KategorieLifestyle

Jak robić lepsze selfie?

2015-01-03 00.06.17

Lubisz fotografię? Powinienem zadać to pytanie nieco inaczej – lubicie wrzucać foty na Instagram, Facebook albo inne portale społecznościowe?

Pewnie. A wyglądają jak badziew? Pewnie. Często są robione telefonem i swoją ręką, więc nie ma opcji, żeby wykombinować coś wielce wielkiego, zbudować inną kompozycję, bo Wasza ręka ma … 70 centymetrów długości. Da się objąć twarz, albo jej kawałek z tym co w tle.

Ah i nie lubicie nosić kilogramów obiektywów, albo w ogóle nie posiadacie aparatu, bo nie jest zbyt mądrym wydawanie np. 2 tysięcy złotych + kasy na obiektywy, aby pstrykać foto żarcia, butów, albo jak robić lepsze selfie?

Nie posiadająć sprzętu (powiedzmy) półprofesjonalnego, posiadając selfiestick czy tylko ramię wychodowane przez własny organizm, da się ugrać coś więcej. A nawet sporo więcej jeśli np. jesteście z tych, którzy mają w głowie #foodporn i muszą pokazywać światu to, co jedzą co kilka chwil (ja bym musiał robić co 7 minut zdjęcie kolejnego batonika, czekolady, a na koniec dnia rosnące cyferki na wadze).

Polecam Olloclip, które kupiłem na początku grudnia. Co to za wymysł? Pisało już o tym kilka osób, a cudeńko można dostać bez problemu choćby zamawiając na stronie producenta (przesyłka to było jakieś śmieszne kilka Euro).

OlloClip to nakładka na telefon, która zwiększa możliwości wbudowanego aparatu. Jak? Cztery (tak naprawdę 2×2) małe obiektywy w jednym małym dodatku (bo tyle jest np. w wersji na iPhone) dają nam szeroki kąt, rybie oko, makro 10x i makro 15x. Nakładamy takie oto coś na telefon i działamy.

Sam kupiłem po to, żeby robić trochę fajniejsze ujęcia pod mojego innego bloga, nieco go ożywić i pokazać kicksy z innej strony i nie jestem zawiedziony. Na chwillę obecną jmniej daje obiektyw szerokokątny, powiększa pole widzenia, ale wykorzytsywałem go przez 6 tygodni rzadko. Pewnie i to się zmieni kiedy będę bawił się np. krajobrazem. Efektownie wypada rybie oko, a efekty z makro zobaczcie na zdjęciach poniżej.

A tu macie jakiś dobry czeski browar miodowy – chyba Primator – wino i kicksy.

2015-01-16 23.39.14

2015-01-14 11.40.26

2015-01-03 00.06.17

2015-01-14 11.41.21

 

IMG_9896

IMG_9820

Warto? Moim zdaniem tak, choć pamiętajmy, że to kompaktowy dodatek do kompaktowego aparatu. Da nam więcej, za przedział 250-300 złotych jest to całkiem sporo, ale nie da tyle, co daje sprzęt za kilkadziesiąt tysięcy złotych.

W prostych słowach – do Insta się nada :-)

 

Nie słuchaj porad. Serio. Tej też nie.

main-qimg-f69bf8102017adeb3cb15f20f993c9b1

Zwymiotuję się delikatnie życiem i różnymi scenkami (w sumie miało być przy sobocie, ale gdzieś mi umknął ten wpisy) – bo posłuchałem i poczytałem trochę genialnego Carlina ;)

Ludzie są niemili. Nie słuchajcie ich rad. Nie znają się na Twoim życiu i potrzebach. Ze wszystkich poradników wyciągajcie inspirację, ale nie idźcie ślepo za tym gównem, którym karmi Was (i mnie też) każda książka, albo kolejny domorosły psycholog, trener i znawca.

Mi całe życie mówili, że mam za duże wymagania. Za duże wymagania dotyczące np. kobiet, albo samochodów. Musisz je obniżyć mówili, inaczej będziesz nieszcześliwy. Srał was pies. Nie jeteście mną. Poza tym ta logika kupy się nie trzyma.

Pojedźmy bardzo skrajnie, żeby przykład był latwy. Chcesz mieć samochód, którego prędkość maksymalna to 300 km/h, przyśpieszenie do setki 6 sekund, spalanie 8-10 litrów, zielony i czteroosobowy.

Jakaś głupia persona mówi ci – nie możesz mieć takiego samochodu. Dlaczego? Bo cię nie stać. Ok, no to musisz zarobić. Ta sama głupia persona mówi ci, że nie, nie musisz zarobić, musisz obniżyć swoje wymagania.

Kupujesz więc auto, które spala 12 litrów, jest żółte, prędkość maksymalna to 180 km/h, a do setki rozpędza się siedem miesięcy. Albo co gorsza, jeździsz kurwa autobusem (nie, nie ma w tym nic złego). I słuchasz tego pieprzenia. Tych wszystkich życzliwych, którzy wiedzą co jest dla ciebie lepsze.

