KategorieKomunikacja

Srebrni Chłopcy Zagórskiego

Nie byłem w stanie wymyślić bardziej przyciągającego tytułu. To po prostu niemożliwe, bo te trzy słowa, które tam zamieściłem są najważniejszymi słowami ostatnich 50 lat.

I nawet nie wiecie jak bardzo cieszę się, że we Wrocławiu w sobotę zaczyna się turniej, podczas którego ośmiu graczy i trener Zagórski, zasiądą na trybunach Hali Ludowej.

To już trzecia recenzja ksiązki Marka i Łukasza Ceglińskich, którą napisałem. Pierwsza powstała dla MVP Magazyn, druga dla portalu Wroclaw.pl, a trzecia, opublikowana w pierwszej kolejności, na moje prywatne potrzeby.

Łukasz mówi mi, żebym już przestał. Ja mówię, że kontaktuję się z ESPN i Sports Illustrated, aby i tam pojawiły się informacje o Srebrnych Chłopcach Zagórskiego.

Dlaczego? Bo bez dwóch zdań ta książka jest jednym z najważniejszych jasnych punktów ostatnich lat jeśli chodzi o koszykówkę w Polsce. Nie tylko przypomina nam o tym, że Polska zdobyła kiedyś srebrny medal Mistrzostw Europy, nie tylko przedstawia nam tych wspaniałych i wielkich zawodników, których – GWARANTUJĘ – sporo osób nie zna nawet nazwisk, nie tylko pokazuje czasy i realia w jakich wtedy się żyło, ale też pozwala nam poczuć atmosferę jaka towarzyszyła kadrze Witolda Zagórskiego.

Płakałem, śmiałem się, denerwowałem, podziwiałem. Opisy tego jak Inżynier Olejniczak krył słynnego Radivoje Koraca są taktycznym majstersztykiem. Historie z życia absolutnie każdego z tych koszykarzy, powinny być wykładane na zajęciach z socjologii, politologii i historii. Przykład Witolda Zagórskiego, trenera którego chwalili Hubert Wagner i Kazimierz Górski, to przykład długofalowej pracy z jednym zespołem – świetny trener (i jak mówi Łukasz rewelacyjny człowiek) pracował z kadrą … 14 (!) lat.

Czy ktoś z Was wiedział, że Wrocław jeszcze chwilę przed Mistrzostwami Europy w 1963 roku był miastem zamkniętym? I nie z powodów politycznych, ale dlatego, że w mieście panowała ospa. Oczywiście, że wiedział, bo od trzech miesięcy dużo mówi o tym Łukasz Cegliński. Gdyby nie on i jego tato Marek, zapewne pamiętaliby o tym tylko ci panowie, którzy zakładali na szyję  srebrny medal Eurobasketu.

Wiecie co znaczyła koszykówka w tamtych czasach? Powiem tyle – piłka nożna, która w tym momencie stoi w świetle reflektorów, mogła prosić choćby o jeden drobny snop światła, którym oświetlana w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych była koszykówka made in Poland. Gwiazdami, celebrytami, elegantami, wyznacznikami mody, stylu i szyku, a także tymi cool gościami, którzy zwiedzali świat byli wlaśnie koszykarze. W kosza grali przyszli aktorzy, politycy, prezesi i właściciele film, znakomici dziennikarze.

Po prostu elita. Ale nie tak jak teraz, elita nocnych klubów, balang, densingów i pokazywania się w nowych furach, wśród półnagich lasek przysłanych przez sponsorów. Oni byli ELITĄ, która udowadniała to w pierwszej kolejności na parkiecie. Dla których właśnie to było istotne, reprezentowanie kraju, wygrane, bez zbędnego gadania.

To oni, znajomi Billa Russella, Reda Auerbacha i innych wielkich nazwisk historii NBA. Oni, przez tych graczy i wielkich trenerów doceniani i również podziwiani.

Nie jestem w stanie wymienić wszystkich historii, jakie przeczytałem w książce Marka i Łukasza Ceglińskich, bo wiedzy jest w niej niemal tyle co w encyklopedii.

Wiem natomiast jedno – dzięki Srebrnym Chłopcom Zagórskiego jestem człowiekiem bogatszym i bardziej świadomym tego jak wyglądała koszykówka w Polsce, jak wiele znaczył dla nas ten sport oraz jak dużo zawdzięczamy Witoldowi Zagórskiemu i jego kadrze.

Za to serdecznie dziękuję, autorom publikacji i przede wszystkim tym, których historia została w książce opisana. Jesteście wielcy Panowie. Wszyscy.

 

Komitety kolejkowe! Sorry wolę być debilem

Ludzie, czy wyście poszaleli? Naprawdę nie potraficie poradzić sobie z czymś tak prostym jak kolejka w sklepie? Nawet jeśli jest to kolejka nie do jednej, a do trzech kas?

Mam wrażenie, a czasami wręcz gdy widzę kolejną kuriozalną sytuację, jestem wręcz przekonany, że nasz naród został stworzony do zachowywania się w najbardziej irracjonalny sposób gdy do wykonania jest prosta czynność.

Przykłady? Proszę bardzo. Gdy przed naszymi oczyma otwiera się perspektywa stania przy trzech kasach i rozładowywania tłoku, my stoimy w jednej kolejce, gdy jest jedna kasa, stajemy w figurze nazywanej wielkim chaosem, a gdy nie ma jej wcale, stoimy na środku jak za przeproszeniem dupy wołowe i czekamy na zbawienie. Jak piszą na naklejce pchaj, to ten ciągnie i macha rękoma, jak napiszą ciągnij, to ten pcha i dodatkowo kopie jakby to miało jakkolwiek pomóc.

