KategorieLifestyle

Bawarę byś chciał, ale tak to plujesz Niemcowi w twarz

Czy ja mam z tym problem? Nie.
Czy mnie to obchodzi? Czasami, gdy zastanawiam się jakie są powody tej nienawiści.

Ale wy tych Niemców nienawidzicie. Wy, młodzi, mniej więcej w moim wieku. Momentami jestem w ciężkim szoku. I nie chodzi o to, że im nie kibicujecie. Chodzi o to, że ich nienawidzicie, bo są Niemcami.

Są tym strasznym okupantem, potomkiem Hitlera, Adolfa tego, który napadł na naszą biedną Polskę. Można mieć w sercu zadrę, można nie do końca za nimi przepadać, bo w końcu wielu z nas przez II Wojnę Światową nie miało okazji poznać dziadka, babci, pradziadka czy prababci. Albo wychowywało się będąc w połowie sierotą.

Rozumiem. Przynamniej się staram, ale nie do końca chcę o tym myśleć, bo łzy pojawiają się w moich oczach, kiedy pomyślę, że mógłbym nie znać, albo nie pamiętać swoich rodziców czy dziadków, lub też stracić w wojnie rodzeństwo.

Tylko, że od wojny minęło już kilka dobrych lat, nienawiść i wyzwiska byłbym w stanie zrozumieć, gdyby padały z ust mojego dziadka, któremu niemieckie kule świstały obok głowy, a wojsko zamordowało brata, ukatrupiło psa i ścigało po całym kraju (cholera wie wtedy co to był za kraj nawet). Ale my? 30-latkowie i zbliżeni?

Taka nienawiść? I to w przypadku piłki nożnej? Cholera, gdyby jeszcze ta niemiecka kadra grała naprzeciwko reprezentacji Polski. Rozumiem sympatie i antypatie, rozumiem kiedy ktoś kibicuje jednej drużynie i jest z nią związany. Ale nie chcę rozumieć nienawiści, szowinizmu i agresji, którą widzę gdy w dużej imprezie sportowej bierze udział np. zawodnik Niemiec, albo Rosji.

Przepraszam, wypisuję się z tego kółka wzajemnej adoracji, poklepywania się po tyłkach z hasłem – kto szkopa bardziej nienawidzi i kto da tej frustracji ciekawsze ujście.

A tak to wyglądało podczas Mundialu. Choć przyznam szczerze, że byłem pod wrażeniem, jak wielu młodych ludzi (tak mniej więcej do 23-25 roku życia), nie tyle wspiera, ale potrafi docenić klasę drużyny Joachima Loewa.

Nie interesowały ich zaszłości, coś co wydarzyło się kiedy ich nie było na świecie. To są teraz inni Niemcy, ci którzy mocno się zmienili, wiem, bo wychowałem się nad granicą, tuż obok niemieckiego miasteczka i jako dziecko też wydawało mi się, że ich nienawidzę. Ale za co? No za to, że po prostu są takiej, a nie innej narodowości.

Mam wielu znajomych pracujących na zachodzie. Niemcy są otwarci. Znajomi żyją godnie, dostają godziwą pensję, nie są traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Rozwijają się, dostali swoją szansę i ją wykorzystują.

No ale może ktoś nie lubi ich za to jak Niemcy grają w piłkę. Ten mechaniczny futbol, ten kontrolowany wielki szwajcarski zegarek. Ta precyzja i nuda.

Mario-Gotze-Goal-Germany-vs-Argentina-World-Cup-Brazil-2014

Stop. Jaka znowu nuda?! Od kilku lat to jest piłka szybka, ładna, efektowna, z duża liczbą podań i wymiany pozycji. Podczas ostatnich Mistrzostw Europy, z tego co pamiętam, grali ładniej niż uwielbiana przez wszystkich wokół Hiszpania.

Do tego, po piłkarskich niepowodzeniach 10, a może 12 lat temu, wprowadzili program naprawczy, zbudowali w klubach struktury wychowujące młodzież piłkarską, stworzyli plan dla reprezentacji narodowej. Wszystko miało ręce i nogi, a efekty widać jak na dłoni. Ten najnowszy to zdobyte w Brazylii Mistrzostwo Świata. Ale ten ważniejszy to to, że za cztery lata w zespole niemieckim prym wiedli będą ci, którzy relatywnie niedawno do kadry dołączyli i już są jej ważnymi ogniwami.

I może by tak brać przykład z tej myśli szkoleniowej? Mamy ją tuż za miedzą.
Kibicujcie komu chcecie, lubcie kogo chcecie, ale czasem warto wyłączyć emocje, bo Wasz feed na Facebooku to niezbyt często prywatna rozmowa z kumplami przy wódce. To widzi więcej osób.

A Ty, za co nienawidzisz Niemców? Za samochody, których pragniesz, za to że płacą dobrze i godnie czy za to, że mają dobrych piłkarzy?

Jak jesteś gwiazdą to wolno ci więcej? No niekoniecznie.

Włos na głowie mi siwieje jak czytam te mądrości o zazdrości, hejtowaniu i inne bzdury, które czytam od wczoraj w internetach. 

No wiecie, mówię o Gortacie i jego braku umiejętności parkowania, który wyłapał skrupulatnie Artur Kurasiński. Generalnie jestem zdania, że Artur śledził Gortata dniami i nocami, żeby złapać w końcu na jakimkolwiek najmniejszym przewinieniu, wykroczeniu, sikaniu w miejscu publicznym, albo puszczaniu bąków w autobusie.

Nieoczekiwanie złapał Gortata w centrum Warszawy. Pewnie mu zazdrości.Tak jak i wszyscy, którzy zachowanie gracza Wizards krytykują. Ja np. zazdroszczę. Bo Gortat świetnie pokierował swoją karierą, gra w najlepszej koszykarskiej lidze świata, zarabia kupę kasy, stać go na różne, rozbija się Porsche (podam numer konta moi drodzy za tą wzmiankę o Was), mieszka na Florydzie, ma dom z basenem i pije driny na łajbie. Człowiekiem jestem, nie stać mnie na takie luksusy, to zazdroszczę. Nie jak debil, który naplułby Gortatowi w klatę (bo nie wiem czy do twarzy bym dopluł), a jak zwykły zwyczajny człowiek.

Zazdroszczę, ale do stu gromów, nie utraciłem zdolności trzeźwego myślenia (mimo tego, że najlepiej myśli mi się po whisky), jak co niektórzy.

Niby nie wolno zwrócić Gortatowi uwagi, że zaparkował w miejscu wybitnie nieprzepisowym? Chodnik, przejście dla pieszych etc. Może niektórzy z Was myślą, że to całkiem w porządku, bo stanął tam tylko na chwilę. No nie, to nie jest w porządku.

