Małego przedsiębiorcę trzeba zgnoić

1418477185_thumb.jpeg

Co za kraj.

Walczmy o prawa, górników, pielęgniarek, małych kotków, homoseksualistów, lekarzy i nauczycieli, pieprzmy przez kilka miesięcy o krzyżyku w klasach szkolnych czy też napadach na tle rasowym.
 
Gówno, za przeproszeniem, kogo obchodzi co rządzący tym krajem robią ze mną i setkami tysięcy małych przedsiębiorców prowadzących jednooosobowe albo dwu-trzy osobowe działalności gospodarcze. 

 
A jesteśmy traktowani jak ta miła i przepiękna młoda dama, która za swój czas poświęcony na cielesne igraszkach jest wykorzystana w każdy możliwy sposób, bo to tu, to tam coś się omsknęło. 

Generalnie ma się do nas o takie o podejście. 

Nikt w pieprzonych mediach nie zająknie się, że rządzący naszą piękną Polską, za naszymi plecami wymyślili sobie kolejny sposób, żeby legalnie ukraść nasze ciężko zarobione pieniądze.

Gdzie jakikolwiek głos o tym, że przedsiębiorcy nie będą za chwilę mogli odliczać pełnego vatu, bo jakiś pajac wymyślił, że ja oszukuję kraj i np. mój telefon jest wykorzystywany do spraw służbowych, ale też prywatnych. Że komputera używam w ten sam sposób, itd, itp. A zaczęło się oczywiście od tego, że vat od paliwa jest rozliczany tylko w połowie. Bo moje auto służbowe jest też wykorzystywane w sprawach prywatnych. Mam jedno auto, w 100% służy mi do spraw służbowych, w prywatnych nie opłaca im się nim jeździć. Dlaczego ktoś chce mnie usilnie przekonać, że jest inaczej, a do tego jeszcze kopie mnie w dupę?! 

Zaraz ktoś mi powie, że jęczę. Ta, może i jęczę. Ale pewnie bym nie jęczał, gdyby wielkie zakłady nie dostawały zniżek na każde pierdnięcie, a Tesco, Real, Auchan, Biedronka czy Careffour nie dostawały zerowego podatku, bo dają ludziom pracę. Ja też daję pracę – sobie i być może jeszcze kilku osobom, z którymi współpracuję etc.

Były nasz premier Donald Tusk walczył od kilkunastu miesięcy o to, aby twórcy płacili podatek dochodowy od 100% przychodu. Czyli zarabiam 100 złotych i płacę 18 czy 19 złotych podatku. Do tej pory jest tak, że płaciło się od 50 procent przychodu, a reszta traktowana była jako koszt uzyskania przychodu. Dla bogatych nie ma różnicy, dla tych zarabiających 2 czy 3 tysiące, to poważna strata. Ruchają nas na każdym kroku, bo nas nikt nie słucha, bo nikogo nie interesuje co mali przedsiębiorcy mają do powiedzenia – przecież prowadzą własny biznes i zarabiają miliardy monet.

Kiedyś, całkowitym przypadkiem, miałem przyjemność porozmawiać ze świetnym ekonomistą, doradcą prezydenta Brazylii. Powiedział mi, że Polska nie wpadła w kryzys, bo trzyma ją mały i średni biznes. A teraz krok po kroku jest zabijany, bo (trochę włączam teorię spisku) góra nie może go kontrolować.

I w mediach cisza.

W telewizji, prasie, radiu i każdym zasranym portalu internetowym mówi się o kolejnej ideologicznej walce o cholera wie co. Mówi się o tym, jak to Tusk nie umie powiedzieć po angielsku zwrotu, którego nawet Anglik nie zna, a Ewa Kopacz ma zdjęcie gdzie krzywo wyszła, albo konwencji PO.

O właśnie, a podczas niej padają takie słowa jak

Demokracja to rządy ludu.

Nóż mi się w kieszeni otwiera jak to słyszę, bo przecież oni robią sobie co chcą nie patrząc na nas.

A potem jest jeszcze zdanie, które pani premier kieruje do Jarosława Kaczyńskiego:

Pan nie rozumie zwykłych ludzi.

Nieważne dla mnie do kogo to powiedziała, ale mówi jakby sama rozumiała. Widać, że tak jest, choćby po próbach i zmianach właśnie uderzających w tych małych przedsiębiorców. 

I gada też o klimacie, wspólnocie. Normalnie jak w kościele. Tak dobrze wszyscy chcą, a tak czuję się zgwałcony i wykorzystany.

 

Polak w LVMH to tak jak Kubica w F1, czyli krótka historia sukcesu

1

Poznajcie gościa, o którym w niedługim czasie będą pisały topowe portale w Polsce, Dzień Dobry TVN będzie robiło research na jego temat, Onet będzie dawał go na top, Gazeta Wyborcza przeprowadzi poważny wywiad na temat różnic pomiędzy poszetką, a butonierką, a już jest typowany do blogera roku. Blogerzy, hejterzy i #TypowiPolacy zaczną liczyć ile zarabia i oblewać go szlamem, bo robi coś, czego oni nie potrafią.

Ma 22 lata. Ewa Stepnowska, może mu powiedzieć – zazdroszczę. Nie wiecie kim jest Ewa Stepnowska? Dziewczyna trafiła z warszawskiej ASP do Marka Jacobsa. Była tam na stażu.

A Kuba? Nie był na stażu u Marka Jacobsa, tylko w Piazza Di Moda odpowiada za dział mody męskiej, a w butiku Tombolini doradza jak się ubrać prezesom banków, politykom, czy znanym sportowcom. To on powie Wam, że warto na nogi włożyć np. buty Yanko. Nie studiuje w Warszawie, ale we Wrocławiu na UE na kierunku Brand Management. Jest trzy lata młodszy od Stepnowskiej, ale w swojej branży nie ma równych. Olivier Janiak robi sobie z nim selfie, a jego blog – Gentlemenfashion.pl jest jednym z najlepiej czytanych w Polsce blogów o modzie męskiej.

Poznałem tą historię kompletnym przypadkiem. Siedzieliśmy na kawie. Ja z błyskiem w oku opowiadałem mu o Jordanach, on mi z podobnym ogniem o garniturach, koszulach i krawatach. Rozumiemy się, bo on grał w kosza, chodzi na mecze, a mój charakter zmusza mnie do posiadania w szafie stroju na kilka okazji.

