KategorieSport

Proste, bezkosztowe pomysły promocyjne dla sportu

Stworzyłem mini-poradnik dla klubów sportowych, w którym znajduje się kilka pomysłów na szybkie i łatwe akcje promocyjne. Przeczytajcie wstęp. Całość (do ściągnięcia) jest dostępna na końcu wpisu.

Zastanawialiście się kiedyś co zrobić, żeby Wasi fani byli nieco bardziej zadowoleni? Ja tak bo …

Wchodzę. Klikam. Widzę info o meczu i … wielką pustkę. No czasami jeszcze wideo, albo jakiś pseudo wywiad.

Strony internetowe klubów sportowych nie oferują mi żadnej dodatkowej jakości informacji, żadnych treści, merytoryki, której chciałbym na tyle by ponownie pojawić się na tej witrynie. Info o meczu, relacja z niego i kilka zdjęć to stanowczo za mało. Tyle daje mi aplikacja TBL, którą odpalam, widzę 3 podstawowe info i wychodzę. Nie wchodzę na strony klubów koszykarskich z Polski z telefonu, ani iPada, bo … chyba żaden klub nie ma wersji responsywnej i muszę scrollować, pomniejszać, powiększać jak w średniowiezcu.

Nie będę jednak jeździł jak po burej – wiecie kim – zamiast tego, zaproponuję kilka rzeczy, które mogą sprawdzić się w działaniu. Znajdziecie tu i sprawy techniczne i projekty typowo komunikacyjne.

Btw, uprzedzając fakty, dalej jestem zdania, że używamy za mało hashtagów na Twitterze.

Niektóre z działań komunikacyjnych są prowadzone. Nie są one jednak standardem.

Ten krótki know-how został podzielony na dwie części – narzędziową i komunikacyjną.

Jako jednak, że promuję bloga, to treść jest dostępna w postaci mini-poradnika do ściągnięcia za link umieszczony na Twitterze lub Facebooku.

Kliknij po prostu w ten butonik poniżej :-)

Kasy nie ma i nie będzie

Krótki wypad do Barcelony i po powrocie do Polski cofnąłem się o kilka miesięcy. Pierwszy mail jaki odebrałem to informacja o tym, że dziś (27.11.2013) jest spotkanie komisji sportu we Wrocławiu i najpewniej koszykarski Śląsk ponownie nie dostanie pieniędzy na swoją działalność (mimo jakichś tam obietnic).

Gees. Powtórzę się w dużym skrócie – tak, generalnie uważam, że Śląsk finanse powinien dostać. Ale – i to bardzo istotne – miasto nie ma takiego obowiązku, aby dofinansowywać każdy sport w mieście. Powodów podawać nie musi.

Powtórzę się też w mniejszym skrócie, bo poniższe teksty (specjalnie nie redagowane), generalnie oddają dejavu, którego doświadczam.

Enjoy, jeśli ktoś nie czytał na moim pierwszym blogasku, Difensie.

Wrocław Śląska nie kocha – 21.05.2013

Według niepotwierdzonych do tej pory informacji – ćwierkałem o tym kilka dni temu – Wrocław nie da ani złotówki na koszykarski Śląsk Wrocław. Na Śląsk, który kilkanaście dni temu awansował do Tauron Basket Ligi i powrócił w należne sobie miejsce.

Obecnie nie wiadomo czy nieoficjalne przecieki, które twierdzą, że miasto nie da pieniędzy są równoznaczne z tym, że można zapomnieć także o jakiejkolwiek umowie barterowej ze spółką miejską Spartan i ewentualnym udostępnianiu hali Orbita za (teoretyczne) darmo.

Tak na marginesie, zarządzanie samą halą, chce podobno przejąć od Spartana firma Impel.Ciekawe jak zakończy się ta sytuacja.

Śmieszną jest natomiast sytuacja, z którą spotyka się koszykarski Śląsk Wrocław. Czasem mniej czasem bardziej umiejętnie skrywana niechęć miasta do tego podmiotu jest po prostu zabawna. Rozumiem, że magistrat wcale nie musi wspierać prywatnego podmiotu jakim jest WKS Śląsk Wrocław.

Rozumiem też to, że miasto nie musi dawać pieniędzy na sport zawodowy, bo przysłowiowy Kowalski (który w tym danym mieście płaci podatki) może chcieć, aby jego pieniądze zostały przekazane na operę, teatr, place zabaw dla dzieci czy ścieżki rowerowe.

To co dzieje się jednak we Wrocławiu absolutnie nie dotyczy kwestii niechęci do sportu obywateli tego miasta, nie dotyczy też tego, że miasto nie daje środków na sport zawodowy czy w ogóle na sport.

Sprawa dotyczy tylko niechęci do tego jednego podmiotu (miasto wspiera piłkę nożną, ręczną, siatkówkę i koszykówkę w WKK). Przypomnijmy sobie, że przecież Wrocław i Rafał Dutkiewicz, jeszcze dwa lata temu z wielką chęcią dzielili się miejskim budżetem z koszykówką. Tylko, że była to koszykówka, którą swoim nazwiskiem firmował Przemysław Koelner. I absolutnie nie można mieć pretensji do wrocławskiego biznesmena o to, że dofinansowanie przyjął. Można tylko zastanawiać się, dlaczego magistrat dawał pieniądze tamtemu podmiotowi i nie jest chętny na finansowanie Śląska firmowanego oficjalnie nazwiskiem legendy sportowej Wrocławia – Macieja Zielińskiego.

Kilka przedziwnych odpowiedzi usłyszałem. Podobno władze miasta twierdzą, że pieniądze dla WKK były przeznaczone na szkolenie młodzieży, a nie na sport zawodowy, a to jak zostały wydane, to już nie sprawa magistratu.

Piękny bullshit. Po co była więc konferencja – wracamy do ekstraklasy, miasto daje pieniądze.

Poza tym skoro więc miasto nie chce wspierać sportu zawodowego (co wiemy, że jest nieprawdą), rozumiem, że 12 milionów pożyczki na piłkarski Śląsk poszło na młodzież i boiska we Wrocławiu, 7.5 miliona ze Spartana (o czym ostatnio pisał dziennikarz Gazety Wyborczej Wrocław, Jacek Harłukowicz), przeznaczono na trawę na stadionie, a 4 miliony z MPWiK na tej trawy podlewanie.

Kupując jednak to, że miasto chce dać pieniądze na młodzież, zakładam się, że nie będzie żadnego problemu, żeby ekstraklasowy Śląsk przyjął pieniądze, które celowo będą przeznaczone na szkolenie grup młodzieżowych klubu.

Ciekawe jest też to, że miasto bardzo długo kupowało sobie czas, aby ogłosić decyzję o finansowaniu (lub nie) Śląska. Magistrat zwlekał, odpowiadał, że najpierw koszykarze musza wywalczyć awans, a wtedy będzie można rozmawiać.

Stało się więc bubu. Awans został wywalczony, więc ostatni kontrargument – brak ekstraklasy – został z rąk władz miasta wytrącony. Oficjalnej decyzji dalej jednak nie ma, a przecież można by się pochwalić – to nasi chłopcy, to Wrocław, my im pomożemy, bo chcemy być sportową potęgą. Po co jednak, skoro to jest gra ego, a nie dobra czy promocji miasta i sportu.

Z mocno nieoficjalnych informacji wiem, że w niedługim czasie mają być prowadzone jeszcze próby rozmowy z władzami miejskimi czy też członkami komisji sportu.

I wcale nie chodzi o to, że Śląsk żebra o pieniądze, bo bez wsparcia miasta sobie nie poradzi. Pewnie sobie poradzi, ale z przychylnością magistratu na sto procent będzie łatwiej.

Jak ewentualne rozmowy i próby uzyskania dofinansowania się zakończą? Przewiduję ciężką batalię, ale poczekajmy na rozwój wydarzeń.

Wielki klops zamiast Money-Gate – 04.06.2013

Mieliśmy doczekać się kolejnego, polskiego -Gate. Nazwa, którą moglibyśmy operować toMoney-Gate. Udział w niej biorą, choć nieco w cieniu, przedstawiciele koszykarskiego Śląska, całe środowisko koszykarskie we Wrocławiu oraz – po drugiej stronie barykady – władze miasta z prezydentem Rafałem Dutkiewiczem na czele.

Kilkanaście dni temu pisałem na blogu, że Wrocław Śląska nie kocha i nie da pieniędzy na ekstraklasową koszykówkę spod herbu Śląska.

Okazuje się, że samo nie w kuluarach nie wystarczy, bo władze Śląska Wrocław z Maciejem Zielińskim i Michałem Lizakiem na czele postanowiły wytoczyć ciężką artylerię i jak na prawdziwych wojskowych przystało, powalczyć o teoretycznie utracony teren.

