podziwia i szanuje.

Przyznam szczerze, fascynuje mnie kultura uliczna, nie rozumiem za to sztuki. Naprawdę nie wiem co jest w rzeźbie Joana Miro, która dla mnie wygląda jak nieskładnie poklejona przez trzylatka plastelina. Nie wiem do końca co fascynującego jest w obrazie jednej czy drugiej lizy. Szanuję dzieła twórców, artystów, których od pokoleń nazywamy wielkimi, ale ich nie rozumiem.

images

Tak samo jak wiele starszych ode mnie osób, albo z innego kręgu, nie rozumie sztuki kultury ulicznej. Nie rozumie streetartu, nie rozumie grafitti i idącego za nim przesłania. Czułem się młodo czytając biografię od SQN. Czułem, że poznaję ponownie kulturę, która dominowała kiedy dorastałem.

Jak się pewnie domyślacie zmierzam do Banksy’ego. Gościa, którego zna wielu, ale nikt z nich nie piśnie słowa jaka jest jego prawdziwa tożsamość. Banksy jest wandalem, jest artystą, jest gościem, który odwraca system do góry nogami, bezczelnie się z niego śmiejąc i wytykając jego błędy.

banksy-army-sniper-size-colour-green-10370-12733_medium

Robi to w genialny sposób, bawiąc się formą, bawiąc się odniesieniami do kultury i często zestawiając ze sobą kontrasty. Snajper z okiem przy lunecie, a za nim dziecko z torbą, z której za chwilę wystrzeli. Człowieczek z ikonkami instagrama nad głową, etc. Banksy komentuje scenę polityczną (ale nie tylko) na swój sposób. Sposób, który jest przede wszystkim kontrowersyjny. Do tego prosty i zrozumiały oraz niezwykle zabawny i ma duży wpływ na kulturę.

BhchDtlCIAALalT

Bo czy to już jest sztuka? A kim ja jestem, żeby oceniać takie rzeczy. Dla mnie tak. Ale dla mnie sztuką są też pomalowane buty. Dla mnie wiersze to także słowa piosenek, tylko że są to wiersze z podkładem muzycznym. Sam Banksy ma swoje, dość ostre zdanie na temat sztuki, zdanie, które jest tożsame z kulturą streetART. Uliczni wojownicy wiedzą, że przestrzeń miejska należy nie tylko do wielkich korporacji, ale też do nas, zwykłych ludzi. W wielu miejscach i definicjach sztuka sama w sobie została spłaszczona do poziomu bogatych bubków, którzy kupują obrazy i raczą się ich pięknem czy czymkolwiek innym wśród swoich znajomych, równie bogatych bubków. Często myślimy o sztuce jak o czymś dla nas niedostępnym, czymś dalekim i prawie wirtualnym.

A tak nie jest. Banksy udowadnia to swoimi pracami. Walczy z systemem w piękny sposób dosadnie dając do zrozumienia, że sztuka to pojęcie szerokie.

images-1

Prawdę mówiąc chyba wszyscy wiemy kim jest Banksy. Albo przynajmniej go kojarzymy. Ale czy my tak naprawdę wiemy cokolwiek o nim i tym co robi? Wiemy, że prowokuje. Bo sztuka ma prowokować. Do myślenia, ma prowokować do przeżywania, ma prowokować do reakcji. I ja po lekturze jego … hmm, biografii (?), zostałem sprowokowany. Co wiemy jeszcze? Wiemy, że przewrócił scenę grafiti do góry nogami, jego prace są warte grubą kasę. Można je kupić za 300 dolarów, a sprzedać nawet za 780 tysięcy funtów. Wiemy też, że na świecie są ludzie znani z tego, że są znani. Banksy jest znany z tego, że nikt go nie zna. Jest tajemniczy. Możemy zadawać sobie pytania – kim jest, jak wygląda, z kim się spotyka, gdzie bywa?

I ta tajemniczość jest jego siłą. Dlaczego jest anonimowy i tworzy w taki sposób, w jaki tworzy? Bo jest wandalem. Niszczy mienie publiczne malując na ścianach.

I dlatego też nas fascynuje. Bo robi to, co my byśmy chcieli zrobić i powiedzieć, gdybyśmy mieli takie możliwości.

Golf i emocje? I to przez duże E? Ależ proszę …

Golf to czyste emocje, a raczej umiejętność panowania nad nimi. A to w sporcie, jak doskonale wiecie, jest niezbędne. Panowanie nie znaczy bycie spokojnym, panowanie nad emocjami oznacza umiejętność ich kanalizowania w taki sposób, aby wykorzystać je w miejscach, gdzie będą najbardziej potrzebne.

Tak jest np. w Navy Seals, których uczy się przekształcania zmęczenia, drgawek i osłabienia organizmu w agresję.

Stop, bo wybiegłem za daleko. Miało być znowu o golfie, bo przy poprzednim tekście Kamil napisał taki komentarz:

Jakoś nie czuję się przekonany. Sport to dla mnie emocje przez duże „E”, współzawodnictwo i raczej kontaktowość (stąd nie trawię siatki czynnie i biernie). Golf nie łapie się w żadnej z kategorii.

Obalę to. Nie wszystko, bo nie da się powiedzieć, że golf to sport kontaktowy. Ok, da się, ale będzie to taką bzdurą jak to, że politycy chcą dla nas dobrze.

dzień otwarty golfa 2014 zdjęcia III

Musimy tylko pamiętać o tym, że o emocjach w golfie mówić należy nie przez pryzmat kibica oglądającego, ale kogoś, kto gra choćby amatorsko uderzając dalekie piłki na driving range.

Rozumiem dlaczego mówi się, że w golfie nie ma emocji. Pomyślmy, przecież patrząc na golfa widzimy dziwnie ubranych gości, chodzących w spokoju po trawie, często w pięknym słońcu i do tego jeszcze w kompletnej, głuchej ciszy. Wokół słychać może co jakiś czas szept kolegów lub ćwierkanie ptaków. W najgorszym wypadku obrzydliwi dźwięk wydawany przez owady.

Jakie my tu widzimy emocje? Bo przecież emocje sportowe to przede wszystkim podnosząca się adrenalina wynikająca z rywalizacji z przeciwnikiem, to nerwy powstałe w wyniku okrzyków kibiców i wszystko to co związane jest z istotnymi momentami meczu. Mowa oczywiście o np. byciu pod ścianą i potrzebie wyrównania kiedy w finale Ligi Mistrzów przegrywamy 0:1, trafieniu dwóch osobistych, które doprowadzą do remisu i dogrywki w siódmym meczu finałów NBA, wyprzedzeniu jeszcze jednego kierowcy, aby w F1 wywalczyć tytuł.

W golfie tego nie ma, no bo jak może być? W ten sposób myśli ten, kto nigdy nie miał kija golfowego w rękach. Mnie przekonano wcześniej, przed tym jak pierwszy raz uderzyłem. Po uderzeniu było jeszcze lepiej.

http://instagram.com/p/oJZX6ixtzK/

Emocje w golfie są tylko nieco inne od tych, które możecie wyobrazić sobie gdy czytacie powyższe przykłady. I co więcej, są jeszcze bardziej spotęgowane.

Wiem co myślicie w tym momencie – głupi ten Radzki, opowiada jakieś farmazony. Posłużę się przykładem, który przeżyłem na polu golfowym.

Moje pierwsze zetknięcie z kijem było dość przyjemne. Ryszard Kozieras kilka lat temu wrzucił mi piłeczkę na green treningowy (to pole trawy gdzie jest kilka dołków obok siebie i trenuje się grę po ziemi) i kazał trafiać do dołka. Szło mi nieźle, do momentu kiedy instruktor powiedział mniej więcej takie słowa:

To teraz pokażę ci o co chodzi z emocjami w golfie i pod jaką presją są golfiści. Nawet amatorzy.

Presją myślę, jaką znowu presją. Kazał mi przecież trafić do dołka oddalonego o trzy, może cztery metry. Łatwizna, ale … jak trafię za pierwszym razem, nagrodą będzie piłeczka, którą gram. Piłeczka za kilka złotych, nic specjalnego, nic wielkiego.

Po uderzeniu piłka doleciała może do połowy dystansu, skręcając maksymalnie w lewo. Nie, nie grałem na górce, teren był prosty.

Tak Szczepan, to właśnie taka presja. A teraz pomyśl sobie, że ci w PGA nie grają o piłeczkę za 5 złotych, tylko o miliony dolarów, a każde uderzenie jest warte tyle, co najważniejszy karny w twojej piłkarskiej karierze, czyli ten, który daje tytuł.

Wiem, to jeszcze nie ten poziom emocjonalny, o który Wam chodzi, bo ciągle myślicie pryzmatem piłki nożnej, siatkówki czy hokeja. A ja mówię o największym trudzie świata, panowaniu nad sobą i swoim ciałem w jednym, jedynym istotnym momencie. Bo przecież w piłce nożnej, koszykówce, agresję, gromadzone pod kopułką emocje można rozładować trochę przyśpieszając, nieco przepychając się z rywalem. Nie wyobrażam sobie, żeby w golfie ktoś strzelił kolegę kijem, albo poszedł go (kija, nie kolegę) połamać na drzewie.

Golf jest niezwykle wymagający mentalnie i emocjonalnie. Nie da się uderzyć piłki nie będąc w pełni skoncentrowanym, nie da się zagrać dobrze, kiedy jedno uderzenie nam nie wyszło i zaczynamy się rozpraszać, myśleć o nim i trzymać je w sobie. Golfista musi mieć krótką pamięć, by szybko zapomnieć o porażce z poprzedniego dołka i przejść dalej. Ale tak samo działa to w przypadku wygranej. Idzie ci dobrze, nagle czujesz rozprężenie i piłka ląduje w krzakach dwa pola dalej. Dlaczego? Bo twoja głowa była gdzieś indziej, wsadziłeś w nią myśli, których w tym momencie nie powinno tam być.