I nie, nie jesteśmy szafiarkami czy tam szafiarzami. My nie kupujemy, nie wkładamy, nie przebieramy i nie błagamy firm, aby dawały nam gratisy, bo opiszemy to na blogu. O sobie mówił nie będę, ale wiem, bo znam go dość dobrze, że Kuba ma pasję i cele, które chce osiągać. I co najważniejsze wie jak to robić.

Kubą Roskoszem, bo o nim mowa, zainteresowały się cztery literki. LVMH.

1

Mówią Wam coś? A znacie takie marki jak Moet & Chandon, Dom Perignion, Mercier, Krug, Ruinart? To szampany. Może więcej i mi i Wam powie np. Hennessy. Lepiej, prawda? Jestem zwolennikiem whisky, a nie koniaków, ale wiem, że Hennessy to jeden z najlepszych tego typu trunków na  rynku. Belvedere? Wiadomo, wódka. Całkiem podobno niezła. Są i moi faworyci – Glenmoriange i Ardberg. Lecimy dalej. Christian Dior, Givenchy, Kenzo, Sephora, Tag Hauer, Zenith, Hublot, Bulgari i oczywiście Louis Vuitton.

Wiecie co łączy te marki? Wszystkie należą do grupy LVMH, czyli Lous Vuitton Moet Hennessy. Generalnie LVMH to jeden z największych producentów dóbr markowych. Inni to Kering, (wcześniej PPR – Pinault-Printemps-Redoute; czyli Gucci Yves Saint Laurent, FNAC, etc.), Prada i Richemont.

Kuba od tych pierwszych otrzymał jakiś czas temu informację, że jedna z bardziej znanych marek należąca właśnie do grupy LVMH interesuje się jego osobą, osiągnięciami i chętnie widzieliby go w swoim zespole.

Jeśli ktoś nie siedzi w świecie mody, to dla porównania. Zainteresowanie i ewentualną pracę Jakuba Roskosza w grupie LVMH jest porównywalne do gry Marcina Gortata w NBA, angażu Rafała Jucia (pierwszy scout z Polski w NBA, szeroko opisywana historia m.in. przez Gazetę Wyborczą, czy TVN) czy ścigania się Roberta Kubicy w F1, przewodniczenia Polski w Unii Europejskiej. Serio. To jest ten kaliber.

Aha, a w wolnym czasie gość biega i ostatnio zrobił np. maraton.

Najgorszy zawód świata? Weź idź posprzątaj w Ikei

Window-Cleaning

Ten gość, ten Bear Grylls  – tak mam wrażenie, że to pseudonim artystyczny – co to niby wykonuje najgorszą pracę na świecie, to się nic nie zna. Serio.

Facet babra się w błocie, lata po jaskiniach za nietoperzami, wyciaga zdechłe szczury z jakiegoś miasteczka, o którym zapomniał świat. A wystarczy przyjechać do Polski i objąć funkcję premiera rządu. Nie ma bardziej niebezpiecznego zawodu. Nie wierzycie? Naczelnik w więzieniu ma łatwiejszą pracę – jemu chce zrobić kuku kilkudziesięciu, może kilkuset gości. W Polsce, prawie 40 milionów obywatel, chętnie wykonałoby na nim pewnie kilka ruchów znanych z Mortal Kombat.

Nie mówcie, że nie mam racji… gość uciekł z kraju i pojechał za robotę za granicę.

Dlatego idziemy dalej i mimo tego, że Grylls mówi o najniebezpieczniejszych zawodach na świecie (jaki jest, już wiemy), ja idę w stronę najtrudniejszego. Discovery zainspirowało mnie do znalezienia czegoś w tej kategorii. I już przy pierwszym podejściu – we have a winner.

Nie ma gorszej roboty na świecie niż sprzątanie w Ikei. Tak wiem, pewnie 98% z Was w ogóle nie pomyślało nigd o tym, że w Ikei ktoś sprząta. No bo po co!?

Biedna kobieta lata po całym, wielkim sklepie i sprząta. I nie, nie wyciera podłogi, nie myje myjką elektroniczną szyb. Ktoś powie – to jest jak sprzątanie w hotelu. Nie, nie jest. W hotelu mamy generalnie takie same pokoje, gość przyjedzie i wyjedzie, masz do wyczyszczenia trzy rzeczy na krzyż, przebranie pościeli. A ta biedaczka sprząta jak w domu.

No bo wiecie jak wygląda Ikea. Co dwa metry nowy pokój, nowa kuchnia, inna łazienka i jest tego od ciula i ciut, ciut. Ona po prostu dzień w dzień sprząta setki mieszkań. Musi podnieść, wytrzeć, ustawić, przestawić. Ja od dwóch tygodni nie mam czasu posprzatać w domu, albo jak już mam czas, to nie chce mi się i myślę, że skoro syfu nie widzę, to go nie ma, a ona … dzień w dzień sprząta w kółko tę chatę i jeszcze nawet nie może usiąść i odpocząć w mieszkaniu, w którym lata ze ścierą. Najgorszy zawód świata.

The Knick? … Nie, dziękuję

1408889532_full.jpeg

Chyba jestem znakomitym przykładem faceta mięczaka. Prawie dwa razy zemdlałem na pierwszym odcinku serialu The Knick. Drugiego już nie zobaczę, bo sama myśl o tym, aby oglądać kolejny epizod, spowodowała odpływ krywi z mojej głowy.

A chciałem, bo Clive Owen to fajny aktor.

Czytałem pobieżnie kilka recenzji, które pojawiły się w necie. Autorzy zachwycali się scenami, w których flaki latają po całym ekranie, goście wkładają kobiecie ręce do rozciętej jamy brzusznej, krew leje się jak wódka na dobrym wieczorze kawalerskim i można ją zlizywać ze striptizerki. Wódkę, nie krew.

Tak zwane realne sceny chirurgiczne, niektórych wprawiają w wielki zachwyt. Mnie wprawiły w wielkie omdlenie. Nie było w tym nic ciekawego, nic fajnego, nic interesującego i wybitnego. Dla mnie, były to sceny obrzydliwe.