Ok, jasnym jak słońce jest, że zarabiając 3 tysiące miesięcznie nie kupujesz Porsche, bo potrzebujesz środka transportu od punktu A do B, a nie niekoniecznie taniego dodania sobie punktów lansu. Myślisz i uczysz się więc znaleźć coś czego potrzebujesz – bezawaryjnego, może niezbyt dużo palącego. O ile tu się można nagiąć, tak w relacjach damsko-męskich naaah. Nie idę na to.

Mam inny przykład. Śluby, czyli generalnie odwołanie do pieprzonej tradycji.

Sam całe szczęście tego nie przeżywam. Ale słucham czasami od znajomych jak to rodzina, rodzice, ciotki, wujki i inne różne życzliwe – kiedy weźmiesz ślub. Kiedy przedstawisz nam swoją wybrankę, chcemy pobawić się na ślubie, już czas. Czy coś.

Tak. Czas. Na to, żebyście skończyli to pieprzenie. Kiedy pobawicie się na przykład na moim ślubie? Jak za niego zapłacicie. W innym wypadku nie jesteście zaproszeni :-) Tak, raz tak powiedziałem, od tamego czasu mam święty spokój.

Odbyłem ostatnio ciekawą rozmowę, której puentą jest – po prostu bądź sobą, bo najgorsze co może się przytrafić to zatracenie samego siebie. Wiesz dlaczego? Bo starasz się dopasować do środowiska, otoczenia ludzi, którzy in the end przelecą cię jak gwiazdor porno kolejną laskę.

Ehem. Serio. A tak w ogóle to znajdź coś co sprawia ci przyjemność i po prostu to rób – tak jak lubisz.

2015 – czyli rok Powrotu do Przyszłości

backtothefuturepart2

2015 to chiński rok zielonej owcy (serio), dwusetna rocznica bitwy pod Waterloo, , Goonies będzie miał już 30 lat, 150 lat od zakończenia Wojny Domowej w USA, Władca Pierścieni kończy 60 lat, tyle samo skończy Disneyland, a o 10 mniej Ford Mustang. Minie też 10 lat od śmierci Jana Pawła II – a to dla wielu Polaków ikiezwykle ważna rocznica.

Ale … dla wielu, wielu, wielu innych, 2015 to także rok Powrotu do Przeszłości II. Bo Back To The Future II 25 lat temu miało pokazać nam przyszłość … przyszłość, w której żyjemy. I jak bardzo mylił się film, a w czym miał rację?

Co prawda mamy już elektryczne samochody, ale film rozminął się mocno z tymi latającymi. Nie ma autostrad nad naszymi głowami. Chyba, że mowa o tych, którymi chmury tną skrzydła samolotów.

w640

Całe szczęście rozminął się także z modą, bo wcale nie mam ochoty chodzić w garnku na głowie, albo spandeksie niczym nurek. Szkoda, że dalej nie mamy w pełni działającej deskolotki.

backtothefuturepart2

w640-1

Choć projekt już jest, latał nim nawet Tony Hawk. Deska nie trafiła jednak do szerokiej sprzedaży – tfu, nie trafiła do żadnej sprzedaży. Mam nadzieję, że niedługo będzie można zabijać się przed sklepami nie tylko o kicksy, ale i o latające deskorolki.

Ciągle czekamy też na samosznurujące się kicksy. Nike wypuści w tym roku Nike Mag i to z tym jednym dodatkiem – czyli power laces. Szkoda. Takich stacji benzynowych też nie mamy.

w640-2

Takich stacji benzynowych też nie mamy.

w640-3

Ani kurtek, które same się suszą. Holograficznych filmów nie ma, tak jak reklam, ale Back to The Future II przewidziało, że wróci moda na 3D.

w640-5

Pepsi Perfect też nie pojawiła się jeszcze na rynku. Nasze drzwi nie otwierają się dzięki odciskowi palca, a w taksówkach w sumie mimo Apple Pay czy płatności zbliżeniowych, także nie możemy zapłacić kciukiem. No i nie mamy też samowyprowadzających psy smyczy.

w640-4

w640-7

w640-6

Ah, nie ma też urządzeń od Black&Decker, które pozwalają … no pamiętacie, zrobić pizzę w 3 sekundy.

Mamy za to namiastkę okularów, które nosił syn Marty’ego – tak, mówię o Google Glass. Możemy kontrolować urządzenia elektroniczne głosem – np. Siri.

w640-8

Zdjęcia robimy za to tak jak Doktor Brown – cieniutkimi aparatami.

w640-9

Możemy też dzwonić za pośrednictwem telewizora. Pamiętacie scenę, w której Marty gra w Wild Gunman i używa rąk? Tak, dzieciaki śmiały się z niego, bo używa rąk. Jakby Kinect?

