KategorieSport

10 lat spięte piękną klamrą

Od dwóch dni chodzę i gadam sam do siebie, starając się poukładać myśli i wydarzenia, znaleźć wspólne mianowniki, które pozwolą opisać obrazek namalowany przez lata przez artystów.

Niestety, absolutnie nierealnym jest oddanie w skondensowanej formie tego wszystkiego, co działo się przez dziesięć lat. Tekst doskonale poczują kibice Turowa i ci, którzy byli jakkolwiek blisko tej dekady. Ci sami ludzie, którzy pragnęli tytułu dla swojego klubu od lat, pragnęli tytułu, dla klubu który jest oczkiem w głowie tego małego miasteczka. Pragnęli tytułu dla klubu, który w ciągu długiej, dziesięcioletniej nocy zmieniał się z kopciuszka w piękną księżniczkę i modelkę z topu.

A noc ta była niezwykle długa i miała kilka wróżek i niezbyt lubianych sióstr, które kopciuszka pogrążały.  Od awansu do ekstraklasy minęło 10 lat, 120 miesięcy, 3653 dni, 152 472 godziny, 9 148 320 minut, 548 899 200 sekund. W tym czasie w Turowie wydarzyło się bardzo dużo. Nasz kopciuszek był bity przez starszą siostrę, gdy ta kilka razy co prawda zaprosiła kopciuszka na swoją imprezę, ale nie pozwoliła mu pić i podrywać fajnych facetów. Kopciuszek miał tylko jedno pragnienie … pragnienie zwycięstwa nad starszą siostrą w konkursach piękności. Chciał w końcu poczuć szczyt, który był słodkim lizakiem, czekoladowym cukierkiem trzymanym w ręku i zostawiającym ślady na uradowanej twarzy dziecka.

24 May 2010 046-1 copy

Zawsze gorszy, zawsze pokonany, zawsze nie w tej sukience, albo ze złym butem. Kopciuszek powoli dorastał, zaczął korzystać z usług brafiterki, kolekcjonować obuwie od Vivien Westwood oraz chodzić regularnie na mikrodermabrazje.

1375359566-81542500

Możecie mówić co chcecie, ale dla tych, którzy obserwowali rozwój kariery kopciuszka w drodze na szczyt wybiegu, drugie miejsce w konkursach piękności, przegrywanie najpierw ze starszą, a potem z młodszą siostrą, czasem nie wchodzenie nawet do fazy finałowej turnieju, było porażką. Przemilczaną, skrywaną w głębi duszy, ale zjadającą od środka. To wszystko, depresje i płacze w kącie, drugie miejsce, srebro i dyplom oraz nic nieznaczący uścisk prezesa były dla kopciuszka niewystarczające. Mam nawet wrażenie, że był kopciuszek popadł w kompleksy.

 

Życie kopciuszka nie było usłane różami, nie było kolorowe. Było brunatne, niczym węgiel wydobywany niedaleko miasta, z którego kopciuszek pochodzi. Wiecznie drugi. Z wąsem, brzydko ubrany, a porównania do imprez organizowanych u siostry w domku nad morzem, do tych w brunatnej scenerii było niczym jazda Mercedesem i Dacią. Do tego … ten dom. Dramatyczny, ale przytulny dom.

Właśnie. Ten dom. W lecie sauna, w zimie jest jakby wcale go nie było, bo temperatura na dworze i w środku są zbliżone. Do tego mieścił sporo mniej chętnych na balangę niż w domach sióstr. Wszędzie ciasno, stoją jakieś graty. No i ta duchota. Przez lata. A ze względu na konstrukcję domu, nierealnym było montowanie jakichkolwiek udogodnień.

kopciuszek01_web

To po tym domu chodzili menedżerowie kopciuszka, którzy mieli dać mu szczyt. Pierwszy, który otworzył drzwi do tego świata, niestety odszedł. Kolejni pozwalali kopciuszkowi robić małe kroczki do przodu. Niektórzy odchodzili w atmosferze skandalu, inni ze względu na wyczerpanie się formuły współpracy, a inni zmienili swoją ścieżkę kariery. Niektórzy przyjaciele kopciuszka, którzy jego dom znali doskonale, odchodzili do lepszego świata, ich nazwisko i imię na zawsze pozostanie w pamięci tych, którzy na pokazy i imprezy kopciuszka chodzą od lat.

Skorzystał kopciuszek też z wiedzy starszej siostry i wykorzystał elementy jej garderoby, które zdjęły z naszej bohaterki klątwę.

Kopciuszek trafił na swój olimp. Zawiesił na szyi szarfę z najwyższym wyróżnieniem. I to to wyróżnienie jest klamrą, która spina i zamyka wspaniały okres w życiu kopciuszka. Klamra ta jest wielowątkowa, a na jej odnogach znajdują się wspaniałe, dramatyczne i wyciskające łzy z oczu historie. Wspinanie się po drabince popularności, na początku z wykorzystaniem elementów garderoby od lokalnych projektantów. Część z nich cały czas jest nieodłącznym elementem kopciuszkowej układanki. A potem nastawały kolejne, kolejne i kolejne. Każdy z nich niezwykle istotny. Każdy narysował piórem malutkie kropeczki i kawałek dziesięcioletniej klamerki.

Autor tego tekstu też miał okazję widzieć i być blisko rozwoju począwszy od pierwszego nieśmiałego występu na dużej scenie, aż do tego najważniejszego, który był wręcz perfekcyjny. Widział dramaty, rozstania, różnego rodzaju kombinacje, zmiany, które jednym się podobały, inni je uwielbiali, widział upadki i powstania.

Z całą pewnością te dziesięć lat, to nie był zwykły czas, to nie były dni, miesiące i lata, które spokojnie kroczą dalej.

Nie. One się zakończyły. Nie umarły i nie zostaną zapomniane. Ale mistrzowska szarfa zamknęła coś bezpowrotnie. Nie żeby była czymś złym. Jest po prostu końcem pewnej ery i początkiem kolejnej. Zupełnie innej. Teraz wszystko będzie mierzone linijką przykładaną do tego jednego sukcesu. A do tego w nowym domu i to też on jest wyznacznikiem zachodzących zmian. Kopciuszek przestał istnieć. Na nowo rodzi się zupełnie inny organizm. Ten sam, ale inny. Z innymi celami, opisującymi sukces w Polsce jako standard i koncentracji na rozpoczęciu sensownej rywalizacji ze znajomymi sióstr kopciuszka w Europie.

I na koniec wprost. Mistrzostwo Turowa nie przekreśliło historii tego klubu. Ono odkreśliło bardzo grubą kreską wszystko, co miało miejsce wcześniej.

Bp37m63IgAA4L9e

Zobacz też: Jak Bartosz Węglarczyk prawie został zawodowym koszykarzem ;)

American Story X – czyli bezczelny Bartosz Węglarczyk

W tym tekście nie będzie moich standardowych złośliwości. Sorry ;)

Najlepszy dziennikarz wśród koszykarzy, najlepszy koszykarz wśród dziennikarzy. Kto wie. Parafrazuję słowa, które kiedyś po raz pierwszy usłyszałem od historyka ze Zgorzelca. Jego wypowiedź dotyczyła niedocenianego, często nieznanego w Polsce filozofa Jakuba Boehme, którego dom znajduje się w nadgranicznym mieście. Dokładne słowa brzmiały – najlepszy szewc wśród filozofów, najlepszy filozof wśród szewców. 

