KategorieMedia

Adam Małysz i Red Bull wygrali internet

Ten pierwszy kwietnia to taki dziwny dzień, w którym każdy chce być jak najśmieszniejszym błaznem. Szkoda tylko, że nie wszyscy wiedzą jak być poważnym i prawdziwym błaznem.

 

Mój tato występował w kabarecie. Amatorskim i do tego dawno temu, ale już jako nieco bardziej kumaty nastolatek widziałem kilka ich numerów i było to całkiem śmieszne. Lubię humor sytuacyjny, wynikający z reakcji na pewne zachowania, to co słyszymy. Improwizacja jest kluczem, ale lubię też standapowców. Nie gardzę jednak dobrze przygotowanym żartem na appril’s fool.

 

Szkoda tylko, że w mediach jest taki wielki obrzyg jeśli chodzi o żarty związane z piewszym kwietnia. Nie mam do końca czasu na śledzenie

 

Żyjemy w takich dziwnych czasach, w których musimy czcić te święta i obchodzić je hucznie, dziwnie, niby tak jak przystało, ale w efekcie często wychodzi tak, że całe to świętowanie to jedna wielka wydmuszka i porażka. W przypadku prima aprilis, jeden wielki żart – i wcale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

 

Media absolutnie nie prześcigają się w tym kto zrobi większy żart. Traktują ten dzień na luzie, ale starają się do niego przygotować. Zwykle gdzieś w połowie marca wszyscy podpięci pod redakcyjne skrzynki dostają powiadomienie, aby zgłosić swoje pomysły na żart. Robią to działy, całe redakcje, etc. Niestety nie było mi dane w tym roku obserwować wydarzenia żarcikowe, ale kilku znajomych donosiło mi co się z grubsza dzieje. Czy to naprawdę śmieszne, że FIlip Chajzer wyszedł z szafy?

Odpowiem jeśli ktoś sam się nie domyślił – wcale nie jest to śmieszne.

Śmieszne to było jak kiedyś jedna z redakcji sportowych (nie pamiętam już która), podała że żużlowcy w jednym z biegów będą jeździli odwrotnie niż do tej pory. Tak dla urozmaicenia wyścigów. Efekt? Mój kolega i jego ojciec, wielcy fani żużla wzięli to info śmiertelnie poważnie i toczyli długą rozmowę jak to wpłynie na wyniki, na postawę zawodników, etc. Co więcej, dopiero po kilku dniach (!) zorientowali się, że był to po prostu żart.

Generalnie jestem zdania, że bez naprawdę dobrego pomysłu, wyglądającego bardzo realnie, ale nie głupio, lepiej odpuścić sobie kreowanie rzeczywistości prima aprilis i skupić się na relacjonowaniu wydarzeń z innych miejsc. Może zaprosić do studia i porozmawiać z dobrym komediantem, może kimś z reguły sztywny i wypytać go o jego najlepsze żarty, te które mu zrobiono.

Fajnie poskładał sprawę deser.pl, który informuje o psikusach, które robią dziś w mediach. Niektóre są naprawdę niezłe – np. Adam Małysz jako kierowca taksówki. Tak Red Bull wygrał prima aprilis.

Hitem było dla mnie – byłem kiedyś w Kanadzie. W Vancouver. Jak olimpiada była. Słyszałem, że złoto bardzo drogie. Aktywacja sponsoringu Red Bulla i żarcik z kierowcą taksówki – rewelacja.

(Jeśli nie działa Wam wideo z Adamem w roli taksówkarza – można je zobaczyć tutaj).

We Wrocławiu ma być niby klasa biznes w … tramwajach. Wszystkich przebiło jednak BCC.

BkIN4bmCMAAf1hh

Tak jak grać w piłkę, podobno żartować umie każdy. Nie każdemu wychodzi to jednak tak, żeby grać w kadrze narodowej, tak jak nie każdemu wychodzą żarty. Te żałosne lepiej sobie po prostu darować.

 

Trójka zwolniła, ale nie zwolniła. Czyli jak zrobić z igły widły

Jak emerytowany dziennikarz dostaje propozycję współpracy z Radiową Trójką, a nie jest przedłużana mu umowa etatowa, internet huczy o niesprawiedliwości. Jak młodzi nie mogą znaleźć pracy i spieprzają z tego kraju za lepszym życiem, żaden baran nie odezwie się słowem, tylko gada populistycznie o jakimś nowym ustrojstwie w moim aucie.

Niestety matka natura, jak i moja mama, zaopatrzyły mnie w ogromne pokłady empatii i współczuję człowiekowi, który po tylu latach pracy, tylu świetnych programach, traci umowę o pracę. Piotr Kaczkowski na zdjęciu, które udostępniły Wirtualnemedia.pl, wygląda na poczciwego, uczciwego, fajnego i sympatycznego faceta.

Nie ma to jednak żadnego znaczenia i nie dajmy się zwariować w tym zwariowanym świecie. Halo, stop wirówko nakręcająca ten cały kołowrotek. Media i internety podniosły lament jakby pan Piotr Kaczkowski został wyrzucony na bruk, nie miał środków do życia i generalnie spotkał go gruz życiowy.

Wypatrzyliśmy aferkę, to ją ciągnijmy, przecież fajnie tak uderzyć w Polskie Radio, miło i fajnie, bo ktoś poklika, znajdzie się nagle na Onecie lub WP albo innej Gazecie. Dramat życiowy spotkał przecież zasłużonego dziennikarza, poczciwego człowieka, a ten jeszcze prawie rozpłakał się na antenie.

Scenariusz sam się napisał, wystarczy go tylko przedstawić szerokiej publice.

Nie jestem obrońcą Polskiego Radia, generalnie radio samo w sobie uważam za przeżytek (o czym niedługo), Trójki słuchałem tylko podczas wyjazdów z moim ulubionym fotografem Mieczysławem Michalakiem na mecze koszykarskie. Nie wiedzieć czy to zasługa nocy czy audycji w Trójce, zwykle w samochodzie zasypiałem.