Rywalizacja? W jednym momencie rywalizujesz z kolegą, z którym grasz, sam ze sobą, bo chcesz poprawić swój wynik z poprzedniej rozgrywki i walczysz ze wszystkim co jest dookoła. Przyjemny śpiew ptaków, którym rozkoszowałeś się gdy stałeś jeszcze przed tee (ten punkt, z którego się startuje), zaczyna być najbardziej irytującą rzeczą na świecie i masz ochotę zastrzelić to zwierzę, które przeszkadza ci w uderzeniu.

Właśnie w takich momentach w twoim ciele i głowie zachodzą różnego rodzaju procesy chemiczne, a ty musisz je opanować.

Brak emocji? Nie sądzę.

P.S. Mi przeżyć i emocji dostarcza Toya Golf.

Idź pod prąd – będziesz chudy. Albo chuda.

Wziął i podłączył mnie do prądu. Jakbym przynajmniej z uśmiechem na twarzy zamordował kilka osób. Okazało się – jak to zwykle przy podłączeniu do prądu bywa – że to on chciał zamordować mnie.

Niektórzy już może wiedzą, że jakiś czas temu, za uszy z ciepłego łóżka, wytrącając mi lody, czekoladę i coca-colę z ręki, na trening wyciągnął mnie mój znajomy i trener personalny w jednej osobie – Maciek Wolny.

Koks nie powiedział mi jednak, że naprawdę będzie chciał mnie zamordować. Miało być lekko i przyjemnie, było zajebiście, ale seks nawet najbardziej wyczerpujący to nie był. Płakałem, jęczałem i mówiłem – chcę przerwy!

Maciek prowadzi zajęcia różnego rodzaju, ale kilka miesięcy temu zdecydował się na zakup specjalnej maszyny do treningu metodą elektrostymulacji mięśniowej. I jak się już zapewne domyślacie, chodzi o to, że facet podłącza do Was kabelki – tak, tak jakbyście byli jakimś Robocopem – włącza wtyczkę do prądu i patrzy jak daleko się wychylicie. Jak za daleko, to nieco zmniejsza napięcie.

Gdyby nie to, że musiałem ciągle się ruszać, bo inaczej niczym w MMA, prąd by mnie znokautował, to sam miałem kilka razy okazję znokautować mojego ziomka. Co i tak skończyłoby się dla mnie dramatem, bo połamałbym sobie wszystkie kości gdybym spróbował uderzyć tą górę mięśni.

Trening EMS stosują sportowcy – np. Usain Bolt czy wielu bokserów, kolarzy, etc. Trening EMS poprawia wydolność, spala tłuszcz, ćwiczy siłę i wytrzymałość, a do tego nie naraża stawów, bo … no bo, nie dźwigacie żelastwa.

Metoda ta jest niezwykle efektywna, bo człowiekowi, który np. nie ma czasu, bo musi leżeć – jak ja – włącza w głowie zapadkę ej to tylko trzydzieści minut! No i tyle to mniej więcej trwa. Gość pokazuje ćwiczenia, wy ciągle się ruszacie, uginacie kolana, napinacie pośladki, podnosicie wirtualną sztangę, albo robicie głupie wykroki. Wszystko w gustownym, obcisłym kombinezonie, a w moim przypadku z bojlerem w okolicach pasa wiszącym momentami na udach (za dwa lata na kolanach). Generalnie oprócz tego, że jest morderczo i męczycie się cholernie, jest bardzo fajnie.

A ciężarki miałem dla kobiet! ;)

10299061_236630229870489_3499060172622236665_n

Można sobie np. zwymiotować, bo zapomnicie napiąć mięśni brzucha kiedy rozpocznie się kolejny cykl treningowy trwający dziesięć sekund. Natężenie tego jak morderczy prąd chcecie odczuwać można sobie regulować.

Nie da się jednak regulować braku zdolności matematycznych u trenerów personalnych. Pierwszy raz odczułem to na własnej skórze, ale opowiadało mi już o tym kilka osób. Nie wiedzieć dlaczego w normalnym świecie dziesięć znaczy dziesięć. U trenerów personalnych występują np. dwie piątki, albo dwie siódemki. Ewentualnie jest też jeszcze pięć, zrobisz pięć i słyszysz jeszcze trzy. Mogłem uważać na matmie, może wtedy byłoby mi łatwiej to pojąć.

Generalnie – warto. Daje w kość. Zakwasy na tyłku miałem przez trzy dni. Inni znajomi, którzy też byli, mieli podobnie. Nie da się siedzieć. A jak już usiądziecie, to nie da się wstać. Leżeć i przewracać się też się nie da. To jakby plyometrics z P90X, które kiedyś tam udawało mi się robić. Wtedy też jak chciałem się przekręcić w nocy, musiałem się budzić i przesuwać nogi ręcznie.

Ktoś, gdy opowiadałem mu o treningu EMS, powiedział coś w stylu – to takie sauna solution czy inny pas, który można kupić w telewizji? Jak ten prąd, lub Chuck Norris, kopnąłem go w głowę i powiedziałem – taaa, tylko, że za kilkanaście tysięcy Euro i jest to sprzęt profesjonalny.

Dlaczego warto grać w golfa

Zawiodę niektórych. Nie będzie tu ironiczno, cynicznego punktu widzenia i barwnych metafor. Ten wpis będzie bardziej stonowany.