Śląsk wytoczył ciężką artylerię – jaką, to już wszyscy doskonale wiedzą. W internecie pojawiły się już artykuły, które opisują całą sytuację, a na kanale Śląska na YouTube można zobaczyć nagranie z całej konferencji prasowej, którą klub zorganizował w poniedziałek 27 maja.

Prawdę mówiąc spodziewałem się, że po takim kategorycznym wypunktowaniu prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza, w mediach będzie się gotowało. Miałem wrażenie, że władze Śląska wkładają nieco kij w mrowisko, że będzie próba odparcia ataku ze strony miasta i w końcu, że ktoś spyta władz czy dały pieniądze, mają zamiar dać, czy w końcu nie chcą dać i pomóc koszykarskiemu Śląskowi.

A w lokalnych dziennikach i portalach internetowych pojawiły się tylko suche informacje – Śląsk chce, Śląsk buduje budżet, Śląsk dzwoni do Dutkiewicza.

Gdyby taka sytuacja spotkała – po raz kolejny – piłkarski Śląsk, lub jakikowliek inny klub T-Mobile Ekstraklasy, musiałbym prosić Zygmunta Solorza, aby jak najszybciej wprowadził nową usługę internetową i zamienił bardzo szybkie LTE na ultraszybkie (nieistniejące przecież) HSDLTE (czy jak tam się nie będzie nazywał następca LTE), bo dotychczasowe łącza nie dawałyby rady w dosyłaniu do czytników kolejnych informacji o tego typu akcji.

Prawdę mówiąć, takie sytuacje jak obecna, źle wpływają na moje zdrowie psychiczne i nerwy. To pokazuje dobitnie w jakiej sytuacji i kondycji znajduje się koszykówka w Polsce. Tą nie interesują się już nawet dziennikarze. Być może dlatego, że szef działu lub redaktor naczelny czy też wydawca powiedzieli – Koszykówka? Nie, tego nie damy na czoło.

Po Prokom-GateStelmach-GateHodge-Gate etc, mogliśmy mieć kolejny materiał, który pozwalałby koszykówce pojawić się na głównych sliderach (przynajmniej) portali sportowych. Informacje nie niosły by za sobą pozytywnego sentymentu, ale niestety, to właśnie te negatywne, nacechowane aferą, przebijają się wysoko.

Zamiast tego mamy wielki klops.

Oczywistym jest, że Śląsk stara się poprzez media wpłynąć na decyzję miasta i pokazać, że władze są be i nie chcą pomóc 17-krotnym przecież mistrzom kraju. Oczywistym jest, że wiele osób ze stolicy Dolnego Śląska nie zgadza się z tym, aby miasto dawało pieniądze na Śląsk. Jeszcze inni jeszcze upatrują w tym walki politycznej i skoro tak jest, niech na ten Śląsk pieniądze wykłada nie miasto, a druga strona tej walki.

Każda z tych osób jakieś jak i swoje racje ma, ale cała sytuacja sprowadza się tylko do jednego.

Jeśli zostawimy całą wojnę poza nami, jeśli zostawimy ją tym, którzy chcą w nią grać i pomyślimy tylko o sprawach sportowych. Tylko o tym, że na parkiety ekstraklasy wraca wielokrotny mistrz Polski. Drużyna, która wyprzeda hale w obcych miastach i my chcemy po prostu oglądać odradzającą się we Wrocławiu koszykówkę, a w najbliższej przyszłości może i walki o tytuł, VTB, Euroligi.

Jeśli pomyślimy o tym, że być może jest to początek zmian w polskim baskecie i (miejmy nadzieję) początek przywrócenia koszykówce statusu sportu dla 2 milionów Polaków, a nie 17 tysięcy, to może zdamy sobie sprawę z tego, że taka cisza, obojętność i wytykanie palcami kolejnych politycznych napierd*&# pomiędzy facetami spoza naszego zasięgu prowadzi do niczego innego, tylko jeszcze większego zapomnienia o tym najpiękniejszym na świecie sporcie.

Wolałbym więc, aby w na Dolnym Śląsku i w całej Polsce w powietrze wyleciała bomba o nazwie Money-Gate, niż tą przerażającą ciszę oznaczającą pustkę.

Nie biegaj ze sportowcem

Nie biegaj ze sportowcem – te kilka słów mógłbym tu wypisać złotem.

To był ten pierwszy raz, który nie jest jak pierwszy raz. To był ten pierwszy raz, który powoduje, że chcesz więcej, bo wydaje ci się, że jesteś w tym dobry. A potem, za drugim razem, jesteś flakiem i nie dajesz rady.

249137_10151930531019313_501499147_n

Nie biegaj ze sportowcem, to nie jest najlepszy pomysł. Jeśli uważasz, że doda ci to splendoru, jeśli pokażesz jaki wielki czy też jaka wielka nie jesteś, to jesteś w błędzie. To nie ujma na honorze, że odmówisz sportowcowi wspólnego wyjścia i przebieżki. To ratunek twojego honoru.

Już? Naprawdę kończymy? 

Takie słowa padły z moich ust po pierwszym bieganiu z Radkiem Hyżym. Nie biegliśmy ani szybko, ani daleko, ani wybitnie długo. Relaksujący jogging w wolnym od treningu dniu Radosława. I chyba tymi dwoma pytaniami mocno się naraziłem, bo drugi raz nie był już tak wspaniały.

Nie dość, że już od startu narzuciliśmy większe tempo niż ostatnio (cwaniak był po obozie przygotowawczym), to jeszcze biegaliśmy dłużej, dużo dłużej. A ja po chorobie, wypluwałem flaki udając, że wszystko jest w porządku i radzę sobie świetnie. Co gorsze, moje nogi mogły i chciały, płuca jednak wydawały krótkie i treściwe polecenie – fajrant na dziś.

Ale nie mogłem się poddać, kulturalnie i jak gdyby nigdy nic spytałem tylko – biegniemy dalej. Usłyszałem bolące i frustrujące – tak.

Nie biegaj ze sportowcem. On będzie się uśmiechał, kiedy ty językiem będziesz próbować złapać sznurówkę w bucie. Nie biegaj, bo on będzie mówił, opowiadał ciekawe historyjki, ale i tak nic nie zapamiętasz, bo mózg pulsuje ci w rytm policyjnych syren, a krew krąży już tylko w okolicach serca. Reszta ciała jest po prostu martwa i porusza się tylko dzięki nadanemu mu wcześniej pędowi.

Ale Radek to nie był mój pierwszy raz ze sportowcem. Bo kilka lat wcześniej miałem okazję biegać z innym sportowcem, byłym, ale będącym w znakomitej formie. To też był błąd. Ogromny.

Przy spokojnym biegu zmierzyliśmy sobie puls. Jego – 128 uderzeń na minutę. Mój – 189. Kilkanaście sekund później ta wartość skoczyła o kolejne osiem. Jeszcze chwila i miałbym darmową taksówkę z literką R na przedzie. W najlepszym wypadku pojechałbym linią mniej ekspresową z literką A.

Nie biegaj ze sportowcem. Ich organizm jest nieco inny niż nas, zwykłych śmiertelników, którzy jedzą w McDonaldzie i raczą się piwem. Ich organizm nie dość, że jest w stanie przyjąć niewiarygodne ilości wódki, to jeszcze rano przebiegnie kawałek maratonu i pojeździ na rowerze. Mój po nocnej eskapadzie może ewentualnie upaść pod prysznicem.

Nogi bolały mnie trzy dni. Jak nigdy, a znowu nie przebiegliśmy ani dużo, ani długo, nic nadzwyczajnego, żadnego rekordu, żadnego przekraczania granic.

Nie biegaj ze sportowcem – to złota rada tego wpisu. Umawiam się więc z kolejnymi dwoma na wspólne joggingi.

Enjoy.

TBL: Obowiązujące hashtagi

Dwunastego września, dokładnie miesiąc przed startem nowego sezonu Tauron Basket Ligi powstał wpis o hashtagach dla Tauron Basket Ligi.

Gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi, chcę uporządkować komunikację na Twitterze, Facebooku, Instagramie, tak aby łatwo nam było wyszukiwać potrzebne informacje dotyczące klubów i samej ligi.

Od czasu powstania pierwszego wpisu, aż do dzisiaj pojawiło się od Was kilka propozycji. Udało mi się porozmawiać o tym temacie także z przedstawicielami ligi i związku. Uważają pomysł za trafiony i również podrzucili swoje pomysły na hashtagi.

Znaczniki, których będziemy używali mają być proste i oddające ducha tego o czym mówimy. Mają być zrozumiałe i nie dublować się z innymi … padła więc propozycja, aby zunifikować hashtagi. Powstałoby coś na kształt #SlaskW, #AnwilW, #AZSK, #TreflS, #RosaR. Rozumiecie, nazwa zespołu i pierwsza litera miasta.

