Ależ ja byłem podekscytowany, kiedy tylko dowiedziałem się, że we Wrocławiu będzie można zobaczyć wystawę Space Adventure. Ta w samych zapowiedziach prezentuje się fajnie i zachęca do odwiedzin. Modne i głośne hasła, duże marki, wszystko wygląda seksownie, bo od prawa do lewa świeci kosmos i NASA. No i wystawa pojawiła się w największych miastach świata, widziało ją 3,5 miliona osób.

Wystawy powinny mieć charakter

Ujmując rzecz wprost – jestem marudny i kąśliwy jeśli chodzi o pewnego rodzaju doznania. W prawie każdym elemencie popkultury, który chłonę, doświadczeń, których nabywam i doznań, których oczekuję od miejsc czy sytuacji, w których jestem, mam pewne wymagania. Nie są one zwykle skomplikowane, choć zdarzają się wyjątki. Jeśli obserwujesz mnie dość długo, albo zdarzyło Ci się ze mną rozmawiać np. o kinie, to wiesz, że kategorie główne, według których oceniam produkcję to:

1. Czy straciłem czas na Sali kinowej?
2. Czy poszedłbym na ten film drugi raz płacąc pieniążki (mam kartę Cinema City Unlimited, więc płacąc raz w roku mam poczucie jakbym chodził za darmo)

Potem dopiero jest cała reszta, te mniejsze i większe detale, fabuła, etc. I wcale nie muszą być spełnione oba warunki, jak zadziałał pierwszy, to mi to już wystarczy – np. na Przemytnika nie poszedłbym drugi raz, ale uważam, że nie straciłem czasu i był to bardzo dobry film.

Idąc na wystawę, która powinna opowiadać o ciekawym temacie, zakładam, że zrobi mi się tam mokro, ciepło, dobrze i będę choć trochę zachwycony. Nie chcę iść gdzieś, gdzie znajdę w zasadzie informacje z internetu i brak pomysłu. I niestety trochę tak było w przypadku Space Adventure.

Mam poczucie, że organizatorzy poszli na łatwiznę, podzielili wystawę na trzy części – tę opowiadającą o Związku Radzieckim, o NASA i o ESA, czyli Europejskiej Agencji Kosmicznej. Ah przepraszam, na początku było jeszcze trochę historii m.in. o rakiecie V2 i początkach podróży w kosmos, zaczynając nawet od samej idei. I to był akurat bardzo fajny element.

Chronologiczny przegląd tego, co działo się przez lata, to suche fakty. Nie zrozum mnie źle, fajnie było zobaczyć kombinezony astronautów, to jak się zmieniały, fajnie było zobaczyć niektóre z elementów wyposażenia, a także repliki kokpitów. Brakowało w tym jednak … opowieści.

ZSRR vs USA to ta opowieść

Brakowało historii, przeprowadzenia ludzi przez ten cały, bardzo ważny zresztą okres, z emocjami. Zostawienia odwiedzających z pewnego rodzaju wow, zostawienia ich z poczuciem istotności tego, co zobaczyli. Czy ktoś się interesuje, czy nie, powinien mieć wrażenie, że właśnie przed jego oczami mieni się historia, która najpewniej zmieniła losy świata. Powinien wiedzieć, że wyścig kosmiczny, to konflikt, który istniał pomiędzy ZSRR, a USA. Powinien wyjść z poczuciem tego, że zamiast strzelać się i zamienić świat w pole walki, na którym zostałoby wiele ofiar, te dwa mocarstwa w drugiej połowie XX wieku walczyły w inny sposób. Mniej krwawy, ale też niosący za sobą tragedię. Rozmawiałem z kilkoma znajomymi, którzy twierdzą, że nikt nie chciał wywoływać afery mówiąc o konflikcie ZSRR – USA z tamtych czasów. Nie wiem jakiej afery, jak te wszystkie informacje są ogólno dostępne i raczej powszechne. No, ale to tylko ja.