Pomimo lamentu, sytuacja Piotra Kaczkowskiego jest nieco inna, o czym dziś informuje Polskie Radio. Genialny dziennikarz radiowy od dwóch lat jest przecież na emeryturze, co więcej, władze Polskiego Radia wcale nie zwolniły Piotra Kaczkowskiego, a tylko nie zaoferowały mu kolejnej umowy etatowej, proponując współpracę o umowę o dzieło czy zlecenie.

Ciekawe kiedy rozpoczną się prawdziwe lamenty dotyczące niskich zarobków w mediach, wierszówek, które są niższe niż zasiłek i pracy w nieludzkich warunkach po 12-14 godzin dziennie, 7 dni w tygodniu.

Rozlać mleko nad dziennikarzem, który jest w wieku emerytalnym, ciągle pracuje i krzyknąć, że ktoś go skrzywdził, jest bardzo łatwo. Porozmawiać o prawdziwym problemie, tym, że za chwilę kolejne dziesiątki, setki tysięcy młodych po prostu spieprzy z tego kraju, bo nie czuje się z nim w żaden sposób związana, nie ma w nim przyszłości i generalnie ma głęboko w dupie obietnice gadających głów. Woli wyjechać i godnie żyć gdzie indziej.

Dziwić się, że dziennikarze szukają pracy w internecie, public relations, marketingu i spółkach, które poszukują rzeczników prasowych, albo przerzucają się, jak wielu moich znajomych, na handel.

Zobacz też: Walczy swój ze swoim, czyli dziennikarz vs blogger

Najlepsza aplikacja dla fana sportu?

Duża, ogromna kasa leży na rynku aplikacji sportowych. Coś tam od dawna robił ESPN, który ma m.in. elektroniczną wersję swojego magazynu oraz aplikację z wynikami. Nie widziałem nic od Sports Illustrated, nieźle radzi sobie na naszym podwórku zarówno Sport.pl jak i Przegląd Sportowy.

Niekwestionowanym królem jest chyba jednak Bleacher Report ze swoim Team Stream i miliardem funkcji, lig i rewelacyjnych zestawień w formie raportów top 10, top 30, top 666 najbardziej podniecających akcji, butów, kuchennych rewolucji i fryzur Magdy Gessler oraz kreacji Filipa Chajzera.

Team Stream ma jednak poważnego konkurenta, który moim zdaniem w tym momencie nie tylko ugryzł w tyłek BR, ale postawił nogę na najwyższym stopniu podium, chcąc nawet  dość mocno usuwa go z piedestału najlepszych aplikacji z informacjami sportowymi.

TheScore-aplikacja-dla-fanow-sportu-06

TheScore, bo tak nazywa się aplikacja, która wpadła w ręce moje i na dyski moich urządzeń mobilnych, to rewelacyjna baza danych i najważniejszych informacji sportowych … z prawie całego globu. No może nieco przesadzam, bo nie znajdziemy jeszcze np. T-Mobile Ekstraklasy czy Tauron Basket Ligi.

Zobacz też: Jak bawiłem się w Halloween łapiąc duchy

Kanadyjczycy, twórcy TheScore, dali nam tak dużo, że nie wiem od czego zacząć.

Przede wszystkim przy pierwszym włączeniu (czy to na iOS czy Androidzie) możemy wybrać drużyny, które chcemy śledzić. Wybór jest przeogromny, bo do dyspozycji mamy ponad 20 lig, 800 zespołów i 15 tysięcy zawodników.

TheScore-aplikacja-dla-fanow-sportu-04

Nad tym, o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, pracuje ponad 100 zatrudnionych osób, a działy sprzedażowe TheScore znajdują się w Toronto, Chicago i Nowym Jorku.

Robi wrażenie? Robi i to ogromne, bo kto by pomyślał, że Kanadyjczycy do swojej aplikacji wrzucą coś więcej niż hokej, jeden zespół z NBA i trochę curlingu? A tu mamy Ligę Mistrzów, Serie A, Premier League, turnieje ATP, WTA, F1, PGA, EPGA i miliard innych skrótów, które rozumieją nieliczni.

TheScore-aplikacja-dla-fanow-sportu-03

W głównym menu o nazwie … My Score, możemy znaleźć zespoły, zawodników i newsy z lig, które dodaliśmy sobie do listy obserwowanych. Fajnym ficzerem jest to, że w menu drużyny, widzimy bilans w danych rozgrywkach. Po kliknięciu dostajemy listę ostatnich newsów. Ostatnio w menu piłkarskim, nie wiedzieć dlaczego, rządzi Robert Lewandowski.

TheScore-aplikacja-dla-fanow-sportu-01

Zasada działania jest podobna w przypadku graczy i lig, a dodawanie lub usuwanie jakiejkolwiek pozycji z listy jest banalnie proste. Możemy też włączyć sobie powiadomienia push o danym wydarzeniu, a w menu Hot Games widzimy najciekawsze pojedynki z krótkim opisem co tak ciekawego się tu w tym momencie wyrabia. Dostajemy szczegóły takie jak kontuzje, ostatni mecz, datę jego rozegrania, gdzie oglądać, gdzie się odbywa spotkanie etc, a np. w turniejach golfowych wysokość nagród czy liczbę uderzeń.

Rewelacja, ale jest zupełnie inny element, który spowodował, że zdecydowałem się na krótką recenzję. TheScore daje nam także dostęp do informacji potrzebnych najbardziej grupie tych uzależnionych od hazardu, czyli szanse i typy bukmacherów.

Appka działa sprawnie, przez kilka dni, kiedy z niej korzystam, nie spotkałem się ani razu z zawieszeniem, wywaleniem etc. Wyniki dostaję live przez powiadomienia push, a w menu Top News mam od ręki dostępne najistotniejsze informacje z każdego sportu (po lekkim scrollu można wybierać także poszczególne ligi).