Fajne, ale nie kupuję tego z jednego powodu – są znaczniki, które funkcjonują i są idealne do zespołu. Np. Anwil, Trefl, Turów nie ma konkurencji.

Idę więc na kompromis i liczę na to, że mu przyklaśniecie. Funkcjonujące w obszarze koszykówki i nie używane przez nikogo innego hashtagi pozostają bez zmian, te, których szukaliśmy, tworzymy według powyższego wzoru.

 

[legend title=”Oto hashtagi tego sezonu!” style=”1″]

#TBLPL – Tauron Basket Liga

#Anwil – Anwil Włocławek

#AssecoG – Asseco Gdynia

#AZSK – AZS Koszalin

#CzarniS – Energa Czarni Słupsk

#Kotwica – Kotwica Kołobrzeg

#Turow – PGE Turów Zgorzelec

#Polpharma – Polpharma Starogard Gdański

#RosaR – Rosa Radom

#Siarka – Jezioro Siarka Tarnobrzeg

#Stelmet – Stelmet Zielona Góra

#Trefl – Trefl Sopot

#SlaskW – WKS Śląsk Wrocław

[/legend]

tbl_logo_2011

33 121 762764 765 11567 98 117769 112 110

Uprzejmie proszę o dzielenie się powyższym wpisem, chcę aby jak najwięcej osób korzystających z Twittera, Facebooka zaczęła używać #, podobnie jak to było w przypadku #EBPL.

Mam nadzieję, że kluby również podchwycą inicjatywę i podzielą się w swoich mediach społecznościowych powyższym zestawieniem.

Srebrni Chłopcy Zagórskiego

Nie byłem w stanie wymyślić bardziej przyciągającego tytułu. To po prostu niemożliwe, bo te trzy słowa, które tam zamieściłem są najważniejszymi słowami ostatnich 50 lat.

I nawet nie wiecie jak bardzo cieszę się, że we Wrocławiu w sobotę zaczyna się turniej, podczas którego ośmiu graczy i trener Zagórski, zasiądą na trybunach Hali Ludowej.

To już trzecia recenzja ksiązki Marka i Łukasza Ceglińskich, którą napisałem. Pierwsza powstała dla MVP Magazyn, druga dla portalu Wroclaw.pl, a trzecia, opublikowana w pierwszej kolejności, na moje prywatne potrzeby.

Łukasz mówi mi, żebym już przestał. Ja mówię, że kontaktuję się z ESPN i Sports Illustrated, aby i tam pojawiły się informacje o Srebrnych Chłopcach Zagórskiego.

Dlaczego? Bo bez dwóch zdań ta książka jest jednym z najważniejszych jasnych punktów ostatnich lat jeśli chodzi o koszykówkę w Polsce. Nie tylko przypomina nam o tym, że Polska zdobyła kiedyś srebrny medal Mistrzostw Europy, nie tylko przedstawia nam tych wspaniałych i wielkich zawodników, których – GWARANTUJĘ – sporo osób nie zna nawet nazwisk, nie tylko pokazuje czasy i realia w jakich wtedy się żyło, ale też pozwala nam poczuć atmosferę jaka towarzyszyła kadrze Witolda Zagórskiego.

Płakałem, śmiałem się, denerwowałem, podziwiałem. Opisy tego jak Inżynier Olejniczak krył słynnego Radivoje Koraca są taktycznym majstersztykiem. Historie z życia absolutnie każdego z tych koszykarzy, powinny być wykładane na zajęciach z socjologii, politologii i historii. Przykład Witolda Zagórskiego, trenera którego chwalili Hubert Wagner i Kazimierz Górski, to przykład długofalowej pracy z jednym zespołem – świetny trener (i jak mówi Łukasz rewelacyjny człowiek) pracował z kadrą … 14 (!) lat.

Czy ktoś z Was wiedział, że Wrocław jeszcze chwilę przed Mistrzostwami Europy w 1963 roku był miastem zamkniętym? I nie z powodów politycznych, ale dlatego, że w mieście panowała ospa. Oczywiście, że wiedział, bo od trzech miesięcy dużo mówi o tym Łukasz Cegliński. Gdyby nie on i jego tato Marek, zapewne pamiętaliby o tym tylko ci panowie, którzy zakładali na szyję  srebrny medal Eurobasketu.

Wiecie co znaczyła koszykówka w tamtych czasach? Powiem tyle – piłka nożna, która w tym momencie stoi w świetle reflektorów, mogła prosić choćby o jeden drobny snop światła, którym oświetlana w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była koszykówka made in Poland. Gwiazdami, celebrytami, elegantami, wyznacznikami mody, stylu i szyku, a także tymi cool gościami, którzy zwiedzali świat byli wlaśnie koszykarze. W kosza grali przyszli aktorzy, politycy, prezesi i właściciele film, znakomici dziennikarze.

Po prostu elita. Ale nie tak jak teraz, elita nocnych klubów, balang, densingów i pokazywania się w nowych furach, wśród półnagich lasek przysłanych przez sponsorów. Oni byli ELITĄ, która udowadniała to w pierwszej kolejności na parkiecie. Dla których właśnie to było istotne, reprezentowanie kraju, wygrane, bez zbędnego gadania.

To oni, znajomi Billa Russella, Reda Auerbacha i innych wielkich nazwisk historii NBA. Oni, przez tych graczy i wielkich trenerów doceniani i również podziwiani.

Nie jestem w stanie wymienić wszystkich historii, jakie przeczytałem w książce Marka i Łukasza Ceglińskich, bo wiedzy jest w niej niemal tyle co w encyklopedii.

Wiem natomiast jedno – dzięki Srebrnym Chłopcom Zagórskiego jestem człowiekiem bogatszym i bardziej świadomym tego jak wyglądała koszykówka w Polsce, jak wiele znaczył dla nas ten sport oraz jak dużo zawdzięczamy Witoldowi Zagórskiemu i jego kadrze.

Za to serdecznie dziękuję, autorom publikacji i przede wszystkim tym, których historia została w książce opisana. Jesteście wielcy Panowie. Wszyscy.

 

Radosław Hyży: Jaki sens ma sport?

Ta rozmowa trwała blisko cztery i pół godziny. Chciałem porozmawiać z Radosławem Hyżym szczerze, o życiu o problemach go trapiących. Rdzeniem tej rozmowy nie był sport, a człowiek i życie, sport to tylko dodatek. Mam nadzieję, że udało się to chociaż w drobnej części.

W wywiadzie nie ma wzmianek o hazardzie (drobnych, nic nie znaczących, gdyby kogoś temat zaczął w tym momencie ekscytować), freedivingu, rozmowy o tym dlaczego pracujący w restauracjach nie szanują tej pracy, długich wywodów na temat Tima Duncana, idola Radosława. Nie ma też dziesiątek innych fragmentów, które Radosław tak znakomicie wplata wszędzie gdzie się tylko da.

Starałem się wyłowić te najciekawsze momenty i przełożyć je na papier, a i tak boję się, że dwadzieścia tysięcy znaków może okazać się barierą nie do przejścia.

Będąc w jednej trzeciej chciałem dzielić rozmowę na części. W tym momencie, gdy patrzę na całość, nie wiem w jaki sposób tego dokonać. 

Mam nadzieję, że się spodoba. Enjoy!

Szczepan Radzki: Lubisz parki i naturę? Spotkaliśmy się w Parku Grabiszyńskim we Wrocławiu

Radosław Hyży: – Tak. Nie rozumiem nawet czemu dziennikarze jak chcą ze mną rozmawiać, to zapraszają mnie do knajpy, albo co gorsze do galerii handlowej. Zobacz jak tu jest pięknie. Bardzo niechętnie spotykam się gdzieś w zamkniętych pomieszczeniach i tak samo jak dziennikarze patrzą na mnie dziwnie, gdy chcę iść do parku, tak ja patrzę na nich dziwnie jak proponują mi jakieś centrum handlowe.

To prawda, ale czemu akurat parki, czemu natura? Podobno można często spotkać cię właśnie w takich miejscach. 

– Lubię to. Mogę tu spokojnie pomyśleć.

Wszędzie gdzie byłeś tak było? 

– Tak. Miałem swoje ulubione miejsca we Francji, tu we Wrocławiu mam, lubiłem parki w Kwidzynie. O tam, to była rewelacja, bo to był w sumie chyba taki dziki park. Wiesz, normalnie las.

I podobno znasz wszystkie wiewiórki. 

Znam. I one znają mnie, nadaję im imiona.

Nie chcę rozmawiać z Tobą o koszykówce. Przynajmniej w tym momencie. Chciałbym porozmawiać o Tobie, o życiu, zmienić nieco rdzeń rozmowy. Nie traktować koszykówki jako tego centralnego punktu życia, tylko pewnego elementu, który jak wiemy jest nieodłączny.