Czytam to i mam ochotę napisać maila do Facebooka i Google, żeby ustawili automatyczne bany na internet za takie mądrości. Prostsze będzie chyba jednak przestać funkcjonować w sieci i czytać ten zalew idiotyzmów. Nie zauważyłem nigdzie hejtu na Gortata, zauważyłem prostą ocenę sytuacji.

No ale on tak tylko na chwilę.

I co z tego, się pytam? Mnie policja odholowała w 3 minuty po tym jak pod własnym domem zostawiłem auto, żeby wejść zabrać ładowarkę do telefonu. Tak, każdemu z nas zdarza się łamać przepisy ruchu drogowego, nie znam kierowcy, który tego nie robi, ale czy to jest jakiekolwiek usprawiedliwienie?

Jeśli zastanawiasz się nad odpowiedzią, podpowiem – NIE, NIE JEST.

Jeśli w Twojej głowie właśnie urodził się argument – czepiamy się go, bo jest gwiazdą – to tak, masz rację. Gość taki jak Gortat, albo inna, jakakolwiek gwiazda, celebryta, myśli, że może więcej, bo pozwala mu na to jego status społeczny. Podpowiem – nie, nie może. Wręcz przeciwnie, może mniej, bo jak wie Marcin, jak wie też wielu innych, tacy ludzie znajdują się pod ciagłym obstrzałem mediów, ale i jak wiemy, zwykłych ludzi. Czy Kurasiński wiedział kogo samochód fotografuje przed tym jak pojawił się przy nim koszykarz? Nooooope!

Ludzie, tu nie chodzi o Gortata (sorry chłopaku, wolałbym, żeby był to np. jakiś znany piłkarz). Jest on tylko doskonałym przykładem (bo akurat tak się przytrafiło) bezmózgiego zachowania społeczeństwa w stosunku do celebrytów, polityków i gwiazd różnego rodzaju. To my pozwalamy im na więcej.10421988_783440295031953_5385163281646109749_n

Popełniający wykroczenie drogowe znany koszykarz, zrobił tyle samo złego co np. znany muzyk, albo polityk. Tyle samo złego, co Ty Janku Kowalski i Ty Szczepanie Radzki. W definicji prawo nie widzi, a przynajmniej nie powinno widzieć wyjątku. Bo na chwilę, bo to XXX (nie chodzi w tym tekście wcale o Gortata), bo robi to każdy z nas.

To są usprawiedliwienia. Durne i chore usprawiedliwienia. Nic więcej. Powiem tak – gdyby zablokował wam wyjazd z garażu, na te 30 sekund, czy trzy minuty, pewnie skakalibyście po masce tego pięknego, białego Porsche.

Gortat ma kryzys? Nie, nie ma. Uwierzcie mi, facet zrobił bubę, przejął się osiem sekund i poszedł ze swoim życiem dalej. Komunikacyjnie był to jakiś problem, czy Gortata? Pewnie tak, ale pewnie bardziej zmartwili się panowie od Porsche.

10513278_913507868676341_3585648267591547203_n

Moja rada zażegnania kryzysu. Kodeks to za mało. Zabierzcie mu auto, a warunkiem oddania niech będzie odbycie kursu nauki jazdy (nawet dla picu). Bo wiecie, nasi kierowcy umieją jeździć. Nie ma znaczenia, czy to jazda na torze, czy też w zwykłym ruchu ulicznym w środku miasta.

I tak, pomysł na ugaszenie kryzsysu wpadł mi do głowy, bo jestem zazdrosny.

Zobacz też: Bo do Czech to ja mam … więcej.

Sto lat za … no nie za murzynami. Za kimś zupełnie innym.

Musimy zmienić nasze tak popularne powiedzonko. My wcale nie jesteśmy sto lat za murzynami. My jesteśmy sto lat za Czechami.

Wielkie budowle chcemy budować, igrzysk i chleba ludziom dać. Jeden złoty medal powoduje, że w kraju nad Wisłą pojawiają się tory dla panczenistów, bobslejowe, a kilka lat temu wszystkie duże miasta Polski budowały swój tor F1. Oczywiście dlatego, że w jeździł tam (nie w Polsce, w F1), Robert Kubica. Do tego jak nie Euro 2012 (do, którego w zasadzie nic nie mam, bo piłka nożna to dla mnie sportowa aberacja i trzeba wyłączać ją z nawiasu sportowego), to Mistrzostwa Świata w siatkówkę, to w koszykówkę Eurobasket mężczyzn i za chwilę kobiet, idiotyczne próby organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Stop. My już udowodniliśmy, że potrafimy organizować duże imprezy (pisał o tym kilka miesięcy temu Paweł Wilkowicz na łamach Sport.pl) po co więc wywalamy kupę milionów Euro na onanistyczne święta, które w dłuższej perspektywie niekoniecznie pchają ten kraj do przodu.

My wiemy, że trzeba budować drogi, że trzeba je naprawiać, rozwijać sieć połączeń kolejowych i autobusowych.

A w tym sporcie, to ludzie rekreacji chcą. Chcą iść i mieć miejsce do spokojnego biegania, pokopania w piłkę (ok, Orliki), etc. Dlaczego bierzemy chcemy robić kilkudniowe imprezy, zamiast długofalowo myśleć o społeczeństwie jako całości?

Dobra, do czego zmierzam.

W ostatnim czasie niczym obuchem, dostałem w twarz czymś, o czym słyszałem w opowieściach moich znajomych, zapalonych golfistów. W skrócie, brzmiały one tak – Pojedź do Czech i zobacz ile tam jest pól golfowych i ile osób gra.

Pewnie sześć więcej niż u nas i gra o tysiąc osób więce. Wielkie mi coś. No i przytrafił się ten strzał jak od Tysona. Jak wiecie z tego i tego i tego tekstu, zacząłem grać. A, że w ostatnich dniach musiałem przebywać nieco dłużej w moim mieście rodzinnym, pomyślałem sobie, że pogram … W Polsce, w okolicach Zgorzelca możecie szukać ewentualnie spalonych samochodów, zakopanych ciał, koszykarskiego mistrza Polski, trzech lokali gastronomicznych na krzyż, wspaniałej starówki w Goerlitz i domu świetnego i docenianego za granicą (w naszym kraju nie) filozofa Jakuba Boehme. A, no i autostrady oraz elektrowni oraz kopalni Turów.

Niemcy? Niestety w bliskiej odległości również nie. Zostały więc Czechy. 40 kilometrów od Zgorzelca, pod zabitą dechami (ale jakże malowniczą) wioską Grabstejn (tak, nie brzmi po Czesku), jest pole.

Jadę.

Screenshot 2014-06-24 08.58.46

Nic szczególnego, w porównaniu do pół klubowych, z _trochę_ wyższego poziomu, tutaj możemy zobaczyć strzelnicę, malutki domek klubowy, który wygląda jak zwykła chata i wcale nie ma w niej nic rewelacyjnego, malutki green do treningu uderzeń po ziemi i oczywiście pole (9 i 18 dołków).