A tak w ogóle, zauważyliście jak potężny był product placement w Back to The Future? Nike (ciekawe czy?), JVC (okulary i telewizory), Pepsi, Texaco.

 

Adam Michnik? Phi. Maria Czubaszek to ma jaja

adammichnik-papieros-655

A jedynka Wirtualnychmediów donosi dziś o tym, że Adam Michnik palił papierosa na wizji. Wielkie mi halo. Michnik zapalił e-papierosa.

Ustawa o radiofonii i telewizji zakazuje nadawania przekazu handlowego produktów imitujących wyroby lub rekwizyty tytoniowe oraz symboli związanych z używaniem tytoniu – piszą na WM.

Generalnie prosta sprawa, ktoś Adasiowi dał pieniążka, żeby ten zrobił trochę publicity. I robi. Też bym robił. A jak się mylę to trudno, Michnik po prostu palił. Dziwią mnie jednak inne rzeczy.

Rozumiem, że społeczeństwo obywatelskie działa w taki sposób, jak zadziałało w przypadku programu, o którym rozmawiamy. Poczuło się odpowiedzialne, stanęło na wysokości zadania i telegrafem, listem poleconym, pisanym piórem wiecznym czterech panów lub cztery panie – lub jakiś mixt – wysłało do KRRiT donos o tym, że Michnik palił na antenie papierosa.

Ja Cię kręcę – chciałoby się rzec. Może ze względu na to, że jestem lwem, jestem leniwy i wolę błyszczeć niż bawić się w takie pierdoły nie rozumiem komu chciało się podjąć takie działania. Poważnie, chciałbym poznać tych ludzi, którzy stracili swój wolny czas, na to, żeby donieść na gościa. No i … tzn, że KRRiT nie ogląda telewizji, do tego jeszcze PUBLICZNEJ, że trzeba zgłaszać donosy?

Bardziej zastanawia/martwi/jest moim problemem – wybierzcie sobie jedno, jest fakt, że Adam Michnik palił imitację papierosa. Mięczak. Serio. Nie trawię e-papierosów, po pierwsze irytuje mnie jak ktoś jara je np. w kinie twierdząc, że to nie papieros, ale dmucha mi tym badziewiem, albo co gorsza świeci to jeszcze jak zabawka dla małego dziecka. Zjaraj sobie człowieku fajkę prawdziwą, albo w domu wodną odpal, ujaraj się na miesiąc i miej spokój. No i Adaś to miękko się zachował.

Maria Czubaszek to jest prawdziwy twardziel, gdyby była facetem, można by mówić o niej, że ma jaja jak orzechy kokosowe. Zakaz srakaz, prawo srawo. Pani Maria papierosa paliła na wizji u Kuby Wojewódzkiego i pewnie nie tylko u niego, a jak dobrze pamiętam, kiedyś  też otwarcie mówiła, że ma gdzieś zakaz palenia w miejsach publicznych i po prostu pali.

Tak, tak. Jak się bawić to na całego, a nie w biedną, wręcz żenującą imitację. Bo wiecie, za chwilę będzie gadane, że to przecież e-papieros, nie papieros i innego rodzaju pierdoły. A tak poza tym, palenie e-papierosów zamiast papierosów (tak wiem, nie ma substancji smolistych, czy coś i jest zdrowsze), jest jak picie piwa bezalkoholowego (tak wiem, można po nim jechać podobno samochodem), albo samogwałt. Niby orgazm jest orgazm, ale ja jednak wolę z kobietą.

 

Kilka rzeczy, których nie wiesz o Kevinie

tumblr_mjoi6cuJ3R1ripsiao1_1280

Kevin Sam w Domu już nigdy nie będzie taki sam.  Generalnie święta zniknęły z listy to-do po tym jak 24 grudnia większość z nas spędziła kilka godzin na oglądaniu kultowego już filmu.

A czy wiesz wszystko o Kevinie? Sprawdź. Ja nie wiedziałem, ale fajnie, że kiedyś udało mi się dokopać do tej wiedzy.

Tarantula na twarzy Daniela Sterna

Chyba jeden z najlepszych momentów filmu i tych, które pamiętamy najlepiej. To była prawdziwa tarantula. Na prawdziwej twarzy Daniela Sterna. Serio. Stern zgodził się, aby położyć pająka na nim, ale tylko raz. Scena była zagrana perfekcyjnie. Aha i aktor nie mógł krzyczeć tylko udawać. Dlaczego? Bo krzyk mógł wystraszyć pająka.

tumblr_mjoi6cuJ3R1ripsiao1_1280

Stern to w ogóle niezły gość. W scenie chodzenia po śniegu Stern ma na nogach gumowe stopy, ale … gdy przechodzi przez okno i następuje na bombki jest już boso. Bombki nie były jednak ze szkła, tylko ze … hmm … sztucznego szkła czyli tak zwanego sugar lub candy glass

Robert De Niro odmówił roli Harry’ego

Jak wiecie zagrał ją Joe Pesci. Nic dziwnego, że już kilka razy mówiłem, że to De Niro grał małego bandytę, bo wiedziałem, że tak właśnie miało być.