Mało brakowało, a Bartosz Węglarczyk, którego znacie byłby pierwszym Polakiem w NBA. Determinacji i bezczelności, od prowadzącego Dzień Dobry TVN mógłby się uczyć sam Marcin Gortat. Zakładam się, że nie macie pojęcia, że Bartosz Węglarczyk trenował z Georgetown Hoyas lata przed tym nim ktokolwiek w Polsce (może poza sześcioma osobami) wiedział co to jest Georgetown, a tym bardziej ich drużyna koszykarska.

Skąd to wszystko wiem? Jestem zdania, że światem rządzi przypadek i historię, którą za chwilę poznacie i Wy, ja poznałem przypadkiem. Rozmawialiśmy chwilę na, Twitterze, gdzie Bartek wspomniał o pobycie w Waszyngtonie. Od słowa do słowa i okazało się, że historia jest za długa na 140 znaków. Przenieśliśmy się na mail.

Zastępca redaktora naczelnego w Rzeczpospolitej pisze:

Byłem na stypendium na Georgetown w 1992. Nie miałem pojęcia o niczym i pierwszego dnia poszedłem obejrzeć halę sportową. Grali tam w kosza jacyś faceci. Podszedłem do starszego mężczyzny który stał przy korcie i zapytałem, czy mogę dołączyć. Myśmy wtedy grali w GW w liceum na Zakrzewskiej i chciałem potrenować.

Facet spojrzał na mnie wyraźnie zdumiony i zapytał po chwili, skąd jestem. Opowiedziałem co tam robię, a on kazał mi kupić dobre buty. Za całą kasę, jaką z sobą przywiozłem, kupiłem następnego dnia nowy model Nike Air Jordan i wróciłem.

Trenerem w Hoyas był wtedy John Thompson Jr. Na zdjęciu z Patrickiem Ewingiem i Ronaldem Reganem.
C25882-11A
I potem przez trzy miesiące codziennie, często dwa razy dziennie, grałem z Hoyas, którzy zostali na lato w DC i trener chciał, żeby utrzymywali się w formie. Taki letni obóz Hoyas. Dopiero po 2-3 dniach zorientowałem się, że bezczelnie wprosiłem się na treningi profesjonalistów, a trener mi potem powiedział, że zgodził się, żebym dołączył, bo był totalnie zdumiony moją ignorancją.
Przypadek, który jak już wiemy rządzi światem, spowodował, że Bartek nie spotkał się na parkiecie z Alonzo Mourningiem. Zo, późniejszy gracz NBA w Charlotte Hornets czy Miami Heat, został w 1992 roku wybrany w drafcie do NBA. Czytając to co 22 lata temu przeżył mój rozmówca, zazdrość mnie zjadała. Popatrzyłem na skład Hoyas i jak wiemy nie były to czasy Zo, tym bardziej Patricka Ewinga, Deke lub Allena Iversona, ale był to czas nieco mniej znanego koszykarza – Otthella Harringtona. Harrington grał m.in. w Rockets, Bulls, Knicks czy Grizzlies, ale 1992 rok (wiemy, że był to cudowny rok Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie), był jego pierwszym w Georgetown.
(Był tam także m.in. Don Reid, który grał w Magic, Pistons, Wizards).
30-lecie YES
KMag Magazyn dziękuję za szybki kontakt w sprawie umieszczonego tu logo ich magazynu i zostawieniu u mnie trochę forsy w reklamie na rozwój bloga ;)
Jak radził sobie nasz bohater na parkiecie?
Ci zawodnicy byli wściekli, że jakiś biały kurdupel do nich dołączył, no, ale jak trener kazał, to grałem. Nie pozwolili mi w czasie gry przez te trzy miesiące rzucić ANI JEDNEGO kosza. Czapowali mnie potwornie.
Nie pytałem o nazwiska, które dopuściły się tego czynu (nie czap, tego co za chwilę przeczytacie), ale po trzech miesiącach gry z Hoyas, Bartek pisze, że na treningach Gazety Wyborczej, koledzy chcieli wyrzucić go z drużyny, bo …
… grałem bardzo siłowo i ostro, przepychałem się i faulowałem, bo się przyzwyczaiłem do gry z facetami trzy razy wyższymi ode mnie i pięć razy silniejszymi :)
Słyszałem wiele historii moich kumpli, którzy byli w USA. Niektórzy grali nawet na Rucker Parku, inni siedzieli w trzecim rzędzie trybun podczas ASG, byli na after party, na których byli zawodnicy. Moja friendka Qulka, pojechała do Miami i na pierwszym meczu NBA w swojej karierze trafiła na rekord punktowy LeBrona Jamesa. Uff myślicie, przynajmniej ten gość z telewizji trafił tylko na Harringtona i nie poznał nikogo istotnego. Wrong!
A, mogę jeszcze dodać że na jeden trening wpadł z wizytą do trenera Ewing i graliśmy z nim mecz. Grałem przeciwko niemu i raz mnie przesunął tak, że przeleciałem przez dwa rzędy krzesełek i do dziś podejrzewam, że pękło mi żebro :)
Oto cała historia koszykarska człowieka, którego z koszykówką nigdy byście nie połączyli. Bartek jest także fanem Wizards (wcześniej Bullets) i oczywiście Marcina Gortata.
Ciekawe, prawda?

Jestę kibicę

Dlaczego czasem nie możesz być kibicem, czyli historia, która Was nie zaskoczy.

Zawsze chciałem mieć na koncie trochę więcej zer niż mam. Zer, które są poprzedzone jakąkolwiek cyfrą, bo nic z jednym zerem, czy też nic z dwunastoma zerami nie robi mi różnicy. Zawsze myślałem, że będę mógł wtedy robić co chcę i nikomu nic do tego.

Chcemy łamać konwenanse, bo chcemy być buntownikami. Szukamy bohaterów, którzy walczą z systemem, którzy są Don Kichotami i pomimo tego, że nie wygrają, podziwiamy ich jak wielkich, wspaniałych herosów. A jak przychodzi co do czego i ktoś ma inne zdanie, ktoś wybiega poza granice naszego postrzegania, obruszamy się i zastanawiamy – jak możesz.

Schematy komunikacyjne, schematy zachowań, protokół dyplomatyczny (co myślicie o tym, że Barrack Obama poklepał Bronisława Komorowskiego?), savoir-vivre, czyli w wielu przypadkach po prostu konwenanse. 

Ale i tak lubimy buntowników. Dlaczego cała koszykarska Polska nie lubi więc Janusza Jasińskiego, który nieszablonowo, kontrowersyjnie (sam mówi, że ciekawie), komentuje otaczający go, koszykarski świat?

I wcale nie będę bronił właściciela Stelmetu, nie mam zamiaru, nie mam nawet najmniejszej ochoty. Nie rozumiałem, do wczoraj, zachowania, które wszyscy widzą w telewizji, słyszą w radio i czytają w prasie. Zrozumiałem po kilkunastominutowej rozmowie, którą na zdjęciu uwiecznił Paweł Łakomski. 

Btw – kolekcjonerbutow.pl mówi, że na nogach Air Jordan V Laney, jakby ktoś pytał ;)

BpO1xBjIAAAu14k

Janusz Jasiński to po prostu kibic. Taki jak pan z sektora E z szalikiem, jak pani siedząca przy koszu w koszulce z herbem swojego klubu. Taki sam jak każdy inny, który przeczyta ten wpis. Powiedział mi to sam (delikatnie parafrazuję) – jestę kibicę

Zrobiłem wielkie oczy.

Ale czy Janusz Jasiński, jak i kilku jego poprzedników może być zwykłym kibicem? Szef Stelmetu spytał podobnie – czy ja nie mogę być zwykłym kibicem? Ja nim jestem. 

Moja odpowiedź jest krótka. Nie.