U lekarza w kolejce pytam kto ostatni mimo tego, że rejestrowaliśmy się na godzinę. No ale lekarz rejestruje na godzinę, a potem dwie godziny siedzimy na tyłkach jak debile. Nie dziwię się, że na stacji benzynowej, w Empiku czy McDonaldzie wariujemy. Robiono z nas głupków, to i jak trzeba zachować się normalnie, to nie potrafimy tego zrobić.

W sumie dziwię się sam sobie, że piszę ten tekst właśnie dzisiaj, kiedy stałem w kolejce, ale wszystko poszło sprawnie dzięki świetnemu personelowi saloniku prasowego. Dziwię się, bo nie byłem zdenerwowany, a takie teksty powstają najczęściej pod wpływem mocnych emocji. Dziwię się, bo nie raz byłem w stanie prawie, że furii i nigdy nie usiadłem do napisania kolejkowej głupoty, mimo tego, że zarys tej notki pojawiał się u mnie dość często.

Ja naprawdę nie rozumiem zachowań niektórych ludzi. Nie jestem w stanie objąć tego abstrakcyjnego konceptu głową. Nie rozumiem czemu ludzie nie rozumieją, że jak otwarte są dwie kasy, to można stanąć w dwóch kolejkach (chyba, że wyraźnie mówi o tym napis przed – obowiązuje jedna kolejka). Spotkałem się z takimi sytuacjami, jeden taki delikwent na metr osiem wysoki, szeroki na sześć metrów i dwanaście centymetrów ryknął kiedyś do mnie – EJ KOLEJKA.

Wiecie, w tym takim prześmiesznym, niskim głosie.

Grzecznie, kulturalnie, bo taki jestem, oraz oczywiście ze strachem jak zobaczyłem to małe monstrum, odpowiedziałem że kasy otwarte są dwie, a nie ma nigdzie informacji o jednej kolejce. Bydle wepchnęło się przede mnie niczym ten mały paskudny pies, buldog francuski – nie wiem czy to się zderzyło z ciężarówką, że ma taki pysk i tak sapie, czy spadło z szóstego piętra.

Nie kłóciłem się z inteligentnym inaczej, poczekałem aż zapłaci. Tak samo dzieje się na ulicach, kiedy jednopasmowa ulica rozdziela się przy skrzyżowaniu na dwupasmową i możemy (naprawdę możemy!) wystartować na światłach z dwóch pasów. We Wrocławiu w kilku miejscach spotykam się z tym, że cała kawalkada samochodów stoi jak jeden za drugim i cierpliwie czeka siedemnaście cykli (cyklów?) aby przejechać. Nie byłoby w tym nic złego, bo jak ktoś chce stać, ma czas, to niech sobie stoi i skubie paznokcie. Gorzej, bo ten debilnie ustawiony sznureczek, powoduje korek taki, że nie sposób włączyć się do ruchu lub jechać w inną stronę. Ot Polska myśl komunikacyjna.

I tak przechodzimy do meritum. Nie wiem naprawdę, czy dla nas jest to problem ze zrozumieniem słowa czytanego, czy my nie umiemy ocenić sytuacji i zachować się jak cywilizowani ludzie czy jesteśmy po prostu debilami. I piszę my, mając na myśli też siebie. Mnie życie nauczyło jednego, żeby pytać. Bo pytanie o nieznane to kluczowy element komunikacji i najlepszy sposób by uniknąć nieporozumień.

No tak, ale problem w tym, że w naszym kraju zadanie pytania, na które kark, albo przepiękna małolata, której wydaje się, że jest królową świata zareagują śmiechem i reakcją – ale debil – to obciach.

Ale ja tam lubię robić z siebie debila. Mam przynajmniej w życiu łatwiej.

Jak oszukiwać zgodnie z prawem?

Odkopałem ten wpis w archiwum swoich wspaniałych dzieł. Miałem podesłać go do Towar Niezgodny z Umową, ale chyba zapomniałem. Otóż, miałem kiedyś taką sytuację … 

Mistrzem w grze w oszustwo okazują się być specjaliści z branży IT.

Jak doskonale wszyscy wiecie coraz mniej osób nosi ze sobą gotówkę i coraz częściej płatności dokonywane są kartą płatniczą lub kredytową. Te dwie ostatnie metody stały się podstawowym środkiem płatniczym wypierając na 2-3 miejsce transakcje standardowe.

Opłaty za użytkowanie terminala, prowizje za transakcje – to wszystko leży po stronie sprzedającego. Nie podoba się to wielu mniejszym przedsiębiorcom, a także tym większym – Biedronka. Nie podoba się także średniej wielkości sieciówkom, które oferują sprzęt, akcesoria i podzespoły komputerowe.

Z niezwykłą sytuacją spotkałem się ostatnio w sklepie ProLine, gdzie kupowałem zamówioną przez internet drukarkę. Przy kasie widnieje cudowny napis, który możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu.

Transakcje kartą są 3% droższe, bo do gotówkowych i przelewów mamy ZNIŻKĘ! Szefowie firmy w sprytny sposób postanowili przerzucić opłaty za transakcję kartą na nas, konsumentów. Co mówił przemiły pan sprzedawca, kiedy spytałem co to za potworek widnieje na tej tabliczce?

– A może pan iść do rzecznika praw konsumenta, do sądu, do federacji konsumentów. Byli już tacy, którzy chodzili, nic to nie dało.

Rewelacja, oszukujecie nas (nie, nie nazwę tego wykorzystaniem luki w prawie), przyznajecie się do tego i jeszcze śmiejecie się w twarz? Ale wywód tego pana się nie skończył, padły kolejne rewelacje.

– Tak robią wszystkie firmy z naszego sektora, bo konkurujemy cenowo z dużymi sieciami. Poza tym np. jedna z korporacji taksówkarskich postąpiła podobnie i najpewniej mają 15% zniżki na płatności gotówkowe.

