KategorieLudzie

Who cares kto co robi dla lansu?

Czytam i nie wierzę.

Kliknijcie tutaj. Karolina Korwin-Piotrowska i jakaś druga – Dorota Wróblewska plują na Natalię Siwiec za to, że 1 sierpnia uczciła 71. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

Dlaczego? Bo Siwcowa zrobiła to w szortach, podobno z uśmiechem na twarzy i dla lansu.

Dobra, ja wiem, że to jest z Plotka, ale nie mogę uwierzyć w to, że dwie baby plują na trzecią babę, zarzucając jej próbę lansu na tym wydarzeniu historycznym.

Niech sobie każdy komentuje jak chce, ale ten podniosły ton okrzyczenia Siwcowej jest tak żenująco-komiczny, że wsadziłbym te dwie do ław sejmowych. Razem z całą resztą tych clownów mogłyby dawać niezły kabaret.

Nie chce mi się wierzyć w to, że kogokolwiek obchodzi przerzucanie się gównem tych panienek. Ale skoro już zacząłem pisać, to w krótkich słowach – nikogo.

No dobra, kilka portali, internautów, którzy całe szczęście są coraz bardziej świadomi i zjechali obie atakujące za kretyńskie komentarze. Dla mnie nie ma to wielkiego znaczenia, bo jeśli Siwcową obrzucamy oskarżeniami, że zrobiła to zdjęcie na swoim Insta dla lansu, to w ten sam sposób możemy powiedzieć to o kibicach piłkarskich, koszykarzach kadry narodowej i przede wszystkim mojej ostatnio ukochanej grupie społecznej – politykach. Z nielicznymi, bardzo małymi wyjątkami.

Tak, to tym panom w tym momencie najbardziej zależy na popularności i uderzaniu w środowiska głosujące i wierne.

Jaki był dla Was piątek 13? Ja się ubawiłem.

IdiotDriver

Piątek trzynastego był u mnie rewelacyjny – ale dwanaście poprzednich dni dało temat do trochę emocjonalnego wpisu, który ogólnie popełniam nie z wkurwieniem, ale niedowierzaniem, że to naprawdę się dzieje.

Po raz pierwszy w życiu widziałem jak jakiś idiota wjechał na rondo pod prąd. Piszę idiota, żeby nie być posądzonym o to, że uważam kobiety za gorszych kierowców, ale akurat to co wjechało na rondzie pod prąd, właśnie było kobietą.

Bezosobowość w ostatnim zdaniu jest celowa.

IdiotDriver

I po tym zdarzeniu, które było dla mnie komiczne, dla pani za kierownicą może mniej, w głowie urodziła mi się szybka retrospekcja, a jej wynikiem jest pytanie – czy pozwolenie na prowadzenie pojazdów zmotoryzowanych rozdaje się w warzywniaku, zachowania w miejscu publicznym uczy w dżungli, a obsługi klienta w szkole szyku i gracji ?

Mój kolega Maciek twierdzi, że tak, a w jednym z nich nawet specjalnie wykręcają ludziom żarówki z kierunkowskazów i wyrywają dźwigienki z kolumny kierownicy. gcg0iw

Ja uważam, że niektórym pozabierano też kierownice, bieg wsteczny i przede wszystkim mózgi. Od początku marca jestem codziennie świadkiem kretyńskiego zachowania kierowców od siedmiu boleści. A to stoi idiota i blokuje wjazd i wyjazd wszystkim, bo rozmawia przez telefon, a to nie umie cofnąć 30 centymetrów, a to znowu nie umie cofnąć, choć widzi jak czarno na białym, że jeśli on nie ruszy z miejsca, to nie ruszy nikt. Oczywiście z przeświadczeniem – chcę wjechać tam gdzie stoi osiem aut, ale zastawiam jedyny wyjazd, więc dlaczego do cholery nie mogę wjechać, niech oni pojadą. Na parkingu natomiast jak chcesz wyjechać, a oni – ci kosmici za kierownicą – podjadą tak blisko, że ewentualnie możesz sobie palcem w nosie podłubać, bo wykonanie innego ruchu graniczy z cudem.

db8de268708d3d67772a762d58f68076

W kraju pełnym idiotów, którzy wydrukowali sobie uprawnienia do kierowania samochodem i nie mającym choćby namiastki zdolności logicznego myślenia za kierownicą, trzymanie się w ryzach w samochodzie jest jak wygranie w totolotka. Ktoś powie, że mam wybuchowy charakter – mam – ale nawet moi mega spokojni koledzy nie dają rady kiedy widzą akrobacje popełniane na drogach i parkingach.

I nie – to nie jest road rage.

