KategorieKomunikacja

Walczy swój ze swoim: bloger vs dziennikarz

Taka piękna ideologiczna wojna, a chodzi tylko o kasę i wpływy. Lub jak kto woli władzę.

Żadna, ale to absolutnie żadna współczesna wojna, konflikt etc, nie jest prowadzona po to aby wyzwolić, wprowadzić demokrację… Jest po to, aby cytując naszego kochanego klasyka – żyło się lepiej.

Tak, aby żyło się lepiej. Tym którzy sprzedadzą broń, przejmą kawałek terenu z kurkiem ropy i … I to by było na tyle.

Generalnie – człowiek człowiekowi wilkiem.

Powinniśmy jednak nieco przerobić to powiedzenie i sprawić, by szło z duchem czasu. Moja propozycja – dziennikarz blogerowi wilkiem. Działa też wersja odwrotna, bloger dziennikarzowi wilkiem.

Co więcej, jednych i drugich ciągle podgryza internetowy troll, który czai się ze swoimi beznadziejnymi pułapkami za każdym rogiem.

Cała ta sytuacja napieprzania się pomiędzy blogerami i dziennikarzami nie jest już nawet śmieszna.

Księżniczki na ziarnku grochu, postawa roszczeniowa, ataki obnażające niewiedzę w mediach, wielkie pozwy sądowe, wielkie halo.

Reprezentuję oba środowiska i wstyd mi, że mogę tak o sobie powiedzieć.

Media w Polsce walcząc o swój kawałek tortu chca wyeliminować blogerów, bo ci znaleźli sposób zarobku ciekawszy niż ten, który firmom oferują media. Blogerzy czują się i często zachowują jakby byli kimś lepszym. Nie są.

No i ten trzeci element – internauci z niedowierzaniem nie wiedzą o co chodzi, choć co chwilę wytykają istotę sprawy podnosząc oburzony ton – jak to zarabiają pracując? Tak, tak, chodzi o kasę.

Oba środowiska w naszym kraju starają się zwalczyć, zamiast wypracować skuteczny sposób na polepszenie oferty, kopią pod sobą dołki.

I całe szczęście czasem powstają z tego powodu całkiem niezłe i zabawne materiały, jak choćby te Filipa Chajzera. Innym razem widzimy totalną wolną amerykankę i zachowania gorsze niż często obserwuję na Twitterze podczas politycznych dyskusji.

W USA znaleziono sposób. Poczytni blogerzy dostają oferty pracy w wielkich koncernach medialnych. Ale nie jako dziennikarze (choć często też), ale jako oni sami. Blogi są dalej tam gdzie są, dostają dodatkową domenę, a autor ma pełną dowolność w publikowaniu tekstów (zgodną z ogólnie przyjętymi normalmi i regulacjami prawnymi – tak jak wcześniej).

Przykłady? Pół ESPN stoi blogerami, których nazwano felietonistami. The Basketball Jones to wciągnięta przez NBA czwórka kumpli, która robiła świetny blog i program. Ball Dont’ Lie to część Yahoo!. Mało? Wystarczająco dużo, żeby pokazać, że jak się chce to się da.

U nas wolimy zwalczać. Pod każdym tekstem krytykującym blogerów, albo np. ujawniającym ich zarobki czytamy stertę komentarzy nienawiści. Zupełnie jak podczas minuty nienawiści u Orwella, odzywają się krzykacze i hejterzy. A bo ten zarabia tyle, a ten tyle, a w ogóle co ten taki i owaki sobie myśli.

Zarabiają. I co z tego? Taki Kominek zarabia, zarabia Grzesiek Marczak, zarabia Jacek Gadzinowski, który jednak woli blogerem go nie nazywać i jego główne źródła utrzymania są raczej poza blogiem. I dobrze, chłopcy znaleźli sposób, znaleźli możliwości, robią dobrą robotę i dlaczego za pracę (nawet jeśli jest to hobby) mają nie otrzymywać wynagrodzenia?

Bo komuś żal dupę ściska? Bo naprawdę myślicie, że to wyskakujące okienko z reklamą BMW różni się czymś od kampanii na blogach? Pomyślcie jeszcze raz.

Media krzyczą, bo ktoś ich podgryza. Zamiast – jak wspomniałem – wykorzystać sytuację, zmienić formaty, wciągnąć kilka osób wyżej i dać zarabiać w ten sam sposób, dodając nieco daniny od siebie.