Cał szczęście miałem do zapłaty niespełna 400 złotych, a bankomat był blisko, więc zapłaciłem gotówką. Rzuciłem jednak panu tylko drobną uwagę, że nie wyobrażam sobie, że miałbym zapłacić np. 5 tysięcy złotych gotówką. Ten stwierdził, że przychodzą klienci, którzy przynoszą nawet 50 tysięcy w gotówce. Nie dziwię się, 3% zniżki przy takiej kwocie to całkiem pokaźna suma. Wrodzona Polska złośliwość – zapłaciłbym to panu chyba w jednogroszowkach – uaktywniła się we mnie i pozwoliło to wyłonic kolejne pokłady rewelacyjnych komentarzy – przypomnę – sprzedawcy.

– Myśli pan, że się przemuję? Liczyłbym pewnie trzy dni, miałbym trzydniowe wakacje.

Świetnie, bezczelny, ale przynajmniej szczery. I tak, wiem, że najpewniej nie jest to jego sklep i jest tylko pracownikiem. Ale jest też aż pracownikiem i reprezentuje firmę, w której pracuje. Gdybym nie potrzebował tego (dokładnie tego) sprzętu na teraz, zapewne wyszedłbym i nie dał zarobić takim – nazwijmy to – postawom.

Naprawdę współczuję przedsiębiorcom, którzy muszą płacić trzyprocentową daninę za moją wygodę, za to, że świat poszedł do przodu, a w Polsce są tak potężne kwoty. Za przeproszeniem, mało mnie to interesuje, Wasz pomysł na obejście systemu, jak by nie był sprytny i ciekawy, wielu konsumentów uznaje za zwykłe oszustwo. To nie my jesteśmy winni Waszym opłatom, też mamy swoje. Walkę proponuję rozpocząć z systemem, nie z ludźmi.

 

Skandal w moim życiu!

Bo public relations, spin-doktor, doradca, to wszystko już było. Teraz specjaliści od tych spraw to fixerzy.

Piękne róże, cudowne wiersze, niewiarygodne spacery i błyszczące w uśmiechu ząbki. Tak wygląda polityka, coś jak miłość. Przynajmniej w USA i przynajmniej powierzchownie.

Pod spodem jest bagno, smród, nienawiść i bezwzględność. Walczące ze sobą tabuny dzikich zwierząt, spuszczone ze smyczy wilki i psy gończe. Zamiatanie spraw, morderstw, oszustw i innego rodzaju skandali pod dywan w cudownym białym płaszczyku i garniturze za 15 tysięcy dolarów. Te poważne decyzje zapadają w jasnych gabinetach, ale przepełnionych syfem głowach polityków i ich doradców. Opinia publiczna nie wie praktycznie nic z prawdziwego świata, który serwują nam panowie, na których głosowaliśmy.

W poniedziałek jesteś przyjacielem, we wtorek wrogiem, a w środę znowu siedzimy razem na kanapie i pijemy wino. Ot, wspaniała demokracja.

To ogólny obraz tego co zobaczymy w Scandalu, serialu od ABC. Moim zdaniem jednym z najlepszych seriali, które ostatnio wziąłem pod lupę. A jest ich – pierdyliard.

Scandal zawrócił mi w głowie i wcale nie dlatego, że Olivia Pope, to przepiękna kobieta. Nie. Scandal to serial, który z odcinka na odcinek twistuje. Ten z rodzaju – jest czwarta rano, muszę wstać o szóstej, ale muszę zobaczyć, co stanie się w kolejnym odcinku. No i nie idę spać.

Każdy odcinek trzyma bardzo wysoki poziom, każdy odcinek otwiera przed nami kolejne wrota do jeszcze bardziej gównianego bagna, w którym siedzą główni bohaterowie. Ci znowu, nawet ci z drugiego planu, są wyraziści, konkretni, świetnie wpisują się w klimat Waszyngtonu i moralno-polityczno-gospodarczych rozgrywek, które serwują nam scenarzyści.

Dla mnie osobiście Scandal ma też warstwę, która wylewa miód na moje serce. To element komunikacji społecznej, public relations. Nie zdradzając szczegółów fabuły, główni bohaterowie, to doradcy, wcale nie specjaliści od PR, jak nazywa się ich w naszym kraju, nie spin-doktorzy, a fixerzy. Przynajmniej tak nazywają sami siebie.

Moim zdaniem to określenie działań podejmowanych przez piarowców idealnie pasuje do obecnych czasów. Dlaczego? Bo, pomimo tego, że nie na tym poziomie (w sumie żenująco niskim), to sam byłem świadkiem takiego naprawiania problemów polityków.

Scandal jest jak ta niedościgniona miłość, ta za którą biegamy i chcemy za wszelką cenę ją zdobyć, ciągle o niej myślimy i zastanawiamy się co dalej, co przyniesie jutro. Wypełnia nasze myśli, nie pozwala się skupić, nie daje nam chwili wytchnienia i chcielibyśmy przez chwilę z nią poprzebywać. Co więcej rozbudza marzenia tak jak z miłością i wyjazdu z nią na wyspy, by oglądać piękne zachody słońca i kochać się na plaży, tak tutaj chcielibyśmy znaleźć się w Białym Domu i uczestniczyć w robieniu TAKIEJ polityki. Nawet pomimo tego, że ta miłość to związek toksyczny, tak polityka jest bagnem, w którym nie warto się taplać, to jednak nasze emocje i ambicje chcą w tym uczestniczyć.

Dziwię się, że Scandal na IMDB oceniany jest na 7.3, bo moim zdaniem spokojnie zasługuje na minimum jeden punkt więcej.

Polecam, Szczepan Radzki! :-)

Onanizm pociągowy

Jeszcze wczoraj ten wpis byłby emocjonalny i przepełniony setkami inwektyw. Dziś emocjonalny został już tylko wstęp.