TheScore-aplikacja-dla-fanow-sportu-03

Warto? Moim zdaniem jak najbardziej (mimo tego, że Team Stream od BR wygląda lepiej), będziecie mieli dostęp do informacji o ligach zagranicznych w jednym miejscu. Zresztą o tym jak dobra jest to aplikacja i jak wiele wartościowych treści zawiera, może świadczyć choćby to, że zdobyła sobie sympatię (oraz została wyróżniona) w takich miejscach jak Business Insider, Wired, The New York Times, Time, pandodaily, Digital Trends i w sklepach iTunes Store oraz Google Play.

Zresztą, co tam nagrody dla aplikacji roku i wyróżnienia jakiejkolwiek redakcji. TheScorre ma 5 milionów aktywnych użytkowników miesięcznie. A to dość dobra rekomendacja.

Zobacz też: Srebrni Chłopcy Zagórskiego – lektura obowiązkowa

Zlinczuj rzecznika, bo puściły mu nerwy

Niektóre rzeczy na świecie są pewne. Śmierć, coroczna edycja NBA 2K, podatki czy to zakichane moralizatorstwo, gdy ktoś powie coś nie pasującego do panującego wzorca.

A za to, co ostatnio delikatnie grzmotnęło w internecie, powinniśmy dziękować.

Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych zachował się niewiarygodnie nieprofesjonalnie, bezczelne. Wojciechowski zachował się jak żółtodziób. Bez dwóch zdań nie utrzymał ciśnienia, był sfrustrowany czy cokolwiek innego. Prawda jest taka, że nie powinien.

Funkcja rzecznika prasowego jak każdy inny zawód, ma swoją specyfikę. Ten musi odbierać telefon nawet w środku nocy i za każdym razie zachować zimną krew, profesjonalizm i wykazywać się elokwencją.

Rzecznik prasowy jest taką trochę panienką na telefon. O, jak ładnie wyszło. :-)

Tak wygląda to w idealnym świecie. W rzeczywistości nie zawsze telefon można podnieść, nie zawsze powinno się go podnosić.

Bo rzecznik prasowy, do cholery jasnej, ma prawo do prywatności. Takie samo jak policjant, strażak, pracownik supermarketu, prezes dużej firmy, prezydent, jakikolwiek inny polityk i Ty.

Wojciechowski popełnił błąd odbierając telefon. Skoro był zajęty mógł kulturalnie zrzucić połączenie i napisać wiadomość, że oddzwoni jak najszybciej. Powód jest nieważny, mógł siedzieć w toalecie mając rozstrój żołądka.

Odebrał. W tej sytuacji mógł powiedzieć, że udzieli wypowiedzi za godzinę, dwie, jak już będzie wolny. Lub rano. Zrobił najgorzej jak mógł, w formie która jest nam doskonale znana – użył sobie, niby śmiesznej, niby zgrabnej, ale tragicznej jednak metafory.

A bezczelny (tak, pisze to całkiem poważnie) dziennikarz, popłakał się niczym mała dziewczynka, której zabrano zabawki. Sam niejednokrotnie spotykałem się z dużo gorszymi tekstami z ust przedstawicieli jednej czy drugiej instytucji. Najczęściej – może dlatego, że jestem miękki, może dlatego, że wolę utrzymywać raczej dobre relacje – mówiłem, że to może zły moment na rozmowę lub po prostu szybko informowałem czego potrzebuję i kiedy możemy się skontaktować.

Rozumiem, że media również nie wytrzymały ciśnienia. Materiał miał być przygotowany szybko, a bez wypowiedzi rzecznika był o niczym.

Wymiotuję jednak tym bełkotem, który  pojawił się w mediach. Każdy jest świętszy od świętego, każdy nagle jest pieprzonym, przeolbrzymim zawodowcem. Właściciele agencji, piarowcy to po prostu dyplomaci, którzy opisują idealny stan. Zapominają tylko, że nie żyją w idealnym świecie.

Dziennikarze? Tym też można wiele zarzucić. Zapraszam w odwiedziny do jakiejkolwiek redakcji, nawet (a w zasadzie w szczególności) w działach kultury, usłyszycie słowa generalnie uznawane za niecenzuralne, a czasem takie zbitki, że stali bywalcy zakładów karnych mogą się dużo nauczyć. Słyszałem na własne uszy, używałem, zachowywałem się podobnie.

Zapraszam do zapoznania się z oryginalnymi wypowiedziami wielu rozmówców, a potem do przeczytania tego w tekstach. A potem w kolejnym medium, które wypowiedź cytuje za źródłem. Dodając coś tam od siebie, coś tam zmieniając.

Robi się z tego zabawa w pieprzony głuchy telefon. Wiem, bo nie raz spotykałem się ze swoimi przerobionymi cytatami, których udzielali mi sportowcy, nie raz sam nadużywałem i wycinałem je z kontekstu. Nie raz mówili mi o tym znajomi z agencji, rzecznicy prasowi, którzy udzielali wypowiedzi komuś innemu.

Wojciechowski przeprosił. Słusznie. Co miał innego zrobić, skoro wiedział, że popełnił błąd i najwyraźniej zapomniał, że w tym świecie wystarczy siedem sekund, żeby być bohaterem i kolejne dwie, aby zostać zlinczowanym.

Czy w ogóle stało się coś strasznego? Absolutnie nie, tylko fajnie sobie o tym trochę popieprzyć i dodać lansu wpisując się w ogólny schemat, który będzie klepał po plecach i nie urazi niczyich uczuć.

Jak ja tutaj.

Siwiec na Social Media Day? Ja to kupuję

Głupia bźdźiągwa, która zrobiła karierę fajnym tyłkiem i dobrym cyckiem.

Tak mówią internety.

Natalia Siwiec wystąpiła podczas Social Media Day Poland we Wrocławiu. I oczywiście została storpedowana, bo jest głupia, pusta i nic innego nie umie tylko pokazać cycki i dupę.

Może jest, nie wiem, nie znam jej. Nie można jednak odebrać jej jednego. W tym świecie, świecie celebryctwa, Natalia Siwiec jest kimś, kto wie jak wejść na szczyt.