Szczepan wrócił do szkoły.

Prawie dwa lata chodziłem i chciałem zacząć. Dwa lata. Dwadzieścia cztery miesiące. W końcu na kacu, nieświadomy tego co robię, zapisałem się na ten kurs, który tak dawno chciałem zrobić.

Dziś rozpoczynam nauki golfowe, nauki które mają dać mi zieloną kartę i możliwość wejścia i gry na polach golfowych. Moje szkolenie będzie prowadził Filip Naglak, który już kiedyś pokazywał mi jak powinno się trzymać poprawnie kija i ustawiać stopy. Do tego wyjaśni wszystkie drobnostki teoretyczne, które bezpiecznie pozwolą poruszać się po zielonym. A wszystko to w Toya Golf & Country Club, skąd wywodzi się kilku świetnych, młodych golfistów.

Oczywiście nierealnym jest, żeby Filip w kilkanaście godzin nauczył mnie grać, do tego trzeba lat, ale podstawy poznam. Wiem to, bo Filip jest świetnym trenerem.

#sunday afternoon #golf and #relax :-)

A photo posted by @szczepanradzki on

A dlaczego warto?

Bo oferuje on to, czego nie widać gołym okiem, a czego wszyscy szukamy w sporcie, a czasami nawet i nieco więcej.

Rywalizacja z samym sobą – pomimo całej swojej skomplikowanej natury, golf jest rewelacyjny jeśli chodzi o grę z samym sobą. Można wyjść na pole samotnie i pokonać samego siebie w ciągu zaledwie kilku godzin. Jak? Zakładając, że swoją wieczorną, niedzielną grę skończyliście w 75 uderzeniach, a poranną poniedziałkową w 74, to jesteście lepsi od samego siebie. I należy tu zaznaczyć, że rozgrywaliście pełnoprawną partię golfa, bez naginania reguł i uprawiania tylko drobnego wycinka dyscypliny, którą zdecydowaliście się rekreacyjnie uprawiać (jak np. zwykłe strzelanie do bramki, czy tylko rzucanie do kosza bez przeciwnika, nie wspominając o siatkówce, w którą samotnie grać się po prostu nie da).

Udoskonalanie samego siebie – golf odkrywa karty i niedoskonałości. Miejsce na przypadek? Jakieś tam jest, ale generalnie gdy nie pracujesz nad samym sobą lub samą sobą, możesz zapomnieć o grze w golfa. Ten niezwykle techniczny sport wymaga od zawodnika (nawet amatora) ciągłej poprawy, udoskonalania techniki, koncentracji i skupienia na najmniejszych detalach. Nie da się poprawnie uderzać piłki daleko (a to jedno z najłatwiejszych uderzeń) kiedy nie wykonamy poprawnie całego ruchu.

Zabawa – masz kilku znajomych i nie macie co zrobić w sobotnie popołudnie, a chcielibyście spróbować czegoś nowego? Driving range jest dla Was! Nie musicie być golfistami, możecie mieć kija pierwszy raz w rękach, a za kilkanaście złotych będziecie bawić się wyśmienicie. Na każdym polu i strzelnicy, gdy tylko poprosicie, instruktor pokaże Wam jak z grubsza powinno się uderzać, ułożyć ręce i nogi. A następnie wystrzelacie kosz pełen piłek i z każdym kolejnym uderzeniem będzie coraz więcej ochów i achów zachwytu oraz po chwili śmiechu. Te pierwsze padają w momencie w momencie gdy piłka spadnie pod setny metr, a śmiechy są gdy wypatrując piłeczki na niebie, orientujemy się że spadła ona metr od naszych stóp.

Bo fajnie podzielić się czymś innym i nowym ze znajomymi – jeśli jeszcze nie próbowaliście, to musicie uwierzyć nam na słowo, ale nawet po tym jak pójdziecie na strzelnicę, będziecie przez tydzień rozpływać się nad tym jak fajnie było pouderzać w piłeczkę i jak pan instruktor pokazał Wam jak poprawnie trzyma się kij golfowy. A jeszcze jak traficie na kogoś kto opowie Wam trochę o golfie, będziecie czuli się jak dzieci, które ledwo co zeszły z karuzeli.

Świetne miejsce do spędzenia wolnego czasu – jeśli ktokolwiek wątpi w to, że tereny golfowe to piękne i malownicze krajobrazy rodem z amerykańskich filmów, niech po prostu poogląda zdjęcia z Toya Golf & Country Club oraz Gradi Golf Club. Relax, spokój, świetne jedzenie. Czego chcieć więcej.

Brak nacisków – jestem chyba jedyną osobą na świecie, która stara się namówić kogokolwiek do golfa. Osoby, z którymi rozmawiałem, które opowiadały mi o tej fascynującej grze nigdy nie próbowały nakłonić mnie do złapania kija w rękę i rozpoczęcia uderzeń. Jedyną rzeczą, którą mówią zakochani w golfie jest – wystarczy spróbować. Po Wrocławiu, w środowisku golfistów krążą nawet dość śmieszne opowieści, gdzie dwóch przyjaciół często rozmawiało ze sobą na temat tej dyscypliny sportu. Jeden, doświadczony golfista mówił wspomniane już – po prostu spróbuj, ale jak nie chcesz to nie. Drugi w słowach nie nadających się do cytowania odmawiał. Do czasu gdy po raz pierwszy udał się na strzelnicę i pole treningowe. Od tamtej pory gra niemal codziennie.