Krwista masakra ślepca

Nie dlatego, że nie pozwalam na to ja, moje zdanie nie jest wyrocznią. Nie dlatego, że nie pozwala na to fan Turowa, Stelmetu, Czarnych, Miami Heat czy Spurs. Raczej dlatego, że szkodzi swojemu klubowi. Pan Janusz w rozmowie, generalnie bardzo spokojniej, skupiał się na tym co robi Turów, co robią inni, jak postępują i kto czego złego nie zrobił w stosunku do jego klubu. Wskazując oczywiście przykład Piotra Stelmacha i tego, że wraz z Saso Avlijasem oszukali rok temu Stelmet. Rozdrażniony powiedział nawet, przyznał że traktował Turów jak starszego brata. I tak, tak było, bo Turów i Stelmet zawsze żyły w zgodzie i przyjaźni na wielu frontach.

Rozumiem frustrację, gdy ktoś zrobi cię w wała. Sam również to przeżywałem. Ale Panie Januszu, od Pana, wymagam ja, a także i pana zielonogórscy fani, dużo, dużo więcej. Jest Pan biznesmenem i to takim z dużymi sukcesami, prowadzi Pan firmy, które pozwalają Panu żyć na poziomie, którego wielu z nas nigdy nie skosztuje. Wie Pan więc jak robi się biznes, spodziewałbym się więc mniej emocji, więcej chirurgicznych i perfekcyjnych cięć. Oszukali mnie? Koniec współpracy w jakikolwiek sposób i na jakiejkolwiek płaszczyźnie. W biznesie skupienie jest na sobie. Dziwię się, że w koszykówce Pan Janusz skupia się na kimś innym.

W tym co widzimy od kilku miesięcy nie ma biznesowego cięcia i precyzji najlepszego chirurga. Jest machanie maczetą na ślepo w sposób znany z filmów Quentina Tarantino. Gdzieś tam czasami trafi i uszkodzi ważny element, ten w który celował. Często są to jednak rykoszety, cięcia na ślepo, które pozostawiają po sobie spustoszenie i ogromny, krwisty bałagan.

Znam podobne historie. Widzę prezesów, właścicieli, którzy przeżywają mecze swojej drużyny. Zachowania niektórych mnie dziwią, inni starają się ukrywać emocje. Oczywiście, że trudniej jest kiedy wydaje się swoje pieniądze. Tacy jak Janusz Jasiński w lidze już byli. Dwa nazwiska – Medeński i Koelner – wymienił sam bohater tego tekstu. Jeden z nich, kiedy wchodził do ligi, był postacią interesującą. Niektórzy znajomi dziennikarze chcieli przeprowadzić z nim długie, ciekawe wywiady. Podczas meczów kadry U18 we Wrocławiu pytali, który to ten prezes. Wskazując na pana w czapce z dzwoneczkami mówiłem – ten. Z rozmowy rezygnowali.

Te sytuacje były dość wymowne. 

Walka, która psuje widowisko

Pan Janusz, chcąc budować swój klub i popularność koszykówki w Polsce (co do tego nie mam żadnych złudzeń) wybrał drogę i sposób walki, który nie tyle nie przystoi, nie tyle łamie konwenanse, co wydaje się być walką kompletnie nieefektywną, walką która nie przyniesie żadnych pozytywnych rezultatów. Choćby nie wiem jak dużo emocji wylewał z siebie Janusz Jasiński.

W tym momencie bardziej szkodzi swojemu klubowi niż mu pomaga. Już nawet fani koszykówki z Zielonej Góry mówią, żeby przewodniczący rady nadzorczej Stelmetu zamilkł. Uwierzcie mi, do tego nie dojdzie. A przynajmniej nieprędko.

Wiemy, że szef klubu z Zielonej Góry mówi dużo. Można porównywać go do Marca Cuba i też się nad tym zastanawiałem. Cuban wiele rzeczy robi z premedytacją, do wczoraj zastanawiałem się czy w ten sam sposób postępuje bohater tego tekstu. Skłaniam się do odpowiedzi – nie. Janusz Jasiński postępuje zgodnie z emocjami, które buzują w nim w danej chwili. Najgorsze jest jednak to, że emocjonalne, agresywne, momentami niebezpieczne, a w innych śmieszne i kuriozalne sytuacje, z którymi mieliśmy styczność w tym finale, niszczą piękno sportowe rywalizacji pomiędzy Stelmetem i Turowem. 

Wszystkie durne przepychanki słowne i kłótnie, praktycznie zabiły dyskusje na temat jednego z najlepszych meczów finałowych w Polsce w ostatnich 30 latach. Dziś mówi się już o czymś innym. 

Smutne. A tak bardzo się staramy na #TBLPL.

Wiecie co wynika z wczorajszej rozmowy, o której chcieliście wiedzieć? Poza tym, że Janusz Jasiński to kibic swojego (dosłownie) klubu, kibic, którego ode mnie czy ciebie różni ilość zer na koncie poprzedzona inną cyfrą, po kilkunastu minutach nie dowiedziałem się niczego nowego. 

Powiedziałem to Januszowi Jasińskiemu, wielokrotnie pytając, czy naprawdę chce mu się tak spalać, zamiast budować, powiem napiszę i wam. Życzę koszykówce więcej takich ludzi, ludzi z pasją, jak Janusz Jasiński, którzy wkładają w ten sport swoje pieniądze. Chciałbym jednak, aby było w tym mniej negatywnych, często niepotrzebnych, a niestety być może i zgubnych emocji.

Idź pod prąd – będziesz chudy. Albo chuda.

Wziął i podłączył mnie do prądu. Jakbym przynajmniej z uśmiechem na twarzy zamordował kilka osób. Okazało się – jak to zwykle przy podłączeniu do prądu bywa – że to on chciał zamordować mnie.

Niektórzy już może wiedzą, że jakiś czas temu, za uszy z ciepłego łóżka, wytrącając mi lody, czekoladę i coca-colę z ręki, na trening wyciągnął mnie mój znajomy i trener personalny w jednej osobie – Maciek Wolny.

Koks nie powiedział mi jednak, że naprawdę będzie chciał mnie zamordować. Miało być lekko i przyjemnie, było zajebiście, ale seks nawet najbardziej wyczerpujący to nie był. Płakałem, jęczałem i mówiłem – chcę przerwy!

Maciek prowadzi zajęcia różnego rodzaju, ale kilka miesięcy temu zdecydował się na zakup specjalnej maszyny do treningu metodą elektrostymulacji mięśniowej. I jak się już zapewne domyślacie, chodzi o to, że facet podłącza do Was kabelki – tak, tak jakbyście byli jakimś Robocopem – włącza wtyczkę do prądu i patrzy jak daleko się wychylicie. Jak za daleko, to nieco zmniejsza napięcie.

Gdyby nie to, że musiałem ciągle się ruszać, bo inaczej niczym w MMA, prąd by mnie znokautował, to sam miałem kilka razy okazję znokautować mojego ziomka. Co i tak skończyłoby się dla mnie dramatem, bo połamałbym sobie wszystkie kości gdybym spróbował uderzyć tą górę mięśni.

Trening EMS stosują sportowcy – np. Usain Bolt czy wielu bokserów, kolarzy, etc. Trening EMS poprawia wydolność, spala tłuszcz, ćwiczy siłę i wytrzymałość, a do tego nie naraża stawów, bo … no bo, nie dźwigacie żelastwa.