Ktoś powie – przez fajną dupę i cycki. No bo tak de facto było.

Ale mało to jest w Polsce dziewczyn/kobiet, które mają ładną pupę i nie boją się jej pokazać? Wystarczy wejść na Fotkę, Sympatię, Odloty inne portale randkowe czy Showup. Do wyboru do koloru.

Siwiec wykorzystała sprawdzony mechanizm, który wcześniej (przypadkiem lub nie) stworzyła Pamela Anderson. Siwiec (albo ktoś jej bliski) przeprowadziła badania, zobaczyła co poprowadziło Pamelę na sam szczyt i niczym biegacz przygotowujący się do maratonu, wyznaczyła sobie cele, punkty kontrolne i na czekliście odznaczała kolejne to dokonania.

Bo nie wiem czy wiecie, ale Pam została wypatrzona podczas meczu futbolu amerykańskiego w 1989 roku. Jej 21-letnia, piękna twarz i fascynujące ciało budziły zachwyt męskiej części publiczności. A potem był już Playboy, Słoneczny Patrol (ah, jak one biegały), kolejne sesje zdjęciowe, spotkania z celebrytami i gwiazdami muzyki, jakiś film jeden i drugi.

Ogólnie szampan, kawior, drogie hotele i luksusowe łódki.

Ten case study wykorzystała Siwiec. Wykupiła drogie, fajne miejsca na warszawskim stadionie, kiedy podczas Euro 2012 pojawiła się na nim nasza rewelacyjna, przewspaniała reprezentacja. Włożyła ładną sukieneczkę w barwach Polski, która odkrywała 3/4 piersi, ładnie się uśmiechała i czekała na to co ma nadejść.

d9fa15bb07

Potem założyła konta na Facebooku, Instagramie, Twitterze. Pokazuje na nich siebie, a mówiąc bardzo dokładnie – sprzedaje.

Podczas wystąpienia na Social Media Day powiedziała otwarcie, że faceci szukają seksownych pośladków, a dupa rządzi światem.

Niestety nie widziałem tego wystąpienia, ale jeśli ktoś uważa, że Natalia Siwiec nie jest dobrym case study i woli słuchać kolejnej paplaniny teoretyków, niech szybko zabiera zabawki do innej piaskownicy.

Siwiec jest praktyczką, zrobiła dokładnie to o czym mówią teoretycy. Jest genialnym piarowcem, bo zaplanowała i zrealizowała swoją kampanię. Być może (i najpewniej) jej geniusz jest chwilowy i jednostkowy, bo to samo nie zadziała w innym przypadku, nawet tak samo lub i bardziej atrakcyjnej kobiety.

Przypadek, a w sumie historia sukcesu, Natalii Siwiec nie jest oczywiście niczym nadzwyczajnym. Mieliśmy już Frytkę, Dodę czy Jolę Rutowicz. Ta pierwsza i trzecia były jednak tylko marnymi wydmuszkami, które zaistniały przez przypadek. Doda miała i ma głos, a dołożyła do tego sprzedajace się pośladki, trochę seksu, przekleństw i krzykactwa.

Dla mnie to co robi Siwiec, to w stu procentach przemyślane działania, które przy tak mocno stojących na szczycie mediach społecznościowych i coraz większej koncentracji na lifestyle, są jednym z lepszych case studies na rynku.

Obraźliwe komentarze pod jej adresem? Jakie to nieładne i nieeleganckie, że taka osoba dostała zaszczytu prowadzenia wystąpienia na uczelni wyższej? Generalnie myślcie sobie co chcecie. Pasuje do wystąpienia na Uniwersytecie Wrocławskim? Pewnie nie, bo wszyscy są przyzwyczajeni do Michała Sadowskiego, Dominika Kaznowskiego, Pawła Tkaczyka czy Tomka Tomczyka, którzy mówią bardziej naukowo, popierając to praktyką.

Ale czy Siwiec pasuje do wystąpienia o realizacji siebie i sukcesie, który odniosła dzięki mediom społecznościowym?

Jak najbardziej tak.

Walczy swój ze swoim: bloger vs dziennikarz

Taka piękna ideologiczna wojna, a chodzi tylko o kasę i wpływy. Lub jak kto woli władzę.

Żadna, ale to absolutnie żadna współczesna wojna, konflikt etc, nie jest prowadzona po to aby wyzwolić, wprowadzić demokrację… Jest po to, aby cytując naszego kochanego klasyka – żyło się lepiej.

Tak, aby żyło się lepiej. Tym którzy sprzedadzą broń, przejmą kawałek terenu z kurkiem ropy i … I to by było na tyle.

Generalnie – człowiek człowiekowi wilkiem.

Powinniśmy jednak nieco przerobić to powiedzenie i sprawić, by szło z duchem czasu. Moja propozycja – dziennikarz blogerowi wilkiem. Działa też wersja odwrotna, bloger dziennikarzowi wilkiem.

Co więcej, jednych i drugich ciągle podgryza internetowy troll, który czai się ze swoimi beznadziejnymi pułapkami za każdym rogiem.

Cała ta sytuacja napieprzania się pomiędzy blogerami i dziennikarzami nie jest już nawet śmieszna.

Księżniczki na ziarnku grochu, postawa roszczeniowa, ataki obnażające niewiedzę w mediach, wielkie pozwy sądowe, wielkie halo.

Reprezentuję oba środowiska i wstyd mi, że mogę tak o sobie powiedzieć.

Media w Polsce walcząc o swój kawałek tortu chca wyeliminować blogerów, bo ci znaleźli sposób zarobku ciekawszy niż ten, który firmom oferują media. Blogerzy czują się i często zachowują jakby byli kimś lepszym. Nie są.

No i ten trzeci element – internauci z niedowierzaniem nie wiedzą o co chodzi, choć co chwilę wytykają istotę sprawy podnosząc oburzony ton – jak to zarabiają pracując? Tak, tak, chodzi o kasę.