Brak telefonu komórkowego – można, a czasem nawet trzeba wyłączyć na polu telefon komórkowy. Czy to nie jest wystarczający argument?

Jedzenie – w restauracjach znajdujących się na obiektach golfowych funkcjonuje ta sama zasada, która obowiązuje w hotelach i ośrodkach wypoczynkowych – jedzenie musi być smaczne. Dlaczego? Wszystkie niedociągnięcia infrastruktury wypoczynkowej są wtedy wybaczane, bo najedzony i zadowolony z posiłku klient, to klient, który nie narzeka, a wręcz poleca. Pola golfowe (te poważne), na których znajdują się restauracje raczej nie posiadają niedoróbek, ale oferują znakomite jedzenie. W tych podwrocławskich kuchnię chwalą mniej i bardziej znani goście i bywalcy pól golfowych. Niektórzy straszą nawet, że zmiana kucharza będzie oznaczała także ich rezygnację z opłacania usług restauracji i samego pola.

Wolę miecz świetlny od baterii

A bo czasami lubię odnieść się do technologii. Może przyda się Wam to, co ja przeżyłem.

Znasz tą sytuację. Telefon pokazuje 35 procent baterii, jesteś w samochodzie, albo autobusie. Do celu jakieś 120 kilometrów, a Ty musisz przewijać Facebooka, zobaczyć co pisze Jarek Kuźniar na Twitterze, wykonać kilka telefonów i miłych smsów. No nie ma siły, żeby bateria w iPhone lub innym Samsungu starczyła na całą podróż.

Całe szczęście jesteś w aucie kolegi czy tam w Polskimbusie i wszystko wydaje się być pod kontrolą – masz przecież kabelek, ładowarkę i spokojnie możesz podładować swój mózg. Gorzej, jeśli nie masz ładowarki, gorzej jeśli jesteś w środku lokomocji, który nie posiada gniazdka – bo np. jest to autobus komunikacji miejskiej.

Co wtedy? Porządny, szanujący się człowiek XXI wieku, który gardzi mapą papierową, bo ma Google Maps, już dawno zaopatrzył się w dodatkowe baterie, np. taką obudowę, która powoduje, że telefon jest sześć razy grubszy i grzeje się jakby leżał w piekarniku.

Mała dygresja – co za kretyńskim wynalazkiem jest robienie coraz cieńszych telefonów, wkładanie do nich baterii ledwo utrzymujących przy życiu zegarek z jedną funkcją, a następnie karmienie nas dodatkowymi bateriami, które możemy kupić za np. 300 złotych? No tak, telefon za 2-3 tysiące złotych + bateria to zawsze kilka setek więcej w kieszeni producentów.

W czasach kiedy nawet ludzie mają być szczupli, fit i zdrowi (taa), producenci telefonów i akcesoriów dają nam coś, co ma ‘nas’ pogrubić? Chyba coś jest nie tak.

O co więc chodzi, bo coraz więcej osób wkłada swoje telefony w te przerośnięte i do tego brzydkie obudowy. Wkładam i ja, bo baterie w telefonach są tak gówniane, że przy intensywnym używaniu powinniśmy nosić ze sobą na plecach małą elektrownię jądrową. Gro moich znajomych narzeka na słabe baterie w swoich smartfonach. Te tak naprawdę są całkiem ok, ale wielkość wyświetlacza i miliard włączonych funkcji powoduje, że nie jesteśmy w stanie w żaden sposób ich szanować.

Z pomocą muszą więc baterie zapasowe. A te dopiero są totalnym badziewiem. Wydawało mi się, że kupując taki wielki plecak dla mojego telefonu, będzie on ratunkiem, a generalnie mam wrażenie, że przez ten badziew, zajechałem baterię w telefonie. Ładowanie i rozładowywanie w jednym momencie nie jest najlepszym pomysłem – nie wiem jak konstruowane są obecne ogniwa, ale wątpię, żeby twórcy uodpornili je w taki sposób, aby bateria nie odczuwała skutków dostawania energii i np. ciągłej rozmowy. A świadczy o tym choćby to, że telefon z plecakiem i ładowaniem podczas rozmowy, nagrzewa się jak lawa. Wiem, bo dotykałem lawy, czadowe uczucie.

