KategorieLifestyle

Dyskutuje się TYLKO o gustach

O gustach się nie dyskutuje to najgłupsze powiedzenie na świecie.

Nienawidzę jak ktoś mówi mi o gustach się nie dyskutuje. Dyskutuje się! Mam wrażeniem że ten, który rzuca tym wyświechtanym przysłowiem chce uciąć dyskusję. Czy to z braku argumentów, czy po prostu zwykłej niechęci do dalszego prowadzenia rozmowy na ten akurat temat. Jakikolwiek by on nie był.

Bo jak dyskutować nie o guście? Gust to (nieco naciągając) także poglądy polityczne, powód dla którego kibicujemy tej, a nie innej drużynie, dlaczego lubimy tego, a tamtego nie lubimy. Dla mnie gust w dużej części nierozerwalnie łączy się z procesem socjalizacji, który przechodzimy w dzieciństwie.

Dziś do tego grona wymienionego w pierwszym akapicie dołączyła Ewa Lalik, która ZABRANIA mi i Tobie i Tobie, Wam też i Tobie również krytykować. Dość często czytałem Pawła Opydo i jego Zombiesamurai, gdzie autor naigrywa się i wytyka blogerce/dziennikarce karkołomne, pozbawione logiki konstrukcje.

Dziś sam padłem ofiarą charyzmatycznego wpisu Ewy, która tak jak wspomniałem, zabrania mi krytykować kogoś, kto słucha muzyki, która mi się nie podoba.

Przeczytajcie zresztą lead.

Gdy krytykujesz czyjś gust muzyczny, mówisz fanowi disco-polo, że słucha dennej muzyki, gdy twierdzisz, że techno czy hip-hop to słaba muzyka, a rock jest dla dzieciaków, to obrażasz człowieka. Jego inteligencję, osobowość, emocjonalność i to, co miało wpływ na jego życie. Nie ma złej muzyki – jest za to muzyka dla różnych ludzi i następnym razem zastanów się, zanim wydasz ostre osądy.

A potem pieprzy coś o stereotypach.

Pewnie, zamieńmy muzykę na film i gatunek muzyki na gatunek filmu i mamy oto kolejny genialny tekst, w którym jakaś panienka zabrania mi być mną.

Śmiechłem, prawdziwie śmiechłem i to na głos w autobusie, wśród ludzi. Dlaczego mam nie krytykować czegoś co mi się nie podoba? Dlaczego mam nie rozmawiać o gustach (tego nie mówisz, ale dajesz do zrozumienia i nie sądzę, abym nadinterpretował), dlaczego mam nie spytać fana disco-polo, techno czy czegokolwiek innego co podoba mu się w tej muzyce i dlaczego ja nie mogę powiedzieć dlaczego dla mnie jest ona beznadziejna, tandetna, etc? Nie musi się on ze mną zgadzać, ale skoro Ty nie pozwalasz mi krytykować, to nie krytykuj tego, że ja krytykuję.

Widzicie to błędne koło, ten bezmiar idiotyzmu, który wdarł się w tym momencie w oba teksty?

I jesteśmy w kropce. Mam nie krytykować i nie mówić, że coś mi się nie podoba, bo urażę czyjeś uczucia? A może ktoś uderza w moje uczucia nie pozwalając mi wyrazić swojego zdania? Ktoś tu myli krytykę z krytykanctwem i rozmowę, dyskusję, z obrzucaniem się błotem i obrażaniem drugiego człowieka.

Gust to takie przedziwne stworzonko, które ma każdy z nas. Co ciekawsze, jedni mają ten gust fajny inni zwyczajnie spieprzony. I co jeszcze ciekawsze, jedni i drudzy myślą, że ich gust jest dobry. Ten świat jest skonstruowany i oparty o jeden mechanizm, którego wiele osób chce się wyzbyć – subiektywizm. To dzięki niemu możemy rozmawiać i wymieniać się OPINIAMI, to dzięki niemu wpadniemy czasem na coś kreatywnego, na coś co pchnie świat, albo nasze własne życie do przodu.

Tak, najlepiej być szarą masą wmieszaną w tłum jeszcze większej szarej masy, nie wyróżniać się niczym, zapomnieć o swoim charakterze tylko uważać, bo ktoś gdzieś tam obrazi się za to, że nie podoba mi się muzyka, której słucha.

A poniższy cytat zamiast wzbudzać we mnie śmiech, wzbudził zdziwienie i był powodem powyższego wywodu.

Następnym razem więc zamiast krytykować czyjś gust, wyśmiewać gatunki pomyśl, że wyśmiewasz człowieka. To, że lubi disco-polo? Ma prawo, odpowiada to jego emocjonalności i charakterowi. Fan disco-polo przeżywa swoją ulubioną muzykę podobnie, jak Ty przeżywasz V Symfonię Beethovena. I nic w tym złego!

No damn, racja. On ma, ja nie mam, nawet jeśli odpowiada to mojemu charakterowi i emocjonalności.

Nie biegaj ze sportowcem

Nie biegaj ze sportowcem – te kilka słów mógłbym tu wypisać złotem.

To był ten pierwszy raz, który nie jest jak pierwszy raz. To był ten pierwszy raz, który powoduje, że chcesz więcej, bo wydaje ci się, że jesteś w tym dobry. A potem, za drugim razem, jesteś flakiem i nie dajesz rady.

249137_10151930531019313_501499147_n

Nie biegaj ze sportowcem, to nie jest najlepszy pomysł. Jeśli uważasz, że doda ci to splendoru, jeśli pokażesz jaki wielki czy też jaka wielka nie jesteś, to jesteś w błędzie. To nie ujma na honorze, że odmówisz sportowcowi wspólnego wyjścia i przebieżki. To ratunek twojego honoru.