Jak śmiecie panowie politycy rozmawiać o transporcie publicznym?

Jak?

Pytam zaczepnie, bo chyba większość z Was nie jeździ komunikacją miejską, ani jeden z Was nie wsiądzie do pociągu lub autobusu. Kursowego, nie takiego, z którego machacie rączką do reporterów TVN czy innej Gazety Polskiej.

Osobiście, w związku z tym, że nie zarabiam jak nasze telewizyjne twarze, ze względu na zbyt wysokie koszty samotnych podróży daleko poza granice Wrocławia, często decyduję się na wybór pociągu, a w zasadzie szynobusa.

Te są przecież wspaniałe i genialne. Tak słyszę wszędzie w telewizji, gdy nie otwieram gazety czytam jak to jeden pan przekrzykuje drugiego, że lepsze są Koleje Dolnośląskie i górują nad tymi Regionalnymi.

Stop! Do momentu kiedy nie zobaczę, że Poseł Iksiński, albo inny mądrala nie sprawdza samodzielnie jak wygląda nasz transport publiczny, niech skończą się onanistyczne peany w mediach na temat kolejnych wspaniałych osiągnięć.

Wracając do szynobusów. Faktycznie, te pierwsze (Dolnośląskie) mają pociągi w kolorach czerwonych, drugie (Regionalne) są biało-żółte. Albo inaczej, nie wiem, nie zwracam na to kompletnie uwagi. Szynobusy w innych elementach są praktycznie takie same, krzesełko, klimatyzacja, miejsce na rower, malutka pierwsza klasa i ogólna czystość.

I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że tych pociągów jeździ bardzo, bardzo, bardzo mało, a najczęściej są zapakowane nie jak środek transportu, który przewozi ludzi, a towarowy ze świniami.

Przytrafiało mi się już nie raz na stacji Nowy Dwór we Wrocławiu, że w środku było zaledwie kilka wolnych miejsc. W ostatnią niedzielę nastąpiło jednak pieprzone apogeum. Pociąg – jeden wagonik – wyładowany był jakby ktoś zakładał się jak wielu niezbyt świadomych zmieści do jednego pociągu.

Na samym Nowym Dworze na ten transport czekało około 10 osób. Byłem przy drzwiach pierwszy i już nie było gdzie się wcisnąć. Mili pasażerowie poupychali się, poprzytulali do siebie pokazując jak wielkim uczuciem miłości darzą każdego kolejnego podróżnego.

I co stacja to samo. Do tego brak klimatyzacji. Wspaniała podróż, nic tylko chcieć odbywać ją dzień w dzień.

Hit wycieczki nastąpił jednak gdy jeden pan, przez pół pociągu darł się do konduktorki i cytuję – proszę pani, ja chcę do kibla.

Myślał chyba, że jest w gimnazjum, albo na szkolnej wycieczce i zapomniał o pampersie, aczkolwiek rozumiem jego problem. W pociągu podniósł się alarm, po tym jak okazało się, że toaleta jest zepsuta, bo ktoś ją zapchał. Rozpoczęły się krzyki i prośby o włączenie klimatyzacji i coś czego nie byłem w stanie usłyszeć, bo raz nie chciałem, dwa trzydzieści krzyczących jednocześnie osób to jednak ponad moje siły i możliwości słuchowe.

Irytacja warunkami podróży byłaby jeszcze większa, gdyby skasowano mnie jak za normalny bilet. Całe szczęście, wyrozumiali konduktorzy liczyli dużo niższą kwotę za rewelację, której absolutnie nie są winni.

A ta cała, przydługa historia tylko po to, aby przypomnieć jak to rewelacyjnie we Wrocławiu co chwilę ktoś pieprzył o Pendolino, pociągu przyszłości, pokazywał jak to wielki sukces nie jest.

Jaki sukces, co za gadanie bzdur, skoro tu i teraz ciężko podróżować, bo warunki takich wypraw są po prostu dramatyczne i to nawet na krótkich, bo zaledwie 160 kilometrowych odcinkach. Nie dość, że ten transport i tak jest relatywnie drogi, to połączeń jest bardzo mało (tłumaczenie, że jest mało podróżnych są jakimś żartem), a wagony przepełnione. Ja, młody (teoretycznie), sprawny (jeszcze bardziej teoretycznie) i zdrowy (nogi, w przeciwieństwie do głowy posłuszeństwa mi nie odmawiają) byłem w stanie stać przez ponad sto minut. Nie wiem jednak jak radzą sobie ludzie starsi czy schorowani.

Stop więc, darujcie nam panowie, którzy mają zawsze dużo do powiedzenia i chcą się podczepić pod każde możliwe wystąpienie telewizyjne, które nieco ogrzeje ich w promieniach słońca. I o ile rozumiem dlaczego tak jest i pewnie sam, będąc spindoktorem, doradzałbym zachowywać się podobnie, tak moje sumienie i maile, ciągle mówiłyby: panie XXX YYY niech pan przejedzie się sam tymi kolejkami. Albo przynajmniej wyślijcie 5 osób, żeby sprawdzało jak to wygląda – skorzystajcie z wiedzy podróżnych i pobawcie się techniką mystery shooper.

Bo biznes to biznes – słów kilka o Śląsku

Jeśli ktoś spodziewał się innego rozwiązania w kwestii piłkarskiego Śląska jest szaleńcem.  Albo człowiekiem ogromnej nadziei.

Cały raban, który wystrzelił w powietrze kilka dni temu nie jest niczym, co jakkolwiek mogło zaskoczyć. Dziwię się więc teraz wielce pokrzywionym tekstom i wypowiedziom w telewizorze i kanałach na YouTube, które zdziwieniem uderzają nas po czołach.

