Trzy razy. Trzy razy podchodziłem do tego tekstu i miałem pustą kartkę, beznadziejny wstęp i tragiczny wstęp. Za każdym razem obiecuję sobie, że jak tylko wrócę z Barcelony. Dwukrotnie zabierałem tam specjalne na tę okazję buty. A miasto to jest w grze dość mocno, choć teoretycznie w cieniu, ale ma ku temu powody.

Najpierw jednak o czymś innym.

Specyficzne jest to miasto. Miasto, w którym można się zakochać, ma wszystko, morze, góry, świetne miejsca do posiedzenia o tak o po prostu, dobre miejscówki i klimat. Paradoks Barcelony jest jednak bardzo ciekawy i zauważyłem go dopiero kilka dni temu. Streetwear? Niekoniecznie spotkamy w stolicy Katalonii modę uliczną, którą karmią nas najpopularniejsze portale. Niekoniecznie znajdziemy tu dominację kicksów i odzieży, którą widzimy na Instagramie. Barcelona to królestwo … trampek. Vans, Stefan Janoski, najróżniejsze najprostsze modele DC, Supry, Es, wszak to miasto, w którym obok plaży znajdziemy sklep DC/Quicksilvera i Roxy, w którym do zapchania stoją deski surfingowe, longboardy i hulajnogi. I to właśnie na tym przemieszcza się duża część barcelończyków.

Jak to jest z tymi kicksami w Barcelonie? Miasto ma swoją, dość bogatą historię która miała swoje mocne uderzenie w 1992 roku, kiedy to po parkiecie w Jordan VII Olympic biegał sam Michael Jordan. Wiecie doskonale, że 2015 to rok siódemek i wielu nawiązań do stolicy Katalonii. Dlatego też mieliśmy wydania Barcelona Days, Barcelona Nights, a także tak naprawdę Marvin The Martian, który gdzieś tam zaczepia o stylistykę barcelońską. Powstały też Asics Gel SIght World Challenger, które moim zdaniem były rewelacyjne. I wiele innych. Moim świętym gralem są Jordan VII Miro, o których możecie poczytać tutaj.

Rok temu miałem plan. Postawić nogę na parkiecie Barcelony w Jordan VII Olympic. Wolałbym na deskach hali, w której rozgrywane były Igrzyska Olimpijskie w 1992 roku, ale niestety, to zadanie niezwykle karkołomne. J’s stanęły na tym parkiecie, a z tego co pamiętam siódemki Olympic były jedynym Jordanem, w których grał MJ, który nie miał na sobie numerka 23. Nie dam sobie uciąć głowy, ale nawet na dziesiątkach po powrocie Jordana nie było innego numeru – wtedy 45. W tym roku plan był mniej skomplikowany – Asics Gel Lyte V x Limited EDT Surredaliste po prostu w Barcelonie. Jak się uda i będzie czas, foto pod sklepem, dzięki któremu ten but powstał.

Byłem pod Limited, ale zdjęcia nie ma. Dlaczego? Bo dwukrotnie natrafiłem na kratę przed pięknym wejściem do sklepu. Sam butik jest malutki, w środku jest ledwie kilka par butów i kilka ciuszków. Obok Wrung z całkiem niezłą kolekcją i fajnym klimatem oraz kilka innych sklepów z kicksami i odzieżą, w tym Sneakersboy (czy jakoś tak) czy Billabong, a wszystko to w okolicach Plaza Vila de Madrid.

W niedalekiej odległości udało mi się też trafić na Nike Store z całą kolekcją Air Jordan od I do XX9 w CW all-white. Wybaczcie jednak jakość zdjęcia, ale z telefonu ciężko było zrobić coś lepszego, w tak podświetlonej gablocie.

Całkiem przyjemny moment, taki jak fajny prezent na Mikołaja, spotkał mnie podczas kupowania slajsa pizzy w uroczym (demyt, ale to brzmi) lokalu Made in Sicilia. Jakiś niezbyt trzeźwy gość, ubrany niczym Pharrell, miał na sobie Jordan VI White/Infrared (u mnie Jordan I Low Royal). Thumbs up w obie strony, zbicie piony bez słowa i wyjście. Bardzo wymowne powiedzenie w obie strony – You Got Game.

Po zrealizowaniu planu, Barcelona i jej klimat mnie wciągnęły. Moją ulubioną rozrywką było łażenie, siedzenie, picie piwa i nie przejmowanie się zupełnie niczym. Był tylko jeden kicksowy ekstra moment i to podczas szukania czegoś do zjedzenia. W BCN tak jak napisałem wcześniej, królują trampki, miasto ma kicksową historię, ale najważniejszą rzeczą uliczną jaką się tam spotyka jest … czilałt.