Ah i zapomniałbym przyznać rację Krzyśkowi i Ryśkowi, którzy osobno opowiadali mi to, ilu Czechów gra w golfa. Na polu kilkanaście osób (w dzień u nas wolny, w Czechach pracujący). I wcale nie liczba była zaskakująca, a to KTO przychodzi grać i oddać się rozrywce oraz rekreacji w postaci golfa. O był pan i pani. Niemcy. Z całym wyposażeniem, jak rycerze. I kolejny pan, a za nim grupa chyba z sześciu osób, z wózkami, całym sprzętem potrzebnym do gry w turniejach. Wszyscy uzbrojeni po zęby. Żelastwa w torbach jakby szli na wojnę.

Profesjonaliści myślę, albo przynajmniej nieźle już grający sądząc po tym jaki sprzęt ze sobą przywieźli. No to się mile rozczarowałem. Sam w piłkę trafiam od wielkiego dzwonu, ostatnio raczej robiłem za kosiarkę i Wodnika Szuwarka niż za golfistę, ale oni … o przenajświętszy twórco iPhone’a! Oczy bolały, a w głowie strach, że ktoś czymś cię trafi. Niekoniecznie piłką, bo obawy przed tym, że zaczną latać kije także były ogromne.

Ale ich umiejętności nie mają żadnego znaczenia. Dopiero zaczynają swoją przygodę. Bo chcą, bo wiedzą, że to fajny sposób na spędzenie wolnego czasu. Samotnie lub ze znajomymi. Że to jedna z wielu form rekreacji, a u naszych południowych sąsiadów forma bardzo powszechna. A Czesi to rozumieją. Dlatego budują pola w miejscach, gdzie generalnie są ogromne tereny zwykłej trawy, na wzniesieniach, koło fajnych zameczków. Wykorzystują przestrzeń, nie stawiają obok wielkich budowli, a skromne domki, w których można kupić trochę podstawowego sprzętu (kije, rękawice, wózek, piłki, etc) i nawet zjeść jakiś obiad.

Z ciekawości sprawdziłem ile obiektów golfowych jest w pobliżu styku trzech granic. W okręgu do 40 kilometrów są dwa. Gdy rozszerzymy ten obszar o kolejne 10 kilometrów, znajdziemy cztery obiekty. Wszystkie oczywiście w Czechach. Kolejne 10 kilometrów to już siedem pól! Zgadnijcie gdzie. Następna dyszka – dziewięć – w tym jedno w Niemczech niedaleko Cottbus. 105 kilometrów od Zgorzelca, znajdziemy … 22 pola golfowe. W tym tylko cztery w Niemczech.

Dlaczego 105? Bo tyle mniej więcej jest z Bolesławca do Wrocławia, a mam znajomych, którzy dość często jeżdżą z miasta ceramiki na Toya Golf & Country Club. Jeżdżą też znajomi ze Świebodzic czy Lubina.

1

Może więc zamiast pomysłu na budowę toru bobslejowego, kolejnej imprezy za miliardy złotych, zacząć budować coś pod kątem rekreacji i wypoczynku? Że golf nudny jest i mówię przez pryzmat tego, że się zaraziłem? Biegać nienawidziłem i sam chcę budować kolejne ścieżki, piłki nie lubię, ale wiem, że Orliki są potrzebne. A nasi południowi sąsiedzi, z których tak często się śmiejemy, udowadniają, że ten golf to wcale nie taki dla nikogo i straszny.

Zobacz też: Golf to emocje!!

American Story X – czyli bezczelny Bartosz Węglarczyk

W tym tekście nie będzie moich standardowych złośliwości. Sorry ;)

Najlepszy dziennikarz wśród koszykarzy, najlepszy koszykarz wśród dziennikarzy. Kto wie. Parafrazuję słowa, które kiedyś po raz pierwszy usłyszałem od historyka ze Zgorzelca. Jego wypowiedź dotyczyła niedocenianego, często nieznanego w Polsce filozofa Jakuba Boehme, którego dom znajduje się w nadgranicznym mieście. Dokładne słowa brzmiały – najlepszy szewc wśród filozofów, najlepszy filozof wśród szewców. 

Mało brakowało, a Bartosz Węglarczyk, którego znacie byłby pierwszym Polakiem w NBA. Determinacji i bezczelności, od prowadzącego Dzień Dobry TVN mógłby się uczyć sam Marcin Gortat. Zakładam się, że nie macie pojęcia, że Bartosz Węglarczyk trenował z Georgetown Hoyas lata przed tym nim ktokolwiek w Polsce (może poza sześcioma osobami) wiedział co to jest Georgetown, a tym bardziej ich drużyna koszykarska.

Skąd to wszystko wiem? Jestem zdania, że światem rządzi przypadek i historię, którą za chwilę poznacie i Wy, ja poznałem przypadkiem. Rozmawialiśmy chwilę na, Twitterze, gdzie Bartek wspomniał o pobycie w Waszyngtonie. Od słowa do słowa i okazało się, że historia jest za długa na 140 znaków. Przenieśliśmy się na mail.

Zastępca redaktora naczelnego w Rzeczpospolitej pisze:

Byłem na stypendium na Georgetown w 1992. Nie miałem pojęcia o niczym i pierwszego dnia poszedłem obejrzeć halę sportową. Grali tam w kosza jacyś faceci. Podszedłem do starszego mężczyzny który stał przy korcie i zapytałem, czy mogę dołączyć. Myśmy wtedy grali w GW w liceum na Zakrzewskiej i chciałem potrenować.

Facet spojrzał na mnie wyraźnie zdumiony i zapytał po chwili, skąd jestem. Opowiedziałem co tam robię, a on kazał mi kupić dobre buty. Za całą kasę, jaką z sobą przywiozłem, kupiłem następnego dnia nowy model Nike Air Jordan i wróciłem.