Playboy

Playboy, który Kevin znajduje w kufrze swojego brata jest z lipca 1989 roku. Miss była wtedy Erika Eleniak. Oto Erika.

erika

Kevin nie miał prawa zjechać na sankach ze schodów

Może inaczej. Zjechać mógł, ale generalnie nie przejechałby przez drzwi. Zatrzymałby się na framudze po prawej stronie, a nie wyskoczył na dwór niczym z katapulty.

Screenshot 2014-12-25 10.48.03

Screenshot 2014-12-25 10.49.54

Co więcej, Macaulay Culkin oczywiście nie wykonywał tego numeru sam. Tak samo sam nie spadł z półką w pokoju swojego brata. Zresztą zjazd na linie do domku na drzewie to też nie sprawka Kevina. Te numerki wykonywał 30-latek, kaskader, Larry Nicholas. Ciekawe jest to, żę facet był… tego samego wzrostu co 9-letni Culkin. Widać to dokładnie właśnie we wspomnianym zjeździe na linie.

Tej sceny nie dało się zrobić z udziałem Nicholasa

Screenshot 2014-12-25 10.53.38

Po prostu się nie dało. W scenie musiał występować młodociany gwiazdor kina. A nikt przecież nie podejmie decyzji, żeby na Culkina spuścić kilkutonowy samochód i próbować zatrzymać go zaledwie kilka centymetrów od dziewięciolatka. Naaah. Niemożliwe. Jak więc kręcono, mimo wszystko, niebezpieczną scenę? Od tyłu. Culkin stał przy aucie krzycząc, a samochód się cofał. Potem puszczono ją … od tyłu i wyszła od przodu.

Ciekawe jest to, że podobno wszystkie próby były beznadziejne, udała się tylko jedna. Oczywiście, ta która jest w filmie. No i pewnie dlatego jest w filmie.

Proste? Jak drut.

Fikcyjny film

Angels with Filthy Souls – film, który ogląda Kevin to fikcja. Został stworzony specjalnie na potrzeby Home Alone.

Śnieg

Pamiętacie padający śnieg chwilę po przebudzeniu się Kevina w łóżku rodziców? Taki to śnieg jak ja mam 201 centymetrów wzrostu. Z ‚nieba’ padały płatki … ziemniaków. Tak, to były czasy, kiedy nie można było posadzić gościa przed komputerem i powiedzieć mu – wygeneruj w swoim laptopie za 300 dolarów śnieg, potwora z Loch Ness, dwóch nowych aktorów, przedłuż mi penisa i jeszcze do tego wszystkiego zmniejsz alimenty. Nooooope. Trzeba było kombinować i improwizować, dlatego zamówiono potato flakes, podobne do tych, których użyła Alex, aby zrobić prezent Joeyowi w serialu Joey (tak, wiem w Polsce oglądało go osiemnaście osób, czyli o jedną więcej niż jest fanów koszykówki spod znaku Tauron Basket Ligi).

Dziewczyna Buzza

To chłopak. Serio. Potrzeba było przecież kogoś naprawdę okropnego, ale jaka (nawet ucharakteryzowana) chciałaby pozować do takiej fotografii? No właśnie.

John Candy

Nie był może najistotniejszą postacią w filmie, ale jako ciekawostkę można podać fakt, że sceny z jego udziałem nagrano w jeden dzień. Nawet niecały, bo trwał 23 godziny.

Blizna

W scenie kiedy dwóch bandytów (słodziaki) wiesza Culkina na drzwiach, Joe Pesci (ten mniejszy, wiecie trochę legendarny aktor) tak mocno wczuł się w rolę, że podczas jednej z prób odgryzienia palców Kevina, naprawdę go ugryzł. Tak mocno, że Culkin do tej pory ma bliznę.

Efekty specjalne

Budżet Kevina był malutki. Nikt nie chciał wydać na niego pieniędzy, więc zatrudniono gościa, który efekty dorabiał w garażu w domu swojej mamy. Brał po kilka setek za pracę. Wiecie, latające głowy w kuchni etc. Generalnie w scenie, w której Kevin strzela w głowę Daniela Sterna z wiatrówki, nasz grafik domalował ‚kulę’ w całości klatka po klatce – za 600 dolarów.

homealonegif6

Miłego oglądania następnym razem :-)

P.S. Strona jest w lekkiej przebudowie, więc wybaczcie trochę braków :-)

Małego przedsiębiorcę trzeba zgnoić

1418477185_thumb.jpeg

Co za kraj.

Walczmy o prawa, górników, pielęgniarek, małych kotków, homoseksualistów, lekarzy i nauczycieli, pieprzmy przez kilka miesięcy o krzyżyku w klasach szkolnych czy też napadach na tle rasowym.
 