Metoda ta jest niezwykle efektywna, bo człowiekowi, który np. nie ma czasu, bo musi leżeć – jak ja – włącza w głowie zapadkę ej to tylko trzydzieści minut! No i tyle to mniej więcej trwa. Gość pokazuje ćwiczenia, wy ciągle się ruszacie, uginacie kolana, napinacie pośladki, podnosicie wirtualną sztangę, albo robicie głupie wykroki. Wszystko w gustownym, obcisłym kombinezonie, a w moim przypadku z bojlerem w okolicach pasa wiszącym momentami na udach (za dwa lata na kolanach). Generalnie oprócz tego, że jest morderczo i męczycie się cholernie, jest bardzo fajnie.

A ciężarki miałem dla kobiet! ;)

10299061_236630229870489_3499060172622236665_n

Można sobie np. zwymiotować, bo zapomnicie napiąć mięśni brzucha kiedy rozpocznie się kolejny cykl treningowy trwający dziesięć sekund. Natężenie tego jak morderczy prąd chcecie odczuwać można sobie regulować.

Nie da się jednak regulować braku zdolności matematycznych u trenerów personalnych. Pierwszy raz odczułem to na własnej skórze, ale opowiadało mi już o tym kilka osób. Nie wiedzieć dlaczego w normalnym świecie dziesięć znaczy dziesięć. U trenerów personalnych występują np. dwie piątki, albo dwie siódemki. Ewentualnie jest też jeszcze pięć, zrobisz pięć i słyszysz jeszcze trzy. Mogłem uważać na matmie, może wtedy byłoby mi łatwiej to pojąć.

Generalnie – warto. Daje w kość. Zakwasy na tyłku miałem przez trzy dni. Inni znajomi, którzy też byli, mieli podobnie. Nie da się siedzieć. A jak już usiądziecie, to nie da się wstać. Leżeć i przewracać się też się nie da. To jakby plyometrics z P90X, które kiedyś tam udawało mi się robić. Wtedy też jak chciałem się przekręcić w nocy, musiałem się budzić i przesuwać nogi ręcznie.

Ktoś, gdy opowiadałem mu o treningu EMS, powiedział coś w stylu – to takie sauna solution czy inny pas, który można kupić w telewizji? Jak ten prąd, lub Chuck Norris, kopnąłem go w głowę i powiedziałem – taaa, tylko, że za kilkanaście tysięcy Euro i jest to sprzęt profesjonalny.

Dlaczego warto grać w golfa

Zawiodę niektórych. Nie będzie tu ironiczno, cynicznego punktu widzenia i barwnych metafor. Ten wpis będzie bardziej stonowany.

Szczepan wrócił do szkoły.

Prawie dwa lata chodziłem i chciałem zacząć. Dwa lata. Dwadzieścia cztery miesiące. W końcu na kacu, nieświadomy tego co robię, zapisałem się na ten kurs, który tak dawno chciałem zrobić.

Dziś rozpoczynam nauki golfowe, nauki które mają dać mi zieloną kartę i możliwość wejścia i gry na polach golfowych. Moje szkolenie będzie prowadził Filip Naglak, który już kiedyś pokazywał mi jak powinno się trzymać poprawnie kija i ustawiać stopy. Do tego wyjaśni wszystkie drobnostki teoretyczne, które bezpiecznie pozwolą poruszać się po zielonym. A wszystko to w Toya Golf & Country Club, skąd wywodzi się kilku świetnych, młodych golfistów.

Oczywiście nierealnym jest, żeby Filip w kilkanaście godzin nauczył mnie grać, do tego trzeba lat, ale podstawy poznam. Wiem to, bo Filip jest świetnym trenerem.

#sunday afternoon #golf and #relax :-)

A photo posted by @szczepanradzki on

A dlaczego warto?

Bo oferuje on to, czego nie widać gołym okiem, a czego wszyscy szukamy w sporcie, a czasami nawet i nieco więcej.

Rywalizacja z samym sobą – pomimo całej swojej skomplikowanej natury, golf jest rewelacyjny jeśli chodzi o grę z samym sobą. Można wyjść na pole samotnie i pokonać samego siebie w ciągu zaledwie kilku godzin. Jak? Zakładając, że swoją wieczorną, niedzielną grę skończyliście w 75 uderzeniach, a poranną poniedziałkową w 74, to jesteście lepsi od samego siebie. I należy tu zaznaczyć, że rozgrywaliście pełnoprawną partię golfa, bez naginania reguł i uprawiania tylko drobnego wycinka dyscypliny, którą zdecydowaliście się rekreacyjnie uprawiać (jak np. zwykłe strzelanie do bramki, czy tylko rzucanie do kosza bez przeciwnika, nie wspominając o siatkówce, w którą samotnie grać się po prostu nie da).

Udoskonalanie samego siebie – golf odkrywa karty i niedoskonałości. Miejsce na przypadek? Jakieś tam jest, ale generalnie gdy nie pracujesz nad samym sobą lub samą sobą, możesz zapomnieć o grze w golfa. Ten niezwykle techniczny sport wymaga od zawodnika (nawet amatora) ciągłej poprawy, udoskonalania techniki, koncentracji i skupienia na najmniejszych detalach. Nie da się poprawnie uderzać piłki daleko (a to jedno z najłatwiejszych uderzeń) kiedy nie wykonamy poprawnie całego ruchu.

Zabawa – masz kilku znajomych i nie macie co zrobić w sobotnie popołudnie, a chcielibyście spróbować czegoś nowego? Driving range jest dla Was! Nie musicie być golfistami, możecie mieć kija pierwszy raz w rękach, a za kilkanaście złotych będziecie bawić się wyśmienicie. Na każdym polu i strzelnicy, gdy tylko poprosicie, instruktor pokaże Wam jak z grubsza powinno się uderzać, ułożyć ręce i nogi. A następnie wystrzelacie kosz pełen piłek i z każdym kolejnym uderzeniem będzie coraz więcej ochów i achów zachwytu oraz po chwili śmiechu. Te pierwsze padają w momencie w momencie gdy piłka spadnie pod setny metr, a śmiechy są gdy wypatrując piłeczki na niebie, orientujemy się że spadła ona metr od naszych stóp.

Bo fajnie podzielić się czymś innym i nowym ze znajomymi – jeśli jeszcze nie próbowaliście, to musicie uwierzyć nam na słowo, ale nawet po tym jak pójdziecie na strzelnicę, będziecie przez tydzień rozpływać się nad tym jak fajnie było pouderzać w piłeczkę i jak pan instruktor pokazał Wam jak poprawnie trzyma się kij golfowy. A jeszcze jak traficie na kogoś kto opowie Wam trochę o golfie, będziecie czuli się jak dzieci, które ledwo co zeszły z karuzeli.

Świetne miejsce do spędzenia wolnego czasu – jeśli ktokolwiek wątpi w to, że tereny golfowe to piękne i malownicze krajobrazy rodem z amerykańskich filmów, niech po prostu poogląda zdjęcia z Toya Golf & Country Club oraz Gradi Golf Club. Relax, spokój, świetne jedzenie. Czego chcieć więcej.

Brak nacisków – jestem chyba jedyną osobą na świecie, która stara się namówić kogokolwiek do golfa. Osoby, z którymi rozmawiałem, które opowiadały mi o tej fascynującej grze nigdy nie próbowały nakłonić mnie do złapania kija w rękę i rozpoczęcia uderzeń. Jedyną rzeczą, którą mówią zakochani w golfie jest – wystarczy spróbować. Po Wrocławiu, w środowisku golfistów krążą nawet dość śmieszne opowieści, gdzie dwóch przyjaciół często rozmawiało ze sobą na temat tej dyscypliny sportu. Jeden, doświadczony golfista mówił wspomniane już – po prostu spróbuj, ale jak nie chcesz to nie. Drugi w słowach nie nadających się do cytowania odmawiał. Do czasu gdy po raz pierwszy udał się na strzelnicę i pole treningowe. Od tamtej pory gra niemal codziennie.