Nie to, żebym chwalił się tym jaki to nie jestem genialny, ale jeśli ktoś z magistratu sądził, że przechytrzy Zygmunta Solorza-Żaka, to był w ogromnym błędzie. Super, że władze miasta próbowały ratować Śląsk, ale nierealnym było przechytrzenie starego, srebrnego lisa, jakim jest Zygmunt Solorz-Żak.

Plus za próbę, kolejną zresztą, ale serio, czy ktokolwiek, naprawdę ktokolwiek sądził, że ten zabieg ma szansę się udać? A tych dziwnych manewrów było kilka.

Przytoczę tu jedno z moich ulubionych przysłów

[quote style=”1″ author=”Nieznany”]Starego misia na sztuczny miód?[/quote]

Mówiłem to na głos już kilka razy, ale powtórzę po raz kolejny i tutaj, na mym nowym poletku do uprawiania polemiki. Zygmunt Solorz-Żak to biznesmen. Ten człowiek nie kupił piłkarskiej drużyny po to, żeby mieć swój własny klub i móc chwalić się nim przed kolegami. Śląsk był trampoliną, dzięki której Zygmunt Solorz-Żak mógł zrobić kolejne interesy.

Poza tym, wszyscy którzy myśleli, że Zygmunt Solorz-Żak będzie ot tak dawał pieniądze na Śląsk, bo ma ich więcej niż my, był w poważnym błędzie. Niby dlaczego miałby to robić? Bo ma? To za mały powód. Bo dlaczego Kowalski czy Jankowski nie da co miesiąc 100 złotych na swój ukochany klub? I nie mówię o biletach.

I nie ma w tym absolutnie nic, ale to nic złego. że miliarder nie chce dawać pieniędzy – nie jest to przecież działalność charytatywna, tylko sponsoring, a ten z definicji jest dwukierunkową korzyścią. Tak wygląda świat biznesu sportowego, w środowisku, w którym kluby posiada kilku zajawkowiczów, większość to osoby, które na zespole czy to piłkarskim czy też koszykarskim, chcą budować platformę biznesową.

Jaki cel miał polski milioner? Moim zdaniem chciał przenieść T-Mobile Ekstraklasę do Polsatu, a przynajmniej jej część. To udało mu się bardzo szybko. Po co? Żeby sprzedać jeszcze więcej dekoderów. Także w celu biznesowym chciał przejąć zarządzanie stadionem – i w związku z tym, że Zygmunt Solorz-Żak to człowiek, który wie jak robić biznes, zakładam, że udowodniłby, że taki obiekt jak ten wrocławski, nadaje się do robienia wielkich i fajnych imprez.

Właściciel, sam Bóg raczy wiedzieć czego, chciał nawet niedawno odkupić dziurę, ale przejmując wspomnianą wcześniej operatorkę Stadionu Miejskiego i wybudować obok niego halę widowiskowo-sportową. Nie chciał jej (tej dziury) jednak kupić za cenę, którą proponowało miasto, bo rzeczoznawcy określili, że ta warta jest około 20 milionów złotych mniej.

Władze Wrocławia powiedziały nie. I zostały z dziurą w ziemi, stadionem, który generuje straty (a kredyty trzeba spłacać). Czy ktoś naprawdę naiwnie sądził, że Solorz-Żak ulegnie? To nie jego problem, że nie jest właścicielem terenu przy stadionie i jego operatorem. Biznesmen nie wydał po prostu kilkudziesięciu milionów złotych.

Taki sam problem dotyczy Śląska – czy ktoś naprawdę myśli, że wrocławski zespół piłkarski to dla Solorza kłopot? Trochę tak, ale myślę, że jeden z najbogatszych Polaków ma 160 milionów innych powodów do zmartwień miesięcznie, niż te drobne 30 milionów w skali … ostatnich dwóch lat?

Powiedzmy sobie szczerze, to Wrocław ma kłopot, to Wrocław jest postawiony pod ścianą i cały czas, od początku tego mariażu, zamiast walczyć z osobą, która chce zainwestować w tym mieście, może lepiej nieco spuścić z tonu i zacząć znajdować rozwiązania?

Jakie? A no np. takie, że sprzedaż działki przy stadionie za nieco mniejszą kwotę spowoduje wybudowanie hali i najpewniej przeniesienie gal tak niezwykle popularnego KSW właśnie do stolicy Dolnego Śląska. A to kilka niezłych imprez w ciągu roku.

Czekajmy na rozwój wydarzeń, nie sądzę jednak, że cokolwiek się zmieni.

Jak naprawiłem kamerę (a w sumie obudowę) GoPro

GoPro bez zawleczki w obudowie? Znalazłem rozwiązanie.

To będzie wpis z serii roboczo przeze mnie nazwanej user-content, czyli taki, który ma zaproponować czytelnikowi realne rozwiązanie jakiegoś problemu lub dać całkiem użyteczną wiedzę.

W tej serii, na KolekcjonerzeButów ukazały się m.in. wpisy dotyczące obuwia budżetowego do koszykówki oraz tego przecenionego.

Wracając jednak do dzisiejszego tematu. Wszyscy wiemy doskonale, że firmy produkujące samochody wcale nie zarabiają kroci na sprzedaży aut, a na sprzedaży części do wytworzonych przez siebie automobili. Podobna sytuacja ma miejsce wśród producentów sprzętu. Apple zarabia na bardzo, bardzo drogich akcesoriach, pojedyncze podzespoły komputerowe (dyski SSD) potrafią być droższe niż średniej klasy laptop, podobnie zresztą jak oryginalny pilot do telewizora, którego cena może przekroczyć nasze najśmielsze oczekiwania.

Często spotykamy się też z sytuacją, w której nie możemy dokupić pojedynczego elementu, który akurat uległ zniszczeniu, a zostajemy zmuszeni do dokupienia całego kompletu części.