Już? Naprawdę kończymy? 

Takie słowa padły z moich ust po pierwszym bieganiu z Radkiem Hyżym. Nie biegliśmy ani szybko, ani daleko, ani wybitnie długo. Relaksujący jogging w wolnym od treningu dniu Radosława. I chyba tymi dwoma pytaniami mocno się naraziłem, bo drugi raz nie był już tak wspaniały.

Nie dość, że już od startu narzuciliśmy większe tempo niż ostatnio (cwaniak był po obozie przygotowawczym), to jeszcze biegaliśmy dłużej, dużo dłużej. A ja po chorobie, wypluwałem flaki udając, że wszystko jest w porządku i radzę sobie świetnie. Co gorsze, moje nogi mogły i chciały, płuca jednak wydawały krótkie i treściwe polecenie – fajrant na dziś.

Ale nie mogłem się poddać, kulturalnie i jak gdyby nigdy nic spytałem tylko – biegniemy dalej. Usłyszałem bolące i frustrujące – tak.

Nie biegaj ze sportowcem. On będzie się uśmiechał, kiedy ty językiem będziesz próbować złapać sznurówkę w bucie. Nie biegaj, bo on będzie mówił, opowiadał ciekawe historyjki, ale i tak nic nie zapamiętasz, bo mózg pulsuje ci w rytm policyjnych syren, a krew krąży już tylko w okolicach serca. Reszta ciała jest po prostu martwa i porusza się tylko dzięki nadanemu mu wcześniej pędowi.

Ale Radek to nie był mój pierwszy raz ze sportowcem. Bo kilka lat wcześniej miałem okazję biegać z innym sportowcem, byłym, ale będącym w znakomitej formie. To też był błąd. Ogromny.

Przy spokojnym biegu zmierzyliśmy sobie puls. Jego – 128 uderzeń na minutę. Mój – 189. Kilkanaście sekund później ta wartość skoczyła o kolejne osiem. Jeszcze chwila i miałbym darmową taksówkę z literką R na przedzie. W najlepszym wypadku pojechałbym linią mniej ekspresową z literką A.

Nie biegaj ze sportowcem. Ich organizm jest nieco inny niż nas, zwykłych śmiertelników, którzy jedzą w McDonaldzie i raczą się piwem. Ich organizm nie dość, że jest w stanie przyjąć niewiarygodne ilości wódki, to jeszcze rano przebiegnie kawałek maratonu i pojeździ na rowerze. Mój po nocnej eskapadzie może ewentualnie upaść pod prysznicem.

Nogi bolały mnie trzy dni. Jak nigdy, a znowu nie przebiegliśmy ani dużo, ani długo, nic nadzwyczajnego, żadnego rekordu, żadnego przekraczania granic.

Nie biegaj ze sportowcem – to złota rada tego wpisu. Umawiam się więc z kolejnymi dwoma na wspólne joggingi.

Enjoy.

11 typów ludzi, których spotykasz w markecie

Godziny szczytu w marketach to istne piekło. Kupienie bułki, banana i serka wiejskiego zamienia się w walkę o życie, walkę ze swoimi nerwami i często z tym, czy faktycznie jesteśmy głodni i czy pusta lodówka przypadkiem nie zapełniła się sama.

To właśnie dzięki tym typom, tak często jadam w McDonaldzie.

Enjoy przy niedzieli.

Wózkowi gwałciciele

Bez ostrzeżenia i co gorsze lubrykantu są w stanie wjechać wózkiem w tyłek. I nie widzą w tym nic złego. Albo często nie zauważają, że ich sztuczny, dyndający przed nogami metalowy przedmiot, zaczął żyć swoim życiem i atakuje przypadkowych ludzi. Choć ja akurat twierdzę, że oni zawsze doskonale wiedzą co się dzieje. tych spotykamy przede wszystkim przy kasach.

Arystokraci

Królowie i królowe marketowych salonów. Stają na środku, z berłem w ręku (najczęściej w tej roli występuje telefon komórkowy), podpierają się o ruchomy tron (wózek) tarasując przy tym całe przejście i rozmawiają z Moskwą tak, jakby w ich ręku telefonu nie było. Oczywiście wszyscy muszą słyszeć te idiotyczne wrzaski i gadki o niczym, wszyscy też musza ich zauważyć, przecież są królami i królowymi i każdy poddany musi ominąć ich szerokim łukiem, a gdyby przypadkiem śmiał powiedzieć przepraszam, zostanie na niego rzucone spojrzenie śmierci.

Przerażeni kradzieżą

Są miejsca, gdzie nie warto wchodzić z wózkiem, alejki są tłoczne (zwykle przy warzywach) i 95% osób właśnie tam pakuje się z wózkami. Jakby ktoś miał im te drogocenne wózeczki ukraść, zabrać i przetopić. I co gorsze, w tych ciasnych alejkach ustawiają te swoje drogocenne powozy w poprzek drogi, jeden na drugim. Jakby myśleli, że to parking.

Matki polki

Wraz z pokrzywdzonymi ojcami szwędają się po marketach i sklepach niczym smród po gaciach, do tego ciągnąc za sobą jeden i drugi wózek z krzyczącymi dzieciakami. Tych często można spotkać zarówno w dużych marketach spożywczych jak i w mniejszych butikach. Często są też tymi przerażonymi kradzieżą i włażą wszędzie z wózkami z zakupami i dziećmi.

Gwiazdy sceny

Weekendowi wycieczkowicze, najczęściej z małych miast, którzy jadąc na zakupy kultywują starą tradycję i ubierają najlepsze ciuszki. Najczęściej widać to po płci pięknej, kiedy umalowane niczym na imprezę panieneczki paradują po korytarzach i alejkach z płynami do mycia naczyń w stroju przypominającym kreację sylwestrową.