Oba środowiska w naszym kraju starają się zwalczyć, zamiast wypracować skuteczny sposób na polepszenie oferty, kopią pod sobą dołki.

I całe szczęście czasem powstają z tego powodu całkiem niezłe i zabawne materiały, jak choćby te Filipa Chajzera. Innym razem widzimy totalną wolną amerykankę i zachowania gorsze niż często obserwuję na Twitterze podczas politycznych dyskusji.

W USA znaleziono sposób. Poczytni blogerzy dostają oferty pracy w wielkich koncernach medialnych. Ale nie jako dziennikarze (choć często też), ale jako oni sami. Blogi są dalej tam gdzie są, dostają dodatkową domenę, a autor ma pełną dowolność w publikowaniu tekstów (zgodną z ogólnie przyjętymi normalmi i regulacjami prawnymi – tak jak wcześniej).

Przykłady? Pół ESPN stoi blogerami, których nazwano felietonistami. The Basketball Jones to wciągnięta przez NBA czwórka kumpli, która robiła świetny blog i program. Ball Dont’ Lie to część Yahoo!. Mało? Wystarczająco dużo, żeby pokazać, że jak się chce to się da.

U nas wolimy zwalczać. Pod każdym tekstem krytykującym blogerów, albo np. ujawniającym ich zarobki czytamy stertę komentarzy nienawiści. Zupełnie jak podczas minuty nienawiści u Orwella, odzywają się krzykacze i hejterzy. A bo ten zarabia tyle, a ten tyle, a w ogóle co ten taki i owaki sobie myśli.

Zarabiają. I co z tego? Taki Kominek zarabia, zarabia Grzesiek Marczak, zarabia Jacek Gadzinowski, który jednak woli blogerem go nie nazywać i jego główne źródła utrzymania są raczej poza blogiem. I dobrze, chłopcy znaleźli sposób, znaleźli możliwości, robią dobrą robotę i dlaczego za pracę (nawet jeśli jest to hobby) mają nie otrzymywać wynagrodzenia?

Bo komuś żal dupę ściska? Bo naprawdę myślicie, że to wyskakujące okienko z reklamą BMW różni się czymś od kampanii na blogach? Pomyślcie jeszcze raz.

Media krzyczą, bo ktoś ich podgryza. Zamiast – jak wspomniałem – wykorzystać sytuację, zmienić formaty, wciągnąć kilka osób wyżej i dać zarabiać w ten sam sposób, dodając nieco daniny od siebie.

A jedni i drudzy mogą od siebie czerpać garściami. Dziennikarze często nie wiedzą jak keszować swoje pomysły i działania, mają przygotować materiał i oddać tekst. Nie umieją zorganizować kampanii reklamowej, działań marketingowych etc. Nie są po prostu od tego, a system, kraj, uczelnia, poprzednia praca, rodzice i dziewczyna, niestety ich tego nie nauczyli. Wiem, bo przerabiałem i ciągle przerabiam ten temat na własnej skórze. Blogerzy? Mogliby się nauczyć kilku trików od pracowników mediów. Dowodem na to może być nawet to, że Tomek Tomczyk pisząc do blogerów w swojej pierwszej książce, na kilkunastu stronach wspomina o podstawach dziennikarstwa, prawie prasowym, etc.

I tak naprawdę to czytam ten tekst, podaję kilka faktów, przytaczam kilka sytuacji, ale coś mi w nim nie gra. Po chwili zastanowienia podczas spoglądania na moją kolekcję butów Nike i Yanko, wypiciu Ballantines’a popiciu go Coca-Colą Zero i doprawieniem Sombersby, myślę sobie … że ten tekst mi nie gra, bo mówimy o dwóch środowiskach, które tak naprawdę … jest tym samym i takim samym środowiskiem.

Obserwuj mnie na Facebooku – o tutaj.

Srebrni Chłopcy Zagórskiego

Nie byłem w stanie wymyślić bardziej przyciągającego tytułu. To po prostu niemożliwe, bo te trzy słowa, które tam zamieściłem są najważniejszymi słowami ostatnich 50 lat.

I nawet nie wiecie jak bardzo cieszę się, że we Wrocławiu w sobotę zaczyna się turniej, podczas którego ośmiu graczy i trener Zagórski, zasiądą na trybunach Hali Ludowej.

To już trzecia recenzja ksiązki Marka i Łukasza Ceglińskich, którą napisałem. Pierwsza powstała dla MVP Magazyn, druga dla portalu Wroclaw.pl, a trzecia, opublikowana w pierwszej kolejności, na moje prywatne potrzeby.

Łukasz mówi mi, żebym już przestał. Ja mówię, że kontaktuję się z ESPN i Sports Illustrated, aby i tam pojawiły się informacje o Srebrnych Chłopcach Zagórskiego.

Dlaczego? Bo bez dwóch zdań ta książka jest jednym z najważniejszych jasnych punktów ostatnich lat jeśli chodzi o koszykówkę w Polsce. Nie tylko przypomina nam o tym, że Polska zdobyła kiedyś srebrny medal Mistrzostw Europy, nie tylko przedstawia nam tych wspaniałych i wielkich zawodników, których – GWARANTUJĘ – sporo osób nie zna nawet nazwisk, nie tylko pokazuje czasy i realia w jakich wtedy się żyło, ale też pozwala nam poczuć atmosferę jaka towarzyszyła kadrze Witolda Zagórskiego.

Płakałem, śmiałem się, denerwowałem, podziwiałem. Opisy tego jak Inżynier Olejniczak krył słynnego Radivoje Koraca są taktycznym majstersztykiem. Historie z życia absolutnie każdego z tych koszykarzy, powinny być wykładane na zajęciach z socjologii, politologii i historii. Przykład Witolda Zagórskiego, trenera którego chwalili Hubert Wagner i Kazimierz Górski, to przykład długofalowej pracy z jednym zespołem – świetny trener (i jak mówi Łukasz rewelacyjny człowiek) pracował z kadrą … 14 (!) lat.