Gówno, za przeproszeniem, kogo obchodzi co rządzący tym krajem robią ze mną i setkami tysięcy małych przedsiębiorców prowadzących jednooosobowe albo dwu-trzy osobowe działalności gospodarcze. 

 
A jesteśmy traktowani jak ta miła i przepiękna młoda dama, która za swój czas poświęcony na cielesne igraszkach jest wykorzystana w każdy możliwy sposób, bo to tu, to tam coś się omsknęło. 

Generalnie ma się do nas o takie o podejście. 

Nikt w pieprzonych mediach nie zająknie się, że rządzący naszą piękną Polską, za naszymi plecami wymyślili sobie kolejny sposób, żeby legalnie ukraść nasze ciężko zarobione pieniądze.

Gdzie jakikolwiek głos o tym, że przedsiębiorcy nie będą za chwilę mogli odliczać pełnego vatu, bo jakiś pajac wymyślił, że ja oszukuję kraj i np. mój telefon jest wykorzystywany do spraw służbowych, ale też prywatnych. Że komputera używam w ten sam sposób, itd, itp. A zaczęło się oczywiście od tego, że vat od paliwa jest rozliczany tylko w połowie. Bo moje auto służbowe jest też wykorzystywane w sprawach prywatnych. Mam jedno auto, w 100% służy mi do spraw służbowych, w prywatnych nie opłaca im się nim jeździć. Dlaczego ktoś chce mnie usilnie przekonać, że jest inaczej, a do tego jeszcze kopie mnie w dupę?! 

Zaraz ktoś mi powie, że jęczę. Ta, może i jęczę. Ale pewnie bym nie jęczał, gdyby wielkie zakłady nie dostawały zniżek na każde pierdnięcie, a Tesco, Real, Auchan, Biedronka czy Careffour nie dostawały zerowego podatku, bo dają ludziom pracę. Ja też daję pracę – sobie i być może jeszcze kilku osobom, z którymi współpracuję etc.

Były nasz premier Donald Tusk walczył od kilkunastu miesięcy o to, aby twórcy płacili podatek dochodowy od 100% przychodu. Czyli zarabiam 100 złotych i płacę 18 czy 19 złotych podatku. Do tej pory jest tak, że płaciło się od 50 procent przychodu, a reszta traktowana była jako koszt uzyskania przychodu. Dla bogatych nie ma różnicy, dla tych zarabiających 2 czy 3 tysiące, to poważna strata. Ruchają nas na każdym kroku, bo nas nikt nie słucha, bo nikogo nie interesuje co mali przedsiębiorcy mają do powiedzenia – przecież prowadzą własny biznes i zarabiają miliardy monet.

Kiedyś, całkowitym przypadkiem, miałem przyjemność porozmawiać ze świetnym ekonomistą, doradcą prezydenta Brazylii. Powiedział mi, że Polska nie wpadła w kryzys, bo trzyma ją mały i średni biznes. A teraz krok po kroku jest zabijany, bo (trochę włączam teorię spisku) góra nie może go kontrolować.

I w mediach cisza.

W telewizji, prasie, radiu i każdym zasranym portalu internetowym mówi się o kolejnej ideologicznej walce o cholera wie co. Mówi się o tym, jak to Tusk nie umie powiedzieć po angielsku zwrotu, którego nawet Anglik nie zna, a Ewa Kopacz ma zdjęcie gdzie krzywo wyszła, albo konwencji PO.

O właśnie, a podczas niej padają takie słowa jak

Demokracja to rządy ludu.

Nóż mi się w kieszeni otwiera jak to słyszę, bo przecież oni robią sobie co chcą nie patrząc na nas.

A potem jest jeszcze zdanie, które pani premier kieruje do Jarosława Kaczyńskiego:

Pan nie rozumie zwykłych ludzi.

Nieważne dla mnie do kogo to powiedziała, ale mówi jakby sama rozumiała. Widać, że tak jest, choćby po próbach i zmianach właśnie uderzających w tych małych przedsiębiorców. 

I gada też o klimacie, wspólnocie. Normalnie jak w kościele. Tak dobrze wszyscy chcą, a tak czuję się zgwałcony i wykorzystany.

 

Polak w LVMH to tak jak Kubica w F1, czyli krótka historia sukcesu

1

Poznajcie gościa, o którym w niedługim czasie będą pisały topowe portale w Polsce, Dzień Dobry TVN będzie robiło research na jego temat, Onet będzie dawał go na top, Gazeta Wyborcza przeprowadzi poważny wywiad na temat różnic pomiędzy poszetką, a butonierką, a już jest typowany do blogera roku. Blogerzy, hejterzy i #TypowiPolacy zaczną liczyć ile zarabia i oblewać go szlamem, bo robi coś, czego oni nie potrafią.

Ma 22 lata. Ewa Stepnowska, może mu powiedzieć – zazdroszczę. Nie wiecie kim jest Ewa Stepnowska? Dziewczyna trafiła z warszawskiej ASP do Marka Jacobsa. Była tam na stażu.