1343395401263_9725535

Podobna sytuacja ma miejsce w zatłoczonej galerii handlowej, albo na – nazwijmy to – szlaku komunikacyjnym w środku miasta. Jeden z drugim nic sobie nie robi z tego, że wokół niego jest 5 tysięcy innych ludzi i stanie w miejscu, które zostało jedynym wolnym do przejścia, zastawi je swoim obleśnym cielskiem i uskutecznia jakieś pierdolenie o tym jaki papier toaletowy kupić ze swoją równie debilną żoną. Tak, naprawdę ja spotykam się z takimi sytuacjami codziennie po kilka razy w różnych miejscach. Albo stanie z boku, ale na środku zostawi wózek z dzieckiem/zakupami – tak jak te mądre mamy, które wprowadzają wózek z dzieckiem na ulicę i patrzą same z chodnika, czy nic nie jedzie.

Pamiętajcie – najważniejsze jest to, żeby Wam było wygodnie. Generalnie nie liczy się nikt inny, stań sobie gdzie chcesz, zrób co chcesz i jak chcesz, najlepiej z ogromną ignorancją do otaczającego cię świata.

Albo np. siedząc w kawiarni w 2015 roku, czuję się jakbym cofnął się do lat 80-tych. Te, mimo tego, że już żyłem, znam z opowieści jeśli chodzi o zachowania w szeroko pojętych barach czy też kawiarniach. W ostatnich dniach najpierw obsługa się do mnie darła przez pomieszczenie długości 30-40 metrów, a innym razem praktycznie kazano mi sprzątać – bo gdy chciałem odstawić na ladę niepozbieranie brudne filiżanki po poprzednim kliencie usłyszałem – to trzeba zostawić z drugiej strony.

Serio miałem ochotę pierdolnąć całą zastawą o ziemię.

I na zakończenie.

im-not-saying-lets-kill-all-the-stupid-people

Oh ci wspaniali, marni mężczyźni

10914206_824406240954481_996131705_n

Chodzę czasem po molach i obserwuję.

W okresie przedświątecznym, chwilę przed walentynkami, przed dniem kobiet, albo przed wyprzedażami oprócz kobiet biegających od przeceny do przeceny, w galeriach można zauważyć znudzonych, zmęczonych życiem i kompletnie zrezygnowanych mężczyzn.

Stoją oparci o barierki, starają się znaleźć jakiekolwiek miejsce spoczynku, a co najgorsze – są tak zmarnowani, że nawet nie zaglądają już w swoje telefony komórkowe, nie przeglądają na Instagramie # z półnagimi lachonami.

Instagram za to obserwuje ich. Dlatego powstał profil @miserable_men, mój faworyt w ostatnich tygodniach.

Shopping in Paris looks like fun.

A photo posted by Miserable Men (@miserable_men) on

'Tis the season where #miserablemen UNITE and… sit next to each other and don't say a word. It's going be a long month.

A photo posted by Miserable Men (@miserable_men) on

Be careful with the close-up shots @mandoalvarez. #miserablemen are volatile creatures.

A photo posted by Miserable Men (@miserable_men) on

Here's a whole pack of #miserablemen

A photo posted by Miserable Men (@miserable_men) on

It never ends.

A photo posted by Miserable Men (@miserable_men) on

I stoją i czekają na te swoje miłości. Szczęśliwi jak nigdy. A ten poniżej dostał ode mnie dyskwalifikację.

Kiedyś wpadłem nawet na pomysł tego, żeby na poręczach balkonów w galeriach handlowych umieszczać reklamy targetowane tylko pod mężczyzn.

Czasem miło jest dokarmić swoje ego i zgnieść karalucha

large__11102242295-2

Trochę sobie ponarzekam.

Macie wokół siebie takich ludzi, którym najchętniej poderżnęlibyście gardło? Na chwilę zamienili się z internetowych klikaczy w rządnych żądnych krwi bestialskich morderców bez serca, sumienia dokonujących dzieła zniszczenia bez najmniejszego zastanowienia i z uśmiechem na twarzy?

Urodzi się taki, który generalnie mógłby trafić pod nóż Dextera, albo na celownik snajpera sił specjalnych. Taki robak, pierdolony, malutki, jebany uwierający kamyczek w bucie, którego akurat nie możecie rozwiązać, zdjąć i pozbyć się wkurwiającego nic nie znaczącego badziewia.

I uwiera, ciśnie, denerwuje, wpieprza się wszędzie gdzie się tylko da. Nie może taki kamień zająć się leżeniem na ziemi, albo karaluch chodzeniem po kanałach. Tak jak człowiek tego pokroju nie może zajmować się swoimi sprawami, musi wsadzić nos w twoje. MUSI, inaczej jest chory. I chodzi i truje i interesuje się rzeczami, które nie mają na niego wpływu, robi ci pod górkę.

Urodzi się taki pajac, albo pajacka, a powinno to być topione jak niechciane koty. Ludzkość powinna wynaleźć wpierdalaczometr. Dziecko byłoby poddawane testom jak bardzo wkłada nos w nie swoje sprawy i powinno być eksterminowane. Jak robaki.