Generalnie musiałem otwierać okno, żeby do mojego mózgu dostało się więcej tlenu i żebym nie zsunał się z kanapy jak mały dzieciaczek, któy po raz pierwszy zobaczył krew. Ostatnio coś podobnego przeżyłem podczas seansu Law Abiding Citizen z genialnym w swojej roli Gerarderm Butlerem.

Pamiętacie, scena, w której bezduszny (już) Butler opowiada mordercy jego żony i córki, co dokładnie mu zrobi, kiedy ten będzie przytomny. Wytnie oko, urwie język, wbije gorący pal w jądra czy coś w tym stylu, gdy ten będzie dostawał adrenalinę, aby czuć wszystko. Moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach.

W The Knick … nie musi, wszystko widać. I naprawdę nie jest to –  przynajmniej dla mnie – przyjemny widok.

Krew i flaki mogą latać po ekranie w jakimś filmie gdzie Bruce Willis strąca helikopter z nieba przy użyciu samochodu. Albo inny Sylverster Stalone morduje całą chińską armię jednym nożem i połową magazynku w Berecie. Nie, nie nakryciu głowy, takim pistoletem.

Ale The Knick ma coś w sobie. Ktoś mówi pisze, że to kolejny House, tak długo poszukiwany i wyczekiwany. Tak, widać podobieństwa. Uzależniony od heroiny, lekarz, podobno genialny, wredny i bezwzględny. Podobno też problematyczny. Tego się niestety nie dowiem.

Mimo tego, że nie przepadam za filami w takim klimacie, wolę świat współczesny, albo w 100% kostiumowy, to świetnie ogląda się Nowy Jork z roku 1900. Wartość w The Knick to na pewno pokazanie schematów zachowań tamtejszej służby zdrowia (i pewnie wielu, wielu innych, o czym nie przekonam się z oczywistych względów) ponad 100 lat temu. Wiecie, bicie się (dosłownie) o pacjenta, by potem wyciągać od … w sumie nie wiem kogo, bo nie pokazali tego w filmie, kasę.

Jak ktoś ma mocne nerwy, polecam. Jak nie, lepiej zobaczcie The Last Ship, w którym trawa jest zielona jak nigdzie indziej, niebo niebieskie jak w Photoshopie, a ludzkość może uratować tylko archetyp gladiatora i bohatera – amerykański żołnierzyk w stylu G.I. Joe. Niech Michael Bay robi lepiej Transformers.

To miał być najlepszy seks mojego życia

Dlaczego niektórzy ludzie zamiast seksu powinni uprawiać rolę i nigdy nie posiadać dzieci? Dowiecie się po przeczytaniu tego tekstu. I przyznacie mi rację.

Spotkałem ją w klubie. Była chyba dwunasta. Na skraju ulicy, skraju mego miasta.

Znacie te słowa? Moje pokolenie zna doskonale, bo właśnie tymi słowami raczył nas lata temu Liroy, gość który chyba jako pierwszy publicznie na KASETACH zaczął przeklinać. Nie mogliśmy tego słuchać w domu. A musieliśmy, chcieliśmy i robiliśmy to jako 11-13 latkowie. Po kryjomu.

Wracając do wstępu. Spotkałem ją na skraju mego miasta. Na lotnisku. Nie był to może klub, ale prawie.

mccallan4

Lotniskowy bar wystarczył, żeby nalać sobie i jej do szklanki nieco whisky. Kilka razy. Uwagę zwrócił na mnie jej ubiór i interesująco wyeksponowane kobiece atrybuty. Była, a w zasadzie jest, stewardesą. Urodziwą Czeszką. A wiecie panowie jak one wyglądają i jak działają na męską wyobraźnię.

retro-stewardess-costume-01209-a

Nie wiedziałem czy urzekł ją mój uśmiech, zmarszczki, zapach perfum czy cała wspaniałość mojej osoby. Okazało się, że niczym srokę przyciągnął ją widok … moich butów. Jordan XI Concord low. Wiedziałem, że inwestycje w obuwie kiedyś się zwrócą.

Tak przynajmniej myślałem. Kilka drinków, wzajemne uśmiechy, flirty, nawet kilka razy się dotknęliśmy. Było ekscytująco.

Niestety, nie moje i jej napięcie było kluczowym momentem wieczoru. Bo uprzedzając fakty, rozstaliśmy się po przemiłym pocałunku. Kluczem, były jak zwykle historie, którymi dzielą się ze mną nawet nieznajomi ludzie. Mam bowiem w sobie coś, co powoduje, że szybko daje mi się zaufać.

A te – historie – były przednie. Najlepszą jedna, rozbrajająca, o podróżach z małymi dziećmi. Pominę opowiadania o tym jakimi chamami są często nasi podróżujący rodacy. Pominę kwestię przewijania dzieci na siedzeniach w środku samolotu i to, że niektórzy nie rozumieją, że piękny zapach odchodów może spowodować odruch wymiotny u innych podróżnych, a samolot to nie autobus, nie zatrzyma się gdy połowa osób znajdujących się na pokładzie zacznie wymiotować. Okna też otworzyć się nie da, a w samolotach z reguły jest przewijak (w tej toalecie z tyłu).

Poniższa anegdota, to jedna z tych, po której usłyszeniu, lub przeczytaniu mówisz: nie wierzę. I obiecuję Wam, że też tak powiecie.

Wiecie, a jak nie to za chwilę się dowiecie, że na pokładzie samolotu znajduje się lista pasażerów. Obsługa samolotu – stewardesy lub stewardzi – mają obowiązek przeliczyć ilu pasażerów jest w samolocie. Gdy cyferki się nie zgadzają, nigdzie nie polecicie. Małe dzieci na tej liście oznaczone są jako dzieci (infant) i do któregoś roku życia (nie wiem którego) latają za darmo, ale tylko na kolanach rodzica lub opiekuna. Można też wykupić sobie dodatkowe miejsce, a wtedy infant leci w specjalnym foteliku przypiętym do fotela obok.

Moja czeska piękność podczas jednego z lotów czarterowych miała na pokładzie siedem, albo osiem małych dzieci. Co – jak to sama określiła – było kompletną tragedią i masakrą. Liczenie pasażerów wykazało jednak, że jednego szkraba brakuje. Po drugim było to samo. Trzecie również nie przyniosło rezultatów. Liczyli inni członkowie załogi. Bezskutecznie.