Zawsze bez koszyka

Jak sama nazwa wskazuje zawsze bierze wszystko w ręce. Co gorsza zawsze wydaje mu się, że da radę i najczęściej daje, ale w pewnym momencie wygląda jak obładowany wielbłąd, który małym palcem sięga po dwunastotonowy worek z ziemniakami. Potem wykłada to wszystko przy kasie, z czego połowa leci na podłogę, a on wykonuje niezwykle efektowny taniec, gdy piramida produktów zaczyna się sypać. Najczęściej są to mężczyźni, choć sporadycznie zdarzają się też kobiety. Dlaczego nigdy nie mają koszyka? Bo zawsze idą tylko po jeden budyń i mleko.

Ludzie cienie

Obok wózkowych gwałcicieli jeden z najbardziej irytujących typów jakie możecie spotkać na swojej drodze. A raczej na drodze, którą już minęliście. Ludzie cienie nie mają pojęcia czym jest przestrzeń osobista i stojąc w kolejce np. za serkiem żółtym, staną 32,5 centymetra za wami. Zawsze. W momencie kiedy zrobicie krok do przodu, oni dokonają niemożliwego i zmniejszą dystans do 18 centymetrów i dyszą nam dalej na kark, albo generalnie trzymają ręce na naszym tyłku. Są jak CIA, FBI, SS, KGB i Mosad. Tylko, że lepsi, bo nie ma możliwości, żeby się ich pozbyć, kiedy stoją w tej kolejce. Zwrócenie uwagi nie pomaga, oburzają się i robią awantury, a po chwili stoją jeszcze bliżej.

Miłośnicy literatury

Nie, wcale nie chodzi o tych, którzy chodzą do Empiku i czytają książki. Chodzi o tych, którzy przy półce z keczupem, musztardą i wszystkim innym dokładnie studiują etykietki. Są nieszkodliwi, do momentu kiedy nie jesteście z nimi. Wtedy dwunastominutowe zakupy chleba, pomarańcza, dwóch soków i czekolady, zamieniają się w czterogodzinną analizę składu wody. Co ciekawe, są zirytowani i wyklinają kiedy szukają etykietki na pomidorze, ogórku i arbuzie.

Znudzony mąż

Snuje się za swoją biegającą pomiędzy półkami żoną, narzeczoną, dziewczyną niczym zjawa i na każde pytanie odpowiada: tak kochanie.

Melepety

Trochę mieszanka każdego wcześniejszego typu. Łazi przyklejony do wózka, ogląda wszystko po sto razy, z klepsydrą do odmierzania czasu kupuje wędliny i nie zrobi tego szybciej niż w osiemnaście minut, przy kasie trzydzieści minut szuka portfela, a w momencie kiedy ma płacić odbiera telefon. Następnie sprawdza rachunek pytając dlaczego … a nie, jednak wszystko w porządku. Dopiero w tym momencie zaczyna wszystko pakować, a potem stoi jeszcze w przejściu układając siaty w wózku, który zaraz rozpakuje.

Wiecznie wkurwiony

Ciągle narzeka, ciągle się śpieszy, stroi miny i klnie pod nosem. O ile melepeta jest mieszanką wszystkich powyższych typów, tak WW chciałby wszystkie powyższe wymordować.

A Wy, jakich spotykacie najczęściej?

Czy w Polsce jest miejsce na kolejną markę modową?

Czy w Polsce jest miejsce na kolejne marki na rynku mody męskiej? I to marki, które nie są globalnie kojarzone, marki, których nazw nie potrafimy w tym momencie wymówić i powtórzyć.

Moim skromnym zdaniem jest i to dosyć spore. Dlaczego? Bo nasz modowy rynek jest ubogi i opiera się na zaledwie kilku sieciówkach, z których kilka uznawane jest za niezwykły luksus, a do tego aspirują jedynie poprzez bardzo wysoką cenę.

Mówię tu choćby o Tommy Hilfigerze, którego posiadanie w szafie uznawane jest przez wielu jako wyznacznik prestiżu i lansu. Mówię o Lacoste, choć ta marka stoi nieco wyżej niż TH i kilku innych dostępnych w Van Graafie czy Peek und Cloppenburg. Tak popularne polówki tych marek są cholernie drogie i jakościowo stoją na bardzo przeciętnym poziomie. Wiem, bo niestety zafascynowany prostotą, kupiłem kilka. Całe szczęście wyszukiwałem okazji, nie płaciłem ceny regularnej, bo mój portfel, którego podobnie jak Karl Lagerfeld, nie posiadam (jedyna różnica między mną, a nim to stan konta), nie wytrzymał by tego uderzenia.

Podobnie jest zresztą z tak popularną wśród wielu młodych Zarą. Zarówno wśród mężczyzn jak i kobiet. Matko z córką Koryntu, nie wiem co jest takiego w tej sieciówce, do której ludzie walą drzwiami i oknami. Przepraszam, ale nie dość, że jest to słabo wykonane, rozmiarówki są jakimś żartem (albo ja jestem tak koślawy i pokrzywiony), to jeszcze cena wcale nie jest jakaś rewelacyjna. Wybaczcie, może się nie znam, ale na mój prosty rozum gdy mam do wyboru marynarkę w Zarze i Vistuli, które stoją na podobnym poziomie cenowym, to jednak wybiorę Vistulę.

Koszula? Śmiech. 200-300 złotych w Zarze, 450+ w TH. Poważniejsze marki można kupić za 200-250 złotych po przecenach, które są przecież tak częste.