A jedni i drudzy mogą od siebie czerpać garściami. Dziennikarze często nie wiedzą jak keszować swoje pomysły i działania, mają przygotować materiał i oddać tekst. Nie umieją zorganizować kampanii reklamowej, działań marketingowych etc. Nie są po prostu od tego, a system, kraj, uczelnia, poprzednia praca, rodzice i dziewczyna, niestety ich tego nie nauczyli. Wiem, bo przerabiałem i ciągle przerabiam ten temat na własnej skórze. Blogerzy? Mogliby się nauczyć kilku trików od pracowników mediów. Dowodem na to może być nawet to, że Tomek Tomczyk pisząc do blogerów w swojej pierwszej książce, na kilkunastu stronach wspomina o podstawach dziennikarstwa, prawie prasowym, etc.

I tak naprawdę to czytam ten tekst, podaję kilka faktów, przytaczam kilka sytuacji, ale coś mi w nim nie gra. Po chwili zastanowienia podczas spoglądania na moją kolekcję butów Nike i Yanko, wypiciu Ballantines’a popiciu go Coca-Colą Zero i doprawieniem Sombersby, myślę sobie … że ten tekst mi nie gra, bo mówimy o dwóch środowiskach, które tak naprawdę … jest tym samym i takim samym środowiskiem.

Obserwuj mnie na Facebooku – o tutaj.

Z najwyższego piętra najmniej widać

Po moim ostatnim wpisie wdałem się w krótką wymianę zdań z Za Ra, czyli przesympatyczną, poznaną podczas #Flashrun panią, odpowiedzialną za Biegaczka.com.pl.

Usłyszałem, a w sumie przeczytałem prosty przekaz – zatrudnij się, to napiszesz rzetelny artykuł.

Niestety moje życie ma granice i nie jestem w stanie zrobić wszystkiego co bym chciał, aby od środka w stu procentach poznać każdą pracę. A chciałem być nawet motorniczym – i to całkiem niedawno, bo wrocławski ZDiK prowadził nabór na umowę zlecenie. Trzy miesiące jazdy tramwajem byłoby niczym spełnienie marzeń!

Generalnie nauczony doświadczeniem, niezłą umiejętnością analizy i rozumienia ludzi, wyjątkową jak na faceta empatią, stwierdzam (psycholog i psychiatra też stwierdzili), że umiem dość trafnie ocenić sytuacje komunikacyjne.

Zgadzam się w stu procentach z jednym, do czego nawiązuje moja rozmówczyni. Otóż żaden, ale to żaden konsultant nie jest odpowiedzialny za pisanie skryptów i założeń, którymi się posługuje. Oni od tego po prostu nie są, to nie ich zadanie.

Zgadzam się z tym, że konsultanci obrywają za – jak to Za Ra ładnie nazwała – działania i pomysły białych kołnieżyków.

Nie zgadzam się jednak w tym, że ja jako klient nie mogę wymagać i chcieć rozwiązać problemu i do tego jeszcze pokajać się i przeprosić za to, że nie podoba mi się sposób rozwiązania sprawy – a w sumie w opisywanym przypadku po prostu jego brak.

Pieprzona poprawność polityczna i dyplomacja powoduje, że wszystkim wydaje się, że nie można mieć uwag do czyjejś pracy, metod sprzątania, wyrzucania śmieci czy posługiwania się widelcem.

Mamy demokrację, a do tego mamy też kapitalizm. Ja jako klient nie jestem często zadowolony z usługi informacyjnej, którą świadczą firmy ze mną współpracujące.

Mam jednak zastrzeżenie merytoryczne. We wpisie przesiąknięte emocjami, bo wtedy łatwiej jest ten tekst przyswoić, ale ja moi drodzy nie dzwonię w celu boksowania się z konsultantami na infoliniach.

I tutaj specjalnie wytłuszczę – ja dzwonię tam załatwić konkretną sprawę. Merytorycznie.

Ciągła negacja i zaprzeczanie to nie merytoryka, to zbywanie. Nie wyklinam do konsultantów jak pan ze stacji benzynowej, nie obrażam. Staram się po ludzku dogadać i porozumieć.

Zawsze.

Ale adrenalina podnosi mi się kiedy posiadając umowę, nie jestem w stanie doprosić się sprzętu, który usługodawca obiecał. A tak właśnie miałem z Netią (nie będę opowiadał teraz tej historii).