Ale zaraz, bo ten wpis miał być o sporcie, a przynajmniej o jednym z elementów dookoła sportu.

Do rzeczy.

Od niedawna jestem szczęśliwym posiadaczem kamery sportowej GoPro Hero3 Silver (tak gdyby jakiś ciekawski znowu chciał zaglądać mi w portfel – nie dostałem od nikogo, kupiłem sam, udowodnię w zeznaniu podatkowym jak już wybierzecie mnie na posła). Sprzęt jest rewelacyjny, ale nie w tym rzecz (tak, mam nadzieję, że GoPro wynagrodzi moje piękne słowa na ich temat darmowymi akcesoriami).

Montując kamerę na ramie roweru miałem malutki wypadek. Wyjmując sprzęt z obudowy, spod jednego z przycisków wypadła mała – nazwijmy ją – zawleczka, która pozwala utrzymać przycisk w obudowie. Malutkie kółeczko z dziurkami (widoczne na zdjęciu – oryginalne są te srebrne) spadło na podłogę i niestety nie byłem w stanie go odnaleźć.

20130822_10.45.03_HDR

Kamera funkcjonuje ok, obudowę da się zamknąć, ale ci którzy mają ten sprzęt, wiedzą, że nie nadaje się już do zdjęć podwodnych, a przycisk będzie po prostu wypadał, bo nie jest niczym przytrzymywany.

Płakałem, następnie pytałem w sklepach z akcesoriami GoPro, szukałem na stronie internetowej i Allegro. Bez powodzenia. Nikt, ale to absolutnie nikt nie był mi w stanie pomóc z tym fantem. Chciałem kupić przyciski i zawleczki, bo przecież to musi być gdzieś do kupienia. Pomyłka, można kupić jedynie całą obudowę. Profesjonaliści odsyłali mnie do internetu (daa), nie mogli znaleźć rozwiązania.

Nie, nie wydam 200+ złotych na całość, skoro potrzebuję jednego, drobnego elemetu. Zrobię to staroświeckim polskim sposobem – kombinatoryką. Dorobię ten element sam, albo wsadzę tam coś, co będzie spełniało jego funkcję.

20130822_10.45.10

Znam dość dużo osób, ale najlepszym inżynierem, takim pomysłowym Dobromirem w takich sytuacjach jest mój dziadek. Dziadek filozof i swego czasu główny inżynier ruchu w Elektrowni Turów, gdzie wyszkolił większość pracujących obecnie specjalistów.

Domyślacie się, że znalezienie rozwiązania nie zajęło mu dłużej niż kilka minut? Ten 83-letni facet wziął obudowę, wrócił z nią za pół godziny. Z ułomnej stałą się pełnosprawna.

Jak? Ta mała zawleczka, która wygląda niczym kosmiczna technologia, to nic innego niż zwykła część, którą możemy spotkać w … zegarkach. Dziadek wziął obudowę do zegarmistrza, a ten w trzy minuty uzupełnił brakujący element. No jest innego koloru, jest nieco większy (nie przeszkadza zupełnie w funkcjonowaniu) niż jego oryginalni bracia od GoPro, ale jest i działa.

Koszt? Wraz z robocizną całe, astronomiczne, ogromne … 5 złotych. Zamiast 200? Nie powiem, opłacało się włączyć w sobie trochę polskości i zamiast kupić obudowę, po prostu pomyśleć.

 

TBL: Zaplanujmy hashtagi

Tuż przed Mistrzostwami Europy w Słowenii na Twitterze padła propozycja, aby Eurobasket relacjonować pod jednym # czyli hashtagiem. Po krótkim głosowaniu padło na #EBPL.

Sukces tej szybkiej i sprawnej akcji w mediach społecznościowych widać było zarówno w trendach w Polsce (w zaledwie kilkanaście minut po rozpoczęciu pierwszego meczu Polaków dostaliśmy informację o wejściu do dziesiątki najpopularniejszych hashtagów w naszym kraju) jak i po tym ile osób relacjonowało Eurobasket. Kliknijcie tutaj

Komentowali kibice, dziennikarze, fotoreporterzy, kobiety, mężczyźni, starzy, młodzi. Po prostu działo się jak przystało na media społecznościowe.

Dobry trend trzeba kontynuować. Sport na Twitterze relacjonuje się na żywo bardzo dobrze i można śmiało powiedzieć, że ten serwis jest idealnym narzędziem do tego typu działań.

Idąc tym samym tropem ustalmy więc oficjalne hashtagi dla Tauron Basket Ligi oraz każdego z zespołów ekstraklasy.

Poniżej przeczytacie kilka propozycji, możecie też zaproponować swoje.

Pamiętajcie jednak, zasada jest jedna: musi być jak najkrócej i zrozumiale.

Swoje uwagi i głosy możecie zgłaszać u mnie na Twitterze – @szczepanradzki, pod #TBLHash jak i mailowo tutaj.

[textblock style=”3″]Oto moje (całkiem luźne) propozycje[/textblock]

tbl_logo_2011

#TBLPL – hashtag #TBL jest nadużywany przez cały świat. Dodajmy sobie PL i będziemy mieli swój własny świat.

33

#Anwil – tu chyba nie ma wątpliwości, # jest używany i warto to kontynuować

121

#APG, a może #Asseco

Nie mam pomysłu, myślałem o #AssecoBasket, ale jest za długi. APG jest używany w innych celach, Asseco może mieszać się z siatkówką, choć akurat ten wydaje mi się być naturalnym wyborem. Głosujcie.

762

#AZSK – dodaję K, bo # AZS jest często używany także przez osoby spoza granic Polski i nie warto robić tam bałaganu.

