No, dlaczego chodzisz do restauracji? Wiesz? Ja chodzę do restauracji świadomie i mam nadzieję, że ten tekst w pewien sposób poukłada schemat Twojego wychodzenia. Jest to prosty, żaden wybitny mechanizm.

Nie wiem jak Ciebie, ale mnie strasznie denerwuje wydawanie pieniędzy na modę. Pod każdą postacią i wcale nie chodzi tylko o odzież, z którą moda się może kojarzyć. Czym innym jest jednak wywalanie ich na styl, gdzie czuję radość ze spędzonego czasu.

Tak samo w odzieżówce, gdzie ostatnie dwa lata to ślepy pościg za beznadziejną modą i trendami, tak i w gastronomii restauratorzy lecą po bandzie. Mówiąc wprost, często oszukują klientów. Niezależnie od tego, czy to świadomie, czy też nie. Denerwuje mnie ten stan rzeczy, kiedy ktoś stara się mnie nabrać. Denerwuje mnie brak zachowania stosunku jakości do ceny, np. tak samo, jak przy produktach Off-White. Dostaję szału, kiedy ktoś tłumaczy swoją cenę usługą, a ta stoi na niskim poziomie. Dlatego nienawidzę chodzić do restauracji, choć uwielbiam jeść i przebywać poza domem i to właśnie w najróżniejszych lokalach gastronomicznych.

Emocje, dużo emocji. Niestety tych złych

Ale zaraz … dlaczego chodzę do restauracji? Wyjaśniam Ci w tym krótkim tekście, podkreślając delikatnie, co tak naprawdę wkurza mnie w gastronomii i uwypuklam jej grzeszki, które od długiego czasu pozostają tajemnicą poliszynela.

Powiem Ci, co przeżywam. Przeżywam bardzo często dramat, ale nie patrzę na restauracje z punktu widzenia wariata gastronomicznego. Patrzę oczami, które przez lata obserwują zjawiska socjologiczne, trendy i działania komunikacyjne.

Nie masz czasem tak, idąc do restauracji, że wychodzisz z olbrzymią frustracją i poczuciem źle wydanych pieniędzy? Często możesz, się też spotkać z niepewnością tego, co się wydarzyło. To początek frustracji spowodowanej głupim wydatkiem. Ok, są trzy powody, dla których chodzę do restauracji.

Pierwszy powód. Zaspokojenie potrzeby pierwotnej, czyli głodu

Pierwszy z nich jest bardzo prozaiczny. Jest także zarazem najważniejszy. Na Piramidzie Maslowa ten element zajmuje najniższe, ale i najistotniejsze miejsce, wśród potrzeb fizjologicznych. Chodzę do lokali gastronomicznych (bo nie nazywajmy ich restauracjami), aby zaspokoić głód.

W tej sytuacji nie szukam wyszukanych miejsc, gdzie muszę czekać godzinami na posiłek. Nie szukam obsługi, godzę się na wiele niedogodności. Te w tym, danym momencie, niedogodnościami nie są, bo na celu mam zaspokojenie głodu, nasycenie brzuszka. W takim miejscu nazwijmy je umownie, U Pani Jadzi, istotnym elementem jest też cena oraz wielkość posiłku. Zwykle przymyka się tu oko na jakość, choć ona, ze względu na raczej prostą kuchnię, jest zwykle zachowana na podstawowym i akceptowalnym poziomie.

Często słyszę na przykład, że śniadanie w okolicach 20 PLN, to dobra cena za ten posiłek. No nie, nie jest to dobra cena, bo dwa metry dalej można zjeść śniadanie za 6-9 PLN. Poszukiwanie takich knajp jest dla mnie dość ważne i znanie ich umiejscowienia, ratuje budżet domowy i niepotrzebne frustracje, kiedy na śniadanie dostaniemy serek, kanapkę i kawę za 19 PLN. I co ciekawe, nieco po napisaniu pierwszej wersji tego tekstu (jeszcze roboczo), rozmawiałem ze znajomą, która podejście do śniadań ma całkowicie odmienne niż ja. Woli chodzić do restauracji na śniadania, aby rano, zanim wejdzie w dzień, ktoś w cudzysłowie, skakał wokół niej w knajpie, niż potem, przeżywać to w trakcie np. lunchu.

Drugi powód. Zjeść smacznie – w dużym skrócie

I tutaj mijamy się kompletnie z 90% restauratorów, którzy oferują żarcie cholernie drogie, wydaje im się, że wyszukane, a tak naprawdę żadne. Opiszę tę sytuację obrazowo. Idąc do restauracji, zakładasz, że wydasz nieco więcej pieniążków niż w zwykłym barze, w którym jesz pierogi (zresztą, niektórzy serwują pierogi za 20 PLN i są one niezłe, ale dalej przesadzają z ceną). Wiesz to, bo chcesz skosztować czegoś innego. Chcesz dostać posiłek, na który przygotowanie nie masz czasu, nie umiesz go zrobić, albo nawet nie wiesz, że może istnieć. Patrzysz w menu, a tu kondon na kondonie. Dostajesz coś za 35+ PLN, czym ani się nie najesz, ani nie sprawia to żadnej, absolutnie żadnej przyjemności. W sumie wychodzisz z rachunkiem na 60 PLN i tylko kurwisz pod nosem z niezadowolenia.

Fine dining, który fine diningiem nie jest

Przykładem takiej kuchni jest pieprzony fine dining, który świecił swoje złote chwile jeszcze niedawno. A który tak naprawdę z tym rodzajem nie miał nigdy nic wspólnego. Tak, ja miałem bardzo często dysonans poznawczy, ktoś budował lokal tak, aby w pewien sposób mnie nabrać. W dalszym ciągu wiele miejsc stara się podać czipsa z buraka, ziemniaka czy czegokolwiek innego, do tego z jakimś teoretycznie wyszukanym mięsem. Ten wyścig wymysłów rozpoczyna się jednak od nazwy dania. Na końcu tej drogi, kilka chwil po wyjściu z lokalu, prosto w czoło wali Cię świadomość – moja mama te bitki wołowe to robiła od zawsze! Oczywiście nie jest tak, że to jedzenie jest niedobre. Często jest bardzo ok, ale tak samo często nie wzbudza jedynie poczucie wydanych pieniędzy.

Ah, wiesz z czego, wynika obecny problem gastronomii i kucharzy, którzy naoglądali się tych zasmarkanych programów o gotowaniu i myślą, że tworzą sztukę? W restauracjach, w których pracują, nie ogarniają baru, kiedy przychodzi więcej niż 3 gości jednocześnie. Tak, niejednokrotnie się z tym spotkałem.

Podobnie sprawa ma się z burgerami będącymi jednym z najbardziej oszukanych dań, jakie tylko mogą istnieć. Restauracyjne podawanie burgerów zrobiło się niesmaczne. Burgerownie stały się restauracjami, a serwują wątpliwej jakości, zapychające żarcie, za forsę z kosmosu. Tak, dobrze czytasz, za forsę z kosmosu. Problemem są też absurdalne kawiarnie, gdzie za napój płacimy jak za sztabkę złoża. Przy burgerach mam jeszcze inny problem. To jedzenie całkowicie straciło swój klimat, bo z ulicznego, fajnego, szybkiego zapychacza, stało się krawatowym zapychaczem serwowanym w restauracji.

Bez wątpienia to jest najgorszy segment restauracyjny i niestety na ten moment chyba największy. Jestem przekonany, że wiele osób po krótszym zastanowieniu, powie, że przynajmniej 6, z ostatnich 10 wyjść do podobnych miejsc, kończyła się rozczarowaniem, albo przynajmniej przeciętnym przeżyciem.

Trzeci powód. Element społeczny, czyli emocje chodzenia do restauracji. Tym razem te pozytywne

Wyjście do restauracji jest jedynie pretekstem do spotkania. Dla mnie najlepsze możliwe wyjście. Ma dostarczać pozytywnych emocji. I zwykle tak właśnie jest, bo (zakładam) wychodzimy z ludźmi, z którymi chcemy się spotkać, porozmawiać, pośmiać, spędzić czas. Jedzenie, w przeciwieństwie do punktu numer jeden, jest tylko dodatkiem. Nie zrozummy się źle, jest dodatkiem niezwykle istotnym, ale nie będzie stało tutaj na szczycie. Będzie pretekstem – zjedzmy indyjskie. Ważne też jest to, czego w wielu miejscach w Polsce dalej się nie rozumie – atmosfera, którą tworzy obsługa i sam lokal. Zrozum panie właścicielu, zrozum panie kucharzu, że idąc wydawać forsę w 10 osób, nie idziemy zjeść. Idziemy zjeść i być obsłużeni. Mamy się dobrze bawić w swoim towarzystwie, jedząc Twoje, przepięknie skomponowane, przepyszne potrawy. Byłem w restauracjach, w których tak jest i były to zarówno niedrogie bary, jak i wspomniane wyżej lokale serwujące przyzwoity cenowo fine dining, a także burgerownie.

Chodzi też o to, żeby lokal nie oszukiwał mnie i nie powodował dysonansu poznawczego. Wiesz, białe ściany, kieliszki do szampana i metal z głośników. No sorry, nie, to nie dlatego chodzę do restauracji.

Miałem okazje odwiedzać restauracje, które absolutnie dostarczały perfekcyjnej usługi. Tyczy się to praktycznie każdej półki cenowej, każdego rodzaju kuchni. W Nowym Jorku z całą ekipą byliśmy w lokalach, które nie przeszkadzały nam w cudownej rozmowie i wymianie doświadczeń. Robiono nam dobrze pod każdym względem – bo taka rola lokalu. Wystrój? Prosty, bez zbędnych udziwnień, bez zdobień, nie przesadzony, klasyczny. Było po prostu schludnie i ładnie. Jedzenie? Normalne i zarazem perfekcyjne. Nie wiedziałem, kiedy dolewano mi wina, kiedy nowe potrawy pojawiały się na stole i kiedy zabierano talerze.

Zaznaczam, że wychodzę często. Spotykam się z ludźmi w restauracjach, barach, koktajlbarach i może jestem spaczony. Przestało mi się podobać to, jak ktoś wykorzystuje modę. Oto dlaczego chodzę do restauracji. A w zasadzie dlaczego nie lubię do nich chodzić.

Jestem ciekawy Twojego zdania