Dochodzimy jednak do meritum, którym jest fakt, że jeśli chcemy ubrać na siebie coś lepszego, innego, ciekawszego, to pomimo istnienia wielu marek na rynku, nasz wybór bywa jednak często ograniczony. Oczywiście istnieje więcej możliwości, bo są jeszcze całkiem ciekawy Pako Lorente, jest nasza klasyczna Wólczanka, ciągle bez problemu znajdziemy Levisa, Wranglera, Lee, Massimo Dutti, do którego sam nie mogę się przekonać.

Nie wspomnę już o modzie sportowej i nazwijmy ja na potrzeby notki lifestylowo-młodzieżowej. Produkty np. kultowego Worn By są dostępne bardzo sporadycznie i to w sprzedaży internetowej, Burton jest cholernie drogi w Polsce, QuickSilver jakby stracił swoją magię, choć jakościowo robią bardzo fajne rzeczy, moje ulubione Nike dostarcza ciągle świetnych rzeczy, ale to już raczej typowo sport, który może łamać styl casualowy butami czy drobnymi dodatkami.

Cały czas jednak brakuje czegoś, brakuje nowości, powiewu świeżości, powietrza, które pozwoliło by na inne materiały, nieco inną jakość. W tą lukę stara się wejść Piazza Di Moda, nowy sklep pokroju wspomnianych Van Grafa czy Peek Und Cloppenburg, w którym znajdziemy tylko włoskie marki.

Jakie? Niektóre dla nas kompletnie nieznane jak Tiber, Big Ben, Tombolini, RB Shoes, ale też te ekskluzywne Valentino, Versace, Dolce&Gabbana.

[quote style=”2″ author=”Jakub Roskosz, autor bloga Gentlemenfashion”]W Piazza Di Moda znajdziemy całe mnóstwo marek do tej pory niedostępnych w Polsce, które biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny są bardzo ciekawą alternatywą dla sklepów znanych nam z polskich galerii handlowych. Idealnym przykładem jest tutaj marka Tombolini oferująca niespotykanej do tej pory we Wrocławiu najwyższej jakości elegancką odzież męską, czy GAS – markę na całym świecie znaną z ubrań w stylu Urban Look. W PDM nie też brakuje butików najsłynniejszych włoskich marektj. Loriblu, czy Love Moschino. Dodajmy do tego najwyższej jakości obsługę klienta, pokój stylistek, oraz prawdziwą włoską cafeterię na terenie multibrandu. To miejsce jakiego w Polsce wcześniej nie było. Idealna propozycja i naturalny wybór dla klientów świadomych swojego ubioru, a takich w Polsce przecież nie brakuje.[/quote]

Czasem jak przeglądam listę, którą podesłali mi pracownicy Piazza Di Moda, zastanawiam się nad jednym – czy ten sklep nie przestraszy swoim prestiżem, tak jak straszyły Arkady, jak straszy Renoma, jak straszy Sky Tower, w którym PDM się znajduje?

Możliwe, ale szybko zniszczę mit, bo o ile faktycznie w PDM znajdziemy marki, za których skarpetki trzeba będzie zapłacić 800 złotych, to znajdziemy i te, które swoją ofertę cenową ukształtowały na poziomie doskonale nam znanym ze wspomnianych powyżej, popularnych w Polsce metek. Nie podam konkretu, musicie wybaczyć, ale nie pamiętam dokładnie produkty jakich marek oglądałem, bardziej interesował mnie przedział cenowy. W PDM można kupić koszule za 200, 400, 700, 1000 złotych. Kamizelkę za 300, 700, 1900. Dla każdego coś dobrego, mnie cieszy to, że ktoś nie boi się wejść na rynek z produktem, który zbitką słów – moda, Włochy i kilka innych – zapala w naszych głowach słowo – nie dla mnie, za drogie i za bardzo prestiżowe.

Uważam jednak, że warto zrobić wycieczkę i zobaczyć czy w PDM jest coś wartego naszej uwagi. Sam będę przyglądał się temu jak rynek przyjął ofertę Piazza Di Moda i butików, które się tam pojawiły.

Komitety kolejkowe! Sorry wolę być debilem

Ludzie, czy wyście poszaleli? Naprawdę nie potraficie poradzić sobie z czymś tak prostym jak kolejka w sklepie? Nawet jeśli jest to kolejka nie do jednej, a do trzech kas?

Mam wrażenie, a czasami wręcz gdy widzę kolejną kuriozalną sytuację, jestem wręcz przekonany, że nasz naród został stworzony do zachowywania się w najbardziej irracjonalny sposób gdy do wykonania jest prosta czynność.

Przykłady? Proszę bardzo. Gdy przed naszymi oczyma otwiera się perspektywa stania przy trzech kasach i rozładowywania tłoku, my stoimy w jednej kolejce, gdy jest jedna kasa, stajemy w figurze nazywanej wielkim chaosem, a gdy nie ma jej wcale, stoimy na środku jak za przeproszeniem dupy wołowe i czekamy na zbawienie. Jak piszą na naklejce pchaj, to ten ciągnie i macha rękoma, jak napiszą ciągnij, to ten pcha i dodatkowo kopie jakby to miało jakkolwiek pomóc.

U lekarza w kolejce pytam kto ostatni mimo tego, że rejestrowaliśmy się na godzinę. No ale lekarz rejestruje na godzinę, a potem dwie godziny siedzimy na tyłkach jak debile. Nie dziwię się, że na stacji benzynowej, w Empiku czy McDonaldzie wariujemy. Robiono z nas głupków, to i jak trzeba zachować się normalnie, to nie potrafimy tego zrobić.

W sumie dziwię się sam sobie, że piszę ten tekst właśnie dzisiaj, kiedy stałem w kolejce, ale wszystko poszło sprawnie dzięki świetnemu personelowi saloniku prasowego. Dziwię się, bo nie byłem zdenerwowany, a takie teksty powstają najczęściej pod wpływem mocnych emocji. Dziwię się, bo nie raz byłem w stanie prawie, że furii i nigdy nie usiadłem do napisania kolejkowej głupoty, mimo tego, że zarys tej notki pojawiał się u mnie dość często.