A Kuba? Nie był na stażu u Marka Jacobsa, tylko w Piazza Di Moda odpowiada za dział mody męskiej, a w butiku Tombolini doradza jak się ubrać prezesom banków, politykom, czy znanym sportowcom. To on powie Wam, że warto na nogi włożyć np. buty Yanko. Nie studiuje w Warszawie, ale we Wrocławiu na UE na kierunku Brand Management. Jest trzy lata młodszy od Stepnowskiej, ale w swojej branży nie ma równych. Olivier Janiak robi sobie z nim selfie, a jego blog – Gentlemenfashion.pl jest jednym z najlepiej czytanych w Polsce blogów o modzie męskiej.

Poznałem tą historię kompletnym przypadkiem. Siedzieliśmy na kawie. Ja z błyskiem w oku opowiadałem mu o Jordanach, on mi z podobnym ogniem o garniturach, koszulach i krawatach. Rozumiemy się, bo on grał w kosza, chodzi na mecze, a mój charakter zmusza mnie do posiadania w szafie stroju na kilka okazji.

I nie, nie jesteśmy szafiarkami czy tam szafiarzami. My nie kupujemy, nie wkładamy, nie przebieramy i nie błagamy firm, aby dawały nam gratisy, bo opiszemy to na blogu. O sobie mówił nie będę, ale wiem, bo znam go dość dobrze, że Kuba ma pasję i cele, które chce osiągać. I co najważniejsze wie jak to robić.

Kubą Roskoszem, bo o nim mowa, zainteresowały się cztery literki. LVMH.

1

Mówią Wam coś? A znacie takie marki jak Moet & Chandon, Dom Perignion, Mercier, Krug, Ruinart? To szampany. Może więcej i mi i Wam powie np. Hennessy. Lepiej, prawda? Jestem zwolennikiem whisky, a nie koniaków, ale wiem, że Hennessy to jeden z najlepszych tego typu trunków na  rynku. Belvedere? Wiadomo, wódka. Całkiem podobno niezła. Są i moi faworyci – Glenmoriange i Ardberg. Lecimy dalej. Christian Dior, Givenchy, Kenzo, Sephora, Tag Hauer, Zenith, Hublot, Bulgari i oczywiście Louis Vuitton.

Wiecie co łączy te marki? Wszystkie należą do grupy LVMH, czyli Lous Vuitton Moet Hennessy. Generalnie LVMH to jeden z największych producentów dóbr markowych. Inni to Kering, (wcześniej PPR – Pinault-Printemps-Redoute; czyli Gucci Yves Saint Laurent, FNAC, etc.), Prada i Richemont.

Kuba od tych pierwszych otrzymał jakiś czas temu informację, że jedna z bardziej znanych marek należąca właśnie do grupy LVMH interesuje się jego osobą, osiągnięciami i chętnie widzieliby go w swoim zespole.

Jeśli ktoś nie siedzi w świecie mody, to dla porównania. Zainteresowanie i ewentualną pracę Jakuba Roskosza w grupie LVMH jest porównywalne do gry Marcina Gortata w NBA, angażu Rafała Jucia (pierwszy scout z Polski w NBA, szeroko opisywana historia m.in. przez Gazetę Wyborczą, czy TVN) czy ścigania się Roberta Kubicy w F1, przewodniczenia Polski w Unii Europejskiej. Serio. To jest ten kaliber.

Aha, a w wolnym czasie gość biega i ostatnio zrobił np. maraton.

Najgorszy zawód świata? Weź idź posprzątaj w Ikei

Window-Cleaning

Ten gość, ten Bear Grylls  – tak mam wrażenie, że to pseudonim artystyczny – co to niby wykonuje najgorszą pracę na świecie, to się nic nie zna. Serio.

Facet babra się w błocie, lata po jaskiniach za nietoperzami, wyciaga zdechłe szczury z jakiegoś miasteczka, o którym zapomniał świat. A wystarczy przyjechać do Polski i objąć funkcję premiera rządu. Nie ma bardziej niebezpiecznego zawodu. Nie wierzycie? Naczelnik w więzieniu ma łatwiejszą pracę – jemu chce zrobić kuku kilkudziesięciu, może kilkuset gości. W Polsce, prawie 40 milionów obywatel, chętnie wykonałoby na nim pewnie kilka ruchów znanych z Mortal Kombat.

Nie mówcie, że nie mam racji… gość uciekł z kraju i pojechał za robotę za granicę.

Dlatego idziemy dalej i mimo tego, że Grylls mówi o najniebezpieczniejszych zawodach na świecie (jaki jest, już wiemy), ja idę w stronę najtrudniejszego. Discovery zainspirowało mnie do znalezienia czegoś w tej kategorii. I już przy pierwszym podejściu – we have a winner.