Nie pcha to ludzkości do przodu, tylko zatrzymuje w miejscu. I najgorsze jest to, że nikt temu jednemu i drugiemu karaluchowi nie powiedział, że tak właśnie jest i powoduje to tylko wzajemne obrzucanie się błotem i problemy dla wszystkich stron. Ale … tak właśnie skonstruowany jest świat, tak na przykład pokazuje go serial House of Cards, doniesieniach z frontu, książek i filmów szpiegowskich, często opartych na faktach.

A psychologowie mówią, że koncentrowanie się na sobie jest oznaką wyższości. To znaczy, że cały pieprzony świat jest jednak niższy. Albo ktoś poważnie się myli i wywody, że masz być lepszy są gówno warte.

Ale … każdy, sportowiec, szpieg, biznesmen, nawet jak walczy, koncentruje się na sobie, na swoich celach, na rozwiązaniu swoich problemów, kłopotów i rozterek życiowych. Nie traci czasu i energii na pajaców i pajacki, które wtrącają się w jego sprawy, tylko idzie do przodu.

Mimo wszystko jednak, miłym gestem i prezentem dla własnego ego jest poderżnąć komuś gardło za to, że jest fiutem.

Polak w LVMH to tak jak Kubica w F1, czyli krótka historia sukcesu

1

Poznajcie gościa, o którym w niedługim czasie będą pisały topowe portale w Polsce, Dzień Dobry TVN będzie robiło research na jego temat, Onet będzie dawał go na top, Gazeta Wyborcza przeprowadzi poważny wywiad na temat różnic pomiędzy poszetką, a butonierką, a już jest typowany do blogera roku. Blogerzy, hejterzy i #TypowiPolacy zaczną liczyć ile zarabia i oblewać go szlamem, bo robi coś, czego oni nie potrafią.

Ma 22 lata. Ewa Stepnowska, może mu powiedzieć – zazdroszczę. Nie wiecie kim jest Ewa Stepnowska? Dziewczyna trafiła z warszawskiej ASP do Marka Jacobsa. Była tam na stażu.

A Kuba? Nie był na stażu u Marka Jacobsa, tylko w Piazza Di Moda odpowiada za dział mody męskiej, a w butiku Tombolini doradza jak się ubrać prezesom banków, politykom, czy znanym sportowcom. To on powie Wam, że warto na nogi włożyć np. buty Yanko. Nie studiuje w Warszawie, ale we Wrocławiu na UE na kierunku Brand Management. Jest trzy lata młodszy od Stepnowskiej, ale w swojej branży nie ma równych. Olivier Janiak robi sobie z nim selfie, a jego blog – Gentlemenfashion.pl jest jednym z najlepiej czytanych w Polsce blogów o modzie męskiej.

Poznałem tą historię kompletnym przypadkiem. Siedzieliśmy na kawie. Ja z błyskiem w oku opowiadałem mu o Jordanach, on mi z podobnym ogniem o garniturach, koszulach i krawatach. Rozumiemy się, bo on grał w kosza, chodzi na mecze, a mój charakter zmusza mnie do posiadania w szafie stroju na kilka okazji.

I nie, nie jesteśmy szafiarkami czy tam szafiarzami. My nie kupujemy, nie wkładamy, nie przebieramy i nie błagamy firm, aby dawały nam gratisy, bo opiszemy to na blogu. O sobie mówił nie będę, ale wiem, bo znam go dość dobrze, że Kuba ma pasję i cele, które chce osiągać. I co najważniejsze wie jak to robić.

Kubą Roskoszem, bo o nim mowa, zainteresowały się cztery literki. LVMH.

1

Mówią Wam coś? A znacie takie marki jak Moet & Chandon, Dom Perignion, Mercier, Krug, Ruinart? To szampany. Może więcej i mi i Wam powie np. Hennessy. Lepiej, prawda? Jestem zwolennikiem whisky, a nie koniaków, ale wiem, że Hennessy to jeden z najlepszych tego typu trunków na  rynku. Belvedere? Wiadomo, wódka. Całkiem podobno niezła. Są i moi faworyci – Glenmoriange i Ardberg. Lecimy dalej. Christian Dior, Givenchy, Kenzo, Sephora, Tag Hauer, Zenith, Hublot, Bulgari i oczywiście Louis Vuitton.

Wiecie co łączy te marki? Wszystkie należą do grupy LVMH, czyli Lous Vuitton Moet Hennessy. Generalnie LVMH to jeden z największych producentów dóbr markowych. Inni to Kering, (wcześniej PPR – Pinault-Printemps-Redoute; czyli Gucci Yves Saint Laurent, FNAC, etc.), Prada i Richemont.