Ja naprawdę nie rozumiem zachowań niektórych ludzi. Nie jestem w stanie objąć tego abstrakcyjnego konceptu głową. Nie rozumiem czemu ludzie nie rozumieją, że jak otwarte są dwie kasy, to można stanąć w dwóch kolejkach (chyba, że wyraźnie mówi o tym napis przed – obowiązuje jedna kolejka). Spotkałem się z takimi sytuacjami, jeden taki delikwent na metr osiem wysoki, szeroki na sześć metrów i dwanaście centymetrów ryknął kiedyś do mnie – EJ KOLEJKA.

Wiecie, w tym takim prześmiesznym, niskim głosie.

Grzecznie, kulturalnie, bo taki jestem, oraz oczywiście ze strachem jak zobaczyłem to małe monstrum, odpowiedziałem że kasy otwarte są dwie, a nie ma nigdzie informacji o jednej kolejce. Bydle wepchnęło się przede mnie niczym ten mały paskudny pies, buldog francuski – nie wiem czy to się zderzyło z ciężarówką, że ma taki pysk i tak sapie, czy spadło z szóstego piętra.

Nie kłóciłem się z inteligentnym inaczej, poczekałem aż zapłaci. Tak samo dzieje się na ulicach, kiedy jednopasmowa ulica rozdziela się przy skrzyżowaniu na dwupasmową i możemy (naprawdę możemy!) wystartować na światłach z dwóch pasów. We Wrocławiu w kilku miejscach spotykam się z tym, że cała kawalkada samochodów stoi jak jeden za drugim i cierpliwie czeka siedemnaście cykli (cyklów?) aby przejechać. Nie byłoby w tym nic złego, bo jak ktoś chce stać, ma czas, to niech sobie stoi i skubie paznokcie. Gorzej, bo ten debilnie ustawiony sznureczek, powoduje korek taki, że nie sposób włączyć się do ruchu lub jechać w inną stronę. Ot Polska myśl komunikacyjna.

I tak przechodzimy do meritum. Nie wiem naprawdę, czy dla nas jest to problem ze zrozumieniem słowa czytanego, czy my nie umiemy ocenić sytuacji i zachować się jak cywilizowani ludzie czy jesteśmy po prostu debilami. I piszę my, mając na myśli też siebie. Mnie życie nauczyło jednego, żeby pytać. Bo pytanie o nieznane to kluczowy element komunikacji i najlepszy sposób by uniknąć nieporozumień.

No tak, ale problem w tym, że w naszym kraju zadanie pytania, na które kark, albo przepiękna małolata, której wydaje się, że jest królową świata zareagują śmiechem i reakcją – ale debil – to obciach.

Ale ja tam lubię robić z siebie debila. Mam przynajmniej w życiu łatwiej.

Skandal w moim życiu!

Bo public relations, spin-doktor, doradca, to wszystko już było. Teraz specjaliści od tych spraw to fixerzy.

Piękne róże, cudowne wiersze, niewiarygodne spacery i błyszczące w uśmiechu ząbki. Tak wygląda polityka, coś jak miłość. Przynajmniej w USA i przynajmniej powierzchownie.

Pod spodem jest bagno, smród, nienawiść i bezwzględność. Walczące ze sobą tabuny dzikich zwierząt, spuszczone ze smyczy wilki i psy gończe. Zamiatanie spraw, morderstw, oszustw i innego rodzaju skandali pod dywan w cudownym białym płaszczyku i garniturze za 15 tysięcy dolarów. Te poważne decyzje zapadają w jasnych gabinetach, ale przepełnionych syfem głowach polityków i ich doradców. Opinia publiczna nie wie praktycznie nic z prawdziwego świata, który serwują nam panowie, na których głosowaliśmy.

W poniedziałek jesteś przyjacielem, we wtorek wrogiem, a w środę znowu siedzimy razem na kanapie i pijemy wino. Ot, wspaniała demokracja.

To ogólny obraz tego co zobaczymy w Scandalu, serialu od ABC. Moim zdaniem jednym z najlepszych seriali, które ostatnio wziąłem pod lupę. A jest ich – pierdyliard.

Scandal zawrócił mi w głowie i wcale nie dlatego, że Olivia Pope, to przepiękna kobieta. Nie. Scandal to serial, który z odcinka na odcinek twistuje. Ten z rodzaju – jest czwarta rano, muszę wstać o szóstej, ale muszę zobaczyć, co stanie się w kolejnym odcinku. No i nie idę spać.

Każdy odcinek trzyma bardzo wysoki poziom, każdy odcinek otwiera przed nami kolejne wrota do jeszcze bardziej gównianego bagna, w którym siedzą główni bohaterowie. Ci znowu, nawet ci z drugiego planu, są wyraziści, konkretni, świetnie wpisują się w klimat Waszyngtonu i moralno-polityczno-gospodarczych rozgrywek, które serwują nam scenarzyści.

Dla mnie osobiście Scandal ma też warstwę, która wylewa miód na moje serce. To element komunikacji społecznej, public relations. Nie zdradzając szczegółów fabuły, główni bohaterowie, to doradcy, wcale nie specjaliści od PR, jak nazywa się ich w naszym kraju, nie spin-doktorzy, a fixerzy. Przynajmniej tak nazywają sami siebie.

Moim zdaniem to określenie działań podejmowanych przez piarowców idealnie pasuje do obecnych czasów. Dlaczego? Bo, pomimo tego, że nie na tym poziomie (w sumie żenująco niskim), to sam byłem świadkiem takiego naprawiania problemów polityków.