Czy ktoś z Was wiedział, że Wrocław jeszcze chwilę przed Mistrzostwami Europy w 1963 roku był miastem zamkniętym? I nie z powodów politycznych, ale dlatego, że w mieście panowała ospa. Oczywiście, że wiedział, bo od trzech miesięcy dużo mówi o tym Łukasz Cegliński. Gdyby nie on i jego tato Marek, zapewne pamiętaliby o tym tylko ci panowie, którzy zakładali na szyję  srebrny medal Eurobasketu.

Wiecie co znaczyła koszykówka w tamtych czasach? Powiem tyle – piłka nożna, która w tym momencie stoi w świetle reflektorów, mogła prosić choćby o jeden drobny snop światła, którym oświetlana w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była koszykówka made in Poland. Gwiazdami, celebrytami, elegantami, wyznacznikami mody, stylu i szyku, a także tymi cool gościami, którzy zwiedzali świat byli wlaśnie koszykarze. W kosza grali przyszli aktorzy, politycy, prezesi i właściciele film, znakomici dziennikarze.

Po prostu elita. Ale nie tak jak teraz, elita nocnych klubów, balang, densingów i pokazywania się w nowych furach, wśród półnagich lasek przysłanych przez sponsorów. Oni byli ELITĄ, która udowadniała to w pierwszej kolejności na parkiecie. Dla których właśnie to było istotne, reprezentowanie kraju, wygrane, bez zbędnego gadania.

To oni, znajomi Billa Russella, Reda Auerbacha i innych wielkich nazwisk historii NBA. Oni, przez tych graczy i wielkich trenerów doceniani i również podziwiani.

Nie jestem w stanie wymienić wszystkich historii, jakie przeczytałem w książce Marka i Łukasza Ceglińskich, bo wiedzy jest w niej niemal tyle co w encyklopedii.

Wiem natomiast jedno – dzięki Srebrnym Chłopcom Zagórskiego jestem człowiekiem bogatszym i bardziej świadomym tego jak wyglądała koszykówka w Polsce, jak wiele znaczył dla nas ten sport oraz jak dużo zawdzięczamy Witoldowi Zagórskiemu i jego kadrze.

Za to serdecznie dziękuję, autorom publikacji i przede wszystkim tym, których historia została w książce opisana. Jesteście wielcy Panowie. Wszyscy.

 

Skandal w moim życiu!

Bo public relations, spin-doktor, doradca, to wszystko już było. Teraz specjaliści od tych spraw to fixerzy.

Piękne róże, cudowne wiersze, niewiarygodne spacery i błyszczące w uśmiechu ząbki. Tak wygląda polityka, coś jak miłość. Przynajmniej w USA i przynajmniej powierzchownie.

Pod spodem jest bagno, smród, nienawiść i bezwzględność. Walczące ze sobą tabuny dzikich zwierząt, spuszczone ze smyczy wilki i psy gończe. Zamiatanie spraw, morderstw, oszustw i innego rodzaju skandali pod dywan w cudownym białym płaszczyku i garniturze za 15 tysięcy dolarów. Te poważne decyzje zapadają w jasnych gabinetach, ale przepełnionych syfem głowach polityków i ich doradców. Opinia publiczna nie wie praktycznie nic z prawdziwego świata, który serwują nam panowie, na których głosowaliśmy.

W poniedziałek jesteś przyjacielem, we wtorek wrogiem, a w środę znowu siedzimy razem na kanapie i pijemy wino. Ot, wspaniała demokracja.

To ogólny obraz tego co zobaczymy w Scandalu, serialu od ABC. Moim zdaniem jednym z najlepszych seriali, które ostatnio wziąłem pod lupę. A jest ich – pierdyliard.

Scandal zawrócił mi w głowie i wcale nie dlatego, że Olivia Pope, to przepiękna kobieta. Nie. Scandal to serial, który z odcinka na odcinek twistuje. Ten z rodzaju – jest czwarta rano, muszę wstać o szóstej, ale muszę zobaczyć, co stanie się w kolejnym odcinku. No i nie idę spać.

Każdy odcinek trzyma bardzo wysoki poziom, każdy odcinek otwiera przed nami kolejne wrota do jeszcze bardziej gównianego bagna, w którym siedzą główni bohaterowie. Ci znowu, nawet ci z drugiego planu, są wyraziści, konkretni, świetnie wpisują się w klimat Waszyngtonu i moralno-polityczno-gospodarczych rozgrywek, które serwują nam scenarzyści.

Dla mnie osobiście Scandal ma też warstwę, która wylewa miód na moje serce. To element komunikacji społecznej, public relations. Nie zdradzając szczegółów fabuły, główni bohaterowie, to doradcy, wcale nie specjaliści od PR, jak nazywa się ich w naszym kraju, nie spin-doktorzy, a fixerzy. Przynajmniej tak nazywają sami siebie.

Moim zdaniem to określenie działań podejmowanych przez piarowców idealnie pasuje do obecnych czasów. Dlaczego? Bo, pomimo tego, że nie na tym poziomie (w sumie żenująco niskim), to sam byłem świadkiem takiego naprawiania problemów polityków.

Scandal jest jak ta niedościgniona miłość, ta za którą biegamy i chcemy za wszelką cenę ją zdobyć, ciągle o niej myślimy i zastanawiamy się co dalej, co przyniesie jutro. Wypełnia nasze myśli, nie pozwala się skupić, nie daje nam chwili wytchnienia i chcielibyśmy przez chwilę z nią poprzebywać. Co więcej rozbudza marzenia tak jak z miłością i wyjazdu z nią na wyspy, by oglądać piękne zachody słońca i kochać się na plaży, tak tutaj chcielibyśmy znaleźć się w Białym Domu i uczestniczyć w robieniu TAKIEJ polityki. Nawet pomimo tego, że ta miłość to związek toksyczny, tak polityka jest bagnem, w którym nie warto się taplać, to jednak nasze emocje i ambicje chcą w tym uczestniczyć.