Nie ma gorszej roboty na świecie niż sprzątanie w Ikei. Tak wiem, pewnie 98% z Was w ogóle nie pomyślało nigd o tym, że w Ikei ktoś sprząta. No bo po co!?

Biedna kobieta lata po całym, wielkim sklepie i sprząta. I nie, nie wyciera podłogi, nie myje myjką elektroniczną szyb. Ktoś powie – to jest jak sprzątanie w hotelu. Nie, nie jest. W hotelu mamy generalnie takie same pokoje, gość przyjedzie i wyjedzie, masz do wyczyszczenia trzy rzeczy na krzyż, przebranie pościeli. A ta biedaczka sprząta jak w domu.

No bo wiecie jak wygląda Ikea. Co dwa metry nowy pokój, nowa kuchnia, inna łazienka i jest tego od ciula i ciut, ciut. Ona po prostu dzień w dzień sprząta setki mieszkań. Musi podnieść, wytrzeć, ustawić, przestawić. Ja od dwóch tygodni nie mam czasu posprzatać w domu, albo jak już mam czas, to nie chce mi się i myślę, że skoro syfu nie widzę, to go nie ma, a ona … dzień w dzień sprząta w kółko tę chatę i jeszcze nawet nie może usiąść i odpocząć w mieszkaniu, w którym lata ze ścierą. Najgorszy zawód świata.

The Knick? … Nie, dziękuję

1408889532_full.jpeg

Chyba jestem znakomitym przykładem faceta mięczaka. Prawie dwa razy zemdlałem na pierwszym odcinku serialu The Knick. Drugiego już nie zobaczę, bo sama myśl o tym, aby oglądać kolejny epizod, spowodowała odpływ krywi z mojej głowy.

A chciałem, bo Clive Owen to fajny aktor.

Czytałem pobieżnie kilka recenzji, które pojawiły się w necie. Autorzy zachwycali się scenami, w których flaki latają po całym ekranie, goście wkładają kobiecie ręce do rozciętej jamy brzusznej, krew leje się jak wódka na dobrym wieczorze kawalerskim i można ją zlizywać ze striptizerki. Wódkę, nie krew.

Tak zwane realne sceny chirurgiczne, niektórych wprawiają w wielki zachwyt. Mnie wprawiły w wielkie omdlenie. Nie było w tym nic ciekawego, nic fajnego, nic interesującego i wybitnego. Dla mnie, były to sceny obrzydliwe.

Generalnie musiałem otwierać okno, żeby do mojego mózgu dostało się więcej tlenu i żebym nie zsunał się z kanapy jak mały dzieciaczek, któy po raz pierwszy zobaczył krew. Ostatnio coś podobnego przeżyłem podczas seansu Law Abiding Citizen z genialnym w swojej roli Gerarderm Butlerem.

Pamiętacie, scena, w której bezduszny (już) Butler opowiada mordercy jego żony i córki, co dokładnie mu zrobi, kiedy ten będzie przytomny. Wytnie oko, urwie język, wbije gorący pal w jądra czy coś w tym stylu, gdy ten będzie dostawał adrenalinę, aby czuć wszystko. Moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach.

W The Knick … nie musi, wszystko widać. I naprawdę nie jest to –  przynajmniej dla mnie – przyjemny widok.

Krew i flaki mogą latać po ekranie w jakimś filmie gdzie Bruce Willis strąca helikopter z nieba przy użyciu samochodu. Albo inny Sylverster Stalone morduje całą chińską armię jednym nożem i połową magazynku w Berecie. Nie, nie nakryciu głowy, takim pistoletem.

Ale The Knick ma coś w sobie. Ktoś mówi pisze, że to kolejny House, tak długo poszukiwany i wyczekiwany. Tak, widać podobieństwa. Uzależniony od heroiny, lekarz, podobno genialny, wredny i bezwzględny. Podobno też problematyczny. Tego się niestety nie dowiem.

Mimo tego, że nie przepadam za filami w takim klimacie, wolę świat współczesny, albo w 100% kostiumowy, to świetnie ogląda się Nowy Jork z roku 1900. Wartość w The Knick to na pewno pokazanie schematów zachowań tamtejszej służby zdrowia (i pewnie wielu, wielu innych, o czym nie przekonam się z oczywistych względów) ponad 100 lat temu. Wiecie, bicie się (dosłownie) o pacjenta, by potem wyciągać od … w sumie nie wiem kogo, bo nie pokazali tego w filmie, kasę.

Jak ktoś ma mocne nerwy, polecam. Jak nie, lepiej zobaczcie The Last Ship, w którym trawa jest zielona jak nigdzie indziej, niebo niebieskie jak w Photoshopie, a ludzkość może uratować tylko archetyp gladiatora i bohatera – amerykański żołnierzyk w stylu G.I. Joe. Niech Michael Bay robi lepiej Transformers.