W końcu rodzice z infantami mieli wstać, czy podnieść rękę. Wybaczcie, nie pamiętam, bo to był już szósty drink. Podnieśli. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty … są dzieciaki. Nawet ładne. Szóstego … nie ma, a rodzic łapę w górze trzyma.

Pada pytanie – gdzie pana dziecko? Pada i odpowiedź – jak to gdzie, przecież lecę z fotelikiem.

Konsternacja. Gdzie jest dziecko, wykupił sobie fotelik, żeby … mieć wolne miejsce, czy co? Półmózg (zaraz się przekonacie dlaczego) wstaje i … otwiera schowek nad głową. W nim znajduje się dziecko w foteliku.

Nie umiem tego nawet skomentować. Kilka razy powtarzałem – nie, nie, nie. Nie wierzę. Pewnie tak samo jak powtarzacie teraz Wy.

Po tej historii usłyszałem jeszcze kilka. Dalej było miło. Podobno ominął mnie najlepszy seks mojego życia. Dobrze, że mamy do siebie numery telefonów.

Bawarę byś chciał, ale tak to plujesz Niemcowi w twarz

Czy ja mam z tym problem? Nie.
Czy mnie to obchodzi? Czasami, gdy zastanawiam się jakie są powody tej nienawiści.

Ale wy tych Niemców nienawidzicie. Wy, młodzi, mniej więcej w moim wieku. Momentami jestem w ciężkim szoku. I nie chodzi o to, że im nie kibicujecie. Chodzi o to, że ich nienawidzicie, bo są Niemcami.

Są tym strasznym okupantem, potomkiem Hitlera, Adolfa tego, który napadł na naszą biedną Polskę. Można mieć w sercu zadrę, można nie do końca za nimi przepadać, bo w końcu wielu z nas przez II Wojnę Światową nie miało okazji poznać dziadka, babci, pradziadka czy prababci. Albo wychowywało się będąc w połowie sierotą.

Rozumiem. Przynamniej się staram, ale nie do końca chcę o tym myśleć, bo łzy pojawiają się w moich oczach, kiedy pomyślę, że mógłbym nie znać, albo nie pamiętać swoich rodziców czy dziadków, lub też stracić w wojnie rodzeństwo.

Tylko, że od wojny minęło już kilka dobrych lat, nienawiść i wyzwiska byłbym w stanie zrozumieć, gdyby padały z ust mojego dziadka, któremu niemieckie kule świstały obok głowy, a wojsko zamordowało brata, ukatrupiło psa i ścigało po całym kraju (cholera wie wtedy co to był za kraj nawet). Ale my? 30-latkowie i zbliżeni?

Taka nienawiść? I to w przypadku piłki nożnej? Cholera, gdyby jeszcze ta niemiecka kadra grała naprzeciwko reprezentacji Polski. Rozumiem sympatie i antypatie, rozumiem kiedy ktoś kibicuje jednej drużynie i jest z nią związany. Ale nie chcę rozumieć nienawiści, szowinizmu i agresji, którą widzę gdy w dużej imprezie sportowej bierze udział np. zawodnik Niemiec, albo Rosji.

Przepraszam, wypisuję się z tego kółka wzajemnej adoracji, poklepywania się po tyłkach z hasłem – kto szkopa bardziej nienawidzi i kto da tej frustracji ciekawsze ujście.

A tak to wyglądało podczas Mundialu. Choć przyznam szczerze, że byłem pod wrażeniem, jak wielu młodych ludzi (tak mniej więcej do 23-25 roku życia), nie tyle wspiera, ale potrafi docenić klasę drużyny Joachima Loewa.

Nie interesowały ich zaszłości, coś co wydarzyło się kiedy ich nie było na świecie. To są teraz inni Niemcy, ci którzy mocno się zmienili, wiem, bo wychowałem się nad granicą, tuż obok niemieckiego miasteczka i jako dziecko też wydawało mi się, że ich nienawidzę. Ale za co? No za to, że po prostu są takiej, a nie innej narodowości.

Mam wielu znajomych pracujących na zachodzie. Niemcy są otwarci. Znajomi żyją godnie, dostają godziwą pensję, nie są traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Rozwijają się, dostali swoją szansę i ją wykorzystują.

No ale może ktoś nie lubi ich za to jak Niemcy grają w piłkę. Ten mechaniczny futbol, ten kontrolowany wielki szwajcarski zegarek. Ta precyzja i nuda.

Mario-Gotze-Goal-Germany-vs-Argentina-World-Cup-Brazil-2014

Stop. Jaka znowu nuda?! Od kilku lat to jest piłka szybka, ładna, efektowna, z duża liczbą podań i wymiany pozycji. Podczas ostatnich Mistrzostw Europy, z tego co pamiętam, grali ładniej niż uwielbiana przez wszystkich wokół Hiszpania.

Do tego, po piłkarskich niepowodzeniach 10, a może 12 lat temu, wprowadzili program naprawczy, zbudowali w klubach struktury wychowujące młodzież piłkarską, stworzyli plan dla reprezentacji narodowej. Wszystko miało ręce i nogi, a efekty widać jak na dłoni. Ten najnowszy to zdobyte w Brazylii Mistrzostwo Świata. Ale ten ważniejszy to to, że za cztery lata w zespole niemieckim prym wiedli będą ci, którzy relatywnie niedawno do kadry dołączyli i już są jej ważnymi ogniwami.

I może by tak brać przykład z tej myśli szkoleniowej? Mamy ją tuż za miedzą.
Kibicujcie komu chcecie, lubcie kogo chcecie, ale czasem warto wyłączyć emocje, bo Wasz feed na Facebooku to niezbyt często prywatna rozmowa z kumplami przy wódce. To widzi więcej osób.

A Ty, za co nienawidzisz Niemców? Za samochody, których pragniesz, za to że płacą dobrze i godnie czy za to, że mają dobrych piłkarzy?

Jak jesteś gwiazdą to wolno ci więcej? No niekoniecznie.

Włos na głowie mi siwieje jak czytam te mądrości o zazdrości, hejtowaniu i inne bzdury, które czytam od wczoraj w internetach. 