Sam mam plecki Odoyo, które kupił też Czesław Mozill. Są fajne, bo z tyłu mają taki dzyndzel, dzięki któremu telefon stoi na biurku. I na tym plusy się kończą, bo:

  • są grube
  • są niewygodne
  • szybko straciły pojemność (serio) i nie ładują już telefonu na prawie full
  • są ciężkie

top-hero-2

Trafiłem ostatnio na tekst oceniający pięć modeli pogrubiających nasz telefon. Podobno niektóre są cieniutkie, wcale nie pogrubiają telefonu – ok, to gdzie jest wtedy bateria? W powietrzu? Niektóre z nich mają mniejszą (1700 mAh), inne większą (3000 mAh) pojemność. Standardowo w większości modeli wkładane jest ogniwo o pojemności 2200-2300 mAh. I stanowczo jest to za mało. Dla mnie w tym momencie nie ma znaczeia, co ma mnie pogrubić. Panowie z hiconsumpton mówią, że może to być jeden z siedmiu modeli określanych jako najlepszy battery pack dla iPhone’a – Lenmar Meridian, MiLi Power Spring 5, Maxboost Atomic Plus (ten jest całkiem ładny i ma dodatkowe głośniki i 3000 mAh), iBattz Mojo Refuel, Tylt Energi, uNu Aero Series czy Mophie Space Pack (chyba najpopularniejsze na naszym rynku). Istotne jest to, że ten badziew będzie pogrubiał, będzie niewygodny i w kieszeni będzie wyglądał jak … sami sobie pomyślcie jak.

download efd738d8088616008411aa83619e642a.jpg

Rozwiązanie? Wolę urządzenia totalnie zewnętrzne, czyli te baterie wyglądające jak np. przenośny dysk twardy, albo uchwyt mieczu świetlnego z Gwiezdnych Wojen. Dlaczego? Bo skoro i tak muszę to nosić w torbie/plecaku (niezwykle niewygodnym jest noszenie telefonu w kieszeni spodni z założonym battery pack), to wolę mieć więcej energii, możliwość podłączenia nie tylko telefonu ale też np. iPada czy innego tabletu.

Pogrubieniom po prawie roku testów mówię – nie dziękuję.

Bo Polacy nie gęsi i z języka śmietnik robią

Polacy nie gęsi i swój język mają – mawia nasza ludowa mądrość. Mają. Ponglisz się zwie. Niektórzy twierdzą, że to język korpo, a ja nazywam go czasem bełkotingiem.

Pawłowi Opydo puściły nerwy i ma w dupie język Polski. Niech sobie ma. Wolny kraj. W pewnym sensie nawet go rozumiem. Są zwroty i słowa, co Paweł podkreśla, które nietłumaczone są szybciej i łatwiej rozumiane niż ich odpowiedniki w naszym ojczystym języku.

Opydo podaje przykłady. Case czy share. Super. Też tak mówię. Też wolę zapożyczenia, bo nasz język dąży w jakimś stopniu do unifikacji, technologie powodują, że mówimy ‘podobnie’. Co więcej, odpowiedniki są czasami po prostu głupie.

No bo jak tłumaczyć np. zwroty sportowe takie jak pick’n’roll, albo technologiczne touchpad? Jak przetłumaczymy smartphone? W tym  pierwszym przypadku mówienie gładzik powoduje u mnie śmiech, ogromne rozluźnienie zwieraczy i konieczność udania się po ścierkę.

Są zwroty nieprzetłumaczalne i lepiej brzmią w (prawie) oryginalnej formie. I tak jak pisze Paweł jeśli to ułatwia komunikację, jest to akceptowalne. Kropka.

Ale, ale. Są pewne granice. Moi znajomi wiedzą, że daleko mi do językowego purysty. Ba, gdyby ktoś o takowego mnie posądził, niczym piętnastolatka na okresie, szybko i namiętnie bym się obraził. Mówię forwarduję mail, a nie przekazuję. Mówię uploaduję, zamiast wrzucam, mówię szeruję, a nie udostępniam (choć tu akurat używam obu form).

45792085

Gdy jednak słyszę bełkoting i widzę rozmowy o responsach i missnięciach, albo skedżulu, a nie harmonogramie lub terminarzu, mam wrażenie, że komuś sufit zawalił się na łeb, a potem jeszcze niczym w Galicji dołożyło się do tego niebo i droga mleczna.

Takich przykładów jest masa. To już nie jest ułatwianie komunikacji, to jest językowy śmietnik, wysypisko i bagno. Bo mówienie o czystości językowej nie ma już prawa bytu. Nie wyobrażam sobie, że powrócą staropolskie zwroty. Język ewoluuje, zmienia się i dopasowuje do obecnych czasów biorąc pod uwagę różne, najróżniejsze czynniki. Czasami po prostu nie mogę się temu nadziwić, że pewne procesy zaszły aż tak daleko, a z opisywanymi w poprzednim akapicie przykładami jest tak, jak z tą świnią co nie zje za dużo.

Zobacz też: Jak Janowicz wkurzył media

Janowicz wkurzył media. I dobrze.

Nie zgadzam się z Jerzym Janowiczem w kilku sprawach, które wykrzyczał podczas wczorajszej konferencji prasowej. Dziennikarze mają prawo oceniać, tak jak każdy inny obywatel tego kraju – przynajmniej jeszcze. Mają prawo mieć oczekiwania, mają prawo chcieć sukcesu w kraju, w którym tych sukcesów nie ma, albo jest ich tak mało, że nie wystarczają do leczenia naszych kompleksów.

