Ze stali, a jednak miękki

Słabe wyniki? Nie, nie wierzę, że to możliwe. Nie wierzę, bo przecież w ten film zaangażowano sporą liczbę bardzo dobrych aktorów (Russell Crowe, Kevin Costner, Laurence Fishburne), to jeszcze – i to przede wszystkim – reżyserem jest Zack Snyder (to ten od m.in. 300, Watchmen), a swoje łapki maczał w produkcji także Christophr Nolan, facet który tworzy arcymistrzowskie produkcje – bo to on w dużej mierze jest przecież ojcem sukcesu trzech ostatnich Batmanów.

To nie mogło się nie udać, opinie napływające z USA na pewno są przesadzone i nowy Superman wcale nie jest aż tak słaby jak twierdzą recenzenci i kinomani. Nolan by na to nie pozwolił.

I chyba generalnie nie pozwolił, bo przecież oceny na IMDB nie kłamią (8.0), więc początkowe szczątki informacji były nieprawdziwe? Nie do końca i zaznaczam, że nie jestem obiektywny, bo adaptacje komiksów otaczam zwykle dookoła wielkim serduszkiem i w pewnym, dość krótkim momencie mojego życia broniłem nawet dramatycznego Daredevila.

Ostrzegam odrazu, że wpis ten bedzie pełen spoilerów, więc … nie musicie się niczego obawiać, bo czy jest ktoś taki, kto nie zna historii Człowieka ze stali?

Wiem dlaczego stało się tak, że Superman mimo tego, że jest fajną, przyjemną dla oka produkcją, nie zachwyca, nie powala, a wręcz momentami wywołuje na naszej twarzy grymas niezadowolenia.

To co miało być słabością Batmana, dzięki mózgowi Nolana stało się jego największą zaletą. Psychopata, socjopata, schizofrenik jakim jest Bruce Wayne – Batman, został pokazany dokładnie takim jakim wymieniłem go w trzech pierwszych słowach tego zdania. Te cechy powodują, że Batman, podobnie jak Joker, to postaci ciekawe, które tworzą atmosferę filmu.

A jak jest z Supermenem? Ten facet, kochany przez wszystkich za to jaki jest wspaniały, jak to nie pomaga ludzkości i jak nie można go zranić nie posiadając przy sobie kawałka zielonego kamyka z Kryptona, jest po prostu nudny. Porządny, grzeczny, ułożony, nie krzyczący na nikogo, nie mający problemów z prawem nudziarz! I to zarówno w pracy jak i poza nią. Niezależnie od tego czy niezwykle inteligentny po swoim ojcu Jor-Elu, wkładający majtki na spodnie superczłowiek lata akurat nad Alpami czy też stara się znaleźć materiał na artykuł do Daily Planet. W obu miejscach ta postać poza kosmicznym pochodzeniem, nie ma nam zbyt wiele do zaoferowania.

I wcale nie chodzi o złą czy słabą grę Henry Cavilla, bo facet radzi sobie bardzo dobrze. Chodzi o to, że Superman poza problemem – ktoś mnie kiedyś zobaczy, ujawnię się jak będę gotowy – nie daje nam absolutnie nic, co mogłoby spowodować szybsze bicie serca i ekscytację.

No ok, jest jeden moment, w którym żeńska część sali kinowej mocno przełknie ślinę i popatrzy czy przypadkiem facet, z którym akurat jest na randce, nie zauważył wypieków. Tak, mówię o tym momencie kiedy Cavilla paraduje na ekranie bez koszulki.

Cholera, ta scena ruszyła nawet mnie i spowodowała, że jeszcze tego samego dnia stałem w Mr. Musclle kupując odżywki! Chyba, że muskulatura Clarka Kenta była efektem efektu specjalnego i filterka nałożonego na głównego bohatera. Wtedy moje samopoczucie nieco się poprawi, bo nie będę musiał jeść tego paskudztwa, które kupiłem. A akurat efektów w filmie jest momentami całkiem sporo. Te widać przede wszystkim kiedy na Ziemi pojawiają się przybysze z Kryptona z generałem Zodem na czele.

Kosmici tłuką się niesamowicie i aż dziwnym jest, że uderzenie człowieka przez kryptończyka powoduje, że ziemianin odlatuje zaledwie na kilka metrów, a Superman po uderzeniu przebija kilkanaście budynków w downtown Metropolis. Sceny walki są po prostu efektowne, jesteśmy przyzwyczajeni do tych wszystkich wodotrysków i po bullet time w Matrixie, kilku innych scenach filmów z bohaterami komiksowymi w tle, to namiętne rzucanie przedmiotami, wyrywanie latarni, czy walące się budynki, nie robią większego wrażenia. Wszystko jest oczywiście poprawnie, zgodnie ze sztuką, ale momentami mamy wrażenie, jakbyśmy już gdzieś to widzieli.

No właśnie, bo są sceny, które bardzo mocno przypominają np. te z Wolverine, inne są analogiczne z klatkami z The Day After Tomorrow, a jeszcze inne wyglądają jakby zostały wycięte z Aliena czy nawet mającego niedawno premierę Star Treka. Osłabiającym była na pewno próba wlożenia w historię Supermana bardzo ckliwej opowiastki miłosnej pomiędzy Mr. Kosmitą i Misis Lejn. Christopherze Nolanie. Zupełnie niepotrzebnie.

Osiemnaście akapitów narzekań na drobne, drobniejsze ale i te większe, zauważone przeze mnie elementy, do których po prostu mogłem się przyczepić, wcale nie powodują, że sam film jest dramatycznie słaby.

Superman Człowiek ze stali to całkiem fajna i przyjemna produkcja, w której zawarte są elementy niezłego humoru, znanego nam choćby z Iron Mana. A to Mowa tu choćby o kajdankach założonych Supermanowi gdy ten oddał się w ręce armi, czy strącenie przez niego drona zwiadowczego.

O autorze Zobacz wszystkie wpisy

Szczepan Radzki

Szczepan Radzki

Twórca treści. Dziennikarz. Entuzjasta komunikacji społecznej, promotor #jkdn i sneakerhead. Biegacz i golfista amator. Zakochany w rekreacji. Siódme poty pisarskie wylewa też tutaj - http://bit.ly/1vSJEbk i na TT (@szczepanradzki), a fotki pokazuję tu insta -> @szczepanradzki

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *