Nie zaklinajmy rzeczywistości

Nie zgadzam się, nie chcę tego słuchać, nie sądzę, że to właściwe, mówić takie rzeczy.

Polska na zakończenie Eurobasketu wygrała z gospodarzem Mistrzostw Europy Słowenią 71:61 i z bilansem 1:4 odpadła z turnieju.

Już w trakcie meczu bałem się, że zwycięstwo nad Słowenią odbije się nam czkawką i usłyszymy z ust władz związku oraz całej rzeszy kibiców totalny bełkot, którym jest mówienie o szczęściu, zagraniu jednej dobrej akcji więcej, ponownym szukaniu pozytywów i zaklinaniu rzeczywistości.

Nie to, żebym wieszał psy jak się tylko da, bardzo cieszy mnie zwycięstwo kadry w mecz ze Słowenią, ale nie możemy dać się zwariować i patrzeć przez mgłę, którą ten mecz rzucił na nasze oczy i umysły.

Przegraliśmy na Słowenii cztery mecze. Liczyliśmy na tą kadrę, liczyliśmy na sukces, chcieliśmy go, bo dzięki fajnym transmisjom w telewizji w Polsacie Sport oraz dzięki platformie Ipla, ten turniej był na wyciągnięcie ręki dla wszystkich i mógł popularyzować naszą ukochaną dyscyplinę sportu. Liczyliśmy na odrodzenie koszykówki dzięki sukcesowi, który kadra przywiezie ze Słowenii.

Srodze się zawiedliśmy. Wiedzą to gracze, wie to sztab szkoleniowy, wiemy to my. Nasze emocjonalne, często mocne komentarze nie wynikają z tego, że nie wierzymy, że chcemy kogoś obrazić, że uważamy, że ci goście, którzy biegają po parkiecie w koszulce Polski nie umieją grać w koszykówkę. Wynikają z rozczarowania tym co widzieliśmy i chyba żaden absolutnie zawodnik tej kadry się temu nie dziwi.

A przynajmniej nie powinien.

[quote style=”1″ author=”Thomas Kelati”]Graliśmy bez serca i bez jaj[/quote]

My chcieliśmy walki, chcieliśmy zobaczyć jak oni schodzą z parkietu poobijani, ale szczęśliwi, bo z literką W w kolumnie wygrane. Dostaliśmy co innego, dostaliśmy spektakl, który nie mógł się podobać, bo – powtórzę się – przegraliśmy cztery mecze. Nie przegraliśmy ich pechowo, z Gruzją i Hiszpanią dostaliśmy łomot, a w tych spotkaniach, które były na styku (przynajmniej w końcówkach) popełniliśmy karygodne błędy. Wszyscy pamiętamy jak wielkie lotnisko miał przed sobą dwa razy Lubos Barton gdy rzucał nam trójki z rogu. Wszyscy pamiętamy idiotyczną (tak, tak, idiotyczną) kanonadę z dystansu na jakieś dwie minuty do końca meczu z Chorwacją, gdy przegrywaliśmy tylko trzema punktami. Mieliśmy czas, na to, żeby zagrać spokojnie, wybronić akcję. Ktoś powie – byliśmy zmęczeni. Ja powiem – bullshit. Po drugiej stronie, tam gdzie nasi rywale, stali ludzie, nie roboty z filmu Sci-Fi, nie niezwykle silne maszyny, ale złożone z takich samych mięśni, ścięgien i kończyn istoty ludzkie.

Dlatego nie zgadzam się z tym, że było blisko, że zabrakło troszeczkę i mielibyśmy upragniony awans i Bóg jeden raczy wiedzieć co dalej. Zabrakło agresji, zabrakło tego co charakteryzowało inne zespoły, a co zobaczyliśmy w meczu ze Słowenią. Brakowało minięcia z obwodu, stworzenia zagrożenia w ten sposób, stworzenia sytuacji, w której obrona będzie musiała zrotować i wytrąci ją to z rytmu, brakowało zęba w obronie, bo tam często gra charakter. Graliśmy cztery mecze na stojąco, w sposób który łatwo określić jako archaiczny.

I nie, nie chcę rozpieprzać (jak ktoś na Twitterze już mi zarzucił) tej kadry w drobny mak. Nie jestem zwolennikiem zwalniania Dirka Bauermanna już teraz, nie jestem też jego obrońcą. Zgadzam się w pewnym sensie z Łukaszem Koszarkiem, który mówi otwarcie – daliśmy ciała jako zespół. Zgadzam się z Thomasem Kelatim, który mówił przed Słowenią, że grali bez serca i bez jaj. Ogromny szacunek dla Michała Ignerskiego i wszystkch jego kolegów, którzy byli w stanie stanąć i powiedzieć, że zagraliśmy źle. To wymaga odwagi, wymaga zrozumienia powagi sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Nie rozumiem dlaczego mówiący tak dużo Marcin Gortat nagle zamilkł i chciałbym w końcu usłyszeć co ma do powiedzenia. Nie zgadzam się też z tym co słyszałem od komentatorów i ekspertów telewizyjnych w pomeczowych komentarzach po Słowenii – ten mecz to było prawdziwe oblicze tej kadry. Nie, nie był. Nie był w tej najprostszej i najważniejszej statystyce, w której – powtórzę po raz kolejny – możemy pochwalić się bilansem 1:4. Bo takie jest oblicze tej kadry.

To co stało się na Słowenii boli, ale nie ubierajmy teraz tego w piękne słowa, bo – tak, znowu się powtórzę – wszyscy widzieliśmy co się stało. Zachowajmy się jak faceci, weźmy wszyscy to na klatę, a w PZKosz niech pracują nad tym, aby w eliminacjach do kolejnego Eurobasketu nie spotkać się z wielkim zawodem, awansować na ukraiński turniej.

