Chyba jestem znakomitym przykładem faceta mięczaka. Prawie dwa razy zemdlałem na pierwszym odcinku serialu The Knick. Drugiego już nie zobaczę, bo sama myśl o tym, aby oglądać kolejny epizod, spowodowała odpływ krywi z mojej głowy.

A chciałem, bo Clive Owen to fajny aktor.

Czytałem pobieżnie kilka recenzji, które pojawiły się w necie. Autorzy zachwycali się scenami, w których flaki latają po całym ekranie, goście wkładają kobiecie ręce do rozciętej jamy brzusznej, krew leje się jak wódka na dobrym wieczorze kawalerskim i można ją zlizywać ze striptizerki. Wódkę, nie krew.

Tak zwane realne sceny chirurgiczne, niektórych wprawiają w wielki zachwyt. Mnie wprawiły w wielkie omdlenie. Nie było w tym nic ciekawego, nic fajnego, nic interesującego i wybitnego. Dla mnie, były to sceny obrzydliwe.

Generalnie musiałem otwierać okno, żeby do mojego mózgu dostało się więcej tlenu i żebym nie zsunał się z kanapy jak mały dzieciaczek, któy po raz pierwszy zobaczył krew. Ostatnio coś podobnego przeżyłem podczas seansu Law Abiding Citizen z genialnym w swojej roli Gerarderm Butlerem.

Pamiętacie, scena, w której bezduszny (już) Butler opowiada mordercy jego żony i córki, co dokładnie mu zrobi, kiedy ten będzie przytomny. Wytnie oko, urwie język, wbije gorący pal w jądra czy coś w tym stylu, gdy ten będzie dostawał adrenalinę, aby czuć wszystko. Moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach.

W The Knick … nie musi, wszystko widać. I naprawdę nie jest to –  przynajmniej dla mnie – przyjemny widok.

Krew i flaki mogą latać po ekranie w jakimś filmie gdzie Bruce Willis strąca helikopter z nieba przy użyciu samochodu. Albo inny Sylverster Stalone morduje całą chińską armię jednym nożem i połową magazynku w Berecie. Nie, nie nakryciu głowy, takim pistoletem.

Ale The Knick ma coś w sobie. Ktoś mówi pisze, że to kolejny House, tak długo poszukiwany i wyczekiwany. Tak, widać podobieństwa. Uzależniony od heroiny, lekarz, podobno genialny, wredny i bezwzględny. Podobno też problematyczny. Tego się niestety nie dowiem.

Mimo tego, że nie przepadam za filami w takim klimacie, wolę świat współczesny, albo w 100% kostiumowy, to świetnie ogląda się Nowy Jork z roku 1900. Wartość w The Knick to na pewno pokazanie schematów zachowań tamtejszej służby zdrowia (i pewnie wielu, wielu innych, o czym nie przekonam się z oczywistych względów) ponad 100 lat temu. Wiecie, bicie się (dosłownie) o pacjenta, by potem wyciągać od … w sumie nie wiem kogo, bo nie pokazali tego w filmie, kasę.

Jak ktoś ma mocne nerwy, polecam. Jak nie, lepiej zobaczcie The Last Ship, w którym trawa jest zielona jak nigdzie indziej, niebo niebieskie jak w Photoshopie, a ludzkość może uratować tylko archetyp gladiatora i bohatera – amerykański żołnierzyk w stylu G.I. Joe. Niech Michael Bay robi lepiej Transformers.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here