Kuba od tych pierwszych otrzymał jakiś czas temu informację, że jedna z bardziej znanych marek należąca właśnie do grupy LVMH interesuje się jego osobą, osiągnięciami i chętnie widzieliby go w swoim zespole.

Jeśli ktoś nie siedzi w świecie mody, to dla porównania. Zainteresowanie i ewentualną pracę Jakuba Roskosza w grupie LVMH jest porównywalne do gry Marcina Gortata w NBA, angażu Rafała Jucia (pierwszy scout z Polski w NBA, szeroko opisywana historia m.in. przez Gazetę Wyborczą, czy TVN) czy ścigania się Roberta Kubicy w F1, przewodniczenia Polski w Unii Europejskiej. Serio. To jest ten kaliber.

Aha, a w wolnym czasie gość biega i ostatnio zrobił np. maraton.

American Story X – czyli bezczelny Bartosz Węglarczyk

W tym tekście nie będzie moich standardowych złośliwości. Sorry ;)

Najlepszy dziennikarz wśród koszykarzy, najlepszy koszykarz wśród dziennikarzy. Kto wie. Parafrazuję słowa, które kiedyś po raz pierwszy usłyszałem od historyka ze Zgorzelca. Jego wypowiedź dotyczyła niedocenianego, często nieznanego w Polsce filozofa Jakuba Boehme, którego dom znajduje się w nadgranicznym mieście. Dokładne słowa brzmiały – najlepszy szewc wśród filozofów, najlepszy filozof wśród szewców. 

Mało brakowało, a Bartosz Węglarczyk, którego znacie byłby pierwszym Polakiem w NBA. Determinacji i bezczelności, od prowadzącego Dzień Dobry TVN mógłby się uczyć sam Marcin Gortat. Zakładam się, że nie macie pojęcia, że Bartosz Węglarczyk trenował z Georgetown Hoyas lata przed tym nim ktokolwiek w Polsce (może poza sześcioma osobami) wiedział co to jest Georgetown, a tym bardziej ich drużyna koszykarska.

Skąd to wszystko wiem? Jestem zdania, że światem rządzi przypadek i historię, którą za chwilę poznacie i Wy, ja poznałem przypadkiem. Rozmawialiśmy chwilę na, Twitterze, gdzie Bartek wspomniał o pobycie w Waszyngtonie. Od słowa do słowa i okazało się, że historia jest za długa na 140 znaków. Przenieśliśmy się na mail.

Zastępca redaktora naczelnego w Rzeczpospolitej pisze:

Byłem na stypendium na Georgetown w 1992. Nie miałem pojęcia o niczym i pierwszego dnia poszedłem obejrzeć halę sportową. Grali tam w kosza jacyś faceci. Podszedłem do starszego mężczyzny który stał przy korcie i zapytałem, czy mogę dołączyć. Myśmy wtedy grali w GW w liceum na Zakrzewskiej i chciałem potrenować.

Facet spojrzał na mnie wyraźnie zdumiony i zapytał po chwili, skąd jestem. Opowiedziałem co tam robię, a on kazał mi kupić dobre buty. Za całą kasę, jaką z sobą przywiozłem, kupiłem następnego dnia nowy model Nike Air Jordan i wróciłem.