17 niezobowiązujących porad dla początkującego biegacza

Pewnie gdzieś tam, daleko, daleko od nas amatorów, istnieje trening, który wielkie grono ekspertów uznało za idealny dla kogoś rozpoczynającego swoją przygodę z bieganiem i super sprawdzi się tym, którzy postawili na biegowej ziemi swoje pierwsze kroki.

Kilka wskazówek (bo to w żaden sposób porady), bazując na doświadczeniu kilkuset przebiegniętych kilometrów i trzech powrotów, przygotowałem i ja.

Nie traktujcie ich jako wyroczni, bo znam wiele osób, które miało podobne problemy jak ja i poniższe wskazówki były dla nich bezcenne oraz drugie tyle tych, którym nie były one z różnych przyczyn absolutnie wcale potrzebne.

Rozgrzej się

Poświęć dziesięć minut, żeby rozgrzać nogi, porozciągaj się. Długo nie stosowałem rozgrzewki, bo tą miał być sam bieg. To błąd, teraz nie jestem w stanie zacząć biegi bez kilku prostych ćwiczeń, które pozwalają mi unikać naciągnięć mięśni czy innych kontuzji.

Zwolnij

Masz problem z przebiegnięciem 4/5/10 kilometrów? Zwolnij. Biegnij nie 5 minut na kilometr, a np. 7. Niech Twoje mięśnie przyzwyczajają się do obciążeń i długości biegu stopniowo. Znajoma, która nie była w stanie przebiec 3,5 kilometra, gdy nieco zwolniła tempo (do około 6:30/6:45 na kilometr) po 10 dniach biegała już 6-7 kilometrów.

Przejdź się

Wiesz, że nie musisz ciągle biec? Zaczynasz? Masz kłopot z przebiciem granicy 3 kilometrów i na drugi dzień nie masz siły ruszyć się ponownie, a Twoje ciało bardzo długo się regeneruje? Jak mawia Tony Horton, ćwicz mądrze – przestań biec, odpocznij, ale nie zatrzymuj się całkowicie. Po prostu przejdź się kilkaset metrów, zobaczysz jak szybko przestaniesz robić przechadzki i poprawisz wyniki.

Przełamuj granice

Założyłeś/łaś, że przebiegniesz 5 kilometrów? Jesteś blisko, jesteś w skowronkach? No to dodaj sobie jeszcze 500 metrów, może 1000. Wyjdź ze swojej strefy komfortu, bo tylko tak zrobisz progres.

Mierz czas

Sorry, nie wierzę w nie sprawdzanie czasów i odległości, chyba że biegasz tylko po to, żeby biec. Pomiary pozwalają wyznaczać cele i je realizować, a to też część tej biegowej zabawy.

Zastosuj elementy strategii S.M.A.R.T

Wyznacz sobie realny cel i go realizuj.

Nie biegaj w kółko

Znajdź swoją idealną, ulubiona trasę i … zmieniaj ją. Ja wyznaczyłem sobie teren biegu, niektóre ścieżki pozostają cały czas takie same, ale gdy zaczynam odczuwać monotonię po prostu skręcam w inną ulicę, biegnę w lustrzanym odbiciu, albo w ogóle w drugą stronę i staram się wbiegać w nieznane mi miejsca.

Biegaj podczas różnej pogody

To też pomaga uniknąć monotonii, organizm musi reagować inaczej, nie biegaj tylko w komfortowych warunkach, bo staje się to nudne.

Dobierz sobie muzykę

Są tacy, którzy biegają na sucho, są tacy którzy słuchają książek i podcastów, a na mnie najlepiej wpływają kawałki energetyczne, motywacyjne, które z łatwością znajdziesz na YouTube. Np. ten, albo ten, albo także ścieżki dźwiękowe z … biegów marines, które znalazlem m.in. na Spotify. Po krótce, kręci mnie coś, co utrzymuje mój focus i daje mięśniom kopa.

[youtube NmVZT05ySfE]

Motywuj się dodatkowo przed biegiem

Nie wiesz jak i czym? Np. tym.


Albo tym.

Albo np. tym

Zmień buty

Niestety zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich stać na ten luksus, ale generalnie wskazówka polega na tym, że nasze ulubione obuwie biegowe, zastępujemy czasem czymś innym. Czym? Ja zmieniłem ostatnio Nike Flyknit Lunar 1+ na Safari Fuse, które również mają podeszwę lunarlon. Efekt? Moje nogi były zaskoczone taką zmianą, but układał się inaczej i mięśnie nóg musiały myśleć nad ruchem. Skutecznie wytrąciłem je z monotonii. Masz możliwość zmiany? Rób to.

Poznaj ludzi, którzy też biegają

Rozmawiaj z nimi, zadawaj pytania, dopytuj jak biegają, ile biegają. Po co? Bo to motywuje jak ktoś robi coś choćby trochę lepiej od nas, instynkt rywalizacji zostaje uaktywniony i staramy się poprawić osiągi.

Nie zwracaj uwagi na innych

Tak, wiem że to przeczy powyższej wskazówce, ale przecież nie możemy zwariować i rywalizować z maratończykami, bo przecież biegamy dla siebie nie dla innych.

Zapisz się

Np. do Nike+, albo miCoach czy innego Endomondo. Fajnie widać jak przybywa nam kolejnych odznak, orderów, jak przełamujemy kolejne granice. Mnie znajdziecie na Nike+.

Pobiegaj wśród ludzi

No wtedy nie zrezygnujesz tak łatwo, gdy obok biegnie, albo siedzi na ławce fajna laska.

Ten wpis w oryginale ukazał się na moim pierwszym blogasku – difens.blox.pl

Nie pójdę tam gdzie źle się czuję!

Tam gdzie kiedyś były restauracje, teraz stoją pustostany. Wrocławskie kamienice zamieniły się w miejsca, które wyglądają jak scena z przeciętnego filmu dziejącego się na dzikim zachodzie.