Brak telefonu komórkowego – można, a czasem nawet trzeba wyłączyć na polu telefon komórkowy. Czy to nie jest wystarczający argument?

Jedzenie – w restauracjach znajdujących się na obiektach golfowych funkcjonuje ta sama zasada, która obowiązuje w hotelach i ośrodkach wypoczynkowych – jedzenie musi być smaczne. Dlaczego? Wszystkie niedociągnięcia infrastruktury wypoczynkowej są wtedy wybaczane, bo najedzony i zadowolony z posiłku klient, to klient, który nie narzeka, a wręcz poleca. Pola golfowe (te poważne), na których znajdują się restauracje raczej nie posiadają niedoróbek, ale oferują znakomite jedzenie. W tych podwrocławskich kuchnię chwalą mniej i bardziej znani goście i bywalcy pól golfowych. Niektórzy straszą nawet, że zmiana kucharza będzie oznaczała także ich rezygnację z opłacania usług restauracji i samego pola.

Janowicz wkurzył media. I dobrze.

Nie zgadzam się z Jerzym Janowiczem w kilku sprawach, które wykrzyczał podczas wczorajszej konferencji prasowej. Dziennikarze mają prawo oceniać, tak jak każdy inny obywatel tego kraju – przynajmniej jeszcze. Mają prawo mieć oczekiwania, mają prawo chcieć sukcesu w kraju, w którym tych sukcesów nie ma, albo jest ich tak mało, że nie wystarczają do leczenia naszych kompleksów.

Trochę śmiesznie brzmi w ustach sportowca, aby media wyszły na kort i pograły, a potem oceniały. W sumie wolałbym zarabiać kasę, którą inkasuje nasz bardzo, ale to bardzo dobry tenisista i narażać się na gromy krytyki, niż dostawać psie pieniądze siedząc w redakcji i stukając w klawisze. Jest to jednak nieistotne.

Mam bardzo mieszane uczucia jeśli chodzi o te dwa fragmenty.

Czytam wasze artykuły i śmiać mi się chce. Kim jesteście, że macie oczekiwania? Oczekiwania może mieć mój trener, mama, tata, a nie wy. Co takiego robicie? Tylko nas krytykujecie, a potem macie oczekiwania?

Dlaczego piszecie tylko negatywnie? Dlaczego nikt nie powie, że ktoś zajął drugie miejsce, a nie przegrał w finale. Fajnie, że zaciskacie kciuki, ale może też więcej wyrozumiałości dla nas.

Pod tym ostatnim się jednak podpisuję, podpisuję się też pod wylaniem frustracji na ‚brak perspektyw’ w tym kraju. Generalnie Polska to taki dziwny kraj, w którym jest duży potencjał wzrostu. A wiecie o kim lub o czym mówi się, że ma duży potencjał wzrostu? To coś bardzo podobnego do sytuacji, w której dyplomata powie spieprzaj w taki sposób, że poczujecie podekscytowanie zbliżającą się podróżą.

1076642-warszawa-arena-ursynow-konferencja

Potencjał wzrostu to więc nic innego jak grzeczna forma powiedzenia, że jesteśmy w czarnej dupie. Janowicz to młody, bardzo, bardzo młody chłopak, facet, który ma potencjał do tego, by zostać kiedyś najlepszą rakietą świata (tak, przypomnijcie sobie ubiegły rok i to co pisały media na Wyspach o Janowiczu). Młody nie tylko sportowo, ale młody osobowościowo, mentalnie. To chłopak, który w kraju, w którym żyją jego rówieśnicy, koledzy, koleżanki, osiągnął sukces. W kraju, w którym każdy, nawet najmniejszy sukces, w najmniejszym sporcie, jest pod lupą każdego dziennikarza, od sportowego, przez miejskiego, aż po śledczego i pogodynkę. Najmniejszym sporcie, a tenis takowym nie jest, to jeden z topów światowych, a więc Janowicz jest na pierwszej linii strzału. Co się stało podczas konferencji prasowej na Torwarze?

Nic. Janowicz nie wytrzymał. Młodemu chłopakowi puściły nerwy. I co? Pokrzyczał sobie. Był wkurzony bo przegrał. Był pewnie sfrustrowany dziesiątkami innych rzeczy. Być może źle odebrał intencje redaktora Rolaka, być może niezależnie od pytania i tak upuściłby to co upuścił.

W mediach po tym wystąpieniu nastąpiła lawina krytycznych komentarzy. Rażą mnie przede wszystkim słowa – głupi, ‚popis’, etc. Bo, że niby nie przystoi takiemu sportowcowi na takim poziomie, że niby to nieprofesjonalne.

Eh.

Czy Janowicz zachował się nieprofesjonalnie? Nie. Zachował się trochę lekkomyślnie, mocno poniosły go nerwy, ale przede wszystkim zachował się jak sportowiec z sercem. Zachował się jak ON, bo taki właśnie jest. Powiedział też coś o tym kraju i pewnie miał rację, co najlepiej mogą w komentarzach opisać czytelnicy tego tekstu i bloga.

A komuś się to nie spodobało. Bo u nas wszystko musi być wsadzone w jakiś malutki wycinek i granice, które ktoś sobie tam ustalił.

Powiem Wam coś. Wiecie jak ta sytuacja z niedzieli wpłynie na karierę Jerzego Janowicza? Powiem Wam. Nijak.

A gdyby tak wyjść z tego bagna i pomyśleć inaczej?

Lubię chomiki. Szczury też. To takie wspaniałe zwierzątka, które bez większego zastanowienia potrafią wejść na to małe, plastikowo-melatowe ustrojstwo, i biegać bez celu w kółko.

Pomimo tego, że ludzie lubią biegać na bieżniach w siłowni, gdzie podobnie jak chomiki i szczury zapieprzają w miejscu, to jednak lepiej czasem zejść z tej karuzeli prowadzącej zupełnie donikąd.

Byłem malkonentem, ale życie pieprznęło mną o ziemię kilka razy i nauczyłem się przerywać błędne koło. Szukać rozwiązań innych niż te, które wydają się być jedynymi możliwymi.

Chomicza sytuacja ma miejsce we Wrocławiu od kilkunastu ładnych miesięcy. Pisałem o tym już tutaj i tutaj. Nie będę roztrząsał, który chomik ma rację w tej sytuacji, niech zajmą się tym inni ludzie. W mojej głowie urodziło się inne rozwiązanie problemu. Nie mówię, że jest jedyne, nie mówię, że jest idealne, ale jest jakieś tam, ciekawe, inne i sytuację poszkodowanych może przekuć w ewentualny sukces nie jednego, ale wielu klubów sportowych w Polsce.

Czemu Śląsk znalazł się w sytuacji, w której miasto nie chce dać mu pieniędzy? Walkę ego odstawiamy na bok. Jest tak, bo z tego co się orientuję w Polsce nie ma regulacji, które jasno pokażą w jaki sposób wydatkować pieniądze miejskie, czy gminne jeśli chodzi o sport profesjonalny.

Na chwilę obecną przyznawanie opiera się o bardzo prosty mechanizm. Mechanizm wybitnie profesjonalny, który specjaliści od spraw mało ważnych i niepotrzebnych nazwali – widzimisie.

Samorządom potrzebne jest moim zdaniem narzędzie, które jasno określi zasady sponsoringu.

Może to brzmi nieco karkołomnie, ale ja wyszedłbym daleko, daleko poza Wrocław. Uderzyłbym z omim pomysłem prosto na Wiejską. Prosto do Sejmu, pisząc projekt ustawy, który w Sejmie złoży nie kto inny, jak legenda, prezes sekcji koszykarskiej i poseł w jednej osobie – Maciej Zieliński.

Da się przy tym też budować fajny, pozytywny komunikat. Nie chcemy, aby kluby sportowe były traktowane niesprawiedliwie, dlatego uważamy, że potrzeba wprowadzić odgórne regulacje dla wszystkich jednostek samorządowych, tak aby dysponowanie budżetem na sport czy to zawodowy czy młodzieżowy, było klarowne i zrozumiałe dla wszystkich.

Bum. Szach, mat. Ustawa przejdzie? Nie wiadomo, ale wyrwaliśmy się z durnego, błędnego koła, kopania się po jądrach w nadziei, że przyniesie to cokolwiek niż przepychankę, szarpaninę i cholerny ból. Wyszliśmy też daleko do przodu, uciekliśmy z komunikatem daleko, pokazaliśmy, że chcemy zrobić coś sensownego, coś dla ogółu, bo w końcu jesteśmy siedemnastrokrotnym mistrzem kraju, jednym z najbardziej rozpoznawalnych klubów w Polsce, i tak dalej.

Bo lepiej przecież, żeby to nas goniono, niż my mamy gonić kogoś innego no i przede wszystkim fajnie zbiec z tego kołowrotka dla gryzoni.

Ale wróćmy na ziemię, przecież to i tak się nie wydarzy.

Tu nie ma miejsca na czysty sport

Czy wy naprawdę myślicie, że jakikolwiek sportowiec zawodowy hoduje mięśnie na kurczakach i białym serku, a potem idzie i niczym niesiony na skrzydłach miłości z palcem w nosie ustanawia rekord w biegu na 100 metrów?

Przestańcie się oszukiwać. O ewentualnej czystości sportu możecie rozmawiać w kontekście mojego biegania, które ostatnio co chwilę kończy się jakąś kontuzją.

No i nie do końca jest to bieganie czyste, bo namiętnie żrę garściami BCA i wyglądam jakbym wciągał kokainę prosto z dwustu kilogramowego worka.

Amatorzy na siłowni, którzy chcą wyglądać fajnie, żeby laski sikały po nogach wciskają w swoje gardła kilogramy różnego rodzaju odżywek tak naturalnych jak proszek do prania. Spalacze tłuszczu, kleje do mięśni, budulec czy inny xplode, po którym wrzucasz dwunasty bieg.

Jak w tak amatorski sposób robią to Ci, którzy sport uprawiają dla przyjemności zaliczenia kolejnej lub kolejnego, to co robią sportowcy, ci prawdziwi sportowcy, walczący o ogromną kasę, sławę i rekordy?

Lance Armstrong, Marion Jones, afery wokół kobiet błędnie branych za mężczyzn pochodzących ze Wschodnich Niemiec, Carl Lewis, Ben Johnson czy Myślicie, że to odosobnione przypadki?

Mylicie się. To wierzchołek góry lodowej. Ten temat elektryzuje, jest pieprzonym, ogromnym tabu, które zawsze jest pokazywane w kontekście ogromnego skandalu.

Nigdy w kontekście tego, że widzowie chcą bohaterów, chcą poczuć jak piorun zapieprza i bije kolejne rekordy. Chcą widzieć koszykarza, który rzuca 80 i więcej punktów i przez 100 spotkań jest bogiem na parkietach, herosem. Ludzie chcą mieć się z kim identyfikować, ale nie z kimś śmiertelnym. Jarają nas rzeczy, których sami nie potrafimy zrobić, coś ekscytującego, coś wspaniałego.

Myślicie, że tym facetom i zajebiście wyglądającym laskom, śmigającym po bieżniach jak majestatyczne gazele jest łatwo? Nie jest. Czy ja ich właśnie usprawiedliwiam? Hell no. To system, to my wszyscy wykreowaliśmy taki, a nie inny świat wartości w sporcie i przymykamy oko do momentu, aż ktoś wyraźnie nie pokaże nam tego, że nasi idole nie są tak krystalicznie czyści jakby nam się wydawało.

Idea sportu olimpijskiego upadła. Zdechła, umarła niczym trafiona bombą atomową Hiroszima. Nie ma jej od lat i nigdy już nie będzie. Kibice żyją w przeświadczeniu i za cieniutkimi szybami zamazanymi na czarno, które nie pozwalają dostrzec tego co naprawdę dzieje się w świecie profesjonalnego sportu.

A tam dzieją się cuda na kiju. Szpital polowy, laboratorium z najwyższej półki, którego mogliby zazdrościć nawet w NASA.

Kibice nie chcą wiedzieć o tym co dzieje się w szatniach, nie chcą wiedzieć o tym co dzieje się w zamkniętych pomieszczeniach za (przeważnie) szczelną kurtyną. WADA (wiecie, ta agencja, co pilnuje niby czystości w sporcie), co jakiś czas strzela w dużą gwiazdę i udaje, że wszystko jest ok, działa jak należy i jest strażnikiem pieprzonej moralności, o której już sama dawno zapomniała.

Bo zadajcie sobie pytanie – czy WADA ma interes w czystości sportu? Teoria spisku mówi mi, że nie, ale to temat do innej dyskusji.

Wy nie chcecie normalnych ludzi, którzy jak ja, z wielkim brzuchem, tytanem w nodze, pokonają 12 kilometrów i prawie zdechną. A do tego zrobią to w tempie babci z balkonem, albo i wolniej. Nie. Wy chcecie – jak już wspomniałem – bohaterów, niedoścignionych wzorców, kogoś, kogo będzie można pokazywać na okładkach czasopism.

Absolutnie nie zarzucam nikomu koksowania, brania dopingu. Nie usprawiedliwiam. Ale też nie stawiam na stosie zapieprzając dookoła z zapaloną zapałką.

Problemem nie jest to, że sportowcy i ich lekarze są kilka kroków przed przepisami i testami. Problemem dopingowym jest to, że pozwalamy na to, do momentu kiedy ktoś nie wpadnie. Wtedy każdy z nas jest pieprzonym księdzem i świętym, który w duchu myśli o małym chłopcu. Niczym w tym kawale z batonikiem w tle.

Zobacz też: Jak nie radzić sobie w kryzysie

Jak nie radzić sobie w kryzysie

Ile błędów można popełnić gdy spotykamy się z kryzysem wizerunkowym?

Wiele.

Oto kilka z nich.

  • Utknięcie w klasycznym podziale ról konfliktu jako ten zły.
  • Nieumiejętność współpracy z mediami i bagatelizowanie kryzysu w pierwszych dniach jego trwania.
  • Brak planu zachowań w sytuacji kryzysowej i wynikająca z tego powodu improwizacja, która jest kolejnym błędem.
  • Brak sztabu antykryzysowego i zewnętrznego konsultanta.
  • Zwłoka czasowa.
  • Arogancja.
  • Brak kluczowego przesłania przez długi czas trwania kryzysu.
  • Brak rozpowszechnienia informacji w mediach o zaangażowaniu prokuratury.
  • Brak szybkiej reakcji na wydarzenia.

Specjaliści od komunikacji społecznej zakochani w kryzysach wizerunkowych i umiejący sobie z nimi radzić, powinni powiedzieć w tym miejscu – sporo.

Nauka, której kopiowania nie polecam nikomu, płynie prosto z klubu koszykarskiego PGE Turów Zgorzelec, który pod koniec ubiegłego roku znalazł się w poważnym kryzysie medialnym i strzelał sobie w każdą część ciała bez wcześniejszego ostrzeżenia.