Dziwię się, że Scandal na IMDB oceniany jest na 7.3, bo moim zdaniem spokojnie zasługuje na minimum jeden punkt więcej.

Polecam, Szczepan Radzki! :-)

Jan Tomaszewski oskarża o populizm

Jeszcze wczoraj chciałem bronić nieco Jana Tomaszewskiego. Wszyscy doskonale wiemy, że nasz były wybitny bramkarz ma niewyparzony język, plecie trzy po trzy i w tym swoim przecudownym, agresywnym i emocjonalnym słowotoku, częściej niż rzadziej, obrazi to swojego przyjaciela, to trenera (kimkolwiek by nie był) kadry, jednego, drugiego zawodnika i jeszcze niechcąco, z rozpędu zaczepi o swoją rodzinę.

Niemniej jednak, tak samo jak każdy z nas, tak samo Jan Tomaszewski ma prawo do swojego własnego zdania i ma prawo to zdanie wyrażać. Możemy się z nim nie zgadzać, możemy uważać nawet, że opinia jest nieprawdziwa czy zwyczajnie głupia. Bo też mamy do tego prawo.

Były bramkarz reprezentacji Polski głośno mówi o tym, że kibicuje kadrze Niemiec. I super, ma prawo. Tak samo ma prawo nie nazywać reprezentacji narodowej, reprezentacją narodową, tylko drużyną Smudy. Ma, bo dlaczego miałby nie mieć? Niech sobie kibicuje komu chce, mi osobiście to nie przeszkadza. Przeszkadza mi natomiast druga kwestia, to Panie Janie, jest kadra Polski, czy Pan tego chce czy nie. Czy będzie Pan tańczył taniec brazylijskich gejów, śpiewał serenady, pisał pisma do Ministerstwa Magii i Czarów, to nie zmieni faktów, że jest to reprezentacja Polski.

Ale przecież u Was w partii, nikt nie będzie nikomu wpierał, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Prawda?

I w gruncie rzeczy, chciałem dodać swoje trzy słowa obrony do ataków, które spadły na naszego byłego reprezentanta, za to że otwarcie mówi o kibicowaniu Niemcom. Tylko, że jak grom z jasnego nieba, spadły na mnie jednak ostatnie wypowiedzi posła PiS. Trzeba być skończonym ignorantem i niezwykle łakomym szumu medialnego człowiekiem, żeby mówić, że ktoś nie ma prawa wypowiadać się na temat piłki nożnej, siatkówki, koszykówki, zdrowia, rodziny, polityki – i mógłbym tak wymieniać do momentu, aż padą mi baterie w klawiaturze. A to ze względu na cholernie długą żywotność obecnego kompletu, trwało by jakieś osiem miesięcy.

Jan Tomaszewski twierdzi:

Słyszę jedynie polityków, celebrytów, panie prowadzące programy informacyjne, jak to się świetnie znają na piłce. Wszyscy chcą zabłysnąć. Wszyscy tacy mądrzy. Powiem wprost – dla mnie to jest żenada. To jest populizm. Nie mogę patrzeć na tych wszystkich polityków-patriotów-idiotów, którzy teraz przy okazji Euro zaczynają mądrzyć się na futbolowe tematy. Teraz futbolowym ekspertem może być nawet niejaki Materna. Jemu się wszystko podoba, on wszędzie widzi plusy. Dlaczego? Bo ma z tego korzyści. Poklepie Grzesia Latę po plecach i zawsze jakiś spektakl z okazji otwarcia stadionu dostanie. Swego czasu siedział ze mną w studio, był też Antoni Piechniczek i w pewnym momencie zapytałem „Przepraszam, na jakiej podstawie pan to robi?”. No, ale to komediant, satyryk. Widocznie lubi jak się ludzie z niego śmieją.

Już raz na łamach bloga to zrobiłem i ponownie zacytuję moją bardzo bliską koleżankę – OJCNP (wiecie, że ze względu na wulgaryzmy, musicie ten skrót rozszyfrować sami). Myślę, że Pan Jan, może spokojnie starać się nie tylko o fotel posła (który już ma), ale i naczelnego satyryka kraju. Wspomniany przez Pana Jana, Krzysztof Materna, może zacząć kupować pieluszki i obgryzać paznokcie. Ba, co więcej myślę, że gdyby żył George Carlin, zakończyłby karierę, a inni stand-uperzy, po prostu schowaliby mikrofony i spalili notatki.

Pan Jan Tomaszewski mówi o populiźmie, Pan Jan Tomaszewski mówi o korzyściach i opluwa tych, którzy zachowują się w sposób, jaki jemu nie odpowiada. Szanuję naszego byłego bramkarza, szanuję jego zdanie i nawet zdarza mi się powtarzać, że w niektórych sprawach ma rację, ale agresywny styl wypowiedzi, gęsta atmosfera którą wprowadza czy też spora ilość haseł – tak, tak – POPULISTYCZNYCH, powodują, że te sensowne wypowiedzi tracą jakąkolwiek siłę i zanikają w steku krzyków oraz bzdur, które rzucane są na potrzeby chwili.

Do łeż rozbawiła mnie też poniższa wypowiedź, znaleziona na łamach portalu Tomasza Lisa. Autor oczywiście ten sam, o którym mowa od początku notki.

Każdy niech słucha, kogo chce. Ja artysty komediowego wypowiadającego się na temat piłki słuchać nie zamierzam! Tak jak tych wszystkich polityków, którzy krzyczą teraz „tak, tak, żyjemy Euro, ściskamy kciuki za Polskę”, a jak pytam ich o ośmiu zawodników podstawowego składu, to siedzą cicho. Ręce opadają. Dla nich, dla wszystkich celebrytów-przebierańców i Materny – też, mam jeden apel: stonujcie trochę, bo na piłce to się GÓWNO znacie.

Moje pytanie brzmi – czy to odnosi się tylko do sportu, czy możemy też stosować np. w polityce?

Szkoda, że kilku wybitnych sportowców, moje pokolenie zapamięta jako krzykaczy i (przepraszam) błaznów.

