Nie dotykać klasyki.

Ładnie proszę. Naprawdę.

Przestańcie w końcu robić te koszmarki. Nie wiem jak bardzo i jak długo będzie to jeszcze trwało, ale to po prostu przestaje być śmieszne. Ale nie, nie da się tego powstrzymać i co chwilę dostajemy kolejne potworki, koszmarne przeróbki, pomysły, które w fazie projektowej powinny trafić nigdzie indziej jak do śmietka. I potem widzimy na sklepowych półkach takie cudowne osiągnięcia jak niektóre z edycji Air Force 1, którym wycięto logo Nike i zamiast skórzanego kawałka, mamy dziurki w kształcie Swoosh (nie jest to najgorsza edycja), widzimy wersję Ultra, z jakimś dziwnym kołnierzem. Ale przeróbki AF1 nie są z cyklu tych najgorszych – bo tutaj prym wiedzie adidas z pomysłami, które wypłynęły chyba z głowy kogoś mającego szambo zamiast mózgu.

Ale o tym za chwilę.

Najpierw … co nie jest problemem przy zmianach w klasyce?

Są buty, których klasyczne wersje są zwykle wersjami najlepszymi. To dlatego, że te edycje, kolorystyki, były tak kultowe, ktoś w ogóle pomyślał o ich przerabianiu. I ja to rozumiem. Poważnie. Dobre przeróbki nawet chwalę i sam chodzę. W ten kanon – tych kultowych – bez dwóch zdań można wpisać wspomniane Air Force 1, Air Jordan 1, adidas Superstar, adidas Stan Smith, Reebok Classic Leather, Asics Gel Lyte 3, adidas EQT, Nike Air Max 1/90, Puma Suede, Converse Chuck Taylor. I tak dalej.

Zmiany kolorów, dodawanie nowej palety barw to żaden problem. Nie jestem przeciwny zmianom, modyfikacjach, wkładaniu do butów technologii. Ostatnie z wyliczanki, Converse Chuck Taylor są doskonałym przykładem tego, jak można zmienić buta i jak nie powinno się tego robić. Po pierwsze, wiesz o tym, że klasyczne Chuck w nowych wersjach – ale nie w tych 2.0, tylko 1.0, klasyczne, klasyczne – mają w podeszwie piankę Lunarlon znaną np. z biegowych modeli Nike?

Ehe, poważnie. Na palcach jednej ręki mogę policzyć ludzi, którzy o tym wiedzieli. Ale Converse postanowiło zrobić coś, co jest ruchem prostym i genialnym w tej prostocie. Zachowano klasyczną, doskonale znaną bryłę buta, jego podeszwę z zewnątrz, ale wkładając do środka nową technologię spowodowano, że but stał się wygodniejszy, a do tego fanom gatunku i potrzebującym właśnie takiego buta, sprzedaje formę, którą perfekcyjnie znają i akceptują.

Ten sam but został też wydany w wersji 2.0. I co? No kurwa KLAPA. I nie chodzi o wygląd, spytaj w Converse, albo w sklepach, które buta miały, jak wyglądała sprzedaż tego modelu.

Kiedyś pisałem o zmianach, które robi adidas ze Stan Smith i Superstar wkładając do butów piankę Boost. I tutaj, tak jak w przypadku Chuck Taylor, nie mam przeciwko temu aby w klasykach znajdowały się technologie jutra. Ale w przypadku Stan Smith i Superstar z pianką Boost można odnieść wrażenie, że była godzina 16:55, a do 17 trzeba było oddać projekt. Ujebano więc podeszwę i wklejono w rysunek bąbelki z Boostem. Jeśli tak to ma wyglądać, to uwierz mi, ja też mogę być projektantem. Nawet wybitnym.

Całe szczęście adidas zrezygnował z widocznego Boosta w Superstar. Radość była jednak przedwczesna, bo po wewnętrznej stronie buta znajduje się jakaś pierdolona narośl.

Odnoszę wrażenie, że komuś po prostu spieprzyła się maszyna, a kontrola jakości nie zwróciła uwagi, że pianka Boost wypłynęła na zewnątrz rozrywając gumę w podeszwie. Sprytnie oskrobano, przycięto naddatek i mamy takiego oto potworka. Wyobrażasz sobie, że but ten jest zrobiony zgodnie ze sztuką, dostaje piankę, a kształt ma klasyczny? Może niektórzy w ogóle by tego nie zobaczyli, ale jak pięknie można sprzedać taki zabieg – klasyczny Superstar, wygodniejszy niż kiedykolwiek do tej pory. Nawet moje chujowe copy przy dobrze zrobionym bucie jest lepsze niż ten pypeć, który zaserwował nam adidas.

Nie popieram też oderwania podeszwy od modelu Ultra Boost i bezczelnemu przeklejeniu jej do np. EQT 93. Jeśli nie wiesz czego się czepiam, popatrz na tego buta. Lubię go, mam, bo jest cholernie wygodny, ale wygląda jak amatorska próba, a nie profesjonalne wykonanie. To trochę jak pijacki zwid, zakład na kacu lub coś w tym stylu. Ale podkreślam, but jest bardzo, bardzo wygodny – bo to właśnie jest zaleta Boosta, a także fajnych materiałów, z których wykonano cholewkę. Podobnie jest z modelem Stan Smith – choć nie ukrywam, da się to jeszcze jakoś przeżyć.

Żeby nie było, że uparłem się na tego biednego adidasa, to Nike też miało swoje chwile chwały w kategoriach wydania czegoś, co wyglądało jak jakaś pieprzona katastrofa. Tak było z podeszwą Lunarlon wsadzoną w Air Max 1 czy Air Max 90. To tak jak 14-calowe felgi w BMW 5. Samochód wygląda wtedy źle – jak przerośnięta klatka i biceps dobrze zbudowanego chłopaka, przy nodze z obwodem w udzie w okolicach 15 centymetrów. AM 1 i AM90 z Lunarem były wygodne, ale technologia podrożyła buta, spowodowała, że ten wyglądał źle. A nie dało się tej formy wsadzić do klasycznej podeszwy? Nie dało się, bo trzeba było pokazać swoją, inną podeszwę.

Nieco lepszym, ale też żadnym rewelacyjnym pomysłem, było odchudzenie niektórych modeli Air Max i zrobienie z nich wersji Ultra. But tracił kształt, charakter – ratowało go to, że był lekki. Tak jak w przypadku adidas EQT 93. Były też Huarache Ultra i tak samo kondoniaste. I serio, ja rozumiem potrzebę odchudzenia materiałów, zrobienia czegoś bardziej dla ludzi, czegoś co nie będzie męczyło stopy przez 12 godzin, a co umożliwiają obecne technologie. Dlatego pochwalam nowe modele – adidas NMD jest genialny, Ultra Boost kocham (co wiesz, jeśli śledzisz bloga), bardzo lubię też Nike LunarCharge i podoba mi się NB 247 – choć nie pasuje mi do niczego.

Ale klasyka przerabiana na potworki? Nie jestem zwolennikiem i w tym momencie Ty także wiesz, że w przypadku niektórych modeli dało się to zrobić LEPIEJ.