Trenerem w Hoyas był wtedy John Thompson Jr. Na zdjęciu z Patrickiem Ewingiem i Ronaldem Reganem.
C25882-11A
I potem przez trzy miesiące codziennie, często dwa razy dziennie, grałem z Hoyas, którzy zostali na lato w DC i trener chciał, żeby utrzymywali się w formie. Taki letni obóz Hoyas. Dopiero po 2-3 dniach zorientowałem się, że bezczelnie wprosiłem się na treningi profesjonalistów, a trener mi potem powiedział, że zgodził się, żebym dołączył, bo był totalnie zdumiony moją ignorancją.
Przypadek, który jak już wiemy rządzi światem, spowodował, że Bartek nie spotkał się na parkiecie z Alonzo Mourningiem. Zo, późniejszy gracz NBA w Charlotte Hornets czy Miami Heat, został w 1992 roku wybrany w drafcie do NBA. Czytając to co 22 lata temu przeżył mój rozmówca, zazdrość mnie zjadała. Popatrzyłem na skład Hoyas i jak wiemy nie były to czasy Zo, tym bardziej Patricka Ewinga, Deke lub Allena Iversona, ale był to czas nieco mniej znanego koszykarza – Otthella Harringtona. Harrington grał m.in. w Rockets, Bulls, Knicks czy Grizzlies, ale 1992 rok (wiemy, że był to cudowny rok Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie), był jego pierwszym w Georgetown.
(Był tam także m.in. Don Reid, który grał w Magic, Pistons, Wizards).
30-lecie YES
KMag Magazyn dziękuję za szybki kontakt w sprawie umieszczonego tu logo ich magazynu i zostawieniu u mnie trochę forsy w reklamie na rozwój bloga ;)
Jak radził sobie nasz bohater na parkiecie?
Ci zawodnicy byli wściekli, że jakiś biały kurdupel do nich dołączył, no, ale jak trener kazał, to grałem. Nie pozwolili mi w czasie gry przez te trzy miesiące rzucić ANI JEDNEGO kosza. Czapowali mnie potwornie.
Nie pytałem o nazwiska, które dopuściły się tego czynu (nie czap, tego co za chwilę przeczytacie), ale po trzech miesiącach gry z Hoyas, Bartek pisze, że na treningach Gazety Wyborczej, koledzy chcieli wyrzucić go z drużyny, bo …
… grałem bardzo siłowo i ostro, przepychałem się i faulowałem, bo się przyzwyczaiłem do gry z facetami trzy razy wyższymi ode mnie i pięć razy silniejszymi :)
Słyszałem wiele historii moich kumpli, którzy byli w USA. Niektórzy grali nawet na Rucker Parku, inni siedzieli w trzecim rzędzie trybun podczas ASG, byli na after party, na których byli zawodnicy. Moja friendka Qulka, pojechała do Miami i na pierwszym meczu NBA w swojej karierze trafiła na rekord punktowy LeBrona Jamesa. Uff myślicie, przynajmniej ten gość z telewizji trafił tylko na Harringtona i nie poznał nikogo istotnego. Wrong!
A, mogę jeszcze dodać że na jeden trening wpadł z wizytą do trenera Ewing i graliśmy z nim mecz. Grałem przeciwko niemu i raz mnie przesunął tak, że przeleciałem przez dwa rzędy krzesełek i do dziś podejrzewam, że pękło mi żebro :)
Oto cała historia koszykarska człowieka, którego z koszykówką nigdy byście nie połączyli. Bartek jest także fanem Wizards (wcześniej Bullets) i oczywiście Marcina Gortata.
Ciekawe, prawda?

Z wandalem przeciwko systemowi

Wyobraźcie sobie, że możecie być anonimowi w stu procentach. Anonimowi do tego stopnia, że generalnie niewidzialni, albo nierozpoznawalni. Nawet w świecie rzeczywistym, nie tylko internecie.

Co byście zrobili? Okradli bank? Podglądali pod prysznicem laskę, w której kochaliście się w szkole średniej? A może zrzucili z siebie ciężar noszony od lat i wyładowali się na osobach, od których zależy Wasza praca, kariera, etc? Ile słów na ka i cha przerywanymi tymi na pe otrzymałby premier, prezydent, nauczycielka czy szef?

Tak sobie czasami o tym marzę i przy moim ciętym i często wulgarnym języku, moglibyście przeczytać tutaj nieco więcej dopiekających i wylewnych wpisów.

Anonimowość kojarzy nam się z wolnością, brakiem skrępowania, zrzuceniem z siebie więzów otaczającego nas systemu.

2014-05-28 16.20.32

Anonimowość może być też bronią. I jest jeden człowiek na świecie, który używa jej fajnie. Walcząc z systemem, wywracając go do góry nogami, robiąc coś, co wielu z nas, szczególnie z mojego pokolenia podziwia i szanuje.

Przyznam szczerze, fascynuje mnie kultura uliczna, nie rozumiem za to sztuki. Naprawdę nie wiem co jest w rzeźbie Joana Miro, która dla mnie wygląda jak nieskładnie poklejona przez trzylatka plastelina. Nie wiem do końca co fascynującego jest w obrazie jednej czy drugiej lizy. Szanuję dzieła twórców, artystów, których od pokoleń nazywamy wielkimi, ale ich nie rozumiem.

images

Tak samo jak wiele starszych ode mnie osób, albo z innego kręgu, nie rozumie sztuki kultury ulicznej. Nie rozumie streetartu, nie rozumie grafitti i idącego za nim przesłania. Czułem się młodo czytając biografię od SQN. Czułem, że poznaję ponownie kulturę, która dominowała kiedy dorastałem.

Jak się pewnie domyślacie zmierzam do Banksy’ego. Gościa, którego zna wielu, ale nikt z nich nie piśnie słowa jaka jest jego prawdziwa tożsamość. Banksy jest wandalem, jest artystą, jest gościem, który odwraca system do góry nogami, bezczelnie się z niego śmiejąc i wytykając jego błędy.

banksy-army-sniper-size-colour-green-10370-12733_medium

Robi to w genialny sposób, bawiąc się formą, bawiąc się odniesieniami do kultury i często zestawiając ze sobą kontrasty. Snajper z okiem przy lunecie, a za nim dziecko z torbą, z której za chwilę wystrzeli. Człowieczek z ikonkami instagrama nad głową, etc. Banksy komentuje scenę polityczną (ale nie tylko) na swój sposób. Sposób, który jest przede wszystkim kontrowersyjny. Do tego prosty i zrozumiały oraz niezwykle zabawny i ma duży wpływ na kulturę.

BhchDtlCIAALalT

Bo czy to już jest sztuka? A kim ja jestem, żeby oceniać takie rzeczy. Dla mnie tak. Ale dla mnie sztuką są też pomalowane buty. Dla mnie wiersze to także słowa piosenek, tylko że są to wiersze z podkładem muzycznym. Sam Banksy ma swoje, dość ostre zdanie na temat sztuki, zdanie, które jest tożsame z kulturą streetART. Uliczni wojownicy wiedzą, że przestrzeń miejska należy nie tylko do wielkich korporacji, ale też do nas, zwykłych ludzi. W wielu miejscach i definicjach sztuka sama w sobie została spłaszczona do poziomu bogatych bubków, którzy kupują obrazy i raczą się ich pięknem czy czymkolwiek innym wśród swoich znajomych, równie bogatych bubków. Często myślimy o sztuce jak o czymś dla nas niedostępnym, czymś dalekim i prawie wirtualnym.