Scandal jest jak ta niedościgniona miłość, ta za którą biegamy i chcemy za wszelką cenę ją zdobyć, ciągle o niej myślimy i zastanawiamy się co dalej, co przyniesie jutro. Wypełnia nasze myśli, nie pozwala się skupić, nie daje nam chwili wytchnienia i chcielibyśmy przez chwilę z nią poprzebywać. Co więcej rozbudza marzenia tak jak z miłością i wyjazdu z nią na wyspy, by oglądać piękne zachody słońca i kochać się na plaży, tak tutaj chcielibyśmy znaleźć się w Białym Domu i uczestniczyć w robieniu TAKIEJ polityki. Nawet pomimo tego, że ta miłość to związek toksyczny, tak polityka jest bagnem, w którym nie warto się taplać, to jednak nasze emocje i ambicje chcą w tym uczestniczyć.

Dziwię się, że Scandal na IMDB oceniany jest na 7.3, bo moim zdaniem spokojnie zasługuje na minimum jeden punkt więcej.

Polecam, Szczepan Radzki! :-)

Jak naprawiłem kamerę (a w sumie obudowę) GoPro

GoPro bez zawleczki w obudowie? Znalazłem rozwiązanie.

To będzie wpis z serii roboczo przeze mnie nazwanej user-content, czyli taki, który ma zaproponować czytelnikowi realne rozwiązanie jakiegoś problemu lub dać całkiem użyteczną wiedzę.

W tej serii, na KolekcjonerzeButów ukazały się m.in. wpisy dotyczące obuwia budżetowego do koszykówki oraz tego przecenionego.

Wracając jednak do dzisiejszego tematu. Wszyscy wiemy doskonale, że firmy produkujące samochody wcale nie zarabiają kroci na sprzedaży aut, a na sprzedaży części do wytworzonych przez siebie automobili. Podobna sytuacja ma miejsce wśród producentów sprzętu. Apple zarabia na bardzo, bardzo drogich akcesoriach, pojedyncze podzespoły komputerowe (dyski SSD) potrafią być droższe niż średniej klasy laptop, podobnie zresztą jak oryginalny pilot do telewizora, którego cena może przekroczyć nasze najśmielsze oczekiwania.

Często spotykamy się też z sytuacją, w której nie możemy dokupić pojedynczego elementu, który akurat uległ zniszczeniu, a zostajemy zmuszeni do dokupienia całego kompletu części.

Ale zaraz, bo ten wpis miał być o sporcie, a przynajmniej o jednym z elementów dookoła sportu.

Do rzeczy.

Od niedawna jestem szczęśliwym posiadaczem kamery sportowej GoPro Hero3 Silver (tak gdyby jakiś ciekawski znowu chciał zaglądać mi w portfel – nie dostałem od nikogo, kupiłem sam, udowodnię w zeznaniu podatkowym jak już wybierzecie mnie na posła). Sprzęt jest rewelacyjny, ale nie w tym rzecz (tak, mam nadzieję, że GoPro wynagrodzi moje piękne słowa na ich temat darmowymi akcesoriami).

Montując kamerę na ramie roweru miałem malutki wypadek. Wyjmując sprzęt z obudowy, spod jednego z przycisków wypadła mała – nazwijmy ją – zawleczka, która pozwala utrzymać przycisk w obudowie. Malutkie kółeczko z dziurkami (widoczne na zdjęciu – oryginalne są te srebrne) spadło na podłogę i niestety nie byłem w stanie go odnaleźć.

20130822_10.45.03_HDR

Kamera funkcjonuje ok, obudowę da się zamknąć, ale ci którzy mają ten sprzęt, wiedzą, że nie nadaje się już do zdjęć podwodnych, a przycisk będzie po prostu wypadał, bo nie jest niczym przytrzymywany.

Płakałem, następnie pytałem w sklepach z akcesoriami GoPro, szukałem na stronie internetowej i Allegro. Bez powodzenia. Nikt, ale to absolutnie nikt nie był mi w stanie pomóc z tym fantem. Chciałem kupić przyciski i zawleczki, bo przecież to musi być gdzieś do kupienia. Pomyłka, można kupić jedynie całą obudowę. Profesjonaliści odsyłali mnie do internetu (daa), nie mogli znaleźć rozwiązania.

Nie, nie wydam 200+ złotych na całość, skoro potrzebuję jednego, drobnego elemetu. Zrobię to staroświeckim polskim sposobem – kombinatoryką. Dorobię ten element sam, albo wsadzę tam coś, co będzie spełniało jego funkcję.

20130822_10.45.10

Znam dość dużo osób, ale najlepszym inżynierem, takim pomysłowym Dobromirem w takich sytuacjach jest mój dziadek. Dziadek filozof i swego czasu główny inżynier ruchu w Elektrowni Turów, gdzie wyszkolił większość pracujących obecnie specjalistów.

Domyślacie się, że znalezienie rozwiązania nie zajęło mu dłużej niż kilka minut? Ten 83-letni facet wziął obudowę, wrócił z nią za pół godziny. Z ułomnej stałą się pełnosprawna.

Jak? Ta mała zawleczka, która wygląda niczym kosmiczna technologia, to nic innego niż zwykła część, którą możemy spotkać w … zegarkach. Dziadek wziął obudowę do zegarmistrza, a ten w trzy minuty uzupełnił brakujący element. No jest innego koloru, jest nieco większy (nie przeszkadza zupełnie w funkcjonowaniu) niż jego oryginalni bracia od GoPro, ale jest i działa.

Koszt? Wraz z robocizną całe, astronomiczne, ogromne … 5 złotych. Zamiast 200? Nie powiem, opłacało się włączyć w sobie trochę polskości i zamiast kupić obudowę, po prostu pomyśleć.