764#Czarni – pewnie sponsor chciałby, aby podłączyć się pod #Energa, ale tam za dużo mówi się o polityce i energetyce. Musimy nieco się oddzielić. Poza tym, jest sporo wpisów pod tym # dotyczących właśnie zespołu ze Słupska.

765#Kotwica – nic innego tu raczej nie pasuje, ale chciałbym poznać Waszą opinię.

115#Turow – #PGE jest krótsze, ale wolimy jednak użyć nazwy zespołu.

67#Polpharma – nawet serbski @Yougobasket używa tego #, więc nie mamy innego wyjścia :-)

98#Rosa – krótko, zwięźle, na temat i … nie tak jak trzeba, bo pod tym # są kwiatki, krople deszczu, piłka nożna i wszystkie inne możliwe wymysły. Liczę na kibiców z Radomia.

117#Siarka – klasyka, ewentualnie #Jezioro, które jednak używane jest w innych celach.

769#Zastal

#Stelmet

Osobiście jestem za tym pierwszym.

112

#Trefl – naturalny wybór jak dla mnie.

110#SlaskB – byłbym zwolennikiem samego Slask, ale tam dzieje się tak dużo różnych rzeczy, że dodanie literki B otworzy nowy rozdział na Twitterze.

Czekam na propozycje, maile, a gdy już wszystko zliczę, oczywiście poinformuję o tym na łamach bloga.

P.S. Oczywiście hashtagi, dzięki temu, że niedawno wprowadził je także Facebook, będą obowiązywały także w tym, jak i wszystkich innych (np. Instagram) portalach społecznościowych. Wszystkim nam będzie dzięki temu łatwiej.

Nie pójdę tam gdzie źle się czuję!

Tam gdzie kiedyś były restauracje, teraz stoją pustostany. Wrocławskie kamienice zamieniły się w miejsca, które wyglądają jak scena z przeciętnego filmu dziejącego się na dzikim zachodzie.

O sytuacji, która wygląda na dramatyczną, informowała ostatnio Gazeta Wyborcza Wrocław.

Restauratorzy skarżą się na (to moja interpretacja) złe zarządzanie centrum stolicy Dolnego Śląska. W tekscie czytamy m.in.

[quote style=”2″ author=”Gazeta Wyborcza Wrocław”]I tutaj trzeba przyznać rację, wrocławski Rynek i jego najbliższe okolice nie są przyjazne kierowcom i ich samochodom. Co mniej wprawni uczestnicy ruchu drogowego boją się poruszać po ciasnych uliczkach Rynku bojąc się o porysowanie samochodu inni nie chcą wjeżdżać w paszczę lwa wiedząc, że wolnego miejsca można szukać i kilkadziesiąt minut. Parkingi dookoła? Jakieś są, ale z reguły bardzo, bardzo drogie. To odstrasza i zniechęca do wychodzenia na rodzinny obiad do centrum miasta.[/quote]

O ile z powyższym zgadzam się w stu procentach, tak poniższe zdanie jest dla mnie zastanawiające.

[quote style=”2″ author=”Gazeta Wyborcza Wrocław”]

Restauratorzy pytani o powody zamknięcia biznesu wymieniają zgodnie: zbyt wysoki czynsz i za mało klientów, a ci, którzy przychodzą, oglądają każdą złotówkę. Wynajem metra kwadratowego w miejskiej kamienicy w Rynku kosztuje obecnie od 13 do 83 zł w zależności od typu działalności (gastronomia ma stawki najwyższe). Czynsze w prywatnych budynkach są podobne lub jeszcze wyższe.

Oczywiście czynsze są wysokie i najlepiej wiedzą to sami restauratorzy, tak uważam, że fragment – za mało klientów – to w dużej części wina nikogo innego tylko samych zarządzających restauracjami.

[/quote]

Kilka dni temu pisałem o obsłudze klienta i temu jak jest ona jednym z kluczowych elementów budowania wartości marki i zadowolenia klientów.

Tak samo jest w przypadku restauracji, które niestety często serwują nam nie tylko przepompowany, nadęty i beznadziejny estetycznie wystrój, to jeszcze musimy mierzyć się z obsługą, która zamiast o klienta dbać, podobnie jak ciasne parkingi w Rynku, tylko nas odstrasza.

Mówię przede wszystkim o restauracjach i miejscach gdzie przychodzimy posiedzieć coś zjeść. Zastanawiam się nawet dlaczego do tej pory nie znalazłem nigdzie komentarza, że wrocławskie restauracje w dużej części serwują nam niestrawne kelnerki i kelnerów i o ile jest to zrozumiałe w przypadku średniej i niskiej jakości lokali, tak te pozycjonujące się na wykwintne jadłodajnie powinny dostarczać przynajmniej namiastkę profesjonalizmu w tym obszarze.

A jak jest w rzeczywistości? W większości lokali nikt nie powie nam dzień dobry, albo nawet siema, nie wskaże stolika, przy którym możemy usiąść, kartę otrzymujemy 10 minut od zajęcia miejsca, a napoje po kolejnych 20. Posiłek? Nie wiedzieć dlaczego da się jeszcze spotkać lokale gdzie każdy otrzymuje swoją potrawę w innym momencie. Mój znajomy, który był menagerem restauracji w Sydney, przebywając w knajpach Wrocławia zauważał dużo więcej szczegółów, które negatywnie wpływają na zadowolenie gościa danego lokalu.

Drodzy restauratorzy, współczuję Wam problemów z wysokim czynszem i trudnym rynkiem, na którym prowadzicie swoją działalność. Zadbajcie jednak o swoich klientów, bo oprócz tego, że możecie mieć całkiem znośne cenowo i smaczne jedzenie, tak klienci obecnej generacji chcą też otrzymać coś ekstra. A tym czymś jest atmosfera, którą tworzycie w swoich restauracjach, bo wybaczcie, ale ja nie wrócę do miejsca, w którym nie czuję się dobrze.