A tak nie jest. Banksy udowadnia to swoimi pracami. Walczy z systemem w piękny sposób dosadnie dając do zrozumienia, że sztuka to pojęcie szerokie.

images-1

Prawdę mówiąc chyba wszyscy wiemy kim jest Banksy. Albo przynajmniej go kojarzymy. Ale czy my tak naprawdę wiemy cokolwiek o nim i tym co robi? Wiemy, że prowokuje. Bo sztuka ma prowokować. Do myślenia, ma prowokować do przeżywania, ma prowokować do reakcji. I ja po lekturze jego … hmm, biografii (?), zostałem sprowokowany. Co wiemy jeszcze? Wiemy, że przewrócił scenę grafiti do góry nogami, jego prace są warte grubą kasę. Można je kupić za 300 dolarów, a sprzedać nawet za 780 tysięcy funtów. Wiemy też, że na świecie są ludzie znani z tego, że są znani. Banksy jest znany z tego, że nikt go nie zna. Jest tajemniczy. Możemy zadawać sobie pytania – kim jest, jak wygląda, z kim się spotyka, gdzie bywa?

I ta tajemniczość jest jego siłą. Dlaczego jest anonimowy i tworzy w taki sposób, w jaki tworzy? Bo jest wandalem. Niszczy mienie publiczne malując na ścianach.

I dlatego też nas fascynuje. Bo robi to, co my byśmy chcieli zrobić i powiedzieć, gdybyśmy mieli takie możliwości.

Golf i emocje? I to przez duże E? Ależ proszę …

Golf to czyste emocje, a raczej umiejętność panowania nad nimi. A to w sporcie, jak doskonale wiecie, jest niezbędne. Panowanie nie znaczy bycie spokojnym, panowanie nad emocjami oznacza umiejętność ich kanalizowania w taki sposób, aby wykorzystać je w miejscach, gdzie będą najbardziej potrzebne.

Tak jest np. w Navy Seals, których uczy się przekształcania zmęczenia, drgawek i osłabienia organizmu w agresję.

Stop, bo wybiegłem za daleko. Miało być znowu o golfie, bo przy poprzednim tekście Kamil napisał taki komentarz:

Jakoś nie czuję się przekonany. Sport to dla mnie emocje przez duże „E”, współzawodnictwo i raczej kontaktowość (stąd nie trawię siatki czynnie i biernie). Golf nie łapie się w żadnej z kategorii.

Obalę to. Nie wszystko, bo nie da się powiedzieć, że golf to sport kontaktowy. Ok, da się, ale będzie to taką bzdurą jak to, że politycy chcą dla nas dobrze.

dzień otwarty golfa 2014 zdjęcia III

Musimy tylko pamiętać o tym, że o emocjach w golfie mówić należy nie przez pryzmat kibica oglądającego, ale kogoś, kto gra choćby amatorsko uderzając dalekie piłki na driving range.

Rozumiem dlaczego mówi się, że w golfie nie ma emocji. Pomyślmy, przecież patrząc na golfa widzimy dziwnie ubranych gości, chodzących w spokoju po trawie, często w pięknym słońcu i do tego jeszcze w kompletnej, głuchej ciszy. Wokół słychać może co jakiś czas szept kolegów lub ćwierkanie ptaków. W najgorszym wypadku obrzydliwi dźwięk wydawany przez owady.

Jakie my tu widzimy emocje? Bo przecież emocje sportowe to przede wszystkim podnosząca się adrenalina wynikająca z rywalizacji z przeciwnikiem, to nerwy powstałe w wyniku okrzyków kibiców i wszystko to co związane jest z istotnymi momentami meczu. Mowa oczywiście o np. byciu pod ścianą i potrzebie wyrównania kiedy w finale Ligi Mistrzów przegrywamy 0:1, trafieniu dwóch osobistych, które doprowadzą do remisu i dogrywki w siódmym meczu finałów NBA, wyprzedzeniu jeszcze jednego kierowcy, aby w F1 wywalczyć tytuł.

W golfie tego nie ma, no bo jak może być? W ten sposób myśli ten, kto nigdy nie miał kija golfowego w rękach. Mnie przekonano wcześniej, przed tym jak pierwszy raz uderzyłem. Po uderzeniu było jeszcze lepiej.

http://instagram.com/p/oJZX6ixtzK/

Emocje w golfie są tylko nieco inne od tych, które możecie wyobrazić sobie gdy czytacie powyższe przykłady. I co więcej, są jeszcze bardziej spotęgowane.

Wiem co myślicie w tym momencie – głupi ten Radzki, opowiada jakieś farmazony. Posłużę się przykładem, który przeżyłem na polu golfowym.

Moje pierwsze zetknięcie z kijem było dość przyjemne. Ryszard Kozieras kilka lat temu wrzucił mi piłeczkę na green treningowy (to pole trawy gdzie jest kilka dołków obok siebie i trenuje się grę po ziemi) i kazał trafiać do dołka. Szło mi nieźle, do momentu kiedy instruktor powiedział mniej więcej takie słowa:

To teraz pokażę ci o co chodzi z emocjami w golfie i pod jaką presją są golfiści. Nawet amatorzy.

Presją myślę, jaką znowu presją. Kazał mi przecież trafić do dołka oddalonego o trzy, może cztery metry. Łatwizna, ale … jak trafię za pierwszym razem, nagrodą będzie piłeczka, którą gram. Piłeczka za kilka złotych, nic specjalnego, nic wielkiego.

Po uderzeniu piłka doleciała może do połowy dystansu, skręcając maksymalnie w lewo. Nie, nie grałem na górce, teren był prosty.

Tak Szczepan, to właśnie taka presja. A teraz pomyśl sobie, że ci w PGA nie grają o piłeczkę za 5 złotych, tylko o miliony dolarów, a każde uderzenie jest warte tyle, co najważniejszy karny w twojej piłkarskiej karierze, czyli ten, który daje tytuł.

Wiem, to jeszcze nie ten poziom emocjonalny, o który Wam chodzi, bo ciągle myślicie pryzmatem piłki nożnej, siatkówki czy hokeja. A ja mówię o największym trudzie świata, panowaniu nad sobą i swoim ciałem w jednym, jedynym istotnym momencie. Bo przecież w piłce nożnej, koszykówce, agresję, gromadzone pod kopułką emocje można rozładować trochę przyśpieszając, nieco przepychając się z rywalem. Nie wyobrażam sobie, żeby w golfie ktoś strzelił kolegę kijem, albo poszedł go (kija, nie kolegę) połamać na drzewie.

