KategorieLudzie

Brudy w pralce trzeba składać w kostkę

Wiedziałem, że na świecie są bardzie pedantyczni ludzie ode mnie. I to tacy, którzy wykraczają poza granice wszelkich szeroko przyjętych norm pedantyzmu. I to tak daleko, że nawet zajebista pani domu nie dałaby rady ogarnąć burdelu, którym jest ten porządek.

Sam, mimo tego, że nie lubię bałaganu, mam go w życiu, komputerze i głowie. Staram się jednak trzymać pewnych norm i schematów, aby nie sprowadzić sobie na łeb zagłady śmieciowo-biologicznej.

Miałem styczność z odkurzaniem odkurzacza drugim odkurzaczem (niczym w Przyjaciołach). Zabierano mi też i myto szklankę, w której miałem napój, bo wyszedłem na balkon puścić bąka. I wiele innych.

Nie wiedziałem jednak, że można być tak bardzo odchylonym w jedną ze stron i posiadać w głowie taki schemat zachowań jeśli chodzi o (pseudo) porządek.

Co robicie z brudnymi ciuchami? Ja wyrzucam i kupuję nowe, ale wiem, że niektórzy piorą. Słyszałem też, że wrzuca się je np. do kosza na brudy i nie jest to śmietnik, a potem do pralki.

christmas-spring-cleaning

Kilka razy ktoś opowiadał mi też, że w pralce wciska się bawełna, 40 i play. Wtedy wszystko co wrzucimy do środka jest jak nowe. Po co mi w zasadzie jak nowe, jak mogę mieć po prostu nowe. Tego nie zrozumiem. Wiem też z opowieści, że wywija się na lewą stronę spodnie czy koszule, nie warto zostawiać pozawijanych mankietów.

Ale nigdy, przenigdy nie słyszałem (do niedawna), żeby ktoś składał brudy w kostkę wkładał je najpierw do kosza na brudy, a potem, ponownie składa w kostkę w pralce.

Nie słyszałem też nigdy (do niedawna) dialogu:

Co się dzieje w tej pralce? Czemu tam tak wszystko lata?
- Bo się pierze?
- Ok, ale dlaczego wszystkie ubrania tak latają po całej pralce?

Nie wiedziałem też, że można czyścić lampę 20 i więcej minut w jednym miejscu. Lampę, która była czysta. Nie słyszałem też o tym, żeby prasować stringi.

Drzwi od szafek, lodówki albo do pokoju, nie wolno dotykać brudnymi rękoma. Za każdym razem wcześniej dłonie powinny być wymyte sposobem chirurgów z doskonale znanych nam filmów amerykańskich. Szorowanie 15 minut, we wrzącej wodzie. Wyciągając worek ze śmieciami należy jakimś chemicznym odczynnikiem umyć kubeł z obu stron. Szczoteczką do zębów i wacikami.

Mieszkanie to nie wszystko. Sterylnie ma być też w samochodzie. Nawet nie starajcie się przy takich typach jeść w samochodzie. Albo oddychać. Albo cokolwiek. Najlepiej w ogóle do niego nie wsiadać. Sofa, kanapa, siedzenia w samochodzie, a nawet sztućce w domu, są pozawijane w folię.

Ciekawe jak wyglądał seks tej pary, sterylnie nie dotykając się. Całe szczęście tylko słyszałem, bo jakbym miał uczestniczyć w takim życiu, to nie miałbym czasu chyba na nic innego tylko podcinanie sobie żył.

Zobacz też: Jak zrobić dobrze klientowi?

Tu nie ma miejsca na czysty sport

Czy wy naprawdę myślicie, że jakikolwiek sportowiec zawodowy hoduje mięśnie na kurczakach i białym serku, a potem idzie i niczym niesiony na skrzydłach miłości z palcem w nosie ustanawia rekord w biegu na 100 metrów?

Przestańcie się oszukiwać. O ewentualnej czystości sportu możecie rozmawiać w kontekście mojego biegania, które ostatnio co chwilę kończy się jakąś kontuzją.

No i nie do końca jest to bieganie czyste, bo namiętnie żrę garściami BCA i wyglądam jakbym wciągał kokainę prosto z dwustu kilogramowego worka.

Amatorzy na siłowni, którzy chcą wyglądać fajnie, żeby laski sikały po nogach wciskają w swoje gardła kilogramy różnego rodzaju odżywek tak naturalnych jak proszek do prania. Spalacze tłuszczu, kleje do mięśni, budulec czy inny xplode, po którym wrzucasz dwunasty bieg.

Jak w tak amatorski sposób robią to Ci, którzy sport uprawiają dla przyjemności zaliczenia kolejnej lub kolejnego, to co robią sportowcy, ci prawdziwi sportowcy, walczący o ogromną kasę, sławę i rekordy?

Lance Armstrong, Marion Jones, afery wokół kobiet błędnie branych za mężczyzn pochodzących ze Wschodnich Niemiec, Carl Lewis, Ben Johnson czy Myślicie, że to odosobnione przypadki?

Mylicie się. To wierzchołek góry lodowej. Ten temat elektryzuje, jest pieprzonym, ogromnym tabu, które zawsze jest pokazywane w kontekście ogromnego skandalu.

Nigdy w kontekście tego, że widzowie chcą bohaterów, chcą poczuć jak piorun zapieprza i bije kolejne rekordy. Chcą widzieć koszykarza, który rzuca 80 i więcej punktów i przez 100 spotkań jest bogiem na parkietach, herosem. Ludzie chcą mieć się z kim identyfikować, ale nie z kimś śmiertelnym. Jarają nas rzeczy, których sami nie potrafimy zrobić, coś ekscytującego, coś wspaniałego.

Myślicie, że tym facetom i zajebiście wyglądającym laskom, śmigającym po bieżniach jak majestatyczne gazele jest łatwo? Nie jest. Czy ja ich właśnie usprawiedliwiam? Hell no. To system, to my wszyscy wykreowaliśmy taki, a nie inny świat wartości w sporcie i przymykamy oko do momentu, aż ktoś wyraźnie nie pokaże nam tego, że nasi idole nie są tak krystalicznie czyści jakby nam się wydawało.

Idea sportu olimpijskiego upadła. Zdechła, umarła niczym trafiona bombą atomową Hiroszima. Nie ma jej od lat i nigdy już nie będzie. Kibice żyją w przeświadczeniu i za cieniutkimi szybami zamazanymi na czarno, które nie pozwalają dostrzec tego co naprawdę dzieje się w świecie profesjonalnego sportu.

A tam dzieją się cuda na kiju. Szpital polowy, laboratorium z najwyższej półki, którego mogliby zazdrościć nawet w NASA.

Kibice nie chcą wiedzieć o tym co dzieje się w szatniach, nie chcą wiedzieć o tym co dzieje się w zamkniętych pomieszczeniach za (przeważnie) szczelną kurtyną. WADA (wiecie, ta agencja, co pilnuje niby czystości w sporcie), co jakiś czas strzela w dużą gwiazdę i udaje, że wszystko jest ok, działa jak należy i jest strażnikiem pieprzonej moralności, o której już sama dawno zapomniała.

Bo zadajcie sobie pytanie – czy WADA ma interes w czystości sportu? Teoria spisku mówi mi, że nie, ale to temat do innej dyskusji.

Wy nie chcecie normalnych ludzi, którzy jak ja, z wielkim brzuchem, tytanem w nodze, pokonają 12 kilometrów i prawie zdechną. A do tego zrobią to w tempie babci z balkonem, albo i wolniej. Nie. Wy chcecie – jak już wspomniałem – bohaterów, niedoścignionych wzorców, kogoś, kogo będzie można pokazywać na okładkach czasopism.

Absolutnie nie zarzucam nikomu koksowania, brania dopingu. Nie usprawiedliwiam. Ale też nie stawiam na stosie zapieprzając dookoła z zapaloną zapałką.

Problemem nie jest to, że sportowcy i ich lekarze są kilka kroków przed przepisami i testami. Problemem dopingowym jest to, że pozwalamy na to, do momentu kiedy ktoś nie wpadnie. Wtedy każdy z nas jest pieprzonym księdzem i świętym, który w duchu myśli o małym chłopcu. Niczym w tym kawale z batonikiem w tle.

Zobacz też: Jak nie radzić sobie w kryzysie

9 typów klientów, którzy przychodzą do salonu sieci komórkowej

No dobra. Żebyśmy mieli jasność. To jest tekst napisany z punktu widzenia pracownika salonu sieci komórkowej. Siedzieliśmy godzinami, przy winie, whisky, wódce i cygarze. Ona z każdą kolejną chwilą stawała się coraz bardziej seksowna i pociągająca. Mam nawet wrażenie, że powoli rozpinała bluzkę, ale mógł to być po prostu pijacki zwid.

Słuchałem tych opowieści, trochę czułem się jak psychoterapeuta, tylko taki chamski, bo śmiałem się co pół sekundy zamiast rozładować napięcie.

Nie mogę napisać dokładnie tego co padło, nie jestem w stanie obrażać sam siebie, bo zachowuję się gorzej niż te jedenaście typów, o których przeczytacie za chwilę. Wygładzam nieco i łączę moją cudowność jako klienta z postrzeganiem mnie przez pracowników salonu sieci komórkowej.

Nie mam pojęcia skąd w jej głowie wziął się pomysł na Smerfy, ale … lata pracy i wypinania piersi do klientów musiały ukształtować ten charakter i punkt widzenia.

Ważniak

Z widłami pod pachą, ale biznesowy. W McDonald’s słomkę wyciąga sobie z butów i mając jednoosobową działalność gospodarczą wydaje mu się, że może zbić żółwika z Billem Gatesem. Nie ma dowodu osobistego, bo przecież persony takie jak on, te z pierwszej dziesiątki rankingów Forbes, nie potrzebują plebejskich form, aby się wylegitymować. Wystarczy, że znalazł się raz na okładce tygodnika (?) Flash, albo innego Party. Nie ma znaczenia, że jako rozrzucacz gnoju w tle na ogródku Kuby Wojewódzkiego, gdy ten wyprowadzał z garażu swoje Lamborgini (czy czymkolwiek on tam teraz nie jeździ). On i tak chce poznać dane swojego konta, zmienić cokolwiek. Na ładne oczy. Ustawa o ochronie danych osobowych to dla niego wymysł maluczkich. A co.

Papa smerf z rodziną

Grupowe, rodzinne zakupy w weekend to jest to o czym marzy każdy człowiek. Każdy, który nie ma życia, jest sfrustrowany, nie ma pomysłu na to jak inaczej wykorzystać ten czas. Ja sam lubię chodzić po sklepach i obserwować ludzi, ale żeby mi do łba wpadło jechać w weekend do Ikei czy innego sklepu to nie za bardzo. I to jeszcze z rodziną. Tak, niektórzy w tygodniu nie mają czasu, wymyślają więc, że zamiast na plac zabaw, mama z dziećmi na basen, albo jakiekolwiek zajęcia ruchowe, spędzą wspólnie czas wkurwiając przy tym wszystkich dookoła. Bo dzieci krzyczą, jęczą, biadolą. Jeden wypaćka telefon paluchami, w których przed chwilą trzymał kurczaka z KFC, drugi coś strąci, a ten najmłodszy non stop krzyczy. Oh, a na środku salonu jest mu przebierana pieluszka.

Zgrywus

Prawie jak kot paczy. Tylko ten nie paczy z ekranu monitora na tracącego czas i energię pracownika jakiejkolwiek firmy, bezproduktywnie scrollującego okienko Facebooka (jakieś 6-10 miesięcy temu), tylko swoimi żywymi oczami, ogląda telefony. Podziwia, analizuje, ogląda z każdej strony. Oczywiście wyginając się jak najlepsi gimnastycy przy gablotach. W pewnym momencie macha łapkami, gdy obsługiwani są inni, siada na kolanach innemu klientowi chcąc spytać o jakąś bzdurę. A potem prosi o przyniesienie trzynastu tysięcy wersji kolorystycznych jakiejś Noki Lumia lub nowego, plastikowego iPhone’a 5C.

Kupuje? Nie, bo nie ma akurat tego jednego, jedynego burgundowo-beżowo-czerwono-fioletowo-turkusowo-żółtego, który sobie wymyślił.

Wychodzi zrezygnowany. Ale wróci z nadzieją na sukces.

Gargamel

A tu dam dobrego tipa (zasłyszanego oczywiście) dla tych, którzy w najbliższym czasie będą zmieniali lub dokupowali nowe numery. Śmierdziel to dobry sposób na niskie stawki za telefony i wiele darmowych godzin. Nie myj się kilka dni, nie gol, zapomnij o szczoteczce do zębów. Moja ukochana rozmówczyni mówi, że ma takich na pęczki. Odjeżdża wtedy krzesełkiem prawie do konkurencji i rezygnuje z prowizji czasami nawet dopłacając do interesu, żeby tylko szybko załatwić klienta.

Smerfetka

To ten typ, który zapomina wkładać baterii do telefonu i awanturuje się, bo szmelc nie działa. Nic dodać nic ująć. Miliardy przykładów. Każdy z nas był w tym miejscu, był tym irytującym, który nie ma dowodu, zapomniał hasła do konta, numeru telefonu czy czegokolwiek, co jest wymagane w procesie weryfikacji.

Osiłek

Niezwykła postawa społeczna, którą cechują się ludzie wciskający w swoje żyły i nos za dużo koksu. Zwykle nazywamy ją mało profesjonalnie – roszczeniowa. Używa argumentów, których nie da się zbić niczym. Czyli tych emocjonalnych. Ryczy, krzyczy (jak małe dziecko, które usłyszało, że nie dostanie cukierka), bo akurat w kolejce przed nim stoi jedna osoba. Po kolejnych 45 minutach wrzasków, gdy przegląda dokumenty i przymierza telefony do ucha, wychodzi ze starterem za 5 złotych.

Maruda czyli lelum polelum

Ulubiony typ seksownych (skreśl) wszystkich kobiet. I tu mała ironiczna dygresja – marudzący, jęczący facet, który nie potrafi być wsparciem dla swojej kobiety, który nie umie podjąć decyzji, to ten, którego one najbardziej pragną. No nie pobzykasz stary w tym odcinku. Sorry :-)

Wracając do tematu. Przychodzi i mówi, że chce coś. Ale nie wie co. No jak ten ciapek, kochałby, ale nie. Wszystko mu obojętne. Way to go, masz ją! Kobieta, jak i sprzedawca, potrzebuje czasami być złapana za włosy, usłyszeć co chcesz, choćby z grubsza i to, że bierzesz swoje. No inna sprawa, że takiemu to można wcisnąć wszystko. Dla dominatorów i tych, którzy chcą się pozbyć zalegających w magazynie modeli w najwyższych taryfach jak znalazł. Najgorsze, że po wszystkim i tak jest marudzenie.   

Szef

Ajfon za złotówkę w abonamencie za 29,90. #Takasytuacja i taki typ biznesmena. Też bym chciał.

Ciamajda

Firi rifi, blutacz i mikrofalówka z funkcją suszenia i prasowania. Taki powinien być ten telefon co go chcę. Nie zna się na nowych technologiach, no nie każdy musi, ale chce. Po co? Sam nie wie. Gorzej niż ja, bo ja zracjonalizuję każdą gównianą zabawkę, którą sobie kupię. Przecież raz w roku oglądam mecz na projektorze.

Amen.

Super obsługa, dramatyczna usługa – czyli o kupimyto.pl

Cztery tysiące i prawie trzysta znaków o firmie, z którą nie chcę współpracować to o całe 4,5 tysiąca za dużo.

Ale robię to specjalnie dla Was.

Wielkie aj waj, czerwony dywan, miła obsługa i tona gruzu i wymiocin. Nie spotkałem nigdzie bardzo konkretniej opinii na temat serwisu kupimyto.pl, który jakiś czas temu zadebiutował w sieci.

To teraz mam swoją i chętnie się z Wami podzielę.

Próbowałem temu państwu sprzedać swojego trzyletniego MacBooka Pro. Uznałem bowiem, że pomimo tego, że dostanę nieco mniej kasy niż przy sprzedaży na Allegro, to przynajmniej pójdzie bezproblemowo.

I poszło. Do pewnego momentu.

Szybka wycena, zamówienie kuriera i wszystko powinno być jak należy. Kurier dostał informacje o tym kiedy ma do mnie przyjechać – bo tak działa system kupimyto.pl. Rewelacja, ustaliłem godzinę,  zaplanuję sobie wszystko jak trzeba i będę wtedy w domu.

No za chu… Moje plany legły w gruzach, bo okazało się, że ktoś (pytałem w DHL) nie odznaczył swoim żółtym ołówkiem, że kurier ma przyjechać tego i tego dnia. Straciłem około 50 minut na ustalaniu tego, kto za co i jak odpowiada. Okazało się, że bawię się w trzy małpki, bo nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał i nic nie mówił.

Zwykle problemy rozwiązuje się najlepiej u źródła, więc … po dwóch godzinach udało mi się w końcu dodzwonić do kupimyto.pl. Bardzo sympatyczna pani rozwiązała problem praktycznie od ręki. I w tym miejscu chciałem pochwalić obsługę firmy, zrezygnowaliśmy z jednej daty, ustaliliśmy inną, dostałem potwierdzenie mailem i miły dopisek, że pani pochodzi z Wrocławia i uwielbia to miasto i miło było słyszeć kogoś, kto mieszka tam na stałe.

Sympatycznie. Relacja in plus zbudowana.

Przyjechał kurier. W dniu, w którym pierwotnie miał się pojawić, a który już anulowaliśmy. Dałbym mu przesyłkę, ale nie była nawet zapakowana. Trudno, wrócił dwa dni później. Pomyłka systemu, niedopatrzenie ludzkie, nieistotne, to pierdoła, która nawet jakoś wybitnie mnie nie zainteresowała i właśnie zdałem sobie sprawę, że opowiadanie o tym było bardziej męczące niż samo funkcjonowanie w tej sytuacji.

Prawdziwa zabawa zaczyna się tutaj. Miałem dostać informację o dostarczeniu i sprawdzeniu sprzętu. Na mailu, gdzie miało wpłynąć potwierdzenie, cisza. W telefonie cisza. Gołąb pocztowy jak siedział na parapecie tak siedzi, a Jarosław Kuźniar w telewizorze nic mi o tym nie mówi.

Zgubili jak nic, a minęły cztery dni, no cóż, nie będę się irytował, przecież mnożyć się poszedł komputer warty tylko 2,5-3 tysiące złotych. Co tam, kto by się przejmował, przecież żyjemy w bogatym kraju.

Napisałem grzecznego maila. Po czterech dniach. Odpowiedź otrzymałem dzień później

Skontaktujemy się w tej sprawie z magazynem w Polsce.

Damn, kontaktujcie się nawet z Januszem Palikotem, ale nie mówcie mi o tym, tylko powiedzcie, gdzie jest JESZCZE mój komputer. W dupie się okazało był, bo ktoś zapomniał o niej wcześniej.

Rewelacja. No ale nic to, przeżyję. W końcu po dziewięciu (!) dniach od wysyłki kurierem (!) przedmiot trafił w miejsce przeznaczenia. Cholera, nawet Filipades (wiecie, ten gość od pierwszego maratonu), dobiegł z Maratonu do Aten szybciej niż jechała moja przesyłka.

Kolejne cztery dni cała rzesza techników z Cupertino sprawdzała sprawność sprzętu. Okazało się, że jest porysowany pod spodem (niewiarygodne po trzech latach intensywnego użytkowania) i ma … zepsuty zasilacz. Co jest znaczącym bullshitem, bo akurat ten wysłałem państwu z kupimyto.pl praktycznie nowy.

Wysłano mi więc w przeciągu pięciu minut dwie oferty, zaniżone w stosunku do pierwotnej ceny, a ja jak idiota w szale irytacji kliknąłem NIE SPRZEDAJĘ.

Zobacz też: Burdel w Trójce?

Debil, trzeba było najpierw zadzwonić albo napisać maila. No nic, zrobię to teraz – pomyślałem. Kulturalnie i grzecznie – bo to już ustaliliśmy co do obsługi klienta w kupimyto.pl – pani poinformowała mnie co zaszło i o pomyłce technika w kwestii tej pierwszej oferty. Poprosiłem więc grzecznie, aby wysłano mi ofertę (tą drugą, obowiązującą) jeszcze raz i wtedy podejmę decyzję.

Niechętnie, ale z korzyścią dla klienta dostałem trzeci e-dokument. Spytałem więc mailowo – wiecie, aby mieć podkładkę – o to, w jaki sposób zasilacz jest niesprawny. Tego samego dnia poinformowano nas, że o sprawę spytani zostaną technicy.

Ok. Czekam. Był 17 grudnia.

Zobacz też: Proste, prawie bezkosztowe pomysły na promocję sportu

A potem były święta i sylwester i nowy rok. Gdzieś pomiędzy napisałem co z moim komputerem i gdzie znajduje się usterka zasilacza.

Drugiego stycznia otrzymałem wiadomość, że sprzęt już do mnie jedzie, a zasilacz był uszkodzony, bo miał przebicie na kablu zasilającym. Yeap, right. Nowy kabel i zasilacz używany 12 razy.

Trudno, szkoda tylko, że to JA mam 14 dni na podjęcie decyzji o sprzedaży lub nie, a ten grzeczny pan podjął ją za mnie. Co więcej, gdy dokładnie te słowa z podziękowaniem trafiły do skrzynki mojego adwersarza. Odpisała pani – że to ja kliknąłem nie sprzedaję i nikt za mnie decyzji nie podjął.

No jestem debilem, mogłem nie klikać. Pies osikał ciepłym moczem resztę korespondencji, bo w sumie to ja wprowadziłem trybiki w ruch.

Polecam? Nie, bo jeszcze 9 stycznia o godzinie 12:02 mój komputer do mnie nie wrócił. Minął miesiąc i kilka dni, nie wiem czy ktoś z niego coś wyciągnął, podmienił, używał czy cokolwiek innego. Wiem, że ja z usług tej firmy nie skorzystam.

Aha – sprzedam MacBooka Pro 13′ z dyskiem ssd :-)

Najbardziej napompowany dzień w roku

Co robisz w sylwestra?

Czytam książkę.

Nie wiem, może jestem stary, może swoje imprezowe i alkoholowe szaleństwa w życiu już przeszedłem, a może jestem po prostu odludkiem, zgorzkniałym młodzieńcem, który nie nadaje się do funkcjonowania w społeczeństwie i nie rozumie rozrywki i dobrej zabawy.

A może po prostu mnie to wszystko nie jara.

Nie rozumiem i chyba nie chcę rozumieć powodów onanizmu tym tak wspaniałym, a dla wielu wymuszonym dniem w roku. Chyba bardziej wymuszonym i natarczywym niż pieprzone walentynki. Nie widzę sensu wydawania 300, 400 złotych na kilka godzin imprezy, którą wymusza na mnie społeczeństwo. Nie widzę w tym żadnej pieprzonej frajdy, aby iść i męczyć się wśród kilkunastu, kilkudziesięciu osób, jak nie mam na to ochoty.

Ale przecież to jest koniec roku, musisz się dobrze mawić. Tak mawiają. A gówno, nie muszę.

Nie chcę. Wcale nie widzę potrzeby, aby pędzić za tłumem i płacić za miejsce w przepełnionym lokalu 500 procent tego, co zapłacę w każdy inny dzień, w którym zmienia nam się godzina na zegarkach i data w kalendarzu.

Oh, ah. Ale tu zmienia się o jedna cyferka więcej. No i to jest powód do świętowania, jest okazja – powie mój kolejny rozmówca. Nie jestem może takim wielkim wymyślaczem jak np. Peter Jackson, albo John Lucas czy topowi menedżerowe z agencji reklamowych sprzed 30-40 lat. Umiem jednak znaleźć powód do świętowania nawet we wtorek.

Jaki? A no np. kochanie zabieram Cię na kolację i do teatru (taa, na pewno), bo założyłaś dziś rewelacyjnie wyglądającą kreację i w ogóle pięknie wyglądasz. Ot moim zdaniem lepszy powód niż sylwester.

Nie przeżyłem w swoim życiu ani jednego sylwestra, który mogę uznać za udany. Mowa o tych wychodnych. Idziesz, spuszczasz się (męczysz w sensie), ubierasz, szykujesz, musisz składać kurtuazyjne życzenia jakimś nieznajomym ludziom, z którymi nawet nie chcesz rozmawiać. A potem i tak kończy się tym, że ktoś się schlał twoim starannie wybranym i drogim alkoholem, którego nie spróbowałeś, rano masz kaca po jakimś gównie, spałeś trzy godziny (jak dobrze poszło) zgubiłeś kluczyki od samochodu, ktoś wyszedł z imprezy w twojej kurtce, a laska zwymiotowała ci na buty.

I to jest wersja optymistyczna.

W pesymistycznej dostałeś w pysk, petarda spaliła ci płaszcz i dorobiłeś się zapalenia zatok, a twoje auto ma powybijane szyby i wielkiego penisa namalowanego na masce. Bo ktoś uznał, że będzie to całkiem zabawne – przecież podpisał na dole, że wszystkiego dobrego w nowym roku sąsiedzie.

Ah, no i niezależnie od tego co się stanie, i tak pokłócisz się ze swoją dziewczyną.

Oczywiście może też być nieco inaczej, można wyjechać w góry i przy kominku dobrze się bawić z jakąś fajną laską, ewentualnie swoją drugą połówką. Można też siedzieć w hotelu w Paryżu lub na plaży w Miami.

Ale to drogie, bo przecież sylwester. Można też zostać w domu i z tą samą fajną laską ganiać się na golasa po pokojach. Można też kasę z durnego wyjścia do knajpy odłożyć i pojechać np. w jakimś ciepłym miesiącu do Disneylandu.

Albo można też iść do psychoterapeuty i zastanowić się nad tym dlaczego nie potrafisz się bawić i cieszyć z ludźmi, gdy cieszy się cały świat. Może po prostu jesteś aspołeczny?

Wybieram na golasa po Disneylandzie.

Kraj alkoholików, a tak naprawdę to tchórze!

Szlag by trafił naszą kulturę picia alkoholu. Uchlać się do nieprzytomności, byle gównem. A jak już chcemy napić się dobrego alkoholu, to wybieramy ten … nieodpowiedni.

I jeszcze jesteśmy tchórzami.

– Mówię ci, pijesz to bez zapitki – tłumaczy koledze gość w skórze, golfie i sportowych butach na rzepy, trzymając w ręku butelkę Johnny Walkera Gold.

Za chwilę ogląda edycję Platinium.

Stoję, zastanawiam się nad tym kiedy złapie za … o właśnie trzyma Jacka Danielsa. Wydał chyba 300 złotych na niewartego tych pieniędzy Golda.

Whisky jest w Polsce traktowana jako szczyt luksusu, a pijący ją uznawani są za burżuazję, albo lansujących się pajaców. Ewentualnie za tych, którzy piją wódę na myszach, co oczywiście nie wyklucza wcześniejszych określeń.

Najczęściej łapiemy jednak za marki, które znamy (co zrozumiałe). Powyższy przykład pana w golfie i skórze doskonale to obrazuje.

Co z tego, że niżej stały dziesięcio i dwunastotoletni Glenfiddich, szesnastoletni Lagavulin, dwunastoletni Glenlivet, a nawet bardziej znany w naszym kraju dwunastoletni Chivas. Nie, ten znawca, zawsze złapie za to, co najbardziej świeci się na półce. Jak głupia sroka, która w swoje szpony łapie każde świecidełko nie zważając na to, że świeczka przypali jej tyłek.

Pieprzony marketing doprowadził do tego, że kompletnie zgłupieliśmy. Stawiając na stole Johnny Walkera, Ballantinesa czy Jacka Danielsa, musimy na dupsko ubrać odświętny strój i zachowywać się przynajmniej jakbyśmy byli na olbrzymim bankiecie z Królową Elżbietą.

Gdy na stole stanie czarny Johnny lub ten wspomniany Gold … to już w ogóle przenosimy się do Hollywood. Przynieś jednak w gości Macallana lub Glenfiddicha. Nikt nie ruszy tego ścierwa.

I cholera, sam też kiedyś nie ruszałem. Sam też czułem się wyjątkowo jakbym zapieprzał we fraku i pierdział srebrnymi dolarami. Whisky ma to do siebie, że pasuje idealnie absolutnie wszędzie. I absolutnie każde whisky.

Nie wiem czy to Harry Potter tak zaczarował świat, ale swój charakter ma Jack Daniels, który jest jednym z tańszych alkoholi w cywilizowanym kraju za wielką wodą i mega uczuciem jest picie go z gwinta przy śmietniku na Brooklynie, ale ogromną magię ma też Macallan, którego z dumą sączymy z kryształowej szklanki trzymając w pysku cygaro za dwadzieścia złotych (lub czasem takie za stówkę, gdy zużywamy świąteczne prezenty).

Nie wiem też skąd obawa przed innymi markami, niż te, które generalnie znający się na whisky koledzy z wysp nazywają totalną beznadzieją bez smaku, którą pijemy z colą tylko dlatego, żeby zabić smak bimbru. Może po prostu my wyznajemy cały czas filozofię picia alkoholu, którą prezentował Ferdek Kiepski – nie ważne co, ważne by sponiewierało? Nie liczy się smak, tylko kac kolejnego dnia?

To powyższe, to łatwe i może i prawdziwe rozwiązanie problemu, który tak naprawdę nie jest problemem. Ale ja znalazłem inne. My po prostu jesteśmy tchórzami. Niby tacy męscy faceci, niby takie króle lwy i przewodniczący wioski, a zwykłe wychodzi tak, że gdy mają kupić coś czego nie znają, kryją się jak małe myszki pod miotłą kuląc pod siebie ogonek.

Nie, ten tchórz, wedle teorii przestraszenia nowością, nawet nie popatrzy na coś innego, niż to co widział w męskim czasopiśmie. No bo rozumiem, że kogoś mogą przerażać mauże, owoce morza, inne ostrygi czy ślimaki. To całkowicie usprawiedliwione, ale … Żeby bać się marek alkoholi, których nie znamy?

Weź się raz w garść, odłóż lęki na półkę i nie bądź tym kolesiem, który kupuje złotego Johnnego, bo na półce w Tesco napisali – Whisky DeLuxe.

11 typów ludzi, których spotkasz w środkach komunikacji

Po sukcesie 11 typów ludzi, których spotkasz w markecie (w tym temacie dzwonił nawet TVN), ide za ciosem i ostatnio do głowy wpadł mi pomysł na – 11 typów ludzi, których spotkacie w komunikacji miejskiej i niemiejskiej, czyli dalekobieżnej.

Klaskacze

klaszczą gdy samolot ląduje na lotnisku. Nie wiem z jakiego powodu, choć cały czas wierzę, że intencje tego klaskania są dobre, ale moja głowa odbiera je nieco inaczej. Bo pilotowi się udało? Nikt w niego nie wierzył? Nawet pijany i naćpany Denzel Washington potrafił posadzić samolot na ziemi (i to do góry nogami! Czy tam kołami). Ci trzeźwi piloci, którzy dostali pozwolenie na prowadzenie takich pojazdów, chyba potrafią więc lądować. A może to podziękowanie za wspólną podróż? No cóż, zacznę klaskać w komunikacji miejskiej.

Podobno ta grupa wymiera.

Babunia sprinterka

Ledwo lezie o swojej lasce, najczęściej na głowie ma beret, ale gdy w tramwaju zobaczy wolne miejsce, okazuje się, że ma w sobie geny Usaina Bolta. Przemieszcza się niczym błyskawica, a do tego jeszcze potrafi pokonywać przeszkody jakby w ogóle nie było ich na drodze.

Cierpliwi

Są ich dwa rodzaje. Pierwsi cierpliwi to ci, którzy potrafią stanąć przy miejscu, na którym siedzisz i bezczelnie wpatrywać się, abyś je opuścił/opuściła. Gdy tego nie robisz chrząkają, krztuszą się, mówią do obcego, jaka to ta młodzież niewychowana. Co z tego, że za tobą i przed tobą jest wolne miejsce. Drugi typ, to ci, którzy za cholerę nie zejdą ze swojego miejsca, bo logicznym jest, że ten chrząkający siądzie tam gdzie jest wolne i wcale nie jest to drugi koniec pojazdu.

Bumboxowcy z demobilu

Tych jest w ostatnim czasie coraz mniej, ale ciągle jeszcze można ich spotkać. Czym się wyróżniają? Słuchają muzyki z głośników telefonów, nawet jeśli z ich kurtki zwisają przewody od słuchawek. I dzięki tym kozakom z Teletubisiami na czapce, cały autobus słucha tych pierdnięć. Ewentualnie może to być ten typ, który co prawda ma słuchawki w uszach, ale producent pomylił plus z minusem i te grają na zewnątrz, a nie do środka.

Zjadacze

Nie ma ich w komunikacji miejskiej, a przynajmniej nie są tak uciążliwi, jak ci których spotkamy na nieco dalszych trasach. W pociągu, autobusie pomiędzy Warszawą, a Wrocławiem nieocenionym jest zapach suchej myśliwskiej, albo innej wędzonki. Mistrzem są też ci z jajkiem schowanym głęboko w czeluściach swojego przenośnego chlebaka. Mój rekord? Po minucie od tego gdy kierowca odpalił silnik w autobusie, czułem już kiełbasę, a kilka siedzeń przede mną słychać było mlaskanie i mruczenie.

Cichociemni

Albo w prastarym języku tak zwani gapowicze. Rozglądają się po autobusach i tramwajach w poszukiwaniu kanara. Wyglądają przezabawnie, zwykle są przestraszeni obecnością kogokolwiek, a gdy tramwaj doczłapuje się do przystanku, dostają ataku serca.

New Age

Nieodłącznym elementem ich podróży jest cokolwiek związanego ze sprzętem elektronicznym, co niekoniecznie jest telefonem komórkowym. Tablet, czytnik e-booków, laptop, a na uszach słuchawki. Generalnie są nieszkodliwi, a najczęściej pracują, siedzą na Facebooku, oglądają filmy lub czytają książkę. Irytują się tylko kiedy obiecany w środku transportu internet nie działa. W komunikacji miejskiej ten typ najczęściej trzyma w rękach telefon komórkowy, choć zdarza się spotkać kogoś z … przenośnym odtwarzaczem DVD.

Niespełniony rajdowiec

Jeśli ktoś porusza się komunikacją miejską doskonale wie o czym piszę. To ten facet za kierownicą, który rusza jakby chciał aby opony w Ikarusie zapiszczały, a hamuje jakby opóźnienie tej czynności miało dać mu cenne sekundy na mecie. Generalnie gość zachowuje się jakby całą noc wciągał coś do nosa, lub na śniadanie popijał kawę Red Bullem. W tramwajach są i tacy, którzy chyba uczyli się na informatyków i znają tylko dwa położenia pedału gazu – 0 i 1.

Palacz

Nie, nie pali w autobusie, tramwaju, pociągu czy helikopterze. Ale śmierdzi tak, jakby zamiast perfum miał we flakoniku dym papierosowy i codziennie rano siedział po kilka godzin w saunie z tymże dymem.

Śpioch

Nie wiadomo dlaczego śpi. Może miał nockę w pracy, może nie spał w nocy i jedzie do pracy, może wraca po imprezie do domu, albo cokolwiek innego. Fakt jest jednak taki, że po prostu śpi. Raczej nikomu nie szkodzi, a budzi się najczęściej nie po tej stronie pętli, po której by chciał. Często łączony z pijakiem, więc tej kategorii nie będę rozwijał z osobna.

Wiecznie chory

Nie jego czy jej wina, że ma szefa sadystę i nie może wziąć wolnego nawet kiedy z nosa lecą smarki, a kaszel jest częstszy niż mruganie powiek. Kicha, smarka, kaszle, a najczęściej przytrafia się to w momencie, kiedy cały autobus czy tramwaj jest tak zapakowany, że sardynki w puszce czułyby komfort niczym w hotelu w Dubaju. No i oczywistym jest, że kaszle właśnie na ciebie.

Są jeszcze ci, których można spotkać w komunikacji w nocy. Ale to już zupełnie inna historia.

Zobacz też – 11 typów ludzi, których spotkasz w markecie

Mam pomysł na życie – będę politykiem

Słucham ostatnio tego co gadają do mnie w telewizji. Słucham i słucham tych mądrości, tych wielkich ideologicznych i genialnych wywodów i w końcu wymyśliłem.

Będę politykiem.

To nie może być trudne. To nie jest trudne.

Po prostu nie może, no nie ma takiej możliwości.

Wymyśliłem już sobie nawet program. A do tego nieźle wyglądam w marynarce i koszuli (a co dopiero jak włożę cały garnitur), nawet jak jestem nieogolony.

fot. Maciej Pałka

Będę przeciwnikiem aborcji, to wtedy pokochają mnie wszystkie matki, które tymi matkami nie chcą zostać i poza tym to takie dyplomatyczne. Oczywiście jako jeden z pierwszych będę walczył do samego końca o redukcję przywilejów poselskich, obniżenie diet, funduszy na biuro i podróże. Dzięki temu pokochają mnie ludzie, bo powiem im wprost, że jestem tam, w tym zaszczytnym miejscu, nie dla siebie, ale dla nich.

Obniżę podatki, bo sam wiem jak mocno na tym cierpię. Wspomogę małych przedsiębiorców, którzy mają kłopty i narzekają na ogrom regulacji, które często doprowadzają ich do szału albo i bankructwa. Dzięki temu będziemy mogli z automatu podnieść płace. Nie będziemy też dawali wielkich ulg wielkim koncernom, które wyzyskują nasze ziemie.

Aby usatysfakcjonować homoseksualistów opowiem się za adopcją, związkami partnerskimi etc.

Ewentualnie będziemy poddawać to pod dyskusję, tak aby odłam narodowościowy nie był pokrzywdzony. Uznam, że 10 kwietnia to najważniejszy dzień dla całej historii Polski i jej narodu, wyprzedzające nawet o kilka długości odzyskanie niepodległości.

Będę chodził z żoną (podstawioną) i dzieckiem do kościoła, modląc się zaszczytnie i szczerze. Ale zniosę też księżom

Zalegalizuję marihuanę, ale tylko do grama posiadania. Tym samym zakochają się we mnie małolaty, ale i powiem, że jest to genialny ruch jeśli chodzi o naprawę dziury budżetowej.

A w telewizji będę coś tam gadał. Jak powiedzą mi, że to nie ma sensu, zmienię zdanie, bo przecież ewoluuję, uczę się, a świat ciągle się zmienia i musimy się do niego dostosowywać.

Gdy już miną cztery lata, wymyślę sobie kolejne piękne obietnice, a także zaznaczę, że cztery lata to za mało, aby zrobić cokolwiek znaczącego.

W razie potrzeby oczywiście jestem na tyle elastyczny, aby mój program dopasować do oczekiwań naszego przepięknego i demokratycznego przecież społeczeństwa.

Parafrazując nieco słynne już i dość zabawne słowa o lepszym życiu – wszystko dla ludzi i ich dobra.

Zastanawiam się tylko nad tym jak poradzę sobie w wystąpieniach publicznych. Mam z tym malutki problem, bo kilka pierwszych minut takiego wydarzenia, to zwykle dla mnie sporo stresu. Mam jednak także i plan na to – po prostu będę ćwiczył, ćwiczył i jeszcze raz ćwiczył.

Zresztą, nie będzie wielkiego problemu. Na początku poradzę sobie sam, ale po chwili, gdy już zacznę nieco świecić, dobiorę sobie znakomitych doradców. Tak jak w serialach, Scandal, albo House of cards. I jakkolwiek by to nie brzmiało – a brzmi jakbym żył w świecie filmu – to mówię całkiem poważnie. Oni zrobię ze mnie polityczne zwierzę – jak Kevin Spacey we wspomnianym już House of cards.

Kevin-Spacey-House-of-Cards-Netflix

Szybko dostosuję się też do poziomu i stylu panującego w internecie politycznego dyskursu. Złośliwości, obrzucanie się błotem, wybiórcze wskazywanie na potknięcia i głupie słówka – na to trzeba się uodpornić i idąc z prądem budować swoją popularność. Twittera już mam, narzędzie jest więc gotowe, należy tylko zmienić zainteresowania.

Bo ciekawe, czy ktoś byłby w stanie przebić się w tym środowisku, kiedy byłby prawdziwym dyplomatą z klasą.

Zobacz też: O butach, które będą pasowały do mojego politycznego stroju

Zlinczuj rzecznika, bo puściły mu nerwy

Niektóre rzeczy na świecie są pewne. Śmierć, coroczna edycja NBA 2K, podatki czy to zakichane moralizatorstwo, gdy ktoś powie coś nie pasującego do panującego wzorca.

A za to, co ostatnio delikatnie grzmotnęło w internecie, powinniśmy dziękować.

Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych zachował się niewiarygodnie nieprofesjonalnie, bezczelne. Wojciechowski zachował się jak żółtodziób. Bez dwóch zdań nie utrzymał ciśnienia, był sfrustrowany czy cokolwiek innego. Prawda jest taka, że nie powinien.

Funkcja rzecznika prasowego jak każdy inny zawód, ma swoją specyfikę. Ten musi odbierać telefon nawet w środku nocy i za każdym razie zachować zimną krew, profesjonalizm i wykazywać się elokwencją.

Rzecznik prasowy jest taką trochę panienką na telefon. O, jak ładnie wyszło. :-)

Tak wygląda to w idealnym świecie. W rzeczywistości nie zawsze telefon można podnieść, nie zawsze powinno się go podnosić.

Bo rzecznik prasowy, do cholery jasnej, ma prawo do prywatności. Takie samo jak policjant, strażak, pracownik supermarketu, prezes dużej firmy, prezydent, jakikolwiek inny polityk i Ty.

Wojciechowski popełnił błąd odbierając telefon. Skoro był zajęty mógł kulturalnie zrzucić połączenie i napisać wiadomość, że oddzwoni jak najszybciej. Powód jest nieważny, mógł siedzieć w toalecie mając rozstrój żołądka.

Odebrał. W tej sytuacji mógł powiedzieć, że udzieli wypowiedzi za godzinę, dwie, jak już będzie wolny. Lub rano. Zrobił najgorzej jak mógł, w formie która jest nam doskonale znana – użył sobie, niby śmiesznej, niby zgrabnej, ale tragicznej jednak metafory.

A bezczelny (tak, pisze to całkiem poważnie) dziennikarz, popłakał się niczym mała dziewczynka, której zabrano zabawki. Sam niejednokrotnie spotykałem się z dużo gorszymi tekstami z ust przedstawicieli jednej czy drugiej instytucji. Najczęściej – może dlatego, że jestem miękki, może dlatego, że wolę utrzymywać raczej dobre relacje – mówiłem, że to może zły moment na rozmowę lub po prostu szybko informowałem czego potrzebuję i kiedy możemy się skontaktować.

Rozumiem, że media również nie wytrzymały ciśnienia. Materiał miał być przygotowany szybko, a bez wypowiedzi rzecznika był o niczym.

Wymiotuję jednak tym bełkotem, który  pojawił się w mediach. Każdy jest świętszy od świętego, każdy nagle jest pieprzonym, przeolbrzymim zawodowcem. Właściciele agencji, piarowcy to po prostu dyplomaci, którzy opisują idealny stan. Zapominają tylko, że nie żyją w idealnym świecie.

Dziennikarze? Tym też można wiele zarzucić. Zapraszam w odwiedziny do jakiejkolwiek redakcji, nawet (a w zasadzie w szczególności) w działach kultury, usłyszycie słowa generalnie uznawane za niecenzuralne, a czasem takie zbitki, że stali bywalcy zakładów karnych mogą się dużo nauczyć. Słyszałem na własne uszy, używałem, zachowywałem się podobnie.

Zapraszam do zapoznania się z oryginalnymi wypowiedziami wielu rozmówców, a potem do przeczytania tego w tekstach. A potem w kolejnym medium, które wypowiedź cytuje za źródłem. Dodając coś tam od siebie, coś tam zmieniając.

Robi się z tego zabawa w pieprzony głuchy telefon. Wiem, bo nie raz spotykałem się ze swoimi przerobionymi cytatami, których udzielali mi sportowcy, nie raz sam nadużywałem i wycinałem je z kontekstu. Nie raz mówili mi o tym znajomi z agencji, rzecznicy prasowi, którzy udzielali wypowiedzi komuś innemu.

Wojciechowski przeprosił. Słusznie. Co miał innego zrobić, skoro wiedział, że popełnił błąd i najwyraźniej zapomniał, że w tym świecie wystarczy siedem sekund, żeby być bohaterem i kolejne dwie, aby zostać zlinczowanym.

Czy w ogóle stało się coś strasznego? Absolutnie nie, tylko fajnie sobie o tym trochę popieprzyć i dodać lansu wpisując się w ogólny schemat, który będzie klepał po plecach i nie urazi niczyich uczuć.

Jak ja tutaj.

To tylko pospolita kradzież

Czasem ta kłębiąca się w głowie myśl musi znaleźć swoje ujście (nawet ta beznadziejna), a mi myśl, którą przeczytacie poniżej kłębiła się w głowie około trzech tygodni.

My w mordę dać to możemy, ale żeby nam dawać?

Wtedy to już jest skandal.

Jest taki kawał. Kowalski idzie z karabinem, sąsiad pyta go dokąd zmierza. Odpowiedź brzmi – na wojnę, zastrzelę kilku i wróce. – A jak Ciebie zastrzelą? – Mnie? A za co, ja nic nie zrobiłem.

Jestem daleki od moralizatorstwa. Bardzo daleki. Łamię przepisy ruchu drogowego, kłamię, piję alkohol w miejscach publicznych i przeklinam. Ściągam też torrenty. O co niechcąco zaczepiłem podczas rozmowy z project menagerem dużej firmy.

A żeby być dokładnym, rozmowa była o kradzieży własności intelektualnej, którą są filmy, muzyka i gry.

Przyznałem się otwarcie, do tego co padło już wyżej. Ściągam. Na własny użytek (tak, taka dziurka w prawie).

Ten typ oszustwa jest w naszym kraju powszechnie akceptowany i usprawiedliwiany. Idąc dużym skrótem, skoro to jest w internecie, to jest darmowe. Otóż nie jest. To zwykła, pospolita, tylko że nowoczesna kradzież.

stealing-pic

Ja doskonale rozumiem dlaczego ściągamy. Też jestem zdania, że ceny, z którymi się spotykamy i zarobki, które mamy, są w stosunku do innych cywilizowanych krajów Unii Europejskiej jednym wielkim żartem.

Nie zgadzam się z polityką niektórych serwisów i sklepów. Nie zapłacę za płytę 70 złotych, ale nie znaczy to, że powinienem ją ściągać z internetu na pirackich stronach. Drażni mnie to, że iTunes Store otworzył się w Polsce, ale woła ode mnie 1 Euro za utwór. Tyle samo co od Holendra, Niemca, Hiszpana, Włocha, dla których jest to nieco inny wydatek niż dla mnie. Dlatego kupiłem sobie Spotify i słucham muzyki legalnie. Denerwuje mnie badziew jaki wciskają mi operatorzy telewizyjni i za każdy gówniany kanał chcą kolejnych, niemałych tantiemów. Lubię filmy, chodzę do kina, ale nie umiem poradzić sobie z serialami. I ściągam, ale czekam też na Netflixa, za którego będę płacił.

W mojej głowie jeden powód, który usprawiedliwia kradzież – głód. Nie będę jednak rozwijał się na ten temat w tym miejscu.

Dupa jednak zawsze z tyłu i gdy to my padamy ofiarą oszustów, to podnosimy lamenty. Płaczemy, jęczymy, piszemy do gazet, które wcześniej nazywaliśmy Gówno Prawda, wołamy wujka policjanta, a na Facebooku otwieramy kółko wzajemnej adoracji.

Kilkanaście dni temu przez Polskę przeszła fala protestów dotycząca tego jak sklepy internetowe oszukują klientów i wciskają im podrobiony towar, albo w ogóle go nie wciskają.

Ludzie, obywatele naszego pięknego kraju całkowicie słusznie ruszyli z maczugami, cepami i płonącymi pochodniami by ukamienować oszustów. Absolutnie wszyscy, łącznie z władzą i mediami pochwalały ten publiczny lincz. Pochwalam go i jak, bo dlaczego jakiś bubek ma zarabiać na mnie kiedy sprzedaje mi beznadziejne podróbki.

To nie pierwszy tego typu przypadek, bo jakieś 10-12 lat temu w Polsce powstawały specjalne fora, na których pomocni użytkownicy informowali o tym jak rozpoznać lewe Jordany. Teraz ta złodziejska praktyka została bardzo szybko zdemaskowana i sklepy, które wciskały nam podróbki raczej nie sprzedadzą już swoich towarów.

Ot, potęga internetu! I bardzo, bardzo dobrze, bo my oszukiwani nie chcemy być.

Ciekawe jednak, że jeśli my, jednostki, ale tak naprawdę cały naród i pewnie spora część Europy, okradamy dużą korporację, to wszystko jest w porządku. Znaczy jesteśmy takim współczesnym, nowoczesnym Robin Hoodem? Ano nie. Jesteśmy zwykłym złodziejem.

Czekam na obniżki cen w iTunes Store, albo wypłaty w Euro.