Dunno. Znajdujecie się czasami w tym stanie? Takim pierdolonym zawieszeniu, w którym nie macie co robić? A Wasza głowa pracuje i pracuje i wymyśla te wszystkie niestworzone, chore historie, których nie wymyślił by absolutnie nikt, Stephen King, J.K. Rowland, Andrzej Sapkowski, Stan Lee i Stanisław Bareja razem wzięci, a co dopiero z osobna.

Siedzę więc, z nudów popijam, a mój łeb eksploduje głupimi pomysłami. Siadam i piszę. Wszystko, co przeczytacie poniżej jest tylko fikcją, a zbieżność nazw jest wybitnie przypadkowa i absolutnie nie zamierzona. Rozumiecie. 

Piękna historia prostego działania zamieniła się w horror i rozpierdol jak w Hiroshimie.

Jest sobie taka firma, nie wiem czy znana, czy nie, nie orientuję się w tym świecie absolutnie, kompletnie wcale. Nazwijmy ją … Ikea. Dlaczego Ikea? Dlatego, że brzmi to jak zbitka przypadkowych literek. 

Pewien młodzieniec, niezwykle przystojny, niezwykle elokwentny, ma powodzenie u płci przeciwnej, ciało Adonisa. Normalnie rewelacja. Wymyślił sobie ów młodzieniec, że kuchnia jego powinna przystawać do osobowości, którą posiada – zamówił więc ściągnięcie wymiarów ze ścian, wykonał płatny projekt, dobrał wszystko, co powinno zostać dobrane. 

I jest cudnie, nawet pomimo kilku dziwnych sytuacji i delikatnych braków w wyszkoleniu pracowników fikcyjnego sklepu. Dużego znaczenia nie miało nawet to, że połowa z nich nie wiedziała gdzie skierować młodzieńca w celu uregulowania rachunku, ale to także dało się przezwyciężyć zwykłym, prostym, wojskowym opierdolem. 

Rachunki uregulowane, czarodziejskie krasnoludki odpowiedzialne za montaż zamówione, wszystko gra i buczy. Montaż. Ściana dzieląca kuchnię z pokojem jest bardzo cienka, więc remont w tym właśnie pokoju jest wstrzymany do momentu, aż krasnoludki nie ogarną całości w kuchni. Wiecie, na wypadek jakby swoimi czarodziejskimi wiertłami zrobili dziurkę na wylot. Okazało się, że założenie było słuszne, bo montując blat kuchenny tak właśnie było – nic się jednak nie stało, zaklejono plastrem dziurę i po krzyku. Malowanie później. 

Bum. Po wszystkim. Krasnoludki zgłosiły nawet, że jeden z elementów, karuzela, na której trzeba się huśtać i składać garnki, jest uszkodzona, więc nie było zbyt dobrej zabawy. Ikea, nasz fikcyjny sklep, przyjmie zwrot, przyśle nowego krasnala, który zrobi co należy, aby było diamentowo. Pojechali.

Nagle jak grom z jasnego nieba okazuje się, że w mieszkaniu stoi jeszcze jedna paczka – paczka ze stołem. Młodzieniec w euforii posiadania nowej kuchni z lustrem, w którym może przeglądać się i zakochiwać co chwilę w odbiciu, spostrzegł się kilka minut za późno. Krasnoludki pojechały, ale … Ikea przyjmie reklamację, zamontuje stolik i będzie ok. 

Czyżby? Okazuje się bowiem, że cały ten pierdolnik, to wymysł jakiegoś Gargamela, albo innego przeżartego żółcią skurwiela, który za nic ma obsługę posprzedażową i poprawianie po swoich krasnalach. Uprzedzam fakty, ale ciąg zdarzeń był taki, że reklamacja została przyjęta bez problemu, po drugim telefonie kontakt jednak się urwał. Po 3 tygodniach próba kontaktu ze strony młodzieńca zakończyła się odesłaniem po kilku kolejnych dniach gołębia pocztowego z przeprosinami, za brak kontaktu. Nie ustosunkowano się jednak nijak do samej reklamacji. Ponowne wysłanie ptaka i ponowne przeprosiny. I echo, jak w pustym łbie – czyli wręcz tak, jak u Gargamela i jego przydupasów. Jedna wielka pustka. 

Wsiadł więc młodzieniec na koń i miotłę, udał się do siedliska jełopów z Ikeowa. Po walce stoczonej z obrzydliwymi potworami udało się ustalić datę dokończenia usługi. 

No i kolejne rozczarowanie, bo jak ufać komuś, kto zaufaniem ograniczonym bardzo obdarzony być powinien – zajechałem Yodą, co? Ufać nie da się mu. Ot co. 

Nie dość, że kolejny krasnolud, który po dokładniejszych oględzinach okazał się być niczym więcej jak zwykłym ogrem, nie wiedział nic o montażu stolika (i naprawie zniszczeń, które by wykonał wiercąc w ścianie – malowanie i klejenie), to jeszcze przyjechał bez karuzeli, na której miał się powozić. 

Pominę kwestię pięknych słów, które młodzieniec wyrażał w stronę pracowników siedzących na stołkach i odpowiedzialnych za niezałatwianie spraw istotnych dla innych, dla Ikei już nieważnych. Wiecie, korpodpierdolenie i bełkot płynących z kretyńskich regulaminów – pomimo tego, że ustawowo 14 dni było na ogarnięcie reklamacji. 

W tym samym czasie gargamelowo kontakotwało się z młodzieńcem poprzez portal KsiążkoTwarzy twierdząc, że reklamacja została odrzucona i elementy, których w paczkach brakowało, nie zostaną dosłane – szkoda tylko, że pewnie zastosowano jakieś czarodziejskie zaklęcie, chyba Ignorus lub ChujWDupesKlientos, aby zapomnieć o tych elementach, które także w zgłoszeniu były. 

Rozwiązanie sprawy? Chyba król prawnik będzie musiał z jełpstwem rozmawiać, skrócić któregoś krasnala o łeb i to przy samej dupie, a komuś wyżej zrobić jesień średniowiecza, bo właśnie tam ze swoją usługą znajduje się Ikea. Pomimo nawet tego, że kruk krzyczy z wieży jełopów – w celu zagwarantowania najwyższej jakości usług, rozmowy wasze są spisywane przez skrybę. A chuja, nikogo nie obchodzi co masz do powiedzenia, Gargamel miesza w garnku pieniędzy, krasnoludki robią robotę nikomu (z zewnątrz) niepotrzebną, bo nieefektywną, karuzela kręci się dalej, a klient, w tym wypadku młodzieniec, może opierdalać śniadanie na ziemi.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWho cares kto co robi dla lansu?
Następny artykułHere’s a New Way to Take Better Photos for Instagram
Szczepan Radzki
Twórca treści. Dziennikarz. Entuzjasta komunikacji społecznej, promotor #jkdn i sneakerhead. Biegacz i golfista amator. Zakochany w rekreacji. Siódme poty pisarskie wylewa też tutaj - http://bit.ly/1vSJEbk i na TT (@szczepanradzki), a fotki pokazuję tu insta -> @szczepanradzki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here