No wiecie, mówię o Gortacie i jego braku umiejętności parkowania, który wyłapał skrupulatnie Artur Kurasiński. Generalnie jestem zdania, że Artur śledził Gortata dniami i nocami, żeby złapać w końcu na jakimkolwiek najmniejszym przewinieniu, wykroczeniu, sikaniu w miejscu publicznym, albo puszczaniu bąków w autobusie.

Nieoczekiwanie złapał Gortata w centrum Warszawy. Pewnie mu zazdrości.Tak jak i wszyscy, którzy zachowanie gracza Wizards krytykują. Ja np. zazdroszczę. Bo Gortat świetnie pokierował swoją karierą, gra w najlepszej koszykarskiej lidze świata, zarabia kupę kasy, stać go na różne, rozbija się Porsche (podam numer konta moi drodzy za tą wzmiankę o Was), mieszka na Florydzie, ma dom z basenem i pije driny na łajbie. Człowiekiem jestem, nie stać mnie na takie luksusy, to zazdroszczę. Nie jak debil, który naplułby Gortatowi w klatę (bo nie wiem czy do twarzy bym dopluł), a jak zwykły zwyczajny człowiek.

Zazdroszczę, ale do stu gromów, nie utraciłem zdolności trzeźwego myślenia (mimo tego, że najlepiej myśli mi się po whisky), jak co niektórzy.

Niby nie wolno zwrócić Gortatowi uwagi, że zaparkował w miejscu wybitnie nieprzepisowym? Chodnik, przejście dla pieszych etc. Może niektórzy z Was myślą, że to całkiem w porządku, bo stanął tam tylko na chwilę. No nie, to nie jest w porządku.

Czytam to i mam ochotę napisać maila do Facebooka i Google, żeby ustawili automatyczne bany na internet za takie mądrości. Prostsze będzie chyba jednak przestać funkcjonować w sieci i czytać ten zalew idiotyzmów. Nie zauważyłem nigdzie hejtu na Gortata, zauważyłem prostą ocenę sytuacji.

No ale on tak tylko na chwilę.

I co z tego, się pytam? Mnie policja odholowała w 3 minuty po tym jak pod własnym domem zostawiłem auto, żeby wejść zabrać ładowarkę do telefonu. Tak, każdemu z nas zdarza się łamać przepisy ruchu drogowego, nie znam kierowcy, który tego nie robi, ale czy to jest jakiekolwiek usprawiedliwienie?

Jeśli zastanawiasz się nad odpowiedzią, podpowiem – NIE, NIE JEST.

Jeśli w Twojej głowie właśnie urodził się argument – czepiamy się go, bo jest gwiazdą – to tak, masz rację. Gość taki jak Gortat, albo inna, jakakolwiek gwiazda, celebryta, myśli, że może więcej, bo pozwala mu na to jego status społeczny. Podpowiem – nie, nie może. Wręcz przeciwnie, może mniej, bo jak wie Marcin, jak wie też wielu innych, tacy ludzie znajdują się pod ciagłym obstrzałem mediów, ale i jak wiemy, zwykłych ludzi. Czy Kurasiński wiedział kogo samochód fotografuje przed tym jak pojawił się przy nim koszykarz? Nooooope!

Ludzie, tu nie chodzi o Gortata (sorry chłopaku, wolałbym, żeby był to np. jakiś znany piłkarz). Jest on tylko doskonałym przykładem (bo akurat tak się przytrafiło) bezmózgiego zachowania społeczeństwa w stosunku do celebrytów, polityków i gwiazd różnego rodzaju. To my pozwalamy im na więcej.10421988_783440295031953_5385163281646109749_n

Popełniający wykroczenie drogowe znany koszykarz, zrobił tyle samo złego co np. znany muzyk, albo polityk. Tyle samo złego, co Ty Janku Kowalski i Ty Szczepanie Radzki. W definicji prawo nie widzi, a przynajmniej nie powinno widzieć wyjątku. Bo na chwilę, bo to XXX (nie chodzi w tym tekście wcale o Gortata), bo robi to każdy z nas.

To są usprawiedliwienia. Durne i chore usprawiedliwienia. Nic więcej. Powiem tak – gdyby zablokował wam wyjazd z garażu, na te 30 sekund, czy trzy minuty, pewnie skakalibyście po masce tego pięknego, białego Porsche.

Gortat ma kryzys? Nie, nie ma. Uwierzcie mi, facet zrobił bubę, przejął się osiem sekund i poszedł ze swoim życiem dalej. Komunikacyjnie był to jakiś problem, czy Gortata? Pewnie tak, ale pewnie bardziej zmartwili się panowie od Porsche.

10513278_913507868676341_3585648267591547203_n

Moja rada zażegnania kryzysu. Kodeks to za mało. Zabierzcie mu auto, a warunkiem oddania niech będzie odbycie kursu nauki jazdy (nawet dla picu). Bo wiecie, nasi kierowcy umieją jeździć. Nie ma znaczenia, czy to jazda na torze, czy też w zwykłym ruchu ulicznym w środku miasta.

I tak, pomysł na ugaszenie kryzsysu wpadł mi do głowy, bo jestem zazdrosny.

Zobacz też: Bo do Czech to ja mam … więcej.

Sto lat za … no nie za murzynami. Za kimś zupełnie innym.

Musimy zmienić nasze tak popularne powiedzonko. My wcale nie jesteśmy sto lat za murzynami. My jesteśmy sto lat za Czechami.

Wielkie budowle chcemy budować, igrzysk i chleba ludziom dać. Jeden złoty medal powoduje, że w kraju nad Wisłą pojawiają się tory dla panczenistów, bobslejowe, a kilka lat temu wszystkie duże miasta Polski budowały swój tor F1. Oczywiście dlatego, że w jeździł tam (nie w Polsce, w F1), Robert Kubica. Do tego jak nie Euro 2012 (do, którego w zasadzie nic nie mam, bo piłka nożna to dla mnie sportowa aberacja i trzeba wyłączać ją z nawiasu sportowego), to Mistrzostwa Świata w siatkówkę, to w koszykówkę Eurobasket mężczyzn i za chwilę kobiet, idiotyczne próby organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Stop. My już udowodniliśmy, że potrafimy organizować duże imprezy (pisał o tym kilka miesięcy temu Paweł Wilkowicz na łamach Sport.pl) po co więc wywalamy kupę milionów Euro na onanistyczne święta, które w dłuższej perspektywie niekoniecznie pchają ten kraj do przodu.