PLK – kierunek internet?

Pamiętacie badanie przeprowadzone przez Pentagon-Research i Polską Ligę Koszykówki? Było w nim kilkadziesiąt pytań, nazw sponsorów, partnerów i tym podobnych.

Na Sport.pl w kolumnie TBL Defensywnie ukazało się już moje krótkie podsumowanie zbieranych przez kilka tygodni danych. Według słupków i odpowiedzi ankietowanych, kierunkiem, który musi obrać liga jest (nie będzie zaskoczenia) internet.

Oto fragment ze Sport.pl

Oprócz uczęszczania na mecze fani jako aktywności wokół koszykówki wskazywali szukanie informacji o koszykówce właśnie w portalach internetowych, na popularnych blogach i profilu ligi na Facebooku. Bardzo istotnym jest także chęć fanów do oglądania meczów w projekcie internetowym PLK TV. Ta inicjatywa oceniana jest przyzwoicie, ale z nadzieją na poprawę jakości transmisji i komentarza podczas spotkań. Badanie profilu kibiców wskazało też, że fanom koszykówki w Polsce ewidentnie brakuje także magazynu koszykarskiego oraz krótkich filmów z najlepszymi akcjami kolejki czy podsumowujących mecze. Te materiały miałyby znajdować się nie tylko w tradycyjnej telewizji, ale być dostępne właśnie na stronie ligi, czy profilach w portalach społecznościowych.

To właśnie ekspansja do Internetu wydaje się być głównym kierunkiem działań, jakie powinni podjąć rządzący Tauron Basket Ligą. Rozwój technologiczny pozwolił na przeniesienie wszelkiego rodzaju aktywności multimedialnych właśnie do internetu, który według badań Pentagon Research jest najczęstszą formą spędzania wolnego czasu. 

Całość tak jak wspomniałem w TBL Defensywnie, a poniżej kilka faktów z raportu, które nie znalazły się w tekście oraz kilka moich spostrzeżeń.

Jako technikę badawczą wykorzystano ankietę internetową (CAWI).

Drugą najpopularniejszą dyscypliną sportu wśród kibiców koszykówki jest Piłka Nożna. Kolejne miejsca to siatkówka, F1, skoki narciarskie, piłka ręczna, boks, lekkoatletyka, żużel (tak nisko?), biegi narciarskie (tak wysoko?), sztuki walki, rajdy samochodowe, pływanie, biathlon, kolarstwo szosowe, narciarstwo alpejskie, rugby, kolarstwo górskie, żeglarstwo, wioślarstwo, windsurfing, łyżwiarstwo figurowe, jeździectwo, szermierka.

Zdecydowanie największa grupa kibiców kibicuje Anwilowi Włocławek.

Wybaczcie drogie Panie, ale koszykówką kobiecą w tym kraju interesuje się prawie nikt.

Zdaniem kibiców, miasta powinny sponsorować kluby koszykówki.

Połowa kibiców PLK uczęszcza na wszystkie mecze rozgrywane w miejscowości zamieszkania i przynajmniej niektóre wyjazdowe.

Więcej niż trzech na czterech kibiców jest na meczu co najmniej raz w miesiącu.

Trzech na czterech kibiców oglądających mecze PLK na żywo robi to w towarzystwie znajomych, a jeden na trzech w towarzystwie partnera życiowego.

Najsłabszym punktem oglądania rozgrywek PLK na żywo jest oferta gastronomiczna w halach.

Najpopularniejszym bloggerem w koszykarskim świecie jest Łukasz Cegliński. Następne miejsca wskazywane przez fanów to 3sekundy.comZawszePoPierwsze.bloog.pl i moja skromna osoba. Dziękuję za uznanie i polecam się na przyszłość. Dziwi mnie tylko fakt, że wszystkich w tyle nie zostawił SuperGigant, który znalazł się na piątej pozycji. No cóż, Michał Rutkowski i Paweł Wujec zawsze podkreślali, że nie są blogiem koszykarskim.

Portale koszykarskie, które czytają respondenci: PLK.pl, Polskikosz.pl, NBA.com, Probasket.pl, Sport.pl.

Gazety, z których ankietowani czerpią informacje o koszykówce: Basket, MVP Magazyn, Gazeta Wyborcza, Trudno Powiedzieć (nie znam tytułu, ale spytam dziś w Empiku), Przegląd Sportowy w dalszej odległości Gazeta Pomorska, Dziennik Bałtycki, Głos Pomorza i inne tytuły lokalne.

Polonia Warszawa inwestuje najwięcej ze wszystkich drużyn w szkolenie młodych talentów.

Najelpszą Halą, zdaniem kibiców, dysponuje Trefl Sopot.

Zdaniem większości kibiców polskie drużyny grające w ligach regionalnych nie powinny być zwolnione z udziału w rundzie zasadniczej rozgrywek PLK.

Rozgrywki PLK, w opinii kibiców, nie są zbyt wyrównane. Część ich wyników można przewidzieć już w momencie ich rozpoczęcia.

I pasujące do tego – Połowa kibiców przynajmniej raz obstawiała wyniki rozgrywek sportowych korzystając z usług firm bukmacherskich.

Niestety, w oparciu o oceny kibiców, Polskiej Ligi Koszykówki nie można zaliczyć do czołowych lig europejskich.

Ponad połowa kibiców deklaruje, że czyta „Gazetę Wyborczą”.

Trzech na czterech kibiców ma dostęp do TVP Sport.

Wśród kibiców ulubioną marką odzieży sportowej jest Nike.

Sponsoring koszykówki może być skutecznym narzędziem zwiększania sprzedaży dla firm z branży energetycznej.

Tauron, Energa i PGE – każda z tych firm jest rozpoznawana przez co najmniej 80 procent ankietowanych.

81,7 procenta zdeklarowanych fanów koszykówki, którzy brali udział w badaniu, jest w trakcie studiów lub posiada wykształcenie wyższe.

badaniaplk_blogi

Wpis pochodzi z blogu – Difens.blox.pl