Trochę śmiesznie brzmi w ustach sportowca, aby media wyszły na kort i pograły, a potem oceniały. W sumie wolałbym zarabiać kasę, którą inkasuje nasz bardzo, ale to bardzo dobry tenisista i narażać się na gromy krytyki, niż dostawać psie pieniądze siedząc w redakcji i stukając w klawisze. Jest to jednak nieistotne.

Mam bardzo mieszane uczucia jeśli chodzi o te dwa fragmenty.

Czytam wasze artykuły i śmiać mi się chce. Kim jesteście, że macie oczekiwania? Oczekiwania może mieć mój trener, mama, tata, a nie wy. Co takiego robicie? Tylko nas krytykujecie, a potem macie oczekiwania?

Dlaczego piszecie tylko negatywnie? Dlaczego nikt nie powie, że ktoś zajął drugie miejsce, a nie przegrał w finale. Fajnie, że zaciskacie kciuki, ale może też więcej wyrozumiałości dla nas.

Pod tym ostatnim się jednak podpisuję, podpisuję się też pod wylaniem frustracji na ‚brak perspektyw’ w tym kraju. Generalnie Polska to taki dziwny kraj, w którym jest duży potencjał wzrostu. A wiecie o kim lub o czym mówi się, że ma duży potencjał wzrostu? To coś bardzo podobnego do sytuacji, w której dyplomata powie spieprzaj w taki sposób, że poczujecie podekscytowanie zbliżającą się podróżą.

1076642-warszawa-arena-ursynow-konferencja

Potencjał wzrostu to więc nic innego jak grzeczna forma powiedzenia, że jesteśmy w czarnej dupie. Janowicz to młody, bardzo, bardzo młody chłopak, facet, który ma potencjał do tego, by zostać kiedyś najlepszą rakietą świata (tak, przypomnijcie sobie ubiegły rok i to co pisały media na Wyspach o Janowiczu). Młody nie tylko sportowo, ale młody osobowościowo, mentalnie. To chłopak, który w kraju, w którym żyją jego rówieśnicy, koledzy, koleżanki, osiągnął sukces. W kraju, w którym każdy, nawet najmniejszy sukces, w najmniejszym sporcie, jest pod lupą każdego dziennikarza, od sportowego, przez miejskiego, aż po śledczego i pogodynkę. Najmniejszym sporcie, a tenis takowym nie jest, to jeden z topów światowych, a więc Janowicz jest na pierwszej linii strzału. Co się stało podczas konferencji prasowej na Torwarze?

Nic. Janowicz nie wytrzymał. Młodemu chłopakowi puściły nerwy. I co? Pokrzyczał sobie. Był wkurzony bo przegrał. Był pewnie sfrustrowany dziesiątkami innych rzeczy. Być może źle odebrał intencje redaktora Rolaka, być może niezależnie od pytania i tak upuściłby to co upuścił.

W mediach po tym wystąpieniu nastąpiła lawina krytycznych komentarzy. Rażą mnie przede wszystkim słowa – głupi, ‚popis’, etc. Bo, że niby nie przystoi takiemu sportowcowi na takim poziomie, że niby to nieprofesjonalne.

Eh.

Czy Janowicz zachował się nieprofesjonalnie? Nie. Zachował się trochę lekkomyślnie, mocno poniosły go nerwy, ale przede wszystkim zachował się jak sportowiec z sercem. Zachował się jak ON, bo taki właśnie jest. Powiedział też coś o tym kraju i pewnie miał rację, co najlepiej mogą w komentarzach opisać czytelnicy tego tekstu i bloga.

A komuś się to nie spodobało. Bo u nas wszystko musi być wsadzone w jakiś malutki wycinek i granice, które ktoś sobie tam ustalił.

Powiem Wam coś. Wiecie jak ta sytuacja z niedzieli wpłynie na karierę Jerzego Janowicza? Powiem Wam. Nijak.

Weź sobie lepiej zrób reset

Nienawidzę tych chwil, kiedy mam w głowie coś do przekazania, ale jest to tak chaotyczne, że … wygląda jak ten wpis poniżej. I niestety chyba nieco melancholijnie ;)

Wiem, co powinno ukazać się na blogu już dzisiaj, ale na ten tekst, który w wersji roboczej spoczywa w czeluściach mojego komputera i iCloud, będziecie musieli chwilę poczekać. Zapewne niedługą, ale będzie on o wolności. Wolności, która dla wielu jest tylko pozorna.

A tymczasem … zastanawialiście się. Nie. To złe pytanie. Cofam je. Na pewno się zastanawialiście, bo zakładam się, że przeżywacie to praktycznie codziennie. Stres, pośpiech, zdenerwowanie. Wchodzicie do domu, a tu żona/dziewczyna/kochanka stoi z wałkiem wkurzona jak byk podczas corridy. Mąż chce pobaraszkować, a Ty moja droga nie wiesz jak powiedzieć mu, że nie masz siły nawet mrugać powiekami?

Znerwicowani po pracy, bo szef drze się jakby siedział na stadionie piłkarskim, piramida Maslowa niektórym obróciła się do góry nogami, a istotnym w życiu jest wzrastający o 1 setną procenta słupek sprzedaży.

Dramat.