Golf jest niezwykle wymagający mentalnie i emocjonalnie. Nie da się uderzyć piłki nie będąc w pełni skoncentrowanym, nie da się zagrać dobrze, kiedy jedno uderzenie nam nie wyszło i zaczynamy się rozpraszać, myśleć o nim i trzymać je w sobie. Golfista musi mieć krótką pamięć, by szybko zapomnieć o porażce z poprzedniego dołka i przejść dalej. Ale tak samo działa to w przypadku wygranej. Idzie ci dobrze, nagle czujesz rozprężenie i piłka ląduje w krzakach dwa pola dalej. Dlaczego? Bo twoja głowa była gdzieś indziej, wsadziłeś w nią myśli, których w tym momencie nie powinno tam być.

Rywalizacja? W jednym momencie rywalizujesz z kolegą, z którym grasz, sam ze sobą, bo chcesz poprawić swój wynik z poprzedniej rozgrywki i walczysz ze wszystkim co jest dookoła. Przyjemny śpiew ptaków, którym rozkoszowałeś się gdy stałeś jeszcze przed tee (ten punkt, z którego się startuje), zaczyna być najbardziej irytującą rzeczą na świecie i masz ochotę zastrzelić to zwierzę, które przeszkadza ci w uderzeniu.

Właśnie w takich momentach w twoim ciele i głowie zachodzą różnego rodzaju procesy chemiczne, a ty musisz je opanować.

Brak emocji? Nie sądzę.

P.S. Mi przeżyć i emocji dostarcza Toya Golf.

Idź pod prąd – będziesz chudy. Albo chuda.

Wziął i podłączył mnie do prądu. Jakbym przynajmniej z uśmiechem na twarzy zamordował kilka osób. Okazało się – jak to zwykle przy podłączeniu do prądu bywa – że to on chciał zamordować mnie.

Niektórzy już może wiedzą, że jakiś czas temu, za uszy z ciepłego łóżka, wytrącając mi lody, czekoladę i coca-colę z ręki, na trening wyciągnął mnie mój znajomy i trener personalny w jednej osobie – Maciek Wolny.

Koks nie powiedział mi jednak, że naprawdę będzie chciał mnie zamordować. Miało być lekko i przyjemnie, było zajebiście, ale seks nawet najbardziej wyczerpujący to nie był. Płakałem, jęczałem i mówiłem – chcę przerwy!

Maciek prowadzi zajęcia różnego rodzaju, ale kilka miesięcy temu zdecydował się na zakup specjalnej maszyny do treningu metodą elektrostymulacji mięśniowej. I jak się już zapewne domyślacie, chodzi o to, że facet podłącza do Was kabelki – tak, tak jakbyście byli jakimś Robocopem – włącza wtyczkę do prądu i patrzy jak daleko się wychylicie. Jak za daleko, to nieco zmniejsza napięcie.

Gdyby nie to, że musiałem ciągle się ruszać, bo inaczej niczym w MMA, prąd by mnie znokautował, to sam miałem kilka razy okazję znokautować mojego ziomka. Co i tak skończyłoby się dla mnie dramatem, bo połamałbym sobie wszystkie kości gdybym spróbował uderzyć tą górę mięśni.

Trening EMS stosują sportowcy – np. Usain Bolt czy wielu bokserów, kolarzy, etc. Trening EMS poprawia wydolność, spala tłuszcz, ćwiczy siłę i wytrzymałość, a do tego nie naraża stawów, bo … no bo, nie dźwigacie żelastwa.

Metoda ta jest niezwykle efektywna, bo człowiekowi, który np. nie ma czasu, bo musi leżeć – jak ja – włącza w głowie zapadkę ej to tylko trzydzieści minut! No i tyle to mniej więcej trwa. Gość pokazuje ćwiczenia, wy ciągle się ruszacie, uginacie kolana, napinacie pośladki, podnosicie wirtualną sztangę, albo robicie głupie wykroki. Wszystko w gustownym, obcisłym kombinezonie, a w moim przypadku z bojlerem w okolicach pasa wiszącym momentami na udach (za dwa lata na kolanach). Generalnie oprócz tego, że jest morderczo i męczycie się cholernie, jest bardzo fajnie.

A ciężarki miałem dla kobiet! ;)

10299061_236630229870489_3499060172622236665_n

Można sobie np. zwymiotować, bo zapomnicie napiąć mięśni brzucha kiedy rozpocznie się kolejny cykl treningowy trwający dziesięć sekund. Natężenie tego jak morderczy prąd chcecie odczuwać można sobie regulować.

Nie da się jednak regulować braku zdolności matematycznych u trenerów personalnych. Pierwszy raz odczułem to na własnej skórze, ale opowiadało mi już o tym kilka osób. Nie wiedzieć dlaczego w normalnym świecie dziesięć znaczy dziesięć. U trenerów personalnych występują np. dwie piątki, albo dwie siódemki. Ewentualnie jest też jeszcze pięć, zrobisz pięć i słyszysz jeszcze trzy. Mogłem uważać na matmie, może wtedy byłoby mi łatwiej to pojąć.

Generalnie – warto. Daje w kość. Zakwasy na tyłku miałem przez trzy dni. Inni znajomi, którzy też byli, mieli podobnie. Nie da się siedzieć. A jak już usiądziecie, to nie da się wstać. Leżeć i przewracać się też się nie da. To jakby plyometrics z P90X, które kiedyś tam udawało mi się robić. Wtedy też jak chciałem się przekręcić w nocy, musiałem się budzić i przesuwać nogi ręcznie.

Ktoś, gdy opowiadałem mu o treningu EMS, powiedział coś w stylu – to takie sauna solution czy inny pas, który można kupić w telewizji? Jak ten prąd, lub Chuck Norris, kopnąłem go w głowę i powiedziałem – taaa, tylko, że za kilkanaście tysięcy Euro i jest to sprzęt profesjonalny.

Weź sobie lepiej zrób reset

Nienawidzę tych chwil, kiedy mam w głowie coś do przekazania, ale jest to tak chaotyczne, że … wygląda jak ten wpis poniżej. I niestety chyba nieco melancholijnie ;)

Wiem, co powinno ukazać się na blogu już dzisiaj, ale na ten tekst, który w wersji roboczej spoczywa w czeluściach mojego komputera i iCloud, będziecie musieli chwilę poczekać. Zapewne niedługą, ale będzie on o wolności. Wolności, która dla wielu jest tylko pozorna.

A tymczasem … zastanawialiście się. Nie. To złe pytanie. Cofam je. Na pewno się zastanawialiście, bo zakładam się, że przeżywacie to praktycznie codziennie. Stres, pośpiech, zdenerwowanie. Wchodzicie do domu, a tu żona/dziewczyna/kochanka stoi z wałkiem wkurzona jak byk podczas corridy. Mąż chce pobaraszkować, a Ty moja droga nie wiesz jak powiedzieć mu, że nie masz siły nawet mrugać powiekami?

Znerwicowani po pracy, bo szef drze się jakby siedział na stadionie piłkarskim, piramida Maslowa niektórym obróciła się do góry nogami, a istotnym w życiu jest wzrastający o 1 setną procenta słupek sprzedaży.