O sytuacji, która wygląda na dramatyczną, informowała ostatnio Gazeta Wyborcza Wrocław.

Restauratorzy skarżą się na (to moja interpretacja) złe zarządzanie centrum stolicy Dolnego Śląska. W tekscie czytamy m.in.

[quote style=”2″ author=”Gazeta Wyborcza Wrocław”]I tutaj trzeba przyznać rację, wrocławski Rynek i jego najbliższe okolice nie są przyjazne kierowcom i ich samochodom. Co mniej wprawni uczestnicy ruchu drogowego boją się poruszać po ciasnych uliczkach Rynku bojąc się o porysowanie samochodu inni nie chcą wjeżdżać w paszczę lwa wiedząc, że wolnego miejsca można szukać i kilkadziesiąt minut. Parkingi dookoła? Jakieś są, ale z reguły bardzo, bardzo drogie. To odstrasza i zniechęca do wychodzenia na rodzinny obiad do centrum miasta.[/quote]

O ile z powyższym zgadzam się w stu procentach, tak poniższe zdanie jest dla mnie zastanawiające.

[quote style=”2″ author=”Gazeta Wyborcza Wrocław”]

Restauratorzy pytani o powody zamknięcia biznesu wymieniają zgodnie: zbyt wysoki czynsz i za mało klientów, a ci, którzy przychodzą, oglądają każdą złotówkę. Wynajem metra kwadratowego w miejskiej kamienicy w Rynku kosztuje obecnie od 13 do 83 zł w zależności od typu działalności (gastronomia ma stawki najwyższe). Czynsze w prywatnych budynkach są podobne lub jeszcze wyższe.

Oczywiście czynsze są wysokie i najlepiej wiedzą to sami restauratorzy, tak uważam, że fragment – za mało klientów – to w dużej części wina nikogo innego tylko samych zarządzających restauracjami.

[/quote]

Kilka dni temu pisałem o obsłudze klienta i temu jak jest ona jednym z kluczowych elementów budowania wartości marki i zadowolenia klientów.

Tak samo jest w przypadku restauracji, które niestety często serwują nam nie tylko przepompowany, nadęty i beznadziejny estetycznie wystrój, to jeszcze musimy mierzyć się z obsługą, która zamiast o klienta dbać, podobnie jak ciasne parkingi w Rynku, tylko nas odstrasza.

Mówię przede wszystkim o restauracjach i miejscach gdzie przychodzimy posiedzieć coś zjeść. Zastanawiam się nawet dlaczego do tej pory nie znalazłem nigdzie komentarza, że wrocławskie restauracje w dużej części serwują nam niestrawne kelnerki i kelnerów i o ile jest to zrozumiałe w przypadku średniej i niskiej jakości lokali, tak te pozycjonujące się na wykwintne jadłodajnie powinny dostarczać przynajmniej namiastkę profesjonalizmu w tym obszarze.

A jak jest w rzeczywistości? W większości lokali nikt nie powie nam dzień dobry, albo nawet siema, nie wskaże stolika, przy którym możemy usiąść, kartę otrzymujemy 10 minut od zajęcia miejsca, a napoje po kolejnych 20. Posiłek? Nie wiedzieć dlaczego da się jeszcze spotkać lokale gdzie każdy otrzymuje swoją potrawę w innym momencie. Mój znajomy, który był menagerem restauracji w Sydney, przebywając w knajpach Wrocławia zauważał dużo więcej szczegółów, które negatywnie wpływają na zadowolenie gościa danego lokalu.

Drodzy restauratorzy, współczuję Wam problemów z wysokim czynszem i trudnym rynkiem, na którym prowadzicie swoją działalność. Zadbajcie jednak o swoich klientów, bo oprócz tego, że możecie mieć całkiem znośne cenowo i smaczne jedzenie, tak klienci obecnej generacji chcą też otrzymać coś ekstra. A tym czymś jest atmosfera, którą tworzycie w swoich restauracjach, bo wybaczcie, ale ja nie wrócę do miejsca, w którym nie czuję się dobrze.

P.S. Solidaryzuję się natomiast (nie mając nic przeciwko tym podmiotom) w stu procentach ze stwierdzeniami o tym, że sieciowe sklepy spożywcze, lumpeksy etc. przeplatają się z restauracjami tworząc chaos, nieład i w ten sposób niszczą centrum miasta. Z całą pewnością brakuje tu sensownej koncepcji komercjalizacji, bo obecnie wrocławski Rynek wygląda jak garnek, do którego wrzuciliśmy to co było pod ręką i staramy się ugotować zupę.

Najlepszy tajemniczy klient

Jak w prosty (teoretycznie) sposób dodać jakości swojej marce i produktowi? Zadbać o rewelacyjną obsługę klienta i słuchać głosu ludu – bo to my jesteśmy najlepszymi tajemniczymi klientami jakich kiedykolwiek będziecie posiadali.

Biznes zmienił się nie do poznania kiedy internet i szeroko pojęte media społecznościowe spowodowały, że dzielenie się naszymi osobistymi przeżyciami stało się łatwe jak nigdy dotąd. W prosty sposób możemy powiedzieć, że jest nam smutno, ale i to jak potraktowała nas firma, której płacimy (lub chcemy płacić) niemałe pieniądze.

Biorąc pod uwagę to, że każdy może zostać obsmarowany (dosłownie) w dowolnym momencie dnia i nocy, firmy musiały poprzestawiać listę priorytetów. Na samym szczycie obok produktu, znalazła się obsługa klienta.