Niektórzy lubią biegać. Inni wolą żyć nieco wolniej, ale w ostatnich latach każdy z nas narażony jest na jakiś dramatyczny maraton, który pokonujemy sprintem.

No i wracamy do domu, zmęczni, nie potrafimy się oderwać od pracy, podobno niektórzy nawet z trzytygodniowych wakacji wysyłają codzienne raporty. Rzucasz mięsem i dopiero po dwóch tygodniach zdajesz sobie sprawę, że możesz zluzować, a jest już na to za późno, bo urlop się skończył, po wakacjach została krzywa opalenizna, trochę piasku w tyłku, a Ty musisz iść do pracy.

Mam taką przypadłość, wychodząc z pracy, ciągle w niej jestem. Uczę się jednak zostawić ją za sobą. Znajdować miejsca, które mnie resetują i elementy, które pomagają – z wyłączeniem substancji psychoaktywnych.

Jednym z nich jest … Barcelona. Nawet nie wiedziałem, że to miasto tak na mnie działa. Magiczne miejsce. Ma wszystko, morze, góry, zabytki, fajny klimat, ciekawych ludzi i setki miejsc, gdzie można zabłądzić, ale cały czas czuć się jak u siebie w domu. Reset? Wyjechałem wkurzony niczym naładowany testosteronem nastolatek, który o seksie to tylko słyszał i widział go w nocnej telewizji.

Kilka godzin, siedzenie pod palmą i … reset całkowity. Polecam, jak ktoś ma możliwość wyrwania się. Z Ryanair budżetowo można wybrać się tam za relatywnie nieduże pieniądze na 2-3 dni.

2014-03-28 13.44.33

Generalnie palmy, plaża, odpoczynek to klucz, ale zobacz coś. Coś co pozwoli Ci opowiadać historie. Po raz kolejny zobacz Sagrada Familia i kolejkę na 800 osób, idź po kolejne dzieło geniusza Gaudiego – Casa Mila i zobacz jak wygląda … z reklamą Zegny na froncie (musicie mi uwierzyć, pod  budynkiem i tak stały dziesiątki jak nie setki turystów, którzy robili zdjęcia – jak ja :-)).

2014-03-27 15.12.53 2014-03-27 15.12.07

Porozmawiaj z kimś … my trafiliśmy na kolegę z Saragosy, który perfekcyjnie mówił po Polsku, bo … 12 miesięcy pracował w Łodzi jako szef kuchni. Jak zwykle wyjmując mapę, ktoś pomógł nam odnaleźć drogę. Tym razem był to przemiły staruszek, który swoją pomoc zakończył pytaniem o to czy mówimy po Hiszpańsku. On też nie mówi, bo jest Katalończykiem.

Reset, reset, reset. Czasem potrzebuje tego Twój komputer – nawet jak to Apple – potrzebujesz go i Ty.

A jeśli nie możesz wyjechać? Mam kilka propozycji, nie do wszystkich się stosuję, ale staram się wprowadzać w życie.

Może coś się Wam przyda.

I na Michaela Jordana, pisząc poniższe akapity zdałem sobie sprawę z tego, że brzmię jak nawiedzony gość, który czyta Jedz, módl się i kochaj lub innego rodzaju poradnik typu jak żyć by być szczęśliwym.

Śpieszę z wyjaśnieniem – ludzie są różni, różne są potrzeby, coraz częściej zauważam jednak ogromny problem wśród znajomych, którzy ciągle biegną. Tak jak ja. Szukam więc rozwiązań dla siebie. Niektóre działają :-)

  • Zwolnij – tak po prostu, nie zawsze musisz mieć w sobotę posprzątane w domu, serio. Nie zawsze musisz iść na imprezę i siedzieć do rana. Czasem możesz po prostu posiedzieć pod drzewem, ale poleżeć i dać głowie odsapnąć.
  • Wyjdź na spacer – nie musisz tego kochać, wyjdź. Weź aparat. Przejdź się, może zobaczysz coś ciekawego. No i walnij sobie fajne #selfie ;)

2014-03-28 11.35.40

  • Delektuj się jedzeniem – o z tym to mam problemy, bo jem w pośpiechu i przed monitorem. No właśnie – nie jedz przy komputerze, nie jedz przed telewizorem, po prostu jedz. Nie myśl, gryź, smakuj.
  • Napij się dobrej kawy – DOBREJ. Starbucks to nie do końca to o czym piszę mając na myśli DOBREJ :-)
  • Pomóż komuś – stoisz w kolejce w Ikei? Gość przed Tobą nie umiał wyciągnąć serwetek, bo zaklinowały się w podajniku, a Tobie się udało? Weź dwie więcej i mu daj. Otwóż komuś drzwi, pomóż sąsiadce wnieść zakupy. Albo np. wystaw przed swoim sklepem pompkę do roweru.

2014-03-28 15.28.20

 

  • Zrezygnuj z aktywności, które są tylko pożeraczem czasu – ile seriali oglądasz? Ja mnóstwo, bo je uwielbiam, tak jak kino. Ile z nich oglądam niepotrzebnie? W ciągu ostatnich 15-20 dni skasowałem z listy 6-7 pozycji.

Zobacz też: Balans człowieku – BALANS!