To miał być najlepszy seks mojego życia

Dlaczego niektórzy ludzie zamiast seksu powinni uprawiać rolę i nigdy nie posiadać dzieci? Dowiecie się po przeczytaniu tego tekstu. I przyznacie mi rację.

Spotkałem ją w klubie. Była chyba dwunasta. Na skraju ulicy, skraju mego miasta.

Znacie te słowa? Moje pokolenie zna doskonale, bo właśnie tymi słowami raczył nas lata temu Liroy, gość który chyba jako pierwszy publicznie na KASETACH zaczął przeklinać. Nie mogliśmy tego słuchać w domu. A musieliśmy, chcieliśmy i robiliśmy to jako 11-13 latkowie. Po kryjomu.

Wracając do wstępu. Spotkałem ją na skraju mego miasta. Na lotnisku. Nie był to może klub, ale prawie.

mccallan4

Lotniskowy bar wystarczył, żeby nalać sobie i jej do szklanki nieco whisky. Kilka razy. Uwagę zwrócił na mnie jej ubiór i interesująco wyeksponowane kobiece atrybuty. Była, a w zasadzie jest, stewardesą. Urodziwą Czeszką. A wiecie panowie jak one wyglądają i jak działają na męską wyobraźnię.

retro-stewardess-costume-01209-a

Nie wiedziałem czy urzekł ją mój uśmiech, zmarszczki, zapach perfum czy cała wspaniałość mojej osoby. Okazało się, że niczym srokę przyciągnął ją widok … moich butów. Jordan XI Concord low. Wiedziałem, że inwestycje w obuwie kiedyś się zwrócą.

Tak przynajmniej myślałem. Kilka drinków, wzajemne uśmiechy, flirty, nawet kilka razy się dotknęliśmy. Było ekscytująco.

Niestety, nie moje i jej napięcie było kluczowym momentem wieczoru. Bo uprzedzając fakty, rozstaliśmy się po przemiłym pocałunku. Kluczem, były jak zwykle historie, którymi dzielą się ze mną nawet nieznajomi ludzie. Mam bowiem w sobie coś, co powoduje, że szybko daje mi się zaufać.

A te – historie – były przednie. Najlepszą jedna, rozbrajająca, o podróżach z małymi dziećmi. Pominę opowiadania o tym jakimi chamami są często nasi podróżujący rodacy. Pominę kwestię przewijania dzieci na siedzeniach w środku samolotu i to, że niektórzy nie rozumieją, że piękny zapach odchodów może spowodować odruch wymiotny u innych podróżnych, a samolot to nie autobus, nie zatrzyma się gdy połowa osób znajdujących się na pokładzie zacznie wymiotować. Okna też otworzyć się nie da, a w samolotach z reguły jest przewijak (w tej toalecie z tyłu).

Poniższa anegdota, to jedna z tych, po której usłyszeniu, lub przeczytaniu mówisz: nie wierzę. I obiecuję Wam, że też tak powiecie.

Wiecie, a jak nie to za chwilę się dowiecie, że na pokładzie samolotu znajduje się lista pasażerów. Obsługa samolotu – stewardesy lub stewardzi – mają obowiązek przeliczyć ilu pasażerów jest w samolocie. Gdy cyferki się nie zgadzają, nigdzie nie polecicie. Małe dzieci na tej liście oznaczone są jako dzieci (infant) i do któregoś roku życia (nie wiem którego) latają za darmo, ale tylko na kolanach rodzica lub opiekuna. Można też wykupić sobie dodatkowe miejsce, a wtedy infant leci w specjalnym foteliku przypiętym do fotela obok.

Moja czeska piękność podczas jednego z lotów czarterowych miała na pokładzie siedem, albo osiem małych dzieci. Co – jak to sama określiła – było kompletną tragedią i masakrą. Liczenie pasażerów wykazało jednak, że jednego szkraba brakuje. Po drugim było to samo. Trzecie również nie przyniosło rezultatów. Liczyli inni członkowie załogi. Bezskutecznie.

W końcu rodzice z infantami mieli wstać, czy podnieść rękę. Wybaczcie, nie pamiętam, bo to był już szósty drink. Podnieśli. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty … są dzieciaki. Nawet ładne. Szóstego … nie ma, a rodzic łapę w górze trzyma.

Pada pytanie – gdzie pana dziecko? Pada i odpowiedź – jak to gdzie, przecież lecę z fotelikiem.

Konsternacja. Gdzie jest dziecko, wykupił sobie fotelik, żeby … mieć wolne miejsce, czy co? Półmózg (zaraz się przekonacie dlaczego) wstaje i … otwiera schowek nad głową. W nim znajduje się dziecko w foteliku.

Nie umiem tego nawet skomentować. Kilka razy powtarzałem – nie, nie, nie. Nie wierzę. Pewnie tak samo jak powtarzacie teraz Wy.

Po tej historii usłyszałem jeszcze kilka. Dalej było miło. Podobno ominął mnie najlepszy seks mojego życia. Dobrze, że mamy do siebie numery telefonów.