To co chcesz wiedzieć?

Kim jest Radosław Hyży? Jakim jesteś człowiekiem, bo tak naprawdę znamy cię tylko z parkietu. 

– Jest w sumie dwóch Radosławów. Ten z parkietu i ten spoza niego.

Szczepan, mam prośbę. Bo w sumie myślałem, że zejdzie nam nieco szybciej, ale ty zawsze dajesz mi się wygadać, co nie jest bezpieczne, a do tego też jesteś gadułą i ja muszę iść, bo jestem umówiony do fryzjera.

Jasne, skończymy kolejnym razem. Podwieźć cię?

– Jak możesz, to chętnie.

Przerwa, która nastąpiła w tym miejscu urodziła kolejne elementy do rozmowy i trwała nieco dłużej niż jeden szybki scroll myszką. :-)

Wiesz gdzie skończyliśmy ostatnio? Nasza rozmowa trwała około półtorej godziny.

– Tak. Na pierwszym pytaniu.

Ale jak zwykle poruszyłeś w jednej odpowiedzi kilkanaście wątków, które miały paść w dalszej części tego wywiadu i prawdę mówiąc trochę obawiałem się tego, że zabraknie mi materiału, o który chciałem zapytać. Trochę poza protokołem rozmawialiśmy o filozofii.

– Tak i w sumie tak się zastanawiałem w domu nad tym co ci powiedziałem. Doszedłem do wniosku, że za bardzo się otwieram.

A otwierasz się za bardzo?

– Nie pamiętasz już naszej rozmowy w samochodzie? (śmiech).

Pamiętam i w sumie nie zdziwi cię chyba, to że i mi i kibicom to się podoba. 

– Pewnie nie wszystkim, ale lubię się otwierać, być szczerym, mówić to co myślę. Lubię budować relacje z rozmówcą, tak jak już wspominałem lubię spotkać się w miejscu, gdzie czuję się komfortowo. Park, o który pytałeś jest dla mnie idealny. Zapominam tylko podczas takiej rozmowy, że to o czym rozmawiamy zostanie opublikowane. Świetnie rozmawia mi się np. z Piotrem Pietraszkiem, to są najlepsze rozmowy, ale później się ich wstydzę.

Jest czego?

– Uważam, że nie powinienem się aż tak mocno otwierać. Widzisz, to jest walka między jednym, a drugim Radosławem. Jeden uważa, że warto być szczerym, wrażliwym człowiekiem. Dlaczego nie odpowiedzieć szczerze na pytanie. Z drugiej strony Polska chyba nie jest do końca gotowa na niektóre rozmowy.

Dlaczego?

– Bo boimy się śmieszności, boimy się trudnych pytań. Boimy się mówić o małżeństwach homoseksualnych, boimy się podejmować decyzję, bo ktoś, jakaś grupa nas znienawidzi. Przykład sesji Agnieszki Radwańskiej dla magazynu EPSN Body Issue. Nie rozumiem o co tym wszystkim ludziom chodziło. Mi się to podobało. Moi koledzy śmieją się, że Agnieszka mi się podoba. Ja obserwuję ją od osiemnastego roku życia…

… twojego czy jej?

– (śmiech) jej. Przecież to była bardzo dobra, fajna sesja.

I w zasadzie dla prestiżowego magazynu.

– Dokładnie. A z drugiej strony kobieta ma prawo pokazać się w jakiejś innej gazecie, CKM, Playboy. Dlaczego nie? Tylko bez Photoshopa proszę, bo tego nie jestem w stanie strawić. My musimy robić tak, żeby to odpowiadało wszystkim, bo ktoś, jednostka, grupa społeczna, będzie niezadowolona. Każdy ma prawo mówić i robić co chce, ma prawo mieć własne poglądy, ale istotą jest tutaj to, żeby nie przeszkadzać innym, nie chce nikomu zrobić krzywdy. To dlaczego moje wyobrażenie o świecie ma ktoś na siłę zmieniać? Dlaczego my staramy się być świętsi od świętych?

Co sądzisz o adopcji dzieci przez pary homoseksualne?

– Rozmawialiśmy o tym trochę ostatnio. My nie kontrolujemy zwykłych małżeństw i tam często dzieją się dantejskie sceny, wykorzystywanie seksualne i tym podobne tematy. Ale jeśli chodzi o pary homoseksualne, to chcemy aby tam wszystko było jak najświętsze. Zaglądamy im gdzie się tylko da i wtrącamy się w życie prywatne. Nie rozumiem szumu wokół całego tego procederu. Podam przykład. Jak chcesz jeździć autem, to musisz mieć pozwolenie, czyli prawo jazdy, jak chcesz być spawaczem musisz wyrobić sobie pozwolenie, jak chcesz latać samolotem podobnie. A jak chcesz być rodzicem to nie. Każdy może nim zostać. Odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, młody, stary, głupi, mądry, rudy, blondyn i tak dalej. No nie ma testów. Dlaczego więc mamy uważać, że małżeństwo pana z panią będzie lepsze niż pani z panią, lub pana z panem? Wiemy przecież, bo widzimy co się dzieje, że wychowywanie dzieci nie stoi na najwyższym poziomie.

Czuję, że będziemy na językach za to co tu pada. Tolerujesz homoseksualizm?

– Tak. Nie mam nic przeciwko, bo to nie moja sprawa kto z kim sypia. Nie rozumiem jednak dlaczego oni mają taką potrzebę manifestacji, ekspresji samych siebie. No nie pojmuję. Ja jestem hetero, ale nie chodzę na marsze, żeby podkreślić swoją orientację seksualną. Niech się nawet całują publicznie, ale wiec czy manifestacja z tego powodu mnie śmieszy.

Mówimy o sprawach, które mogą spowodować, że o naszej rozmowie będzie głośno, ale takich problematycznych i dość delikatnych sytuacji jest nieco więcej, np. Igrzyska Paraolimpijskie, które niecały rok temu były tematem numer jeden w mediach.

Mam inny przykład – Mistrzostwa Świata bezdomnych. Nie pamiętam w czym, ale … śmieszy mnie to, trochę jest to śmiech przez łzy, bo dlaczego tym bezdomnym po prostu nie pomóc, tylko organizować jakieś wielkie, nadmuchane zawody sportowe? Telewizja to lubi, a tak jak mówisz ta Paraolimpiada.  Ja jestem krytykiem tej imprezy, bo przekroczona została pewna granica.

Jaka?

Jaka jest idea tej imprezy? Konsolidacja środowiska, udowadnianie samemu sobie i światu, że możemy, to jest ich rehabilitacja. Ja nie kupuję tego, żeby tam chwalić się wynikami, żeby medale były istotne. Po prostu tego nie kupuję, cel jest, a przynajmniej był inny.

Ale nie możemy im zabronić rywalizacji, nie możemy im zabronić funkcjonować w sposób jaki chcą, kiedy nie robią nikomu krzywdy.

Był taki moment, który powiedział mi, tzn. głowa mi powiedziała w tym momencie, że coś jest nie tak. Chodzi o to, że w tamtym roku złapano paraolimpijczyków na dopingu. Ale sport zawodowy też przegiął. Przekroczyliśmy granice, chodzi o to, że teraz ci sportowcy są tworzeni, robieni prawie, że w próbówkach. No ja takie coś oglądałem w filmach science-fiction, a tu już coś takiego się dzieje.

- Powiedziałeś to już, naprawdę jest Ciebie dwóch?

– Tak. Przynajmniej często tak mi się wydaje. Radosław z parkietu, który jest tym takim trochę nerwowym, a na pewno nerwowo reagującym zawodnikiem, który musi nadrabiać swoje braki i ten który siedzi w parku, rozmyśla, zastanawia się.

A ja mam wrażenie, że tu chodzi o coś innego. Spytam wprost, bo znamy się już tyle, że wiem, że się nie obrazisz, a przynajmniej nie powinieneś.

 – Zobaczymy o co zapytasz (śmiech).

Czemu zachowujesz się na parkiecie jakbyś tracił rozum i kontrolę nad sobą?

– Ludziom się tylko wydaje, że ja nie wiem co się dzieje, że jestem w jakimś amoku. A tak nie jest, ja jestem zdenerwowany, ale nigdy nie straciłem nad sobą kontroli. (Chwila przerwy). No nigdy nie straciłem. Robiłem głupie rzeczy, ale nigdy takie, których nie pamiętałem czy były spowodowane narastającą we mnie agresją.

A chciałeś kiedyś zrobić jakiemuś przeciwnikowi krzywdę?

– Nie. Faulowałem ostro, mocno, w nerwach, ale nigdy po to, żeby komuś połamać kości, czy coś innego zrobić. Nie jestem wariatem, choć czasem może i takie wrażenie sprawiam, no bo jak oglądałem wideo z meczu, to faktycznie wyglądało to tak, jakbym wszedł na inny poziom świadomości.