 

17 niezobowiązujących porad dla początkującego biegacza

Pewnie gdzieś tam, daleko, daleko od nas amatorów, istnieje trening, który wielkie grono ekspertów uznało za idealny dla kogoś rozpoczynającego swoją przygodę z bieganiem i super sprawdzi się tym, którzy postawili na biegowej ziemi swoje pierwsze kroki.

Kilka wskazówek (bo to w żaden sposób porady), bazując na doświadczeniu kilkuset przebiegniętych kilometrów i trzech powrotów, przygotowałem i ja.

Nie traktujcie ich jako wyroczni, bo znam wiele osób, które miało podobne problemy jak ja i poniższe wskazówki były dla nich bezcenne oraz drugie tyle tych, którym nie były one z różnych przyczyn absolutnie wcale potrzebne.

Rozgrzej się

Poświęć dziesięć minut, żeby rozgrzać nogi, porozciągaj się. Długo nie stosowałem rozgrzewki, bo tą miał być sam bieg. To błąd, teraz nie jestem w stanie zacząć biegi bez kilku prostych ćwiczeń, które pozwalają mi unikać naciągnięć mięśni czy innych kontuzji.

Zwolnij

Masz problem z przebiegnięciem 4/5/10 kilometrów? Zwolnij. Biegnij nie 5 minut na kilometr, a np. 7. Niech Twoje mięśnie przyzwyczajają się do obciążeń i długości biegu stopniowo. Znajoma, która nie była w stanie przebiec 3,5 kilometra, gdy nieco zwolniła tempo (do około 6:30/6:45 na kilometr) po 10 dniach biegała już 6-7 kilometrów.

Przejdź się

Wiesz, że nie musisz ciągle biec? Zaczynasz? Masz kłopot z przebiciem granicy 3 kilometrów i na drugi dzień nie masz siły ruszyć się ponownie, a Twoje ciało bardzo długo się regeneruje? Jak mawia Tony Horton, ćwicz mądrze – przestań biec, odpocznij, ale nie zatrzymuj się całkowicie. Po prostu przejdź się kilkaset metrów, zobaczysz jak szybko przestaniesz robić przechadzki i poprawisz wyniki.

Przełamuj granice

Założyłeś/łaś, że przebiegniesz 5 kilometrów? Jesteś blisko, jesteś w skowronkach? No to dodaj sobie jeszcze 500 metrów, może 1000. Wyjdź ze swojej strefy komfortu, bo tylko tak zrobisz progres.

Mierz czas

Sorry, nie wierzę w nie sprawdzanie czasów i odległości, chyba że biegasz tylko po to, żeby biec. Pomiary pozwalają wyznaczać cele i je realizować, a to też część tej biegowej zabawy.

Zastosuj elementy strategii S.M.A.R.T

Wyznacz sobie realny cel i go realizuj.

Nie biegaj w kółko

Znajdź swoją idealną, ulubiona trasę i … zmieniaj ją. Ja wyznaczyłem sobie teren biegu, niektóre ścieżki pozostają cały czas takie same, ale gdy zaczynam odczuwać monotonię po prostu skręcam w inną ulicę, biegnę w lustrzanym odbiciu, albo w ogóle w drugą stronę i staram się wbiegać w nieznane mi miejsca.

Biegaj podczas różnej pogody

To też pomaga uniknąć monotonii, organizm musi reagować inaczej, nie biegaj tylko w komfortowych warunkach, bo staje się to nudne.

Dobierz sobie muzykę

Są tacy, którzy biegają na sucho, są tacy którzy słuchają książek i podcastów, a na mnie najlepiej wpływają kawałki energetyczne, motywacyjne, które z łatwością znajdziesz na YouTube. Np. ten, albo ten, albo także ścieżki dźwiękowe z … biegów marines, które znalazlem m.in. na Spotify. Po krótce, kręci mnie coś, co utrzymuje mój focus i daje mięśniom kopa.

[youtube NmVZT05ySfE]

Motywuj się dodatkowo przed biegiem

Nie wiesz jak i czym? Np. tym.


Albo tym.

Albo np. tym

Zmień buty

Niestety zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich stać na ten luksus, ale generalnie wskazówka polega na tym, że nasze ulubione obuwie biegowe, zastępujemy czasem czymś innym. Czym? Ja zmieniłem ostatnio Nike Flyknit Lunar 1+ na Safari Fuse, które również mają podeszwę lunarlon. Efekt? Moje nogi były zaskoczone taką zmianą, but układał się inaczej i mięśnie nóg musiały myśleć nad ruchem. Skutecznie wytrąciłem je z monotonii. Masz możliwość zmiany? Rób to.

Poznaj ludzi, którzy też biegają

Rozmawiaj z nimi, zadawaj pytania, dopytuj jak biegają, ile biegają. Po co? Bo to motywuje jak ktoś robi coś choćby trochę lepiej od nas, instynkt rywalizacji zostaje uaktywniony i staramy się poprawić osiągi.

Nie zwracaj uwagi na innych

Tak, wiem że to przeczy powyższej wskazówce, ale przecież nie możemy zwariować i rywalizować z maratończykami, bo przecież biegamy dla siebie nie dla innych.

Zapisz się

Np. do Nike+, albo miCoach czy innego Endomondo. Fajnie widać jak przybywa nam kolejnych odznak, orderów, jak przełamujemy kolejne granice. Mnie znajdziecie na Nike+.

Pobiegaj wśród ludzi

No wtedy nie zrezygnujesz tak łatwo, gdy obok biegnie, albo siedzi na ławce fajna laska.