Fajnie, że w opisie wydarzenia i eksponatów, możemy napotkać na takie informacje jak możliwość sprawdzenia jak korzysta się z toalety w stacji kosmicznej, skąd w kosmosie automat do Coca-Coli. Wszystko to przykryte jest jednak bardzo, bardzo ciężkimi i zawiłymi opisami. Albo takimi jak pod tym kaskiem. … Duh.

Przelot przez programy Mercury, Gemini, Apollo, Skylab, Sojusz-Apollo, STS, Shuttle-Mir i ISS jest po prostu ciężki. To ostatnie zdanie napisałem specjalnie w taki sposób, aby wyliczanka zmęczyła czytającego i miał pogląd co czeka go w Hali Stulecia podczas Space Adventure.

Nie wszystko było złe – bo po prostu nie może być

Ponieważ nie wszystko może być zrobione źle. I tak nie jest, bo zobaczenie i możliwość dotknięcia kamienia, który przyleciał z księżyca, to mega fajne przeżycie. Pytanie tylko – niektórzy się z tego śmieją śmieją – czy to faktycznie kamień z księżyca, czy ktoś nas znowu oszukuje. Mniejsza jednak o to. Super są też wspomniane skafandry czy inne eksponaty, ale znowu brakuje mi fajnych dodatków, nie samych technicznych i historycznych opisów. Przez dodatki rozumiem tutaj kilka smaczków, tych musiałem szukać sam – choć to też akurat fajne. Bardzo dużo uwagi zwiedzający (specjalnie się przypatrzyłem) spędzali przy kiju do golfa.

Ten znalazł się w kosmosie, a w efekcie i na księżycu podczas misji Apollo 14. I co ciekawe, wystawę opisywano jakby kij do golfa znalazł się poza Ziemią przemycony przez wspomnianego Sheparda. Różne źródła mówią jednak, że jest to tak zwana miejska legenda, a astronauta miał pozwolenie na zabranie w kosmos kija, którym była żelazna 6 firmy Wilson. Ten można zobaczyć w gablocie podczas wystawy. Shepard na księżycu w golfa zagrał, uderzył piłkę na około 15 metrów (tak mówi większość źródeł, opis pod kijem mówi o 37 metrach).

Super było też oglądanie dzienników i planów lotu, odpowiednich misji kosmicznych. Nie wiem czemu, ale ten element wywoływał w głowie słowa: to od tego zaczęła się ta konkretna przygoda.

Co ciekawe, nie znalazłem nigdzie możliwości zrobienia sobie zdjęcia w kombinezonie. Może po prostu przegapiłem – a podobno taka możliwość także istnieje.

Czy warto iść z dziećmi?

Nie. O ile Twoje dzieci mają mniej niż 10-12 lat, to wyrzucisz forsę w błoto. Do tego zmęczysz siebie, pociechę i ludzi dookoła chodząc po salach Space Adventure. Opisy nie mają szans zaciekawić młodych brzdąców, bo są zbyt techniczne. Do tego opowiadają o rzeczach, których nawet niektórzy dorośli nie rozumieją. No chyba, że chcesz wziąć małego lub małą na żyroskop, to wtedy może będzie miał trochę frajdy.

Piszę o dzieciach, bo wielu znajomych, gdy zobaczyło, że byłem na wystawie, pytało o tą
właśnie sprawę.

A czy w ogóle warto? Bilety nie są najtańsze, wszystko zależy od tego w jakim dniu chcesz iść. Ja płaciłem – byłem w pierwszym dniu po otwarciu – 65 złotych od głowy. Za to co zobaczyłem, uważam, że to sporo za dużo. Gdyby wyniosło mnie to około 30-35 PLN, wtedy pewnie nie wyszedłbym z opisywanym niedosytem.

| Obserwuj mnie: | Instagram | Twitter |