To skąd wzięły się te zaczepne zagrania, prowokowanie?

– Taka była moja filozofia gry, sfaulować mocno, tak żeby przeciwnik czuł. Nie podoba mi się to, że teraz przepisy idą w takim kierunku w NBA i FIBA, że zabrania się gry kontaktowej. Nikt nie kupuje mięczaków. To jest sport, rywalizacja, po parkiecie biegają dwumetrowi faceci. Tyle lat ile oglądam koszykówkę nie przypominam sobie, żeby mocny faul zrobił komuś krzywdę.

Ok, ale jak schodzisz z parkietu, to czasami mam wrażenie i pewnie nie tylko ja, że za chwilę w drzazgi zamienią się plastikowe krzesełka, a ktoś straci zęby.

– Wiedziałem, że tu uderzysz. Ludzie często tak właśnie patrzą. O, on rzuca czymś. Butelką na przykład. A ja czytałem u znanych psychologów, że to jest bardzo dobre wyładowanie frustracji.

Tak zwane rozładowanie agresji wprost. Tak przynajmniej mówił mi kolega psycholog.

– Chyba tak. Ja np. po minucie w takiej sytuacji jestem już spokojny. Walnę, bo coś mnie tam na parkiecie zdenerwowało. Problem zaczyna się jak taki gracz, np. ja, nie umie się uspokoić. No ale ja umiem, kiedyś sprawiało mi to więcej problemów, ale już teraz nie. Ludzie zawsze myśleli, że ja jestem szalony, a tak chyba nie jest (śmiech).

Sam nie jestem oazą spokoju, są jakieś ćwiczenia, które mogą pomóc się uspokoić?

– Tak. Idziemy na pole kukurydzy, jęczmienia, owsa czy co tam znajdziemy, ale ważne, żeby nikogo nie było w pobliżu. I wykrzykujemy przez krótszy lub dłuższy moment wszystkie rzeczy, które przyjdą nam na język włącznie z wyzwiskami. Stosowałem to na sobie i zobaczysz, że po jakimś czasie następuje cisza. Wszędzie.

Gdzie krzyczałeś?

– Po raz pierwszy jak grałem w Prostojewie. Źle mi było, każdy z nas ma coś takiego, kogoś obwinia. Ja kierowałem te uwagi w swoją stronę, że nie umiem się poskładać, że czegoś mi się nie chce. I z czasem krzyczałem coraz krócej i krócej. Nagle tylko minutę i zrozumiałem, że już nie mam po co krzyczeć. Nie mam w sobie ani złości, ani nienawiści, ani do kogoś pretensji.

A ostatni raz kiedy?

– Półtora roku temu?

Jesteś odważnym człowiekiem? 

– Nie. Dla mnie odwaga to piękna cecha, którą widzę w telewizji i na wojnie. Na wojnie trzeba, bo jak masz zginąć, to lepiej chyba walczyć i zrobić wszystko, żeby obronić swoje życie. Ja uważam, że nie jestem odważny, nawet nie wiem jak miałbym to sprawdzić.

A podpisanie kontraktu w drugiej lidze, kiedy jeszcze chciało cię mieć u siebie kilka zespołów ekstraklasy, to nie odwaga?

To był rozsądek z małą, minimalną ilością odwagi. Wiesz, kupiłem mieszkanie we Wrocławiu, chciałem się związać z jakimś klubem na dłużej, a tutaj już grałem i strasznie mi się to miasto podoba, lubię je. Dużo rzeczy miłych mnie tu spotkało, więcej niż tych niemiłych. Gdzie więc miałbym podpisać kontrakt?

No i masz słabość do Wrocławia. Zawsze miałeś. 

– Pamiętasz? Chyba pamiętasz te moje historyjki, które sobie zawsze wyszukiwałem. Pierwszą był ten Ino-Wrocław, no bo chciałem grać we Wrocławiu, potem Włocławek.

Raczej mówię o Maćku Zielińskim, twoim idolu. 

– To nie tak, że to mój idol. Bardzo go cenię, lubię. Kilku trenerów zawsze mnie za to krytykowało. A tu chodzi o kibica, wiele osób mi mówiło, że ja kibicom wchodzę do dupy. Bzdura. Mi się zawsze podobało to, że Maciek miał i dalej ma niezwykły kontakt z fanami. Chciałbym umieć tak jednać sobie fanów, tak łączyć, że z meczu koszykarskiego robił się prawdziwy spektakl. Widzisz zdjęcia z tego okresu i patrzysz na twarze tych ludzi, szczęśliwych, rozemocjonowanych. Wiesz, było kilku lepszych koszykarzy niż Maciej, np. Adam czy Dominik. Ale to Maciek powodował, że kibice rozpalali się na trybunach.

I mogliśmy oglądać – mówiąc nieco na wyrost – pewnego rodzaju dynastie. Teraz ciężko kibicuje się w Polsce, gdzie nie ma się do kogo przyzwyczaić.

– A teraz masz problem, bo nie możesz oglądać tego jak poszczególni zawodnicy się rozwijają, jak się zmieniają, jak organizacja dorasta.

Tak. I boli mnie to.

– A to jest wina rodziców. Tak uważam. W Anglii jak dziecko ma roczek, to dostaje koszulkę zespołu, któremu kibicuje tatuś. Mnie tato zabierał na Goplanię Inowrocław, mama uszyła nam takie fajne rzeczy, żebyśmy kibicowali i czuli się związani. No bo nie było wtedy nic za bardzo. Siadaliśmy, kibicowaliśmy. My nie zarażamy do sportu młodszych pokoleń. W wolnym czasie chodziliśmy kopać piłkę. U mnie było tak, że tato spytał jaką dyscyplinę chce uprawiać mój starszy brat. Wybrał piłkę nożną. Ja usłyszałem to samo pytanie, wybrałem tenis ziemny. To rodzice mnie wozili, to oni decydowali o tym, że stracą swój cenny czas po to, żebym ja miał jakąś pasję, coś robił. W telewizji oglądaliśmy imprezy sportowe, a nie jakieś wygłupy. Mama była pokrzywdzona, ale czytała książki i tym nas zaraziła. Tego brakuje, żeby ludzie interesowali się jakąś dyscypliną, wciągali w to swoje dzieci.

Ale to chyba nie jedyny problem, bo jest mało godzin wychowania fizycznego w szkołach, do tego chyba trochę tym razem ja wyprzedzę twoje myśli – nie ma też relacji uczeń – mistrz.

– Tak, twoje ulubione San Antonio Spurs i ich trener to znakomity przykład takich relacji. Zobacz ilu Greg Popovich wydał na świat trenerów. Popatrzmy na relacje np. w sztukach walki, popatrzmy na naszych kulomiotów czy dyskoboli. Tam latami pracuje się z jednym trenerem.

Posmutniałem jak myślę o tym jak wygląda to w koszykówce. Szczególnie tej u nas.

– Prawda? Przecież przez dziewięć miesięcy to nie ma opcji, żeby poznać zawodnika na tyle, żeby z tego był jakiś sens. Bo tu nie chodzi o to, żeby tylko grać i spotykać się na parkiecie. Czasem trzeba czegoś więcej. Ja przynajmniej chcę być takim właśnie trenerem.

Właśnie, jakim będziesz trenerem? 

– Odpowiedź jest tak samo trudna jak na pytanie jakim będę człowiekiem za rok.

Spytam inaczej, co będzie jak trener Radosław Hyży spotka na swojej drodze takiego zawodnika jak Radosław Hyży? 

– O bardzo bym chciał! (Śmiech). Kiedyś trener z Czech powiedział mi, że on bardzo mnie lubi, bo spotkanie ze mną powoduje, że on jest lepszym człowiekiem.

Skromnie.

– Zgadzam się (śmiech). Ale poważnie, to było bardzo miłe co powiedział. Mówił też, że spotkanie z każdym człowiekiem powinno powodować, że stajesz się lepszym.

Czy my dalej rozmawiamy o relacjach trener – zawodnik? 

– Tak. A najgorzej to spotkać kogoś takiego, kto jest … bez reakcji. Nie wiesz czy trening jest dobry, czy zły. Nie wiesz czy mu się podoba, czy nie. On po prostu robi, bo chce dostać swoje pieniądze i mieć święty spokój. Ten to się ma w grobie, a życie krąży, musi zaskakiwać, musisz sobie radzić z problemami.

Wrócę do mojego pytania o relacje na linii Hyży – Hyży, bo znowu odpłynąłeś. 

– Dobrze wiesz, że tak mam, ale ok, odpowiem konkretnie. Na pewno by iskrzyło. No ale ja bym chciał najpierw wiedzieć jak mój zespół by grał, bo np. takich graczy jak ja to ja cenię, ale nie chciałbym ich mieć w zespole.