Trenerem w Hoyas był wtedy John Thompson Jr. Na zdjęciu z Patrickiem Ewingiem i Ronaldem Reganem.
C25882-11A
I potem przez trzy miesiące codziennie, często dwa razy dziennie, grałem z Hoyas, którzy zostali na lato w DC i trener chciał, żeby utrzymywali się w formie. Taki letni obóz Hoyas. Dopiero po 2-3 dniach zorientowałem się, że bezczelnie wprosiłem się na treningi profesjonalistów, a trener mi potem powiedział, że zgodził się, żebym dołączył, bo był totalnie zdumiony moją ignorancją.
Przypadek, który jak już wiemy rządzi światem, spowodował, że Bartek nie spotkał się na parkiecie z Alonzo Mourningiem. Zo, późniejszy gracz NBA w Charlotte Hornets czy Miami Heat, został w 1992 roku wybrany w drafcie do NBA. Czytając to co 22 lata temu przeżył mój rozmówca, zazdrość mnie zjadała. Popatrzyłem na skład Hoyas i jak wiemy nie były to czasy Zo, tym bardziej Patricka Ewinga, Deke lub Allena Iversona, ale był to czas nieco mniej znanego koszykarza – Otthella Harringtona. Harrington grał m.in. w Rockets, Bulls, Knicks czy Grizzlies, ale 1992 rok (wiemy, że był to cudowny rok Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie), był jego pierwszym w Georgetown.
(Był tam także m.in. Don Reid, który grał w Magic, Pistons, Wizards).
30-lecie YES
KMag Magazyn dziękuję za szybki kontakt w sprawie umieszczonego tu logo ich magazynu i zostawieniu u mnie trochę forsy w reklamie na rozwój bloga ;)
Jak radził sobie nasz bohater na parkiecie?
Ci zawodnicy byli wściekli, że jakiś biały kurdupel do nich dołączył, no, ale jak trener kazał, to grałem. Nie pozwolili mi w czasie gry przez te trzy miesiące rzucić ANI JEDNEGO kosza. Czapowali mnie potwornie.
Nie pytałem o nazwiska, które dopuściły się tego czynu (nie czap, tego co za chwilę przeczytacie), ale po trzech miesiącach gry z Hoyas, Bartek pisze, że na treningach Gazety Wyborczej, koledzy chcieli wyrzucić go z drużyny, bo …
… grałem bardzo siłowo i ostro, przepychałem się i faulowałem, bo się przyzwyczaiłem do gry z facetami trzy razy wyższymi ode mnie i pięć razy silniejszymi :)
Słyszałem wiele historii moich kumpli, którzy byli w USA. Niektórzy grali nawet na Rucker Parku, inni siedzieli w trzecim rzędzie trybun podczas ASG, byli na after party, na których byli zawodnicy. Moja friendka Qulka, pojechała do Miami i na pierwszym meczu NBA w swojej karierze trafiła na rekord punktowy LeBrona Jamesa. Uff myślicie, przynajmniej ten gość z telewizji trafił tylko na Harringtona i nie poznał nikogo istotnego. Wrong!
A, mogę jeszcze dodać że na jeden trening wpadł z wizytą do trenera Ewing i graliśmy z nim mecz. Grałem przeciwko niemu i raz mnie przesunął tak, że przeleciałem przez dwa rzędy krzesełek i do dziś podejrzewam, że pękło mi żebro :)
Oto cała historia koszykarska człowieka, którego z koszykówką nigdy byście nie połączyli. Bartek jest także fanem Wizards (wcześniej Bullets) i oczywiście Marcina Gortata.
Ciekawe, prawda?

Bo Polacy nie gęsi i z języka śmietnik robią

Polacy nie gęsi i swój język mają – mawia nasza ludowa mądrość. Mają. Ponglisz się zwie. Niektórzy twierdzą, że to język korpo, a ja nazywam go czasem bełkotingiem.

Pawłowi Opydo puściły nerwy i ma w dupie język Polski. Niech sobie ma. Wolny kraj. W pewnym sensie nawet go rozumiem. Są zwroty i słowa, co Paweł podkreśla, które nietłumaczone są szybciej i łatwiej rozumiane niż ich odpowiedniki w naszym ojczystym języku.

Opydo podaje przykłady. Case czy share. Super. Też tak mówię. Też wolę zapożyczenia, bo nasz język dąży w jakimś stopniu do unifikacji, technologie powodują, że mówimy ‘podobnie’. Co więcej, odpowiedniki są czasami po prostu głupie.

No bo jak tłumaczyć np. zwroty sportowe takie jak pick’n’roll, albo technologiczne touchpad? Jak przetłumaczymy smartphone? W tym  pierwszym przypadku mówienie gładzik powoduje u mnie śmiech, ogromne rozluźnienie zwieraczy i konieczność udania się po ścierkę.

Są zwroty nieprzetłumaczalne i lepiej brzmią w (prawie) oryginalnej formie. I tak jak pisze Paweł jeśli to ułatwia komunikację, jest to akceptowalne. Kropka.

Ale, ale. Są pewne granice. Moi znajomi wiedzą, że daleko mi do językowego purysty. Ba, gdyby ktoś o takowego mnie posądził, niczym piętnastolatka na okresie, szybko i namiętnie bym się obraził. Mówię forwarduję mail, a nie przekazuję. Mówię uploaduję, zamiast wrzucam, mówię szeruję, a nie udostępniam (choć tu akurat używam obu form).

45792085

Gdy jednak słyszę bełkoting i widzę rozmowy o responsach i missnięciach, albo skedżulu, a nie harmonogramie lub terminarzu, mam wrażenie, że komuś sufit zawalił się na łeb, a potem jeszcze niczym w Galicji dołożyło się do tego niebo i droga mleczna.

Takich przykładów jest masa. To już nie jest ułatwianie komunikacji, to jest językowy śmietnik, wysypisko i bagno. Bo mówienie o czystości językowej nie ma już prawa bytu. Nie wyobrażam sobie, że powrócą staropolskie zwroty. Język ewoluuje, zmienia się i dopasowuje do obecnych czasów biorąc pod uwagę różne, najróżniejsze czynniki. Czasami po prostu nie mogę się temu nadziwić, że pewne procesy zaszły aż tak daleko, a z opisywanymi w poprzednim akapicie przykładami jest tak, jak z tą świnią co nie zje za dużo.