I mam taką teorię, to właśnie obsługa klienta musi obecnie stać na najwyższym poziomie i rozwiązywać niezliczone problemy użytkowników danego produktu czy też usługi. A jeśli tak nie jest, to co wtedy? No to możemy w pośpiechu przygotowywać się na dużego kalibry kryzys. Nie byliśmy w stanie rozwiązać problemu po ludzku, tak jak powinno to mieć miejsce w cywilizowanym świecie? Mówimy o tym otwarcie i nasze reakcje zwykle są słuszne.

A co takiego się dzieje? Przykładów w sieci w ostatnich tygodniach jest aż nadto. A to Jacek Gadzinowski udzieli reprymendy liniom lotniczym, które zachowują się bardzo niepoważnie. A to Michał Górecki bez ogródek opisze sprawę kretyńskich odpowiedzi działu obsługi klienta firmy ubezpieczeniowej. To znowu Bartek Sadowski musi walczyć o swoje pieniądze, a to klienci sieci PLAY spowodują, że rzecznik firmy prawie rezygnuje ze świąt, aby ugasić pożar.

Sam też narzekam. Istnieje niezliczona ilość opowieści, którymi mógłbym Was raczyć w kwestii obsługi klienta i tego, że bardzo często spotykam się z kompletnym brakiem możliwości rozwiązania problemu. Na moim Twitterze czy Facebooku można znaleźć wpisy z lekką nutką irytacji skierowaną zarówno w stronę Netii (z tymi mam najgorsze przejścia) czy też Cyfry+/NC+. Zwykle bezproblemowo udaje mi się rozwikłać problemy w mBanku czy też Dhosting.pl.

Bo przecież my klienci doskonale rozumiemy, że każdy produkt może mieć wady, z każdym może coś się stać, internet może przestać działać, obudowa się wycierać, nasz telefon mieć zawieszający go soft, albo samolot ze względów niezależnych po prostu być popsutym. Nie rozumiemy jednak, że my, płacący za owe usługi, musimy często błagać i prosić o to, żeby kłopot został rozwiązana tak jak powinien.

Ci którzy nie boją się zabrać głosu gdy napotkają na kłopoty starają się walczyć z sytuacją zastaną. Nie chcą pozostawić spraw takimi jakimi są z bardzo prostej przyczyny. Oni już rozumieją, że to właśnie dzięki reakcjom na szeroko pojętą niesprawiedliwość, brak logiki i często bardzo, bardzo słabe procedury, opisywaniu ich i wręcz wymuszaniu reakcji, zarówno oni jak i inni klienci będą mieli w przyszłości zagwarantowaną lepszą obsługę.

Powoli zaczynają rozumieć to też firmy, które świadczą różnego rodzaju usługi. Wybitnie poprawiła się kwestia zwrotów towarów do sklepów, są podmioty na rynku które idą z duchem czasu i pozwalają nam wiele spraw załatwić bardzo przyjaznymi i niezbyt angażującymi kanałami komunikacji. I przede wszystkim bez uciążliwych dla klienta procedurami.

Przede wszystkim jednak, firmy zaczynają zauważać i rozumieć, że feedback, który uzyskują od ludzi głośno mówiących o ich niedoskonałościach jest najlepszym z możliwych badań realizowanych całkowicie za darmo. Firmy zaczynają słuchać, monitorować i reagować na to, co dzieje się na rynku.

Przecież aby przeprowadzić badanie metodą tajemniczego klienta wynajmowane są drogie agencje badawcze/public relations, które przez kilkanaście dni wykonują kilka niezbyt znaczących telefonów udając, że mają problem. To teoretycznie dobre rozwiązanie, gdy chcemy szerokiego oglądu kilku aspektów funkcjonowania, ale wcale nie idealne. Dlaczego? Bo największe kłopoty i szumy komunikacyjne, niezrozumienie i brak logiki w działaniach, widzą ci, którzy spotykają się z realnym problemem, ci których ten problem dotyka (Jacek, który utknął na lotnisku, Marcin który ma w iPadzie pajączka, brak kontaktu ze światem bo sieć zawaliła przeniesienie numeru, etc), a nie ci, którzy udają, że ten problem mają.

Szczepan Radzki

Chcesz porozmawiać? Zapraszam na Twittera – @szczepanradzki

Jan Tomaszewski oskarża o populizm

Jeszcze wczoraj chciałem bronić nieco Jana Tomaszewskiego. Wszyscy doskonale wiemy, że nasz były wybitny bramkarz ma niewyparzony język, plecie trzy po trzy i w tym swoim przecudownym, agresywnym i emocjonalnym słowotoku, częściej niż rzadziej, obrazi to swojego przyjaciela, to trenera (kimkolwiek by nie był) kadry, jednego, drugiego zawodnika i jeszcze niechcąco, z rozpędu zaczepi o swoją rodzinę.

Niemniej jednak, tak samo jak każdy z nas, tak samo Jan Tomaszewski ma prawo do swojego własnego zdania i ma prawo to zdanie wyrażać. Możemy się z nim nie zgadzać, możemy uważać nawet, że opinia jest nieprawdziwa czy zwyczajnie głupia. Bo też mamy do tego prawo.

Były bramkarz reprezentacji Polski głośno mówi o tym, że kibicuje kadrze Niemiec. I super, ma prawo. Tak samo ma prawo nie nazywać reprezentacji narodowej, reprezentacją narodową, tylko drużyną Smudy. Ma, bo dlaczego miałby nie mieć? Niech sobie kibicuje komu chce, mi osobiście to nie przeszkadza. Przeszkadza mi natomiast druga kwestia, to Panie Janie, jest kadra Polski, czy Pan tego chce czy nie. Czy będzie Pan tańczył taniec brazylijskich gejów, śpiewał serenady, pisał pisma do Ministerstwa Magii i Czarów, to nie zmieni faktów, że jest to reprezentacja Polski.

Ale przecież u Was w partii, nikt nie będzie nikomu wpierał, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Prawda?