Niezbyt odważny Radosław mówi tak odważne rzeczy? 

– No tak, bo mi podobają się inne rzeczy niż te, które ja robię wynikające z moich ograniczeń. Ja lubię zawodników szybkich, skocznych, takich co umieją trafiać do kosza. Ja nie umiem ani jednej z tych rzeczy. Jestem waleczny, rzucę się na parkiet po piłkę. Fajnie, ale dużo by taki gracz u mnie nie zarobił. Kolego, no musisz znać swoje miejsce. Ja jestem zakochany w typowo ofensywnej grze. To się chce oglądać.

A to nie jest z tobą trochę tak jak z kobietą, która ma proste włosy i chce mieć kręcone, a ta z kręconymi chce mieć proste? 

– Popatrzmy na trendy, a te moim zdaniem wyznacza piłka nożna. Ludzie chcą oglądać ofensywę, spektakularne akcje. Przykład? Barcelona. Kibic chce sensowne akcje w ataku, kończone efektownie, szybką grę, którą kończy się akcją nad koszem i z faulem. Gdzie tu miejsce dla mnie?

Aż nie wierzę, że bronię ciebie przed tobą samym, ale w dalszym ciągu w koszykówce muszą być tacy gracze jak ty – zadaniowi. Tak jak zresztą nawet w tej piłce nożnej, którą przywołałeś. 

– No jest, ale mnie jest tak łatwo rozszyfrować, że aż się dziwię, że ktoś chce mi ciągle płacić pieniądze.

Jak ty poradziłeś sobie w koszykówce z takim podejściem?

– Moje podejście jest ok, bo zdaję sobie sprawę z ułomności, które posiadam. Musiałem więc przez lata wypracować sobie coś, co powoduje, że mam przewagę nad innymi. Musiałem kombinować, zastanawiać się, więcej oglądać i szukać słabych punktów przeciwnika, ale tego kibice nie doceniają bo tego niestety nie widać.

Chyba trochę przesadzasz.

– Może, ale podam ci inny przykład. Nie jestem za ładny, no rudy, piegowaty, krzywe zęby, nos krzywy, mówię nieskładnie i chaotycznie. Przez to nie miałem powodzenia u kobiet i jak byłem młody to musiałem chodzić na treningi. Ja gram w koszykówkę zawodowo, mój kolega, który w wieku 17 lat był lepszy ode mnie i imprezował, bo przystojniak, nie gra. Widzisz, moja ułomność spowodowała, że coś tam innego sobie wymyśliłem i to całkiem pozytywnie wyszło.

Nie wierzę, że kobiety nie były zainteresowane.

– Też się dziwię, a one nie wiedzą co straciły (śmiech).

Poproszę o 35 sekund powagi. Przecież ty jesteś popularny i lubiany wśród kibiców.

– A wiesz, moi koledzy jak rozdają autografy to się nie dziwię, fajne chłopaki. Tu jakaś dziewczyna, tam kolejna. A do mnie jak ktoś podchodzi, to wiem, że nie wie co z kartką zrobić.

Możemy tak rozmawiać i rozmawiać i rozmawiać, a ja nie będę w stanie tego później spisać.

Wiem, już ci współczuję. Zresztą zawsze ci to mówię jak rozmawiamy.

Musze jakoś zakończyć tą rozmowę i muszę to zrobić jakimś sensownym, najlepiej sportowym pytaniem.

Serio?

Przecież nie urwiemy w połowie. Przed nami sezon ekstraklasy. To powrót dla ciebie, dla Śląska. Czy to będzie ważny sezon?

– Właśnie mi się przypomniało coś o czym rozmawialiśmy kilkanaście godzin temu na początku tej rozmowy (śmiech). Wiesz czemu jest Radek i Radek? Bo w sezonie to ja mam proste życie, klapki na oczach, jest sport, mam do wykarmienia rodzinę, kredyt do spłacenia, nie prowadziłem nigdy żadnych firm, to mam, a co. Po sezonie siadam na ławce w parku, mam czas, żeby się zastanawiać, czytać, rozmawiać.

Jak zwykle ludzie będą się ze mnie śmiali, bo pytam o coś i nie umiem wyegzekwować odpowiedzi, ale zainteresowałeś mnie. Przecież w sezonie też możesz to robić, czytać, rozmawiać, rozmyślać.

Nie mogę.

Bo?

– Bo nie mogę wtedy grać. Patrzę na to wszystko z dystansu i myślę – jaki sens ma sport? Żeby kilka osób sobie poklaskało.

Taki będzie tytuł tego wywiadu.

– Weź mi odpowiedz! Przecież o ciebie też pytają, czy ten Szczepan Radzki jak coś napisał, to idzie w dobrym kierunku czy nie?

Kombinator i cwaniak z ciebie, tak jak powiedziałeś, ale wiem dokąd zmierzasz.

– Tak?

Tak, ale powiem to w dużym skrócie. Sport to nie tylko wynik.

– Dokładnie! Trzeba prowokować, sprawdzać, zobaczyć jak się rozwijamy, chcę żeby kibice myśleli, spoglądali na nas i analizowali. Chcę, aby się angażowali, żeby powiedzieli mi – poprawiłeś grę lewą ręką, o ile poprawiłem. Chodzi o to, aby kibice żyli z nami, ale nie tylko tematem, bo wygraliśmy albo przegraliśmy. Bo jaki sens ma to jak wygramy? Jutro albo za miesiąc zapomną.

I znowu się rozgadaliśmy. Wiesz, że jak ktoś będzie w stanie przebrnąć przez ten wywiad, to pomyśli, że jesteś wariatem?

Wiem.

Jaki masz cel na ten sezon? Taki swój osobisty.

– Nie odpowiem konkretnie, bo … bo nie chcę. Generalnie – przezwyciężyć kolejną barierę. Rok temu miałem taką jedną, no bo jak na sportowca to jestem już stary i chciałem po prostu zagrać dobry sezon, dobrze się bawić i być w miarę zdrowym. Udało mi się. Teraz chciałbym złamać kolejną, która gdzieś tam zagnieździła się w mojej głowie.

Trzymam kciuki i dzięki!

Już koniec? (śmiech).

Bo biznes to biznes – słów kilka o Śląsku

Jeśli ktoś spodziewał się innego rozwiązania w kwestii piłkarskiego Śląska jest szaleńcem.  Albo człowiekiem ogromnej nadziei.

Cały raban, który wystrzelił w powietrze kilka dni temu nie jest niczym, co jakkolwiek mogło zaskoczyć. Dziwię się więc teraz wielce pokrzywionym tekstom i wypowiedziom w telewizorze i kanałach na YouTube, które zdziwieniem uderzają nas po czołach.

Nie to, żebym chwalił się tym jaki to nie jestem genialny, ale jeśli ktoś z magistratu sądził, że przechytrzy Zygmunta Solorza-Żaka, to był w ogromnym błędzie. Super, że władze miasta próbowały ratować Śląsk, ale nierealnym było przechytrzenie starego, srebrnego lisa, jakim jest Zygmunt Solorz-Żak.

Plus za próbę, kolejną zresztą, ale serio, czy ktokolwiek, naprawdę ktokolwiek sądził, że ten zabieg ma szansę się udać? A tych dziwnych manewrów było kilka.

Przytoczę tu jedno z moich ulubionych przysłów

[quote style=”1″ author=”Nieznany”]Starego misia na sztuczny miód?[/quote]

Mówiłem to na głos już kilka razy, ale powtórzę po raz kolejny i tutaj, na mym nowym poletku do uprawiania polemiki. Zygmunt Solorz-Żak to biznesmen. Ten człowiek nie kupił piłkarskiej drużyny po to, żeby mieć swój własny klub i móc chwalić się nim przed kolegami. Śląsk był trampoliną, dzięki której Zygmunt Solorz-Żak mógł zrobić kolejne interesy.

Poza tym, wszyscy którzy myśleli, że Zygmunt Solorz-Żak będzie ot tak dawał pieniądze na Śląsk, bo ma ich więcej niż my, był w poważnym błędzie. Niby dlaczego miałby to robić? Bo ma? To za mały powód. Bo dlaczego Kowalski czy Jankowski nie da co miesiąc 100 złotych na swój ukochany klub? I nie mówię o biletach.

I nie ma w tym absolutnie nic, ale to nic złego. że miliarder nie chce dawać pieniędzy – nie jest to przecież działalność charytatywna, tylko sponsoring, a ten z definicji jest dwukierunkową korzyścią. Tak wygląda świat biznesu sportowego, w środowisku, w którym kluby posiada kilku zajawkowiczów, większość to osoby, które na zespole czy to piłkarskim czy też koszykarskim, chcą budować platformę biznesową.