Dramat.

Niektórzy lubią biegać. Inni wolą żyć nieco wolniej, ale w ostatnich latach każdy z nas narażony jest na jakiś dramatyczny maraton, który pokonujemy sprintem.

No i wracamy do domu, zmęczni, nie potrafimy się oderwać od pracy, podobno niektórzy nawet z trzytygodniowych wakacji wysyłają codzienne raporty. Rzucasz mięsem i dopiero po dwóch tygodniach zdajesz sobie sprawę, że możesz zluzować, a jest już na to za późno, bo urlop się skończył, po wakacjach została krzywa opalenizna, trochę piasku w tyłku, a Ty musisz iść do pracy.

Mam taką przypadłość, wychodząc z pracy, ciągle w niej jestem. Uczę się jednak zostawić ją za sobą. Znajdować miejsca, które mnie resetują i elementy, które pomagają – z wyłączeniem substancji psychoaktywnych.

Jednym z nich jest … Barcelona. Nawet nie wiedziałem, że to miasto tak na mnie działa. Magiczne miejsce. Ma wszystko, morze, góry, zabytki, fajny klimat, ciekawych ludzi i setki miejsc, gdzie można zabłądzić, ale cały czas czuć się jak u siebie w domu. Reset? Wyjechałem wkurzony niczym naładowany testosteronem nastolatek, który o seksie to tylko słyszał i widział go w nocnej telewizji.

Kilka godzin, siedzenie pod palmą i … reset całkowity. Polecam, jak ktoś ma możliwość wyrwania się. Z Ryanair budżetowo można wybrać się tam za relatywnie nieduże pieniądze na 2-3 dni.

2014-03-28 13.44.33

Generalnie palmy, plaża, odpoczynek to klucz, ale zobacz coś. Coś co pozwoli Ci opowiadać historie. Po raz kolejny zobacz Sagrada Familia i kolejkę na 800 osób, idź po kolejne dzieło geniusza Gaudiego – Casa Mila i zobacz jak wygląda … z reklamą Zegny na froncie (musicie mi uwierzyć, pod  budynkiem i tak stały dziesiątki jak nie setki turystów, którzy robili zdjęcia – jak ja :-)).

2014-03-27 15.12.53 2014-03-27 15.12.07

Porozmawiaj z kimś … my trafiliśmy na kolegę z Saragosy, który perfekcyjnie mówił po Polsku, bo … 12 miesięcy pracował w Łodzi jako szef kuchni. Jak zwykle wyjmując mapę, ktoś pomógł nam odnaleźć drogę. Tym razem był to przemiły staruszek, który swoją pomoc zakończył pytaniem o to czy mówimy po Hiszpańsku. On też nie mówi, bo jest Katalończykiem.

Reset, reset, reset. Czasem potrzebuje tego Twój komputer – nawet jak to Apple – potrzebujesz go i Ty.

A jeśli nie możesz wyjechać? Mam kilka propozycji, nie do wszystkich się stosuję, ale staram się wprowadzać w życie.

Może coś się Wam przyda.

I na Michaela Jordana, pisząc poniższe akapity zdałem sobie sprawę z tego, że brzmię jak nawiedzony gość, który czyta Jedz, módl się i kochaj lub innego rodzaju poradnik typu jak żyć by być szczęśliwym.

Śpieszę z wyjaśnieniem – ludzie są różni, różne są potrzeby, coraz częściej zauważam jednak ogromny problem wśród znajomych, którzy ciągle biegną. Tak jak ja. Szukam więc rozwiązań dla siebie. Niektóre działają :-)

  • Zwolnij – tak po prostu, nie zawsze musisz mieć w sobotę posprzątane w domu, serio. Nie zawsze musisz iść na imprezę i siedzieć do rana. Czasem możesz po prostu posiedzieć pod drzewem, ale poleżeć i dać głowie odsapnąć.
  • Wyjdź na spacer – nie musisz tego kochać, wyjdź. Weź aparat. Przejdź się, może zobaczysz coś ciekawego. No i walnij sobie fajne #selfie ;)

2014-03-28 11.35.40

  • Delektuj się jedzeniem – o z tym to mam problemy, bo jem w pośpiechu i przed monitorem. No właśnie – nie jedz przy komputerze, nie jedz przed telewizorem, po prostu jedz. Nie myśl, gryź, smakuj.
  • Napij się dobrej kawy – DOBREJ. Starbucks to nie do końca to o czym piszę mając na myśli DOBREJ :-)
  • Pomóż komuś – stoisz w kolejce w Ikei? Gość przed Tobą nie umiał wyciągnąć serwetek, bo zaklinowały się w podajniku, a Tobie się udało? Weź dwie więcej i mu daj. Otwóż komuś drzwi, pomóż sąsiadce wnieść zakupy. Albo np. wystaw przed swoim sklepem pompkę do roweru.

2014-03-28 15.28.20

 

  • Zrezygnuj z aktywności, które są tylko pożeraczem czasu – ile seriali oglądasz? Ja mnóstwo, bo je uwielbiam, tak jak kino. Ile z nich oglądam niepotrzebnie? W ciągu ostatnich 15-20 dni skasowałem z listy 6-7 pozycji.

Zobacz też: Balans człowieku – BALANS!

Adam Małysz i Red Bull wygrali internet

Ten pierwszy kwietnia to taki dziwny dzień, w którym każdy chce być jak najśmieszniejszym błaznem. Szkoda tylko, że nie wszyscy wiedzą jak być poważnym i prawdziwym błaznem.

 

Mój tato występował w kabarecie. Amatorskim i do tego dawno temu, ale już jako nieco bardziej kumaty nastolatek widziałem kilka ich numerów i było to całkiem śmieszne. Lubię humor sytuacyjny, wynikający z reakcji na pewne zachowania, to co słyszymy. Improwizacja jest kluczem, ale lubię też standapowców. Nie gardzę jednak dobrze przygotowanym żartem na appril’s fool.

 

Szkoda tylko, że w mediach jest taki wielki obrzyg jeśli chodzi o żarty związane z piewszym kwietnia. Nie mam do końca czasu na śledzenie

 

Żyjemy w takich dziwnych czasach, w których musimy czcić te święta i obchodzić je hucznie, dziwnie, niby tak jak przystało, ale w efekcie często wychodzi tak, że całe to świętowanie to jedna wielka wydmuszka i porażka. W przypadku prima aprilis, jeden wielki żart – i wcale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

 

Media absolutnie nie prześcigają się w tym kto zrobi większy żart. Traktują ten dzień na luzie, ale starają się do niego przygotować. Zwykle gdzieś w połowie marca wszyscy podpięci pod redakcyjne skrzynki dostają powiadomienie, aby zgłosić swoje pomysły na żart. Robią to działy, całe redakcje, etc. Niestety nie było mi dane w tym roku obserwować wydarzenia żarcikowe, ale kilku znajomych donosiło mi co się z grubsza dzieje. Czy to naprawdę śmieszne, że FIlip Chajzer wyszedł z szafy?