Zobacz też: Jak Janowicz wkurzył media

A żeby Wam ta znieczulica bokiem wyszła i bolała

No chciałbym komuś strzelić w pysk za tego typu teksty.

Naprawdę, serce mi krwawi, a z oczu płyną łzy bezsilności i wkurzenia, gdy zauważam tą zasraną znieczulicę. Pieprzone państwo policyjne. A wystarczy czasem wyjść, odezwać się, spytać, zobaczyć o co chodzi.

Nie, lepiej napisać tekst zza biurka, albo z owalnego niego wydać opinię, za przeproszeniem gówno wiedząc.

Na Gazeta.pl kilkanaście dni temu natrafiłem na tekst, w którym wielki pan dyrektor, wielkiego centrum handlowego Magnolia, wypowiadał się o problemie z wyłudzaniem kasy na parkingu jego molocha.

Pan wielki dyrektor apelował do klientów swojego centrum, aby uważali na ludzi wyłudzających pieniądze. Apelował grzecznie, prosił o zwracanie uwagi, bo problem się nasila. Pewnie z podobnym zmaga się sporo miejsc publicznych, jeszcze takich gdzie parking jest na zewnątrz, a nie podziemny, lub nadziemny jak w większości moli handlowych.

A ja uważam, że ludzie po prostu nie mają serca i w naszym kraju zapanowała pieprzona znieczulica. Nikt z nikim nie rozmawia, nikt nie zwróci uwagi, nie zapyta, nie zaproponuje, tylko odrazu jebnie siekierą przez łeb, żeby odciąć hydrze głowę. Tak się przynajmniej mu wydaje, bo ani w hydrę nie wali, ani celnie, bo macha toporem jak nawiedzony i ślepy idiota.

Tak się składa, że pod wspomnianym centrum jestem dość często. Spotykam ludzi, którzy chcą ode mnie … czegoś. Niekoniecznie pieniędzy. Zwykłem odmawiać przysług finansowych, ale zawsze proponuję, że skoro ktoś jest głodny, mogę kupić mu jedzenie. Słuchajcie, wszyscy, którzy głosicie na łamach gazet te swoje bzdury – RAZ spotkałem się z odmową. RAZ, jeden pieprzony, odosobniony RAZ.

Car_park

I to było ciekawe, bo gość chciał, żeby dać mu pieniądze na lekarstwa. 10 złotych ledwie. Zaproponowałem, że wykupię mu lek. Nie chciał, bo nie chciał dać mi recepty. Nie chciał też wejść ze mną do środka, nie chciał też dać mi recepty i trzymać w ręku mój kluczyk od auta w obecności mojej kochanej rodzicielki.

Tak. Ten chciał wyłudzić kasę na wódkę, albo ćpanie.

Inni? Byli zachwyceni jak przyniosłem im coś do jedzenia. Dziękowali, byli wdzięczni i zadowoleni, że ktoś im pomógł, poświęcił kilka chwil i przez parę minut porozmawiał.

Wyłudzacze. Tak, widziałem takich, którzy brali jedzenie i je wyrzucali. To nie byli ci ludzie.

W naszym kraju to takie częste. Dacie wiarę, że ktoś po prostu może być (chciałem tu przeklnąć) głodny?! Nie mieć środków do życia, bo musimy utrzymywać darmozjadów w garniturach od Zegny na wiejskiej? Czy to aż tak niemożliwe i nie mieści się w niektórych ptasich móżdżkach?

Podobną sytuację miałem z administracją w budynku, w którym mieszkam. Pewnego radosnego dnia, na tablicy ogłoszeń pojawił się wielki napis ostrzegający przed bezdomnymi niczym przed pożarem. Naprawdę. nawoływali prawie do ustawienia stosu, informowania władz, jednostki S.W.A.T. dzwonienia po helikopter i wysyłania informacji do TVN, by ten przysłał Błękitnego.

Tak się przypadkowo składa, że owego bezdomnego również znam. Odwiedzał mnie kilka lat temu, kiedy mieszkałem w innym budynku na tym samym osiedlu. Wiecie czego chciał? Np.gorącej wody do herbaty. Herbatę, kubek, jakiś kawałek chleba i innego jedzenia miał. Raz, może dwa zdarzyło mu się, że poprosił o coś do jedzenia.

Ten bezdomny jest do tego niemową. I nie miga. I nigdy, ale to przenigdy nie zostawił po sobie na klatce bałaganu i brudu. Nigdy. Człowiek szukał po prostu miejsca do spędzenia nocy, kiedy na dworze szalały minusowe temperatury, lub padał deszcz czy śnieg.

Przeszkadzał komuś w czymś? Nie. Czy był niebezpieczny? Absolutnie nie. Czasem spotykam go na osiedlu, jak przemierza ulice ze swoim dobytkiem, trzema torbami, których nie jest w stanie unieść jednocześnie i chodzi po 40-50 metrów na raty.