Jaki cel miał polski milioner? Moim zdaniem chciał przenieść T-Mobile Ekstraklasę do Polsatu, a przynajmniej jej część. To udało mu się bardzo szybko. Po co? Żeby sprzedać jeszcze więcej dekoderów. Także w celu biznesowym chciał przejąć zarządzanie stadionem – i w związku z tym, że Zygmunt Solorz-Żak to człowiek, który wie jak robić biznes, zakładam, że udowodniłby, że taki obiekt jak ten wrocławski, nadaje się do robienia wielkich i fajnych imprez.

Właściciel, sam Bóg raczy wiedzieć czego, chciał nawet niedawno odkupić dziurę, ale przejmując wspomnianą wcześniej operatorkę Stadionu Miejskiego i wybudować obok niego halę widowiskowo-sportową. Nie chciał jej (tej dziury) jednak kupić za cenę, którą proponowało miasto, bo rzeczoznawcy określili, że ta warta jest około 20 milionów złotych mniej.

Władze Wrocławia powiedziały nie. I zostały z dziurą w ziemi, stadionem, który generuje straty (a kredyty trzeba spłacać). Czy ktoś naprawdę naiwnie sądził, że Solorz-Żak ulegnie? To nie jego problem, że nie jest właścicielem terenu przy stadionie i jego operatorem. Biznesmen nie wydał po prostu kilkudziesięciu milionów złotych.

Taki sam problem dotyczy Śląska – czy ktoś naprawdę myśli, że wrocławski zespół piłkarski to dla Solorza kłopot? Trochę tak, ale myślę, że jeden z najbogatszych Polaków ma 160 milionów innych powodów do zmartwień miesięcznie, niż te drobne 30 milionów w skali … ostatnich dwóch lat?

Powiedzmy sobie szczerze, to Wrocław ma kłopot, to Wrocław jest postawiony pod ścianą i cały czas, od początku tego mariażu, zamiast walczyć z osobą, która chce zainwestować w tym mieście, może lepiej nieco spuścić z tonu i zacząć znajdować rozwiązania?

Jakie? A no np. takie, że sprzedaż działki przy stadionie za nieco mniejszą kwotę spowoduje wybudowanie hali i najpewniej przeniesienie gal tak niezwykle popularnego KSW właśnie do stolicy Dolnego Śląska. A to kilka niezłych imprez w ciągu roku.

Czekajmy na rozwój wydarzeń, nie sądzę jednak, że cokolwiek się zmieni.

TBL: Zaplanujmy hashtagi

Tuż przed Mistrzostwami Europy w Słowenii na Twitterze padła propozycja, aby Eurobasket relacjonować pod jednym # czyli hashtagiem. Po krótkim głosowaniu padło na #EBPL.

Sukces tej szybkiej i sprawnej akcji w mediach społecznościowych widać było zarówno w trendach w Polsce (w zaledwie kilkanaście minut po rozpoczęciu pierwszego meczu Polaków dostaliśmy informację o wejściu do dziesiątki najpopularniejszych hashtagów w naszym kraju) jak i po tym ile osób relacjonowało Eurobasket. Kliknijcie tutaj

Komentowali kibice, dziennikarze, fotoreporterzy, kobiety, mężczyźni, starzy, młodzi. Po prostu działo się jak przystało na media społecznościowe.

Dobry trend trzeba kontynuować. Sport na Twitterze relacjonuje się na żywo bardzo dobrze i można śmiało powiedzieć, że ten serwis jest idealnym narzędziem do tego typu działań.

Idąc tym samym tropem ustalmy więc oficjalne hashtagi dla Tauron Basket Ligi oraz każdego z zespołów ekstraklasy.

Poniżej przeczytacie kilka propozycji, możecie też zaproponować swoje.

Pamiętajcie jednak, zasada jest jedna: musi być jak najkrócej i zrozumiale.

Swoje uwagi i głosy możecie zgłaszać u mnie na Twitterze – @szczepanradzki, pod #TBLHash jak i mailowo tutaj.

[textblock style=”3″]Oto moje (całkiem luźne) propozycje[/textblock]

tbl_logo_2011

#TBLPL – hashtag #TBL jest nadużywany przez cały świat. Dodajmy sobie PL i będziemy mieli swój własny świat.

33

#Anwil – tu chyba nie ma wątpliwości, # jest używany i warto to kontynuować

121

#APG, a może #Asseco

Nie mam pomysłu, myślałem o #AssecoBasket, ale jest za długi. APG jest używany w innych celach, Asseco może mieszać się z siatkówką, choć akurat ten wydaje mi się być naturalnym wyborem. Głosujcie.

762

#AZSK – dodaję K, bo # AZS jest często używany także przez osoby spoza granic Polski i nie warto robić tam bałaganu.

764#Czarni – pewnie sponsor chciałby, aby podłączyć się pod #Energa, ale tam za dużo mówi się o polityce i energetyce. Musimy nieco się oddzielić. Poza tym, jest sporo wpisów pod tym # dotyczących właśnie zespołu ze Słupska.

765#Kotwica – nic innego tu raczej nie pasuje, ale chciałbym poznać Waszą opinię.

115#Turow – #PGE jest krótsze, ale wolimy jednak użyć nazwy zespołu.

67#Polpharma – nawet serbski @Yougobasket używa tego #, więc nie mamy innego wyjścia :-)

98#Rosa – krótko, zwięźle, na temat i … nie tak jak trzeba, bo pod tym # są kwiatki, krople deszczu, piłka nożna i wszystkie inne możliwe wymysły. Liczę na kibiców z Radomia.

117#Siarka – klasyka, ewentualnie #Jezioro, które jednak używane jest w innych celach.

769#Zastal

#Stelmet

Osobiście jestem za tym pierwszym.

112

#Trefl – naturalny wybór jak dla mnie.

110#SlaskB – byłbym zwolennikiem samego Slask, ale tam dzieje się tak dużo różnych rzeczy, że dodanie literki B otworzy nowy rozdział na Twitterze.

Czekam na propozycje, maile, a gdy już wszystko zliczę, oczywiście poinformuję o tym na łamach bloga.

P.S. Oczywiście hashtagi, dzięki temu, że niedawno wprowadził je także Facebook, będą obowiązywały także w tym, jak i wszystkich innych (np. Instagram) portalach społecznościowych. Wszystkim nam będzie dzięki temu łatwiej.

Nie zaklinajmy rzeczywistości

Nie zgadzam się, nie chcę tego słuchać, nie sądzę, że to właściwe, mówić takie rzeczy.

Polska na zakończenie Eurobasketu wygrała z gospodarzem Mistrzostw Europy Słowenią 71:61 i z bilansem 1:4 odpadła z turnieju.

Już w trakcie meczu bałem się, że zwycięstwo nad Słowenią odbije się nam czkawką i usłyszymy z ust władz związku oraz całej rzeszy kibiców totalny bełkot, którym jest mówienie o szczęściu, zagraniu jednej dobrej akcji więcej, ponownym szukaniu pozytywów i zaklinaniu rzeczywistości.

Nie to, żebym wieszał psy jak się tylko da, bardzo cieszy mnie zwycięstwo kadry w mecz ze Słowenią, ale nie możemy dać się zwariować i patrzeć przez mgłę, którą ten mecz rzucił na nasze oczy i umysły.

Przegraliśmy na Słowenii cztery mecze. Liczyliśmy na tą kadrę, liczyliśmy na sukces, chcieliśmy go, bo dzięki fajnym transmisjom w telewizji w Polsacie Sport oraz dzięki platformie Ipla, ten turniej był na wyciągnięcie ręki dla wszystkich i mógł popularyzować naszą ukochaną dyscyplinę sportu. Liczyliśmy na odrodzenie koszykówki dzięki sukcesowi, który kadra przywiezie ze Słowenii.

Srodze się zawiedliśmy. Wiedzą to gracze, wie to sztab szkoleniowy, wiemy to my. Nasze emocjonalne, często mocne komentarze nie wynikają z tego, że nie wierzymy, że chcemy kogoś obrazić, że uważamy, że ci goście, którzy biegają po parkiecie w koszulce Polski nie umieją grać w koszykówkę. Wynikają z rozczarowania tym co widzieliśmy i chyba żaden absolutnie zawodnik tej kadry się temu nie dziwi.

A przynajmniej nie powinien.