Ten wpis w oryginale ukazał się na moim pierwszym blogasku – difens.blox.pl

Ze stali, a jednak miękki

Słabe wyniki? Nie, nie wierzę, że to możliwe. Nie wierzę, bo przecież w ten film zaangażowano sporą liczbę bardzo dobrych aktorów (Russell Crowe, Kevin Costner, Laurence Fishburne), to jeszcze – i to przede wszystkim – reżyserem jest Zack Snyder (to ten od m.in. 300, Watchmen), a swoje łapki maczał w produkcji także Christophr Nolan, facet który tworzy arcymistrzowskie produkcje – bo to on w dużej mierze jest przecież ojcem sukcesu trzech ostatnich Batmanów.

To nie mogło się nie udać, opinie napływające z USA na pewno są przesadzone i nowy Superman wcale nie jest aż tak słaby jak twierdzą recenzenci i kinomani. Nolan by na to nie pozwolił.

I chyba generalnie nie pozwolił, bo przecież oceny na IMDB nie kłamią (8.0), więc początkowe szczątki informacji były nieprawdziwe? Nie do końca i zaznaczam, że nie jestem obiektywny, bo adaptacje komiksów otaczam zwykle dookoła wielkim serduszkiem i w pewnym, dość krótkim momencie mojego życia broniłem nawet dramatycznego Daredevila.

Ostrzegam odrazu, że wpis ten bedzie pełen spoilerów, więc … nie musicie się niczego obawiać, bo czy jest ktoś taki, kto nie zna historii Człowieka ze stali?

Wiem dlaczego stało się tak, że Superman mimo tego, że jest fajną, przyjemną dla oka produkcją, nie zachwyca, nie powala, a wręcz momentami wywołuje na naszej twarzy grymas niezadowolenia.

To co miało być słabością Batmana, dzięki mózgowi Nolana stało się jego największą zaletą. Psychopata, socjopata, schizofrenik jakim jest Bruce Wayne – Batman, został pokazany dokładnie takim jakim wymieniłem go w trzech pierwszych słowach tego zdania. Te cechy powodują, że Batman, podobnie jak Joker, to postaci ciekawe, które tworzą atmosferę filmu.

A jak jest z Supermenem? Ten facet, kochany przez wszystkich za to jaki jest wspaniały, jak to nie pomaga ludzkości i jak nie można go zranić nie posiadając przy sobie kawałka zielonego kamyka z Kryptona, jest po prostu nudny. Porządny, grzeczny, ułożony, nie krzyczący na nikogo, nie mający problemów z prawem nudziarz! I to zarówno w pracy jak i poza nią. Niezależnie od tego czy niezwykle inteligentny po swoim ojcu Jor-Elu, wkładający majtki na spodnie superczłowiek lata akurat nad Alpami czy też stara się znaleźć materiał na artykuł do Daily Planet. W obu miejscach ta postać poza kosmicznym pochodzeniem, nie ma nam zbyt wiele do zaoferowania.

I wcale nie chodzi o złą czy słabą grę Henry Cavilla, bo facet radzi sobie bardzo dobrze. Chodzi o to, że Superman poza problemem – ktoś mnie kiedyś zobaczy, ujawnię się jak będę gotowy – nie daje nam absolutnie nic, co mogłoby spowodować szybsze bicie serca i ekscytację.

No ok, jest jeden moment, w którym żeńska część sali kinowej mocno przełknie ślinę i popatrzy czy przypadkiem facet, z którym akurat jest na randce, nie zauważył wypieków. Tak, mówię o tym momencie kiedy Cavilla paraduje na ekranie bez koszulki.

Cholera, ta scena ruszyła nawet mnie i spowodowała, że jeszcze tego samego dnia stałem w Mr. Musclle kupując odżywki! Chyba, że muskulatura Clarka Kenta była efektem efektu specjalnego i filterka nałożonego na głównego bohatera. Wtedy moje samopoczucie nieco się poprawi, bo nie będę musiał jeść tego paskudztwa, które kupiłem. A akurat efektów w filmie jest momentami całkiem sporo. Te widać przede wszystkim kiedy na Ziemi pojawiają się przybysze z Kryptona z generałem Zodem na czele.

Kosmici tłuką się niesamowicie i aż dziwnym jest, że uderzenie człowieka przez kryptończyka powoduje, że ziemianin odlatuje zaledwie na kilka metrów, a Superman po uderzeniu przebija kilkanaście budynków w downtown Metropolis. Sceny walki są po prostu efektowne, jesteśmy przyzwyczajeni do tych wszystkich wodotrysków i po bullet time w Matrixie, kilku innych scenach filmów z bohaterami komiksowymi w tle, to namiętne rzucanie przedmiotami, wyrywanie latarni, czy walące się budynki, nie robią większego wrażenia. Wszystko jest oczywiście poprawnie, zgodnie ze sztuką, ale momentami mamy wrażenie, jakbyśmy już gdzieś to widzieli.

No właśnie, bo są sceny, które bardzo mocno przypominają np. te z Wolverine, inne są analogiczne z klatkami z The Day After Tomorrow, a jeszcze inne wyglądają jakby zostały wycięte z Aliena czy nawet mającego niedawno premierę Star Treka. Osłabiającym była na pewno próba wlożenia w historię Supermana bardzo ckliwej opowiastki miłosnej pomiędzy Mr. Kosmitą i Misis Lejn. Christopherze Nolanie. Zupełnie niepotrzebnie.

Osiemnaście akapitów narzekań na drobne, drobniejsze ale i te większe, zauważone przeze mnie elementy, do których po prostu mogłem się przyczepić, wcale nie powodują, że sam film jest dramatycznie słaby.

Superman Człowiek ze stali to całkiem fajna i przyjemna produkcja, w której zawarte są elementy niezłego humoru, znanego nam choćby z Iron Mana. A to Mowa tu choćby o kajdankach założonych Supermanowi gdy ten oddał się w ręce armi, czy strącenie przez niego drona zwiadowczego.