My wiemy, że trzeba budować drogi, że trzeba je naprawiać, rozwijać sieć połączeń kolejowych i autobusowych.

A w tym sporcie, to ludzie rekreacji chcą. Chcą iść i mieć miejsce do spokojnego biegania, pokopania w piłkę (ok, Orliki), etc. Dlaczego bierzemy chcemy robić kilkudniowe imprezy, zamiast długofalowo myśleć o społeczeństwie jako całości?

Dobra, do czego zmierzam.

W ostatnim czasie niczym obuchem, dostałem w twarz czymś, o czym słyszałem w opowieściach moich znajomych, zapalonych golfistów. W skrócie, brzmiały one tak – Pojedź do Czech i zobacz ile tam jest pól golfowych i ile osób gra.

Pewnie sześć więcej niż u nas i gra o tysiąc osób więce. Wielkie mi coś. No i przytrafił się ten strzał jak od Tysona. Jak wiecie z tego i tego i tego tekstu, zacząłem grać. A, że w ostatnich dniach musiałem przebywać nieco dłużej w moim mieście rodzinnym, pomyślałem sobie, że pogram … W Polsce, w okolicach Zgorzelca możecie szukać ewentualnie spalonych samochodów, zakopanych ciał, koszykarskiego mistrza Polski, trzech lokali gastronomicznych na krzyż, wspaniałej starówki w Goerlitz i domu świetnego i docenianego za granicą (w naszym kraju nie) filozofa Jakuba Boehme. A, no i autostrady oraz elektrowni oraz kopalni Turów.

Niemcy? Niestety w bliskiej odległości również nie. Zostały więc Czechy. 40 kilometrów od Zgorzelca, pod zabitą dechami (ale jakże malowniczą) wioską Grabstejn (tak, nie brzmi po Czesku), jest pole.

Jadę.

Screenshot 2014-06-24 08.58.46

Nic szczególnego, w porównaniu do pół klubowych, z _trochę_ wyższego poziomu, tutaj możemy zobaczyć strzelnicę, malutki domek klubowy, który wygląda jak zwykła chata i wcale nie ma w niej nic rewelacyjnego, malutki green do treningu uderzeń po ziemi i oczywiście pole (9 i 18 dołków).

Ah i zapomniałbym przyznać rację Krzyśkowi i Ryśkowi, którzy osobno opowiadali mi to, ilu Czechów gra w golfa. Na polu kilkanaście osób (w dzień u nas wolny, w Czechach pracujący). I wcale nie liczba była zaskakująca, a to KTO przychodzi grać i oddać się rozrywce oraz rekreacji w postaci golfa. O był pan i pani. Niemcy. Z całym wyposażeniem, jak rycerze. I kolejny pan, a za nim grupa chyba z sześciu osób, z wózkami, całym sprzętem potrzebnym do gry w turniejach. Wszyscy uzbrojeni po zęby. Żelastwa w torbach jakby szli na wojnę.

Profesjonaliści myślę, albo przynajmniej nieźle już grający sądząc po tym jaki sprzęt ze sobą przywieźli. No to się mile rozczarowałem. Sam w piłkę trafiam od wielkiego dzwonu, ostatnio raczej robiłem za kosiarkę i Wodnika Szuwarka niż za golfistę, ale oni … o przenajświętszy twórco iPhone’a! Oczy bolały, a w głowie strach, że ktoś czymś cię trafi. Niekoniecznie piłką, bo obawy przed tym, że zaczną latać kije także były ogromne.

Ale ich umiejętności nie mają żadnego znaczenia. Dopiero zaczynają swoją przygodę. Bo chcą, bo wiedzą, że to fajny sposób na spędzenie wolnego czasu. Samotnie lub ze znajomymi. Że to jedna z wielu form rekreacji, a u naszych południowych sąsiadów forma bardzo powszechna. A Czesi to rozumieją. Dlatego budują pola w miejscach, gdzie generalnie są ogromne tereny zwykłej trawy, na wzniesieniach, koło fajnych zameczków. Wykorzystują przestrzeń, nie stawiają obok wielkich budowli, a skromne domki, w których można kupić trochę podstawowego sprzętu (kije, rękawice, wózek, piłki, etc) i nawet zjeść jakiś obiad.

Z ciekawości sprawdziłem ile obiektów golfowych jest w pobliżu styku trzech granic. W okręgu do 40 kilometrów są dwa. Gdy rozszerzymy ten obszar o kolejne 10 kilometrów, znajdziemy cztery obiekty. Wszystkie oczywiście w Czechach. Kolejne 10 kilometrów to już siedem pól! Zgadnijcie gdzie. Następna dyszka – dziewięć – w tym jedno w Niemczech niedaleko Cottbus. 105 kilometrów od Zgorzelca, znajdziemy … 22 pola golfowe. W tym tylko cztery w Niemczech.

Dlaczego 105? Bo tyle mniej więcej jest z Bolesławca do Wrocławia, a mam znajomych, którzy dość często jeżdżą z miasta ceramiki na Toya Golf & Country Club. Jeżdżą też znajomi ze Świebodzic czy Lubina.

1

Może więc zamiast pomysłu na budowę toru bobslejowego, kolejnej imprezy za miliardy złotych, zacząć budować coś pod kątem rekreacji i wypoczynku? Że golf nudny jest i mówię przez pryzmat tego, że się zaraziłem? Biegać nienawidziłem i sam chcę budować kolejne ścieżki, piłki nie lubię, ale wiem, że Orliki są potrzebne. A nasi południowi sąsiedzi, z których tak często się śmiejemy, udowadniają, że ten golf to wcale nie taki dla nikogo i straszny.

Zobacz też: Golf to emocje!!

#TBLPL to sukces komunikacyjny i koszykarski

Dokładnie dziewięć miesięcy temu mój orzeszek w środku głowy wymyślił sobie, że fajnie byłoby gdyby fani koszykówki na Twitterze rozmawiali w jednym miejscu. Temat prostszy do zrobienia niż planowanie działań komunikacyjnych w oparciu o inne narzędzia. Twitter daje nam niezwykle efektywny sposób kanalizowania dyskusji – dzięki hashtagom. Czyli małemu znaczkowi # umożliwiającemu odznaczenie rozmowy.