Może zamiast starać się komuś utrudnić i tak podłe i pewnie nieudane życie, lepiej czasem wykrzesać z siebie odrobinę człowieczeństwa? Może tym ludziom na parkingu zaproponować pomoc w sprzątaniu czy coś innego? Za kilka złotych. Może temu bezdomnemu dać ciepłą zupę?

A może czasami babci, której brakuje 40 groszy do parówki, dołożyć, bo kto wie kiedy ostatnio jadła? Doskonale wiem kto w moim życiu tak zrobił, pokazując mi jak powinno się zachowywać.

Świata nie zmienię. Mnie wychowano tak, a nie inaczej. Przeklinam i zachowuję się często jak cham, ale obojętny na pewne rzeczy nigdy nie będę.

Balans człowieku i człowieczko! Balans!

Zapamiętaj to słowo – balans!

Pieprzę te Wasze poważne przegięcia. Może mam źle poustawiane filtry, ale nigdzie nie mogę znaleźć opcji – wyklucz skrajność.

Ah te trendy, ah ten pościg za tym, co pokaże naga laska na swoim fejsiku.

Świat został opanowany manią fit. I paradoksalnie wcale nie jest to tak dobre, jak Wam wszystkim się wydaje. Daleko mi do psychologa, ale stany maniakalne to podobno nic dobrego i należy, albo przynajmniej powinno się je leczyć.

Pewnie, bycie fit, ćwiczenia, dużo ruchu, dbanie o siebie i swoje samopoczucie, do tego zdrowe jedzenie, nie zaśmiecanie sobie organizmu gównem z budki z hamburgerami i porzucenie nałogów takich jak picie alkoholu, prowadzi do zdrowszego życia.

Tak samo jednak, jak z wszystkim innym, tak jak mówi staropolskie przysłowie, co za dużo to i świnia nie zje. Czyli nawet i ja nie wcisnę w swój rozdmuchany brzuch (w sumie żołądek) czwartego Big Maka. A sytuacja z byciem fit przybrała takie rozmiary, że ludzie nie myślą o niczym innym, tylko wchodzą w pociąg, który nie chce się zatrzymać. Mordują się na siłowniach (nie, wcale nie mówię tego w pozytywnym znaczeniu), jedzą liście sałaty zagryzając kęsem powietrza i zapachem wody.

A potem są z tego problemy. Bo nagle okazuje się, że jakiś ćwok zerwał sobie mięsień, inny zagłodził się na śmierć, ktoś inny znowu chciał szybkiego efektu, a wyszło tak, że nawciskał się tabletek i w nocy świeci jakby urodził się centymetr od reaktora w Czarnobylu.

Słyszałem nawet historię dziewczyny, wyglądającej normalnie, która zobaczyła się w lustrze i przedawkowała tabletki. Dlaczego? Bo w tym popieprzonym wyścigu o coraz ładniejsze ciało i chwalenie się nim, uznała, że jest gruba. Lekarze ledwo ją odratowali.

Obserwuję sporo podobnych sytuacji w ostatnim czasie. Młodzież obserwuje blogerów i blogerki, zakochuje się w nich mocno i chce być taka sama.

3Uwabfy

Bycie fit, ładne brzuszki u kobiet, umięśnione klaty, silne ciało, rewelacyjna kondycja, brak pieprzonego bólu pleców, etc, to wszystko jest bardzo fajne. Popieram ten styl życia pomimo tego, że mój brzuch zwisa za obrębem spodni i jakoś nie ma zamiaru się zmniejszać. Popieram pomimo tego, że uwielbiam syf żarcie, ale potrafię krok po kroku przestawić się tak, aby jeść z głową.

I to właśnie to ostatnie – z głową – jest tutaj najistotniejsze. Balans w życiu ma ogromne znaczenie. Niektórym może się to wydawać pustym gadaniem, ale rozwój fizyczny, intelektualny, psychiczny, powinny iść w parze. Dopiero takie połączenie daje prawdziwe rezultaty i pełny rozwój, samozadowolenie i wewnętrzny spokój.

A jak jest w tym momencie? Pracujący po 12 godzin oglądają kolejne zdjęcia trenerów i trenerek, które żyją z ćwiczeń i chcą być tacy sami ładni i zbudowani. Też chcę, ale sam jestem idealnym przykładem tego, jak być NIE powinno.

Podobnie jak w marketingu, public relations, komunikacji jak i w każdym innym aspekcie życia, istotne jest wyznaczanie sobie celów długoterminowych i krótkoterminowych. Efektu nie będzie widać po trzech dniach, a czasem nie będzie go nawet po trzech miesiącach. Mierzenie sił na zamiary, robienie postępów, ale mądrych postępów. Rzucanie się w wir ćwiczeń wielu z nas po prostu znuży, zmęczy tak, że za trzy tygodnie jedyną siłownią będzie wciskanie przycisku na pilocie od telewizorze. Moi znajomi trenerzy i trenerki zapewne podkreślają podczas spotkań, że trzeba pracować, przebijać bariery, nieco wychodzić ze swojej strefy komfortu, by osiągnąć sukces.