I w gruncie rzeczy, chciałem dodać swoje trzy słowa obrony do ataków, które spadły na naszego byłego reprezentanta, za to że otwarcie mówi o kibicowaniu Niemcom. Tylko, że jak grom z jasnego nieba, spadły na mnie jednak ostatnie wypowiedzi posła PiS. Trzeba być skończonym ignorantem i niezwykle łakomym szumu medialnego człowiekiem, żeby mówić, że ktoś nie ma prawa wypowiadać się na temat piłki nożnej, siatkówki, koszykówki, zdrowia, rodziny, polityki – i mógłbym tak wymieniać do momentu, aż padą mi baterie w klawiaturze. A to ze względu na cholernie długą żywotność obecnego kompletu, trwało by jakieś osiem miesięcy.

Jan Tomaszewski twierdzi:

Słyszę jedynie polityków, celebrytów, panie prowadzące programy informacyjne, jak to się świetnie znają na piłce. Wszyscy chcą zabłysnąć. Wszyscy tacy mądrzy. Powiem wprost – dla mnie to jest żenada. To jest populizm. Nie mogę patrzeć na tych wszystkich polityków-patriotów-idiotów, którzy teraz przy okazji Euro zaczynają mądrzyć się na futbolowe tematy. Teraz futbolowym ekspertem może być nawet niejaki Materna. Jemu się wszystko podoba, on wszędzie widzi plusy. Dlaczego? Bo ma z tego korzyści. Poklepie Grzesia Latę po plecach i zawsze jakiś spektakl z okazji otwarcia stadionu dostanie. Swego czasu siedział ze mną w studio, był też Antoni Piechniczek i w pewnym momencie zapytałem „Przepraszam, na jakiej podstawie pan to robi?”. No, ale to komediant, satyryk. Widocznie lubi jak się ludzie z niego śmieją.

Już raz na łamach bloga to zrobiłem i ponownie zacytuję moją bardzo bliską koleżankę – OJCNP (wiecie, że ze względu na wulgaryzmy, musicie ten skrót rozszyfrować sami). Myślę, że Pan Jan, może spokojnie starać się nie tylko o fotel posła (który już ma), ale i naczelnego satyryka kraju. Wspomniany przez Pana Jana, Krzysztof Materna, może zacząć kupować pieluszki i obgryzać paznokcie. Ba, co więcej myślę, że gdyby żył George Carlin, zakończyłby karierę, a inni stand-uperzy, po prostu schowaliby mikrofony i spalili notatki.

Pan Jan Tomaszewski mówi o populiźmie, Pan Jan Tomaszewski mówi o korzyściach i opluwa tych, którzy zachowują się w sposób, jaki jemu nie odpowiada. Szanuję naszego byłego bramkarza, szanuję jego zdanie i nawet zdarza mi się powtarzać, że w niektórych sprawach ma rację, ale agresywny styl wypowiedzi, gęsta atmosfera którą wprowadza czy też spora ilość haseł – tak, tak – POPULISTYCZNYCH, powodują, że te sensowne wypowiedzi tracą jakąkolwiek siłę i zanikają w steku krzyków oraz bzdur, które rzucane są na potrzeby chwili.

Do łeż rozbawiła mnie też poniższa wypowiedź, znaleziona na łamach portalu Tomasza Lisa. Autor oczywiście ten sam, o którym mowa od początku notki.

Każdy niech słucha, kogo chce. Ja artysty komediowego wypowiadającego się na temat piłki słuchać nie zamierzam! Tak jak tych wszystkich polityków, którzy krzyczą teraz „tak, tak, żyjemy Euro, ściskamy kciuki za Polskę”, a jak pytam ich o ośmiu zawodników podstawowego składu, to siedzą cicho. Ręce opadają. Dla nich, dla wszystkich celebrytów-przebierańców i Materny – też, mam jeden apel: stonujcie trochę, bo na piłce to się GÓWNO znacie.

Moje pytanie brzmi – czy to odnosi się tylko do sportu, czy możemy też stosować np. w polityce?

Szkoda, że kilku wybitnych sportowców, moje pokolenie zapamięta jako krzykaczy i (przepraszam) błaznów.

Ze stali, a jednak miękki

Słabe wyniki? Nie, nie wierzę, że to możliwe. Nie wierzę, bo przecież w ten film zaangażowano sporą liczbę bardzo dobrych aktorów (Russell Crowe, Kevin Costner, Laurence Fishburne), to jeszcze – i to przede wszystkim – reżyserem jest Zack Snyder (to ten od m.in. 300, Watchmen), a swoje łapki maczał w produkcji także Christophr Nolan, facet który tworzy arcymistrzowskie produkcje – bo to on w dużej mierze jest przecież ojcem sukcesu trzech ostatnich Batmanów.

To nie mogło się nie udać, opinie napływające z USA na pewno są przesadzone i nowy Superman wcale nie jest aż tak słaby jak twierdzą recenzenci i kinomani. Nolan by na to nie pozwolił.

I chyba generalnie nie pozwolił, bo przecież oceny na IMDB nie kłamią (8.0), więc początkowe szczątki informacji były nieprawdziwe? Nie do końca i zaznaczam, że nie jestem obiektywny, bo adaptacje komiksów otaczam zwykle dookoła wielkim serduszkiem i w pewnym, dość krótkim momencie mojego życia broniłem nawet dramatycznego Daredevila.

Ostrzegam odrazu, że wpis ten bedzie pełen spoilerów, więc … nie musicie się niczego obawiać, bo czy jest ktoś taki, kto nie zna historii Człowieka ze stali?

Wiem dlaczego stało się tak, że Superman mimo tego, że jest fajną, przyjemną dla oka produkcją, nie zachwyca, nie powala, a wręcz momentami wywołuje na naszej twarzy grymas niezadowolenia.