[quote style=”1″ author=”Thomas Kelati”]Graliśmy bez serca i bez jaj[/quote]

My chcieliśmy walki, chcieliśmy zobaczyć jak oni schodzą z parkietu poobijani, ale szczęśliwi, bo z literką W w kolumnie wygrane. Dostaliśmy co innego, dostaliśmy spektakl, który nie mógł się podobać, bo – powtórzę się – przegraliśmy cztery mecze. Nie przegraliśmy ich pechowo, z Gruzją i Hiszpanią dostaliśmy łomot, a w tych spotkaniach, które były na styku (przynajmniej w końcówkach) popełniliśmy karygodne błędy. Wszyscy pamiętamy jak wielkie lotnisko miał przed sobą dwa razy Lubos Barton gdy rzucał nam trójki z rogu. Wszyscy pamiętamy idiotyczną (tak, tak, idiotyczną) kanonadę z dystansu na jakieś dwie minuty do końca meczu z Chorwacją, gdy przegrywaliśmy tylko trzema punktami. Mieliśmy czas, na to, żeby zagrać spokojnie, wybronić akcję. Ktoś powie – byliśmy zmęczeni. Ja powiem – bullshit. Po drugiej stronie, tam gdzie nasi rywale, stali ludzie, nie roboty z filmu Sci-Fi, nie niezwykle silne maszyny, ale złożone z takich samych mięśni, ścięgien i kończyn istoty ludzkie.

Dlatego nie zgadzam się z tym, że było blisko, że zabrakło troszeczkę i mielibyśmy upragniony awans i Bóg jeden raczy wiedzieć co dalej. Zabrakło agresji, zabrakło tego co charakteryzowało inne zespoły, a co zobaczyliśmy w meczu ze Słowenią. Brakowało minięcia z obwodu, stworzenia zagrożenia w ten sposób, stworzenia sytuacji, w której obrona będzie musiała zrotować i wytrąci ją to z rytmu, brakowało zęba w obronie, bo tam często gra charakter. Graliśmy cztery mecze na stojąco, w sposób który łatwo określić jako archaiczny.

I nie, nie chcę rozpieprzać (jak ktoś na Twitterze już mi zarzucił) tej kadry w drobny mak. Nie jestem zwolennikiem zwalniania Dirka Bauermanna już teraz, nie jestem też jego obrońcą. Zgadzam się w pewnym sensie z Łukaszem Koszarkiem, który mówi otwarcie – daliśmy ciała jako zespół. Zgadzam się z Thomasem Kelatim, który mówił przed Słowenią, że grali bez serca i bez jaj. Ogromny szacunek dla Michała Ignerskiego i wszystkch jego kolegów, którzy byli w stanie stanąć i powiedzieć, że zagraliśmy źle. To wymaga odwagi, wymaga zrozumienia powagi sytuacji, w której się znaleźliśmy.

Nie rozumiem dlaczego mówiący tak dużo Marcin Gortat nagle zamilkł i chciałbym w końcu usłyszeć co ma do powiedzenia. Nie zgadzam się też z tym co słyszałem od komentatorów i ekspertów telewizyjnych w pomeczowych komentarzach po Słowenii – ten mecz to było prawdziwe oblicze tej kadry. Nie, nie był. Nie był w tej najprostszej i najważniejszej statystyce, w której – powtórzę po raz kolejny – możemy pochwalić się bilansem 1:4. Bo takie jest oblicze tej kadry.

To co stało się na Słowenii boli, ale nie ubierajmy teraz tego w piękne słowa, bo – tak, znowu się powtórzę – wszyscy widzieliśmy co się stało. Zachowajmy się jak faceci, weźmy wszyscy to na klatę, a w PZKosz niech pracują nad tym, aby w eliminacjach do kolejnego Eurobasketu nie spotkać się z wielkim zawodem, awansować na ukraiński turniej.

17 niezobowiązujących porad dla początkującego biegacza

Pewnie gdzieś tam, daleko, daleko od nas amatorów, istnieje trening, który wielkie grono ekspertów uznało za idealny dla kogoś rozpoczynającego swoją przygodę z bieganiem i super sprawdzi się tym, którzy postawili na biegowej ziemi swoje pierwsze kroki.

Kilka wskazówek (bo to w żaden sposób porady), bazując na doświadczeniu kilkuset przebiegniętych kilometrów i trzech powrotów, przygotowałem i ja.

Nie traktujcie ich jako wyroczni, bo znam wiele osób, które miało podobne problemy jak ja i poniższe wskazówki były dla nich bezcenne oraz drugie tyle tych, którym nie były one z różnych przyczyn absolutnie wcale potrzebne.

Rozgrzej się

Poświęć dziesięć minut, żeby rozgrzać nogi, porozciągaj się. Długo nie stosowałem rozgrzewki, bo tą miał być sam bieg. To błąd, teraz nie jestem w stanie zacząć biegi bez kilku prostych ćwiczeń, które pozwalają mi unikać naciągnięć mięśni czy innych kontuzji.

Zwolnij

Masz problem z przebiegnięciem 4/5/10 kilometrów? Zwolnij. Biegnij nie 5 minut na kilometr, a np. 7. Niech Twoje mięśnie przyzwyczajają się do obciążeń i długości biegu stopniowo. Znajoma, która nie była w stanie przebiec 3,5 kilometra, gdy nieco zwolniła tempo (do około 6:30/6:45 na kilometr) po 10 dniach biegała już 6-7 kilometrów.

Przejdź się

Wiesz, że nie musisz ciągle biec? Zaczynasz? Masz kłopot z przebiciem granicy 3 kilometrów i na drugi dzień nie masz siły ruszyć się ponownie, a Twoje ciało bardzo długo się regeneruje? Jak mawia Tony Horton, ćwicz mądrze – przestań biec, odpocznij, ale nie zatrzymuj się całkowicie. Po prostu przejdź się kilkaset metrów, zobaczysz jak szybko przestaniesz robić przechadzki i poprawisz wyniki.

Przełamuj granice

Założyłeś/łaś, że przebiegniesz 5 kilometrów? Jesteś blisko, jesteś w skowronkach? No to dodaj sobie jeszcze 500 metrów, może 1000. Wyjdź ze swojej strefy komfortu, bo tylko tak zrobisz progres.

Mierz czas

Sorry, nie wierzę w nie sprawdzanie czasów i odległości, chyba że biegasz tylko po to, żeby biec. Pomiary pozwalają wyznaczać cele i je realizować, a to też część tej biegowej zabawy.

Zastosuj elementy strategii S.M.A.R.T

Wyznacz sobie realny cel i go realizuj.

Nie biegaj w kółko

Znajdź swoją idealną, ulubiona trasę i … zmieniaj ją. Ja wyznaczyłem sobie teren biegu, niektóre ścieżki pozostają cały czas takie same, ale gdy zaczynam odczuwać monotonię po prostu skręcam w inną ulicę, biegnę w lustrzanym odbiciu, albo w ogóle w drugą stronę i staram się wbiegać w nieznane mi miejsca.

Biegaj podczas różnej pogody

To też pomaga uniknąć monotonii, organizm musi reagować inaczej, nie biegaj tylko w komfortowych warunkach, bo staje się to nudne.

Dobierz sobie muzykę

Są tacy, którzy biegają na sucho, są tacy którzy słuchają książek i podcastów, a na mnie najlepiej wpływają kawałki energetyczne, motywacyjne, które z łatwością znajdziesz na YouTube. Np. ten, albo ten, albo także ścieżki dźwiękowe z … biegów marines, które znalazlem m.in. na Spotify. Po krótce, kręci mnie coś, co utrzymuje mój focus i daje mięśniom kopa.

[youtube NmVZT05ySfE]

Motywuj się dodatkowo przed biegiem

Nie wiesz jak i czym? Np. tym.


Albo tym.

Albo np. tym

Zmień buty

Niestety zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich stać na ten luksus, ale generalnie wskazówka polega na tym, że nasze ulubione obuwie biegowe, zastępujemy czasem czymś innym. Czym? Ja zmieniłem ostatnio Nike Flyknit Lunar 1+ na Safari Fuse, które również mają podeszwę lunarlon. Efekt? Moje nogi były zaskoczone taką zmianą, but układał się inaczej i mięśnie nóg musiały myśleć nad ruchem. Skutecznie wytrąciłem je z monotonii. Masz możliwość zmiany? Rób to.

Poznaj ludzi, którzy też biegają

Rozmawiaj z nimi, zadawaj pytania, dopytuj jak biegają, ile biegają. Po co? Bo to motywuje jak ktoś robi coś choćby trochę lepiej od nas, instynkt rywalizacji zostaje uaktywniony i staramy się poprawić osiągi.

Nie zwracaj uwagi na innych

Tak, wiem że to przeczy powyższej wskazówce, ale przecież nie możemy zwariować i rywalizować z maratończykami, bo przecież biegamy dla siebie nie dla innych.

Zapisz się

Np. do Nike+, albo miCoach czy innego Endomondo. Fajnie widać jak przybywa nam kolejnych odznak, orderów, jak przełamujemy kolejne granice. Mnie znajdziecie na Nike+.

Pobiegaj wśród ludzi

No wtedy nie zrezygnujesz tak łatwo, gdy obok biegnie, albo siedzi na ławce fajna laska.

Ten wpis w oryginale ukazał się na moim pierwszym blogasku – difens.blox.pl