P.S. Solidaryzuję się natomiast (nie mając nic przeciwko tym podmiotom) w stu procentach ze stwierdzeniami o tym, że sieciowe sklepy spożywcze, lumpeksy etc. przeplatają się z restauracjami tworząc chaos, nieład i w ten sposób niszczą centrum miasta. Z całą pewnością brakuje tu sensownej koncepcji komercjalizacji, bo obecnie wrocławski Rynek wygląda jak garnek, do którego wrzuciliśmy to co było pod ręką i staramy się ugotować zupę.

Najlepszy tajemniczy klient

Jak w prosty (teoretycznie) sposób dodać jakości swojej marce i produktowi? Zadbać o rewelacyjną obsługę klienta i słuchać głosu ludu – bo to my jesteśmy najlepszymi tajemniczymi klientami jakich kiedykolwiek będziecie posiadali.

Biznes zmienił się nie do poznania kiedy internet i szeroko pojęte media społecznościowe spowodowały, że dzielenie się naszymi osobistymi przeżyciami stało się łatwe jak nigdy dotąd. W prosty sposób możemy powiedzieć, że jest nam smutno, ale i to jak potraktowała nas firma, której płacimy (lub chcemy płacić) niemałe pieniądze.

Biorąc pod uwagę to, że każdy może zostać obsmarowany (dosłownie) w dowolnym momencie dnia i nocy, firmy musiały poprzestawiać listę priorytetów. Na samym szczycie obok produktu, znalazła się obsługa klienta.

I mam taką teorię, to właśnie obsługa klienta musi obecnie stać na najwyższym poziomie i rozwiązywać niezliczone problemy użytkowników danego produktu czy też usługi. A jeśli tak nie jest, to co wtedy? No to możemy w pośpiechu przygotowywać się na dużego kalibry kryzys. Nie byliśmy w stanie rozwiązać problemu po ludzku, tak jak powinno to mieć miejsce w cywilizowanym świecie? Mówimy o tym otwarcie i nasze reakcje zwykle są słuszne.

A co takiego się dzieje? Przykładów w sieci w ostatnich tygodniach jest aż nadto. A to Jacek Gadzinowski udzieli reprymendy liniom lotniczym, które zachowują się bardzo niepoważnie. A to Michał Górecki bez ogródek opisze sprawę kretyńskich odpowiedzi działu obsługi klienta firmy ubezpieczeniowej. To znowu Bartek Sadowski musi walczyć o swoje pieniądze, a to klienci sieci PLAY spowodują, że rzecznik firmy prawie rezygnuje ze świąt, aby ugasić pożar.

Sam też narzekam. Istnieje niezliczona ilość opowieści, którymi mógłbym Was raczyć w kwestii obsługi klienta i tego, że bardzo często spotykam się z kompletnym brakiem możliwości rozwiązania problemu. Na moim Twitterze czy Facebooku można znaleźć wpisy z lekką nutką irytacji skierowaną zarówno w stronę Netii (z tymi mam najgorsze przejścia) czy też Cyfry+/NC+. Zwykle bezproblemowo udaje mi się rozwikłać problemy w mBanku czy też Dhosting.pl.

Bo przecież my klienci doskonale rozumiemy, że każdy produkt może mieć wady, z każdym może coś się stać, internet może przestać działać, obudowa się wycierać, nasz telefon mieć zawieszający go soft, albo samolot ze względów niezależnych po prostu być popsutym. Nie rozumiemy jednak, że my, płacący za owe usługi, musimy często błagać i prosić o to, żeby kłopot został rozwiązana tak jak powinien.

Ci którzy nie boją się zabrać głosu gdy napotkają na kłopoty starają się walczyć z sytuacją zastaną. Nie chcą pozostawić spraw takimi jakimi są z bardzo prostej przyczyny. Oni już rozumieją, że to właśnie dzięki reakcjom na szeroko pojętą niesprawiedliwość, brak logiki i często bardzo, bardzo słabe procedury, opisywaniu ich i wręcz wymuszaniu reakcji, zarówno oni jak i inni klienci będą mieli w przyszłości zagwarantowaną lepszą obsługę.

Powoli zaczynają rozumieć to też firmy, które świadczą różnego rodzaju usługi. Wybitnie poprawiła się kwestia zwrotów towarów do sklepów, są podmioty na rynku które idą z duchem czasu i pozwalają nam wiele spraw załatwić bardzo przyjaznymi i niezbyt angażującymi kanałami komunikacji. I przede wszystkim bez uciążliwych dla klienta procedurami.

Przede wszystkim jednak, firmy zaczynają zauważać i rozumieć, że feedback, który uzyskują od ludzi głośno mówiących o ich niedoskonałościach jest najlepszym z możliwych badań realizowanych całkowicie za darmo. Firmy zaczynają słuchać, monitorować i reagować na to, co dzieje się na rynku.

Przecież aby przeprowadzić badanie metodą tajemniczego klienta wynajmowane są drogie agencje badawcze/public relations, które przez kilkanaście dni wykonują kilka niezbyt znaczących telefonów udając, że mają problem. To teoretycznie dobre rozwiązanie, gdy chcemy szerokiego oglądu kilku aspektów funkcjonowania, ale wcale nie idealne. Dlaczego? Bo największe kłopoty i szumy komunikacyjne, niezrozumienie i brak logiki w działaniach, widzą ci, którzy spotykają się z realnym problemem, ci których ten problem dotyka (Jacek, który utknął na lotnisku, Marcin który ma w iPadzie pajączka, brak kontaktu ze światem bo sieć zawaliła przeniesienie numeru, etc), a nie ci, którzy udają, że ten problem mają.

Szczepan Radzki

Chcesz porozmawiać? Zapraszam na Twittera – @szczepanradzki