To co miało być słabością Batmana, dzięki mózgowi Nolana stało się jego największą zaletą. Psychopata, socjopata, schizofrenik jakim jest Bruce Wayne – Batman, został pokazany dokładnie takim jakim wymieniłem go w trzech pierwszych słowach tego zdania. Te cechy powodują, że Batman, podobnie jak Joker, to postaci ciekawe, które tworzą atmosferę filmu.

A jak jest z Supermenem? Ten facet, kochany przez wszystkich za to jaki jest wspaniały, jak to nie pomaga ludzkości i jak nie można go zranić nie posiadając przy sobie kawałka zielonego kamyka z Kryptona, jest po prostu nudny. Porządny, grzeczny, ułożony, nie krzyczący na nikogo, nie mający problemów z prawem nudziarz! I to zarówno w pracy jak i poza nią. Niezależnie od tego czy niezwykle inteligentny po swoim ojcu Jor-Elu, wkładający majtki na spodnie superczłowiek lata akurat nad Alpami czy też stara się znaleźć materiał na artykuł do Daily Planet. W obu miejscach ta postać poza kosmicznym pochodzeniem, nie ma nam zbyt wiele do zaoferowania.

I wcale nie chodzi o złą czy słabą grę Henry Cavilla, bo facet radzi sobie bardzo dobrze. Chodzi o to, że Superman poza problemem – ktoś mnie kiedyś zobaczy, ujawnię się jak będę gotowy – nie daje nam absolutnie nic, co mogłoby spowodować szybsze bicie serca i ekscytację.

No ok, jest jeden moment, w którym żeńska część sali kinowej mocno przełknie ślinę i popatrzy czy przypadkiem facet, z którym akurat jest na randce, nie zauważył wypieków. Tak, mówię o tym momencie kiedy Cavilla paraduje na ekranie bez koszulki.

Cholera, ta scena ruszyła nawet mnie i spowodowała, że jeszcze tego samego dnia stałem w Mr. Musclle kupując odżywki! Chyba, że muskulatura Clarka Kenta była efektem efektu specjalnego i filterka nałożonego na głównego bohatera. Wtedy moje samopoczucie nieco się poprawi, bo nie będę musiał jeść tego paskudztwa, które kupiłem. A akurat efektów w filmie jest momentami całkiem sporo. Te widać przede wszystkim kiedy na Ziemi pojawiają się przybysze z Kryptona z generałem Zodem na czele.

Kosmici tłuką się niesamowicie i aż dziwnym jest, że uderzenie człowieka przez kryptończyka powoduje, że ziemianin odlatuje zaledwie na kilka metrów, a Superman po uderzeniu przebija kilkanaście budynków w downtown Metropolis. Sceny walki są po prostu efektowne, jesteśmy przyzwyczajeni do tych wszystkich wodotrysków i po bullet time w Matrixie, kilku innych scenach filmów z bohaterami komiksowymi w tle, to namiętne rzucanie przedmiotami, wyrywanie latarni, czy walące się budynki, nie robią większego wrażenia. Wszystko jest oczywiście poprawnie, zgodnie ze sztuką, ale momentami mamy wrażenie, jakbyśmy już gdzieś to widzieli.

No właśnie, bo są sceny, które bardzo mocno przypominają np. te z Wolverine, inne są analogiczne z klatkami z The Day After Tomorrow, a jeszcze inne wyglądają jakby zostały wycięte z Aliena czy nawet mającego niedawno premierę Star Treka. Osłabiającym była na pewno próba wlożenia w historię Supermana bardzo ckliwej opowiastki miłosnej pomiędzy Mr. Kosmitą i Misis Lejn. Christopherze Nolanie. Zupełnie niepotrzebnie.

Osiemnaście akapitów narzekań na drobne, drobniejsze ale i te większe, zauważone przeze mnie elementy, do których po prostu mogłem się przyczepić, wcale nie powodują, że sam film jest dramatycznie słaby.

Superman Człowiek ze stali to całkiem fajna i przyjemna produkcja, w której zawarte są elementy niezłego humoru, znanego nam choćby z Iron Mana. A to Mowa tu choćby o kajdankach założonych Supermanowi gdy ten oddał się w ręce armi, czy strącenie przez niego drona zwiadowczego.

Nasze sporty narodowe świat ma gdzieś

Polska nie jest sportową pustynią. Znaleźliśmy ostatnio lepsze określenie – jesteśmy sportową Irlandią. I przykro mi bardzo, że ten piękny i zielony kraj na chwilę stał się dla mnie tak dołującym skojarzeniem.

Dlaczego w mojej głowie pojawiła się właśnie Irlandia?

Odbyłem ostatnio kilka ciekawych rozmów na temat ogólnej kondycji polskiego sportu. Ciekawych, ale niestety bardzo dołujących.

W jednej z nich znajomy, który prowadzi małą i bardzo przyjemną knajpkę we Wrocławiu, opowiedział mi jak to nie był w Irlandii i wyszedł porzucać sobie do kosza.

Opowiadał, że przechodnie patrzyli na niego jak na kosmitę, bo – jak się okazało po kilku rozmowach – nigdy nie widzieli nikogo, kto grałby w kosza. Co więcej, ten sam znajomy opowiadał o popularnych irlandzkich sportach.

Te, znane są u nas głównie jako ciekawostki, które ktoś pokaże nam na YouTube, a ich nazw nawet nie jesteśmy w stanie powtórzyć. Dla nich są to sporty narodowe, na trybunach zasiadają tysiące ludzi i cały kraj emocjonuje się to zwycięstwem międzynarodowym, to meczami ligowymi. U nas? Gwarantuję te dyscypliny nie aspirują nawet do roli niszowych. One po prostu tak jak Lwy, w Polsce nie występują.