Na nasze nieszczęście głośna i intensywna rozmowa trwa tutaj tylko, gdy dzieje się coś naprawdę istotnego. Prawda jest jednak taka, że przy działaniu bezkosztowym, które miało rozpocząć angażowanie i skupianie danej społeczności w jednym miejscu, uznaję ostatnie 10 miesięcy za sukces.

Sukces, do którego przyczynili się wszyscy aktywni komentatorzy koszykarskiej rzeczywistości. Sukces, którego nie przypisze sobie liga, tylko my, kibice, dziennikarze, blogerzy i wszyscy chętni do rozmowy o koszykówce. Oczywiście najgłośniejsi byliście podczas finałów Tauron Basket Ligi. Tak głośni, że podczas 5 z 6 meczów finałowych, #tblpl był trendem w Polsce.

Bpn4I-XIYAAl7u1

Jeśli ktoś myślał, że Tauron Basket Liga nie potrzebuje skupienia dialogu, że rozmowa o lidze może być chaosem krzyczanym wszędzie i nigdzie, przegapił fakt, że # posługują się największe firmy. Większe niż koszykarska Polska, większe niż wszechwiedząca PLK i wszechwiedzący inni. Przykłady? Domino’s Pizza i ich świetna kampania z #letsdolunch (z tym # pizza była tańsza), w tym momencie rozmowa o Mistrzostwach Świata w Brazylii toczy się pod #MundialPL. O sile # niech świadczy ten mój wpis.

Kilka minut po wpise dzięki #PKOBP, zauważony przez szefów i pracowników komunikacji w PKO Bank Polski. Przypadek? Nie, dobrze ustawione alerty i chęć rozmowy, zauważenia tego, co klienci, przypadkowi użytkownicy, mówią o firmie na zewnątrz.

Nie wiem kto wprowadzał #PKOBP, wiem że wiele # powstaje z potrzeby chwili, wiele jest używanych nagminnie tak jak #takasytuacja i jest to z całą pewnością efekt zachowań kulturowych i społecznych aniżeli sprytnie przemyślane działanie komunikacyjne. W takiej sytuacji firmy, ligi, organizacje mogą podłączać się do rozmowy promując siebie samych. Wiem też, że np. Nike projektuje #. Każda większa kampania giganta obuwniczego z Oregonu ma dedykowany #. Przykładem niech będzie tutaj #makeitcout. Tak samo jest w NBA, tak samo robi Fifa, tak samo robi Red Bull, a nawet rząd USA, który wprowadził #40Dollars (chodziło o cięcie podatków i co dla mieszkańców USA oznacza 40 dolarów) i setki innych.

Hashtagi robią się co raz popularniejsze, zwłaszcza od momentu, w którym (z trudnościami ale jednak…) zaczął je wykorzystywać i rozpoznawać Facebook. Są już na tyle popularne że warto brać je pod uwagę podczas budowania strategii obecności marki w sieci. Dlaczego? Są (na ogół) krótkie, łatwo zapadają w pamięć i dość prosto je wyszukać. Kwestia wyszukiwania ich to również ważna sprawa, można oczywiście opierać się tylko na wbudowanych w media społecznościowe wyszukiwarkach, ale wtedy nie mamy pewności czy na pewno wyłapiemy wszystko. Najlepiej ustawić sobie monitoring na taki hashtag i na bieżąco śledzić jego wykorzystanie w sieci. W oparciu o konkretny hashtag można zaplanować całą kampanię, w której na podstawie użycia przez internautę konkretnego słowa możemy go odnaleźć i coś mu zaoferować, albo chociażby wejść z nim w interakcję – pokazać że marka jest blisko ludzi.

Tłumaczy Mikołaj Winkiel z Brand24.pl. Proste? Zrozumieli?

Dziwię się, że organizacje niszowe, nie chcą czasem wykorzystać swoich już istniejących narzędzi komunikacyjnych, by prowokować rozmowę w danym miejscu, miejscu gdzie są ludzie o nich mówiący. Tak, jestem zdziwiony tym, że na oficjalnej stronie ligi, jak i na innych portalach koszykarskich (poza Polskikosz.pl) nie pojawiała się informacja o #TBLPL. Sorry panie i panowie, o #TBLPL pisał @MarcinGortat.

Powinienem być bezczelny i wylać trochę błota na głowy wszystkich tych, którzy wątpili w powodzenie darmowej i prostej inicjatywy. Zostawię jednak to dla innych.

Statystki #TBLPL z systemu Brand24.pl pokazują (niestety mamy tylko te od 1 maja), że byliśmy całkiem aktywni. Popatrzcie na cyferki, które powodowały lawinę w moim feedzie w aplikacji Tweeetdeck. W sumie pojawiło się (łącznie z FB i wzmiankami na stronach internetowych) ponad 3 tysiące wpisów. Wywoływaliśmy buzz!

Screenshot 2014-06-16 07.52.15 Screenshot 2014-06-16 07.52.27

 

A jak wyglądają zasięgi, które wygenerowaliśmy?

Screenshot 2014-06-16 07.52.00 Screenshot 2014-06-16 07.51.51

I wiecie co. To Wy doprowadziliście do tego, że rozmowa o koszykówce toczy się właśnie pod tym #. Powinniście być dumni, bo przy tej niszowej dyscyplinie sportu w Polsce, bycie zauważonym (nawet w chwilowym krzyku finału) to całkiem spory i miły sukces.

Szkoda, że nie do końca działają jeszcze # klubowe, ale i na to przyjdzie czas. Wszystkim aktywnym komentatorom #TBLPL bardzo dziękuję i gratuluję :-)

Zobacz też: Jak wandal walczy z systemem

10 lat spięte piękną klamrą

Od dwóch dni chodzę i gadam sam do siebie, starając się poukładać myśli i wydarzenia, znaleźć wspólne mianowniki, które pozwolą opisać obrazek namalowany przez lata przez artystów.