To nie jest wpis dla fanów koszykówki, którzy znają sprawę i czekają, aż ktoś wyda wyrok. Nie będę to ja. Ten wpis, to nie tyrada, która ma na celu powieszenie kogokolwiek na szubienicy, nie będzie tu sądów nad tym czy ktokolwiek popełnił, czy też nie przestępstwo.

To zupełnie inny typ wpisu – to będzie wpis o kryzysie. Kryzysie, z którym PGE Turów koncertowo sobie nie poradził.

Kryzys wizerunkowy ma klasyczną oś, którą lata temu przedstawił nam Szekspir. Ma dobrego i złego bohatera. Ma też najczęściej, choć wcale nie jest ona niezbędna, ofiarę.

W przypadku kryzysu wicemistrza Polski, posiadającego ogromnego, doskonale znanego i prężnego sponsora, Polską Grupę Energetyczną, klubu ze Zgorzelca, mieliśmy wszystkie trzy składowe.

I nie bez kozery wspominam o sponsorze, bo rykoszetem, ze względu na długą współpracę i skojarzenie zespołu koszykarskiego właśnie z PGE, ten podmiot rynkowy również niejako zostaje poddany dużej próbie wizerunkowej.

Dobrym bohaterem był Adrian Markowski (były trener przygotowania fizycznego klubu), który oskarżył obecnego trenera Miodraga Rajković, że ten rzekomo wydał polecenie przeprowadzenia treningu, który miał na celu zniszczenie kolan ówczesnego gracza PGE Turowa, Łukasza Wichniarza. Po co? Klub chciał rozwiązać z nim kontrakt.

Złym bohaterem jest Miodrag Rajković i PGE Turów Zgorzelec, które rzekomo doprowadziły do takiej sytuacji. Ofiarą wspomniany już Łukasz Wichniarz.

Wpisy Adriana Markowskiego pojawiły się na zgorzeleckim forum, szybko zostały zauważone przez media.

W tym miejscu popełniony został pierwszy błąd, jeden z pracowników klubu w koleżeńskiej rozmowie dzwoni do Adriana Markowskiego. Fragmenty rozmowy pojawiają się w kolejnym wpisie na forum internetowym.

Karawana jedzie jednak dalej. Prezes klubu pytany o sytuację rzuca dziennikarzowi Gazety Wyborczej

[quote style=”2″ author=”Waldemar Łuczak”]Nie będę komentował bzdur i kłamstw[/quote]

Kilka dni później, po jednym ze spotkań Tauron Basket Ligi, trener Turowa Miodrag Rajković, wyraża się podobnie, ale w nieco bardziej stonowany sposób – stanowisko klubu jest jasne, nie będziemy komentować tej sprawy.

Trzy sytuacje, trzy strzały w kolano, kolano i pierś. Wychodzą podstawowe błędy. Brak szybkiej reakcji, brak sensownego, konkretnego stanowiska klubu, brak sztabu kryzysowego, zachowania improwizowane, które nie przynoszą nic dobrego.

Wycieczka nie przerwała jednak podróży, skoro władze klubu komentują sprawę w sposób arogancki, bagatelizuję sprawę i nie mówią tak naprawdę nic, nie są w stanie kupić sobie przychylności mediów, te drążą dalej.

Wypowiada się Łukasz Wichniarz, sprawę podobno analizowali jego prawnicy. Media dalej nie wiedzą praktycznie nic, więc komunikaty konstruowane na łamach portali sportowych dają jasno do zrozumienia, że jeśli wypowie się Łukasz Wichniarz, jego zdanie rozwikła konflikt i wskaże czy trener Turowa taką dyspozycję wydał czy nie.

Tak na marginesie jest to bzdurą, bo zawodnik ten mógł jedynie usłyszeć komunikat powtórzony przez Adriana Markowskiego.

Co robi Turów, oprócz tego, że dalej milczy? Wyciąga potężne działo i przystawia je sobie do głowy nie tą stroną, którą trzeba.

Na profilu jednego z zawodników klubu w mediach społecznościowych pojawia się zdjęcie drużyny i  wpis, aby Adrian Markowski zostawił w spokoju ten zespół, by ten mógł kroczyć do kolejnych zwycięstw i w efekcie do mistrzostwa kraju.

Dokładnie ten sam wpis pojawia się na kolejnym profilu. I kolejnym. I kolejnym. Internauci są bezlitośni, krytykują graczy, którzy dali się wciągnąć w tą sytuację. Wpisy znikają, komentarze są usuwane, co niektórzy twierdzą nawet, że nie znali sprawy i teraz dopiero zorientowali się o co chodzi.

Inscenizacja piękna, wykonanie dramatyczne. Kolejny poważny i klasyczny błąd – brak zrozumienia mediów społecznościowych, brak zrozumienia internetu i zasad w nim panujących.

Screenshot 2013-12-19 19.54.15

Efekt jest taki, że na Facebooku powstaje profil popierający Adriana Markowskiego, a kryzys się pogłębia. W tym momencie wyraźnie widać też, że w PGE Turowie brakuje osoby odpowiedzialnej za komunikację kryzysową, a próba stworzenia spójnego komunikatu wykorzystując graczy okazała się próbą porównywalną z założeniem sobie pętli na szyi i skoczeniu w przepaść licząc na to, że przeżyjemy.

W tej sytuacji spójny komunikat, który wychodzi z klubu powinien być biznesowy, konkretny, stonowany i pozwalający kupić sobie trochę czasu, a nie pseudo-partyzancki.

Wszystkie opisywane ruchy trwały około dwóch tygodni. Wszyscy związani z klubem w tej sytuacji milczeli. Nie budowali relacji z mediami, nie mieli żadnego pomysłu oprócz zaklejenia sobie ust. Czyli postąpienia najgorzej jak mogli. Komunikat Adriana Markowskiego, prawdziwy czy też nie, stał się w głowach mediów i kibiców faktem – trener Turowa dopuścił się haniebnego czynu.

Dopiero po dwóch tygodniach, na stronie internetowej klubu ukazał się lakoniczny, wyglądający jak pisany na kolanie komunikat o tym, że władze PGE Turowa Zgorzelec nie zamierzają komentować sprawy, a tej przyglądają się klubowi prawnicy.

Brak reakcji był bardzo, bardzo poważnym błędem. Taki ruch, małe oświadczenie, należało zrobić najpóźniej kilka godzin po tym jak pierwsze media zaczęły dzwonić i zadawać pytania. Co więcej, komunikat w tej sytuacji powinien wyglądać mniej więcej tak:

[quote style=”2″ author=”PGE Turów Zgorzelec”]O sytuacji dowiedzieliśmy się z mediów, tak naprawdę nie znamy tej sprawy, nie chcemy więc zajmować żadnego stanowiska. O wszystkim poinformujemy naszych prawników, którzy zbadają sprawę i wtedy zajmiemy odpowiednie stanowisko.[/quote]

Nic trudnego, zwykły standard, który jest tak naprawdę tym samym co powiedzenie, nie komentujemy bzdur, ale brzmi zupełnie inaczej. Profesjonalnie, poważnie, odpowiednio pasuje do sytuacji.

W niektórych kręgach padały także opinie, że władze PGE Turowa nie mogą komentować wszystkiego co ukazuje się na forach czy w mediach, bo robiły by tylko i wyłącznie to. Wszystkiego nie, ale w obliczu tak poważnego kryzysu, głos należało zabrać i to bardzo szybko. To wskazuje nam kolejny błąd – brak w klubie kogoś, kto czuje media i sytuację komunikacyjną – w tym przypadku dużego kryzysu wizerunkowego. W krótkich słowach – niezłego bagna, w którym znalazła się opisywana drużyna sportowa.