Do czego zmierzam? Sporty, którymi się interesujemy, bo osiągamy w nich sukcesy, to dyscypliny, które większość świata ma absolutnie za nic istotnego. Może niekoniecznie całkowicie nieznane, ale traktowane jako te trzeciego, czwartekgo, albo nawet niższego szczebla.

Bo oczywiście my wszyscy cieszymy się, że mamy tak wspaniałych sportsmenów jak Maja Włoszczowska, Justyna Kowalczyk, Adrian Zieliński i wielu, wielu innych, którzy zdobywają medale, są w czołówkach swoich kategorii i biją rekordy.

Odnosimy też sukcesy w innych miejsach, które często są wyśmiewane pod kątem atrakcyjności – wspomnieć tu należy o Karolinie Winkowskiej. Jej sukces, nagłośniony przez zaprzyjaźnionego mi Jacka Gadzinowskiego, został nieco spłaszczony do poziomu – kitesurfingi tak się nikt nie interesuje.

Warto odnotować fakt, że trzy lata temu młode dziewczynki z Wrocławia, które grają w baseball pojechały do Portland na Mistrzostwa Świata. Reprezentacja Lacrosse wzięła udział w Mistrzostwach Świata w Manchesterze, a nasz Futbol Amerykański ciągle rośnie w siłę.

Szkoda, że nic nie znaczymy na rynku sportów prawdziwie masowych. Bo chyba nikt nie sądzi, że takimi są skoki narciarskie czy żużel?

Wybaczcie, ale dla mnie osobiście jak i zapewne dla wielu osób wielbiących żeglarstwo lub kajakarstwo, te dwa sporty często pokazywane w telewizji są taką samą niszą jak kitesurfingdla innych. Tym masowym można powiedzieć, że jest siatkówka, która według ostatnich raportów jest 10 najpopularniejszym sportem na świecie.

Zatrzymajmy się na chwilę. Jeśli traficie na jakiś artykuł lub rozmowę, gdzie padnie stwierdzenie, że siatkówka to drugi najpopularniejszy sport na globie, spytajcie – a co z tenisem (2), krykietem (3), baseballem (4), tenisem stołowym (5), koszykówką (6), hokejem (7), golfem (8) i rugby (9)?

I tu zapewne spotkamy się z kontrą – te sporty w Polsce nie są popularne. W Polsce nienaświecie (nie w USA) są i uprawiają je miliony.

Żużel? Skoki narciarskie? Biathlon? Szanujmy się, sporty dla nielicznych. Mówiąc złośliwie – podobnie jak wyśmiewany przez wielu kite. Bo nikt mi nie wmówi, że łatwo uprawia się siatkówkę, żużel, skoki narciarskie czy biathlon. Łatwo uprawia się piłkę nożną czy bieganie.

I tak specjalnie w wielu miejscach po prostu pomijałem wcześniej piłkę nożną. Ta dyscyplina jest w tym momencie poza jakimkolwiek równaniem i rozmową o sporcie ogólnie. Nie możemy do niego porównywać, nie możemy mówić – bo w piłce jest tak i tak. Generalnie jestem zdania, że wydawanie tak ogromnych pieniędzy na sport, w którym nie jesteśmy przeciętni (ani liga, ani kadra), wyniki sportowe są żadne, a zainteresowanie i wyniki marketingowe wciąż na poziomie o lata świetlne wyprzedzające poziom sportowy, to potężny paradoks.

Klucz do innego podejścia? Widoczna zmiana postaw społecznych – bo we wszystkm trzeba widzieć pozytywy.

Prawdą jest i nikt nie odkryje tu amryki w konserwie, że zmieniły nam się diametralnie postawy społeczne. I miejmy nadzieję, że to właśnie ten czynnik ludzki, delikatna zmiana mentalu pójdzie jeszcze dalej.

Całe szczęście coraz mniej jest tych panów z brzuszkiem, siedzących przed telewizorem w klapkach Kubota (niekoniecznie Łukasza), koszulce bez rękawków, pijących piwo i jedzących czipsy, co chwilę kurwując jaka to ta kadra piłkarska nie jest słaba (jednocześnie licząc na to, że kolejny trener i 2-3 dobrych graczy będzie w stanie pokonać Niemców, Hiszpanię czy Holandię). Obecnie coraz więcej spotykamy ludzi aktywnych – chodzących na basen, kochających jazdę na rowerze, bieganie, rolki, czy wspomniany kite, wakeboard, snowboard etc.

Poza tym wiele sportów, które dla nas są niszą, to dyscypliny budujące lifestyle, zainteresowanie modą (może nie klasyczną i chodzenie w rurkach oraz marynarkach) i napędzające sprzedaż, wzrost gospodarczy. Ile to osób zaczęło tworzyć koszulki z fajnymi i śmiesznymi tekstami i rysunkami sportowymi? Czy też sprzęt dla alpinistów, kurtki, okulary przeciwsłoneczne etc.

Dzięki temu, w kraju zaczęło się robić weselej, kolorowiej. Ulice przestały być szare i ponure, a facet w zielonej kurtce i kolorowych butach nie jest już clownem, tylko po prostu tym facetem, który żyje jak chce. Konkluzja? Jak dla mnie, nie umniejszając nikomu, skoki narciarskie (możecie wstawić żużel, biathlon, pływanie synchroniczne) są takim samym nośnikiem i posiadają taką samą (jak nie mniejszą) atrakcyjność jak sporty, które w naszej kulturze funkcjonują dużo krócej.

I co z tego, że w tym momencie sponsorzy wolą X, skoro w Y też mamy sukcesy i trend (sponsoring i zainteresowanie) może zostać odwrócony bardzo szybko.

PLK – kierunek internet?

Pamiętacie badanie przeprowadzone przez Pentagon-Research i Polską Ligę Koszykówki? Było w nim kilkadziesiąt pytań, nazw sponsorów, partnerów i tym podobnych.