Niestety, absolutnie nierealnym jest oddanie w skondensowanej formie tego wszystkiego, co działo się przez dziesięć lat. Tekst doskonale poczują kibice Turowa i ci, którzy byli jakkolwiek blisko tej dekady. Ci sami ludzie, którzy pragnęli tytułu dla swojego klubu od lat, pragnęli tytułu, dla klubu który jest oczkiem w głowie tego małego miasteczka. Pragnęli tytułu dla klubu, który w ciągu długiej, dziesięcioletniej nocy zmieniał się z kopciuszka w piękną księżniczkę i modelkę z topu.

A noc ta była niezwykle długa i miała kilka wróżek i niezbyt lubianych sióstr, które kopciuszka pogrążały.  Od awansu do ekstraklasy minęło 10 lat, 120 miesięcy, 3653 dni, 152 472 godziny, 9 148 320 minut, 548 899 200 sekund. W tym czasie w Turowie wydarzyło się bardzo dużo. Nasz kopciuszek był bity przez starszą siostrę, gdy ta kilka razy co prawda zaprosiła kopciuszka na swoją imprezę, ale nie pozwoliła mu pić i podrywać fajnych facetów. Kopciuszek miał tylko jedno pragnienie … pragnienie zwycięstwa nad starszą siostrą w konkursach piękności. Chciał w końcu poczuć szczyt, który był słodkim lizakiem, czekoladowym cukierkiem trzymanym w ręku i zostawiającym ślady na uradowanej twarzy dziecka.

24 May 2010 046-1 copy

Zawsze gorszy, zawsze pokonany, zawsze nie w tej sukience, albo ze złym butem. Kopciuszek powoli dorastał, zaczął korzystać z usług brafiterki, kolekcjonować obuwie od Vivien Westwood oraz chodzić regularnie na mikrodermabrazje.

1375359566-81542500

Możecie mówić co chcecie, ale dla tych, którzy obserwowali rozwój kariery kopciuszka w drodze na szczyt wybiegu, drugie miejsce w konkursach piękności, przegrywanie najpierw ze starszą, a potem z młodszą siostrą, czasem nie wchodzenie nawet do fazy finałowej turnieju, było porażką. Przemilczaną, skrywaną w głębi duszy, ale zjadającą od środka. To wszystko, depresje i płacze w kącie, drugie miejsce, srebro i dyplom oraz nic nieznaczący uścisk prezesa były dla kopciuszka niewystarczające. Mam nawet wrażenie, że był kopciuszek popadł w kompleksy.

 

Życie kopciuszka nie było usłane różami, nie było kolorowe. Było brunatne, niczym węgiel wydobywany niedaleko miasta, z którego kopciuszek pochodzi. Wiecznie drugi. Z wąsem, brzydko ubrany, a porównania do imprez organizowanych u siostry w domku nad morzem, do tych w brunatnej scenerii było niczym jazda Mercedesem i Dacią. Do tego … ten dom. Dramatyczny, ale przytulny dom.

Właśnie. Ten dom. W lecie sauna, w zimie jest jakby wcale go nie było, bo temperatura na dworze i w środku są zbliżone. Do tego mieścił sporo mniej chętnych na balangę niż w domach sióstr. Wszędzie ciasno, stoją jakieś graty. No i ta duchota. Przez lata. A ze względu na konstrukcję domu, nierealnym było montowanie jakichkolwiek udogodnień.

kopciuszek01_web

To po tym domu chodzili menedżerowie kopciuszka, którzy mieli dać mu szczyt. Pierwszy, który otworzył drzwi do tego świata, niestety odszedł. Kolejni pozwalali kopciuszkowi robić małe kroczki do przodu. Niektórzy odchodzili w atmosferze skandalu, inni ze względu na wyczerpanie się formuły współpracy, a inni zmienili swoją ścieżkę kariery. Niektórzy przyjaciele kopciuszka, którzy jego dom znali doskonale, odchodzili do lepszego świata, ich nazwisko i imię na zawsze pozostanie w pamięci tych, którzy na pokazy i imprezy kopciuszka chodzą od lat.

Skorzystał kopciuszek też z wiedzy starszej siostry i wykorzystał elementy jej garderoby, które zdjęły z naszej bohaterki klątwę.

Kopciuszek trafił na swój olimp. Zawiesił na szyi szarfę z najwyższym wyróżnieniem. I to to wyróżnienie jest klamrą, która spina i zamyka wspaniały okres w życiu kopciuszka. Klamra ta jest wielowątkowa, a na jej odnogach znajdują się wspaniałe, dramatyczne i wyciskające łzy z oczu historie. Wspinanie się po drabince popularności, na początku z wykorzystaniem elementów garderoby od lokalnych projektantów. Część z nich cały czas jest nieodłącznym elementem kopciuszkowej układanki. A potem nastawały kolejne, kolejne i kolejne. Każdy z nich niezwykle istotny. Każdy narysował piórem malutkie kropeczki i kawałek dziesięcioletniej klamerki.

Autor tego tekstu też miał okazję widzieć i być blisko rozwoju począwszy od pierwszego nieśmiałego występu na dużej scenie, aż do tego najważniejszego, który był wręcz perfekcyjny. Widział dramaty, rozstania, różnego rodzaju kombinacje, zmiany, które jednym się podobały, inni je uwielbiali, widział upadki i powstania.

Z całą pewnością te dziesięć lat, to nie był zwykły czas, to nie były dni, miesiące i lata, które spokojnie kroczą dalej.

Nie. One się zakończyły. Nie umarły i nie zostaną zapomniane. Ale mistrzowska szarfa zamknęła coś bezpowrotnie. Nie żeby była czymś złym. Jest po prostu końcem pewnej ery i początkiem kolejnej. Zupełnie innej. Teraz wszystko będzie mierzone linijką przykładaną do tego jednego sukcesu. A do tego w nowym domu i to też on jest wyznacznikiem zachodzących zmian. Kopciuszek przestał istnieć. Na nowo rodzi się zupełnie inny organizm. Ten sam, ale inny. Z innymi celami, opisującymi sukces w Polsce jako standard i koncentracji na rozpoczęciu sensownej rywalizacji ze znajomymi sióstr kopciuszka w Europie.

I na koniec wprost. Mistrzostwo Turowa nie przekreśliło historii tego klubu. Ono odkreśliło bardzo grubą kreską wszystko, co miało miejsce wcześniej.

Bp37m63IgAA4L9e

Zobacz też: Jak Bartosz Węglarczyk prawie został zawodowym koszykarzem ;)