Odpowiem jeśli ktoś sam się nie domyślił – wcale nie jest to śmieszne.

Śmieszne to było jak kiedyś jedna z redakcji sportowych (nie pamiętam już która), podała że żużlowcy w jednym z biegów będą jeździli odwrotnie niż do tej pory. Tak dla urozmaicenia wyścigów. Efekt? Mój kolega i jego ojciec, wielcy fani żużla wzięli to info śmiertelnie poważnie i toczyli długą rozmowę jak to wpłynie na wyniki, na postawę zawodników, etc. Co więcej, dopiero po kilku dniach (!) zorientowali się, że był to po prostu żart.

Generalnie jestem zdania, że bez naprawdę dobrego pomysłu, wyglądającego bardzo realnie, ale nie głupio, lepiej odpuścić sobie kreowanie rzeczywistości prima aprilis i skupić się na relacjonowaniu wydarzeń z innych miejsc. Może zaprosić do studia i porozmawiać z dobrym komediantem, może kimś z reguły sztywny i wypytać go o jego najlepsze żarty, te które mu zrobiono.

Fajnie poskładał sprawę deser.pl, który informuje o psikusach, które robią dziś w mediach. Niektóre są naprawdę niezłe – np. Adam Małysz jako kierowca taksówki. Tak Red Bull wygrał prima aprilis.

Hitem było dla mnie – byłem kiedyś w Kanadzie. W Vancouver. Jak olimpiada była. Słyszałem, że złoto bardzo drogie. Aktywacja sponsoringu Red Bulla i żarcik z kierowcą taksówki – rewelacja.

(Jeśli nie działa Wam wideo z Adamem w roli taksówkarza – można je zobaczyć tutaj).

We Wrocławiu ma być niby klasa biznes w … tramwajach. Wszystkich przebiło jednak BCC.

BkIN4bmCMAAf1hh

Tak jak grać w piłkę, podobno żartować umie każdy. Nie każdemu wychodzi to jednak tak, żeby grać w kadrze narodowej, tak jak nie każdemu wychodzą żarty. Te żałosne lepiej sobie po prostu darować.

 

Jak stracić prawdziwą miłość?

To jest historia krótkiej, namiętnej i prawdziwej miłości.

Miłości zgubionej.

Generalnie jestem jak dziecko z podstawówki. Powinno się mnie objąć jakimś ministerialnym programem, żebym nie rozwalił sobie kręgosłupa.

W torbie mam sto kilogramów rupieci, a i tak nigdy nie zabieram wszystkiego co jest mi potrzebne. Laptop, iPad, ładowarka, słuchawki, dodatkowa bateria do telefonu na USB i jeszcze plecki, bo prądu do smartfona nigdy za dużo.

Kolega pracujący w iSpot pokazał mi jakiś czas temu fajny gadżet Zamówiłem Adonit Script Jot. Przyjechał.

Adonit-Jot-Script-1

Co to za cudo? Możecie zobaczyć na filmiku.

Jeśli jednak czytacie tekst na urządzeniach mobilnych i szkoda Wam transferu, to śpieszę z wyjaśnieniem. Script Jot to pisak do iPada. W tym miejscu to wcale nie ślepe uwielbienie dla marki, ani wzięcie kasy za wspomnienie nazwy producenta tabletu (a szkoda), tylko dokładne przeznaczenie Scripta.

Długopis, wykonany nieco jak produkty Lamy, czyli solidnie i ergonomicznie(za to też nie wziąłem kasy ani nie mam barteru – jeszcze:-)), to urządzenie, które ma służyć nam jako zakreślacz i uwaga … DŁUGOPIS. Tak, możemy nim pisać po tablecie, bo ma tak cieniutką końcówkę. Generalnie nie jest ona wcale cienka, ale na obecnie panujące standardy, jest najcieńszą na rynku.

Jot-Script-point-size

Nic szczególnego. Niby. Generalnie po zakupieniu Adonita zmieniłem moje podejście do korzystania z tabletu. Nagle ten sprzęt, który i tak zawsze miałem ze sobą, zastąpił mi w torbie dodatkowy notatnik na pomysły, mapy myśli, etc.

Pisząc po szybie nie mamy takiego komfortu jak podczas pisania na tradycyjnym papierze. Musimy nieco się przyzwyczaić, bo jednak trzeba stawiać nieco większe kółka, mieć większy rozmach do kaligrafowania niż na papierku, ponieważ inaczej nasze pismo bywa nieczytelne. Albo to ja strasznie bazgrzę (bazgram?).

Adonit-Jot-Script-1

Script Jot współpracuje z kilkoma aplikacjami na rynku – Penultimate, Good Notes i kilkoma innymi. I dlaczego piszę współpracuje? Ponieważ długopis można do tabletu podpiąć poprzez Bluetooth. Staje się wtedy nieco bardziej dokładny niż gdy działa bez sinego zęba w tle.

Ale nie samo pisanie jest tym, co w pierwszych dniach obcowania z moim długopisem urzekło mnie najbardziej. Good Notes ma możliwość importu zdjęć czy też plików PDF. I wiecie co można wtedy robić? Pisać po nich, zakreślać, odznaczać … jak na prawdziwym papierze. I nie palcem, który jest za gruby, ale normalnym pisakiem, zakreślaczem (tzn w postaci Scripta). Rewelacja. Oszczędność dokumentów, papieru, czasu, noszenia. Wszystko mam w jednym urządzeniu. Odpalam iPada w kawiarni, czytam umowę, zaznaczam, co jest nie tak, daję zapisz i odsyłam do poprawki. Albo robię korektę tekstu.

Generalnie drukuję, gdy muszę pracować w oparciu o jakiś dokument. Drukuję, bo łatwiej jest mi po nim pisać, robić notatki. Tutaj już tego robić nie muszę (wiem, nie wierzycie mi, że oni mi nie zapłacili, albo że ja sam zapłaciłem za tego Scripta).

Kilka osób pytało mnie o ten sprzęt. To właśnie dla Was powstał ten krótki opis z wplecionymi dygresyjkami. Moim zdaniem warto, ja jestem bardzo zadowolony. No, byłbym zadowolony, gdyby trzy dni temu mój Script nie wypadł gdzieś z nerki, w której miałem tablet i właśnie jego. Gdzieś we Wrocławiu w okolicach centrum handlowego Magnolia.

Dlatego właśnie ta historia, to historia krótkiej i prawdziwej miłości. Może kiedyś dorobię się nowego.

Z pozdrowieniem i złamanym sercem, Wasz Szczepan.