Ze wszystkim tym się zgadzam, ale ja normalny i zdrowy nie jestem. W moim życiu potrzeba wielkiej liczby bodźców, czasem ogromnych ekstremów, żebym czuł, że żyję.

Jestem dziś mniej ironiczny niż zwykle. Pamiętajcie jednak – wszystko z głową.

Enjoy ;)

Zobacz też: Już nawet głupka sam z siebie robić nie mogę

Już nawet głupka sam z siebie robić nie mogę

Dlaczego rządzący tym krajem na różnych szczeblach i półeczkach władzy robią ze mnie, zwykłego obywatela, debila?

Debila i głupka będę i robię z siebie sam, więc wy panowie i panie, odwalcie się od jedynej rzeczy, której jeszcze nie spieprzyliście. Naprawdę musicie być wszędzie?

stupid-500

Całą sytuację z wypuszczeniem na wolność Mariusza Trynkiewicza można opisywać latami. Generalnie można mówić o tym jak to ktoś spieprzył sprawę 25 lat temu zmieniając ustawodawstwo, można mówić o tym jak można było wypuścić na wolność człowieka, który dopuścił się tak okropnej zbrodni, a do tego analizy psychologów wyraźnie pokazywały, że Trynkiewicz się nie zmienił.

Ja osobiście Trynkiewicza z celi bym nie wypuścił. Nawet łamiąc prawo. Ale zachowałbym się jak prawdziwy facet i na miejscu głowy tego narodu, tego co eR nie wymawia, stanąłbym na mównicy i zakomunikował to światu jasno. Dla dobra narodu i większości. A nie bawił się w ciuciubabkę.

Płakałem ze śmiechu, kiedy we wtorek rano okazało się, że w celi Trynkiewicza były materiały pornograficzne, szczątki ludzkich kości (czy co tam było), koła z auta Roberta Lewandowskiego, moje pięćset baniek, zgubione szczęście i garnek z końca tęczy.

Tak nagle. Wróżka zębowa wpadła w nocy do celi, podrzuciła pod poduszkę co trzeba i do tego zostawiła swoje ulubione czasopismo. Jak?! Może faktycznie Trynkiewicz człowiek (podobno) niepoczytalny, w ostatni dzień odsiadki załatwił sobie kontrabandę. A może nie. Nie wiem.

Jeśli jednak ktoś wymyślił tak sprytny plan, to ja pytam, dlaczego pluje mi w mój nieforemny pysk w tak bezczelny sposób? Chcieliście panowie udupić człowieka, który według prawa (tak, wiem co zrobił i twierdzę, że nie powinien wyjść na wolność) odsiedział swój wyrok i jest wolnym człowiekiem? I tak bezczelnie wy wszyscy, którzy maczacie w tym palce, śmiecie to robić?

Gratuluję, to pokazuje gdzie tak naprawdę żyjemy. Pokazuje jak ponad prawem jesteście, pokazuje, że jesteście bezkarni i możecie wycierać sobie dupę tym, czego sami powinniście przestrzegać. Pokazuje jak kruchą demokracją jest Polska, pokazuje jak beznadziejny jest poziom polityki i dyplomacji w tym kraju, bo służby i wymiar sprawiedliwości okazuje się być naginany w jakąkolwiek stronę w zależności od potrzeb.

Nie podoba mi się to. Rozumiem intencje, są być może słuszne biorąc pod uwagę dobro ogółu. Może naoglądałem się za dużo House of cards, albo Scandalu, bo uważam, że jeśli ktoś chciał robić partyzancką akcję w stylu CIA, albo wielkiego dyplomaty rządzącego tym krajem i chcącego naród uchronić od mordercy i gwałciciela, mógł to zrobić kilka lat temu. Nikt by się nie zorientował, nikt by nie miał pretensji, nikt by nawet nie wspomniał o tym, że Trynkiewicz został wrobiony (o ile został), bo mając jeszcze kilka lat odsiadki przed sobą, mógł po prostu popełnić błąd. W ostatni dzień? Ee… no nie wiem.

Dziękuję więc, że robicie ze mnie głupka i jeszcze bezczelnie udajecie, że nic się nie stało.

Ah, sytuacji o pisaniu Mariusz T. w mediach, nawet nie jestem w stanie skomentować innym słowem niż – żart. Słusznie według litery prawa, ale … błagam. Wy też z nas nie róbcie debili.

To Cię zainteresuje: Kocham bełkot płynący z Twoich ust