Na Sport.pl w kolumnie TBL Defensywnie ukazało się już moje krótkie podsumowanie zbieranych przez kilka tygodni danych. Według słupków i odpowiedzi ankietowanych, kierunkiem, który musi obrać liga jest (nie będzie zaskoczenia) internet.

Oto fragment ze Sport.pl

Oprócz uczęszczania na mecze fani jako aktywności wokół koszykówki wskazywali szukanie informacji o koszykówce właśnie w portalach internetowych, na popularnych blogach i profilu ligi na Facebooku. Bardzo istotnym jest także chęć fanów do oglądania meczów w projekcie internetowym PLK TV. Ta inicjatywa oceniana jest przyzwoicie, ale z nadzieją na poprawę jakości transmisji i komentarza podczas spotkań. Badanie profilu kibiców wskazało też, że fanom koszykówki w Polsce ewidentnie brakuje także magazynu koszykarskiego oraz krótkich filmów z najlepszymi akcjami kolejki czy podsumowujących mecze. Te materiały miałyby znajdować się nie tylko w tradycyjnej telewizji, ale być dostępne właśnie na stronie ligi, czy profilach w portalach społecznościowych.

To właśnie ekspansja do Internetu wydaje się być głównym kierunkiem działań, jakie powinni podjąć rządzący Tauron Basket Ligą. Rozwój technologiczny pozwolił na przeniesienie wszelkiego rodzaju aktywności multimedialnych właśnie do internetu, który według badań Pentagon Research jest najczęstszą formą spędzania wolnego czasu. 

Całość tak jak wspomniałem w TBL Defensywnie, a poniżej kilka faktów z raportu, które nie znalazły się w tekście oraz kilka moich spostrzeżeń.

Jako technikę badawczą wykorzystano ankietę internetową (CAWI).

Drugą najpopularniejszą dyscypliną sportu wśród kibiców koszykówki jest Piłka Nożna. Kolejne miejsca to siatkówka, F1, skoki narciarskie, piłka ręczna, boks, lekkoatletyka, żużel (tak nisko?), biegi narciarskie (tak wysoko?), sztuki walki, rajdy samochodowe, pływanie, biathlon, kolarstwo szosowe, narciarstwo alpejskie, rugby, kolarstwo górskie, żeglarstwo, wioślarstwo, windsurfing, łyżwiarstwo figurowe, jeździectwo, szermierka.

Zdecydowanie największa grupa kibiców kibicuje Anwilowi Włocławek.

Wybaczcie drogie Panie, ale koszykówką kobiecą w tym kraju interesuje się prawie nikt.

Zdaniem kibiców, miasta powinny sponsorować kluby koszykówki.

Połowa kibiców PLK uczęszcza na wszystkie mecze rozgrywane w miejscowości zamieszkania i przynajmniej niektóre wyjazdowe.

Więcej niż trzech na czterech kibiców jest na meczu co najmniej raz w miesiącu.

Trzech na czterech kibiców oglądających mecze PLK na żywo robi to w towarzystwie znajomych, a jeden na trzech w towarzystwie partnera życiowego.

Najsłabszym punktem oglądania rozgrywek PLK na żywo jest oferta gastronomiczna w halach.

Najpopularniejszym bloggerem w koszykarskim świecie jest Łukasz Cegliński. Następne miejsca wskazywane przez fanów to 3sekundy.comZawszePoPierwsze.bloog.pl i moja skromna osoba. Dziękuję za uznanie i polecam się na przyszłość. Dziwi mnie tylko fakt, że wszystkich w tyle nie zostawił SuperGigant, który znalazł się na piątej pozycji. No cóż, Michał Rutkowski i Paweł Wujec zawsze podkreślali, że nie są blogiem koszykarskim.

Portale koszykarskie, które czytają respondenci: PLK.pl, Polskikosz.pl, NBA.com, Probasket.pl, Sport.pl.

Gazety, z których ankietowani czerpią informacje o koszykówce: Basket, MVP Magazyn, Gazeta Wyborcza, Trudno Powiedzieć (nie znam tytułu, ale spytam dziś w Empiku), Przegląd Sportowy w dalszej odległości Gazeta Pomorska, Dziennik Bałtycki, Głos Pomorza i inne tytuły lokalne.

Polonia Warszawa inwestuje najwięcej ze wszystkich drużyn w szkolenie młodych talentów.

Najelpszą Halą, zdaniem kibiców, dysponuje Trefl Sopot.

Zdaniem większości kibiców polskie drużyny grające w ligach regionalnych nie powinny być zwolnione z udziału w rundzie zasadniczej rozgrywek PLK.

Rozgrywki PLK, w opinii kibiców, nie są zbyt wyrównane. Część ich wyników można przewidzieć już w momencie ich rozpoczęcia.

I pasujące do tego – Połowa kibiców przynajmniej raz obstawiała wyniki rozgrywek sportowych korzystając z usług firm bukmacherskich.

Niestety, w oparciu o oceny kibiców, Polskiej Ligi Koszykówki nie można zaliczyć do czołowych lig europejskich.

Ponad połowa kibiców deklaruje, że czyta „Gazetę Wyborczą”.

Trzech na czterech kibiców ma dostęp do TVP Sport.

Wśród kibiców ulubioną marką odzieży sportowej jest Nike.

Sponsoring koszykówki może być skutecznym narzędziem zwiększania sprzedaży dla firm z branży energetycznej.

Tauron, Energa i PGE – każda z tych firm jest rozpoznawana przez co najmniej 80 procent ankietowanych.

81,7 procenta zdeklarowanych fanów koszykówki, którzy brali udział w badaniu, jest w trakcie studiów lub posiada wykształcenie wyższe.

badaniaplk_blogi

Wpis pochodzi z blogu – Difens.blox.pl