W tym czasie Adrian Markowski pokazuje MMS z treningu, który rzekomo ma być jakimkolwiek dowodem w sprawie, a według prawników, prokuratury (z moich nieoficjalnych źródeł) jest tylko dowodem, że trening się odbył, a były Markowski wysłał wiadomość o jakiejś tam treści. Łukasz Wichniarz w swoim, przygotowywanym przez dwa tygodnie wraz z prawnikami, oświadczeniu, oznajmia, że Adrian Markowski powiedział mu o dyspozycji wydanej przez Miodraga Rajkovića. Słowo przeciwko słowu, ale media w dalszym ciągu podkreślały istotność sprawy, a fani koszykarscy w Polsce są przekonani o winie serbskiego szkoleniowca (tak na marginesie, do spokojnych to on nie należy, co mogło potęgować wiarę w medialne doniesienia).

Wszystkie wydarzenia kryzysowe, które miały miejsce, zostały zamiecione pod dywan jedną, bardzo prostą, ale trudną decyzją. PGE Turów Zgorzelec złożył doniesienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Podejrzenie jest oczywiście skierowane w stronę własnego szkoleniowca.

Ryzykowne, ale w sytuacji, w której znaleźli się wszyscy zamieszani w aferę nazwaną WichniarzGate/TurówGate/KolanoGate (takie trzy nazwy padały m.in. na Twitterze), jest to ruch tak naprawdę bardzo rozsądny. Ruch, który powinien być podjęty 3-4 dni od eksplozji kryzysu.

Obecnie o sprawie prawie się już nie mówi, zdarzają się delikatne odwołania na forach internetowych, afera w mediach ucichła, bo została odcięta grubą kreską, którą nazywa się – sprawą zajmują się odpowiedzialne za takie rzeczy organy ścigania. To jednak nie koniec całej sytuacji, bo należy czekać na wyrok  informację o decyzji prokuratury.

Ten jeden przypadek pokazuje jednak jak bardzo można szkodzić swojej reputacji i wizerunkowi, gdy działamy bez planu komunikacji kryzysowej, nie czujemy mediów i komunikacji, nie wiemy z kim rozmawiamy i działamy improwizując.

Za opanowanie kryzysu dwója z malutkim plusikiem za pomysł prokuratury (co w moim odczuciu jest podpowiedzią z zewnątrz).

Najlepsza aplikacja dla fana sportu?

Duża, ogromna kasa leży na rynku aplikacji sportowych. Coś tam od dawna robił ESPN, który ma m.in. elektroniczną wersję swojego magazynu oraz aplikację z wynikami. Nie widziałem nic od Sports Illustrated, nieźle radzi sobie na naszym podwórku zarówno Sport.pl jak i Przegląd Sportowy.

Niekwestionowanym królem jest chyba jednak Bleacher Report ze swoim Team Stream i miliardem funkcji, lig i rewelacyjnych zestawień w formie raportów top 10, top 30, top 666 najbardziej podniecających akcji, butów, kuchennych rewolucji i fryzur Magdy Gessler oraz kreacji Filipa Chajzera.

Team Stream ma jednak poważnego konkurenta, który moim zdaniem w tym momencie nie tylko ugryzł w tyłek BR, ale postawił nogę na najwyższym stopniu podium, chcąc nawet  dość mocno usuwa go z piedestału najlepszych aplikacji z informacjami sportowymi.

TheScore-aplikacja-dla-fanow-sportu-06

TheScore, bo tak nazywa się aplikacja, która wpadła w ręce moje i na dyski moich urządzeń mobilnych, to rewelacyjna baza danych i najważniejszych informacji sportowych … z prawie całego globu. No może nieco przesadzam, bo nie znajdziemy jeszcze np. T-Mobile Ekstraklasy czy Tauron Basket Ligi.

Zobacz też: Jak bawiłem się w Halloween łapiąc duchy

Kanadyjczycy, twórcy TheScore, dali nam tak dużo, że nie wiem od czego zacząć.

Przede wszystkim przy pierwszym włączeniu (czy to na iOS czy Androidzie) możemy wybrać drużyny, które chcemy śledzić. Wybór jest przeogromny, bo do dyspozycji mamy ponad 20 lig, 800 zespołów i 15 tysięcy zawodników.

TheScore-aplikacja-dla-fanow-sportu-04

Nad tym, o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, pracuje ponad 100 zatrudnionych osób, a działy sprzedażowe TheScore znajdują się w Toronto, Chicago i Nowym Jorku.

Robi wrażenie? Robi i to ogromne, bo kto by pomyślał, że Kanadyjczycy do swojej aplikacji wrzucą coś więcej niż hokej, jeden zespół z NBA i trochę curlingu? A tu mamy Ligę Mistrzów, Serie A, Premier League, turnieje ATP, WTA, F1, PGA, EPGA i miliard innych skrótów, które rozumieją nieliczni.

TheScore-aplikacja-dla-fanow-sportu-03

W głównym menu o nazwie … My Score, możemy znaleźć zespoły, zawodników i newsy z lig, które dodaliśmy sobie do listy obserwowanych. Fajnym ficzerem jest to, że w menu drużyny, widzimy bilans w danych rozgrywkach. Po kliknięciu dostajemy listę ostatnich newsów. Ostatnio w menu piłkarskim, nie wiedzieć dlaczego, rządzi Robert Lewandowski.

TheScore-aplikacja-dla-fanow-sportu-01

Zasada działania jest podobna w przypadku graczy i lig, a dodawanie lub usuwanie jakiejkolwiek pozycji z listy jest banalnie proste. Możemy też włączyć sobie powiadomienia push o danym wydarzeniu, a w menu Hot Games widzimy najciekawsze pojedynki z krótkim opisem co tak ciekawego się tu w tym momencie wyrabia. Dostajemy szczegóły takie jak kontuzje, ostatni mecz, datę jego rozegrania, gdzie oglądać, gdzie się odbywa spotkanie etc, a np. w turniejach golfowych wysokość nagród czy liczbę uderzeń.

Rewelacja, ale jest zupełnie inny element, który spowodował, że zdecydowałem się na krótką recenzję. TheScore daje nam także dostęp do informacji potrzebnych najbardziej grupie tych uzależnionych od hazardu, czyli szanse i typy bukmacherów.

Appka działa sprawnie, przez kilka dni, kiedy z niej korzystam, nie spotkałem się ani razu z zawieszeniem, wywaleniem etc. Wyniki dostaję live przez powiadomienia push, a w menu Top News mam od ręki dostępne najistotniejsze informacje z każdego sportu (po lekkim scrollu można wybierać także poszczególne ligi).

TheScore-aplikacja-dla-fanow-sportu-03

Warto? Moim zdaniem jak najbardziej (mimo tego, że Team Stream od BR wygląda lepiej), będziecie mieli dostęp do informacji o ligach zagranicznych w jednym miejscu. Zresztą o tym jak dobra jest to aplikacja i jak wiele wartościowych treści zawiera, może świadczyć choćby to, że zdobyła sobie sympatię (oraz została wyróżniona) w takich miejscach jak Business Insider, Wired, The New York Times, Time, pandodaily, Digital Trends i w sklepach iTunes Store oraz Google Play.

Zresztą, co tam nagrody dla aplikacji roku i wyróżnienia jakiejkolwiek redakcji. TheScorre ma 5 milionów aktywnych użytkowników miesięcznie. A to dość dobra rekomendacja.

Zobacz też: Srebrni Chłopcy Zagórskiego – lektura obowiązkowa