Na przestrzeni lat moja waga jest jak gospodarka w Polsce – nie w kompletnej dupie, ale momentami można zaobserwować poprawę, radość i wszystkie inne oznaki życia.

A potem jest powolny, ale sukcesywny spadek – choć w zasadzie w moim przypadku wzrost. Nagle kraj, jego politycy, budzą się i mówią: trzeba coś poprawić, bo wiecie – by żyło się lepiej (tylko komu?).

I są plany. Myślenie – zrobimy to, zrobimy tamto, zreformujemy jedno, drugie, trzecie, wprowadzimy ulgi. I myślę i planuję i ja – zmienię dietę, wyłączę to i to z jedzenia, będę spożywał 4-5 posiłków dziennie, odstawię tłuszcze, dodam do mojego cyklu dnia ćwiczenia. No wiecie – by żyło się lepiej (tu wiemy komu – mi).

I co? I gówno. Aż sytuacja jest tragiczna. Mnie bolą nogi od wagi, a ciężaru gatunkowego nie wytrzymały nogi w Polsce i pojechały do UK, Norwegii, Australii, Hiszpanii etc.

Wziąłem się. Powiedzmy. Robię dietę, za cholerę nie chce mi się biegać, a jak pójdę, to jęczę, że już się zmęczyłem. Głowa ciągle myśli, że ciało jest w formie i nie pozwala zwolnić, zmniejszyć odległości. Polazłem na deskę (longboard) rozwaliłem achillesa. Szlag by trafił. Jem zdrowiej, ale oszukuję sam siebie, bo podjadam. Niby jest lepiej, ale w ogólnej perspektywie mało się zmieniło.

Brak sił i energii. Jak w Polsce – nawet po wyborach. Chuja się zmieni.

Jak jakiś trener personalny jest zainteresowany współpracą ze mną, to zapraszam, może on (ona?) zmotywuje mnie do 2-3 treningów tygodniowo, a w dłuższej perspektywie i 5.

Moje ciało jest jak nasz kraj. Jest, istnieje, ma potencjał i możliwości, ale jest zaniedbane i olane. Ono przeze mnie, Polska przez polityków.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here