Generalnie strasznie przykro mi (tak, to ta empatia), że konsultanci często obrywają za to, że niczym zwykli szeregowi stoją na pierwszej linii frontu kiedy przychodzi do rozmowy z klientem.

Przykro mi, że generałowie zasłaniają się szeregowcami, przykro mi, że często obrywają niewinni ludzie. Ale niby dlaczego to ja mam być pokrzywdzony w tej całej układance? Czemu to ja mam dostać po tyłku, że ktoś gdzieś coś spieprzył?

Żyjemy w takim, a nie innym ustroju, w którym płacący ma prawo wymagać, ma prawo zabrać głos i ma prawo to być głos oburzenia.

Nie raz słyszałem już – to nie wina tych ludzi. No nie. Ale to już ustaliliśmy. Słyszałem też, że nie ma sensu walczyć. No jest. Dlaczego? Bo walczę i ja i np. taki Jacek Gadzinowski i Marcin Górecki o swoje. Ale walczymy też o WASZE.

Pojadę nieco ideologicznie – nie jesteśmy tymi, którzy walczą z wiatrakami. Nasza walka da coś realnego. Im więcej niezadowolonych, ale i merytorycznych głosów w dyskusji, tym lepszy produkt i usługę za chwilę otrzymamy. A siedząc cicho dajemy do zrozumienia, że wszystko jest w porządku.

Otóż niekoniecznie jest.

Przywołam tutaj historię, którą przeczytałem w publikacji Vadima Makarenko – Zawód Zwycięzca. Publicysta i dziennikarz Gazety Wyborczej rozmawiał m.in. z Szlomo Yanai, który opowiadał o tym jak to dogląda swoich fabryk, aptek. Pyta ludzi o najprostsze rzeczy. Jak idzie sprzedawcom, jakie mają problemy. Rozmawia też o opakowaniach pudełek na leki, które produkuje jego firma, czy mieszczą się w szufladach czy półkach. Pyta pracowników fabryk dlaczego nie są w stanie zwiększyć produkcji, co im przeszkadza.

Yanai sam dla siebie jest klientem, który chce aby jego odbiorcy (ale także cały łańcuszek prowadzący do sprzedaży) byli zadowoleni. Bo jak sam twierdzi:

Z najwyższego piętra najmniej widać.

 

Infolinia jest po to, żeby Cię wkurzyć!

Firmy posiadają infolinię tylko po to, żeby nas wkurzać.

Nie widzę innego zastosowania dla firmowych infolinii. Przez lata współpracy z firmami z całej Polski z absolutnie każdego istotnego dla mnie obszaru, muszę z przykrością stwierdzić, że w większości przypadków dzwoniąc na infolinię nie tyle nie rozwiążemy problemu, co dowiemy się, że jego rozwiązanie jest niemożliwe w żadnej galaktyce.

Dlaczego?

Bo konsultant ma już od dawna przygotowany skrypt z szeregiem debilnych i wymijających odpowiedzi, które ma udzielić na nawet najbardziej konkretne pytania. Oczywiście to nie on wymyślił ten bełkot, którym nas raczy, a specjaliści i fachowcy. Czasem pani Jadzia z mięsnego, bo ma fajne cycki i sypia z szefem. Trochę dodał też od siebie sam boss.

Nie, infolinie nie są od tego, żeby nam pomóc, są od tego, żeby udzielić nam informacji. Informacji zbędnej, irytujcej i komlpetnie bezsensownej.

Koronnym przykładem jest rozmowa np. z konsultantami firm, które dostarczają nam internet.

- Proszę pani, nie mam internetu. Czy możecie sprawdzić, czy wszystko jest ok? Router działa, faktura zapłacona.

- Proszę zalogować się na swoje konto w panelu administracyjnym na stronie …

- Nie mam internetu, nie mam jak. 

– Rozumiem, proszę wysłać więc mail na nasz adres, a tam technik …

Czasem wydaje mi się, że oni to robią specjalnie. Że w tych firmach jest tak nudno, że ludzie aby dobrze się bawić, robią ogromne zakłady. Np. w stylu – kto dłużej będzie mówił to samo nie używając w kółko tego samego zdania. Albo kto dłużej będzie zaprzeczał. Kto będzie w stanie nie rozwiązać żadnego problemu.

Naprawdę. Mój chory i spaczony umysł pamięta te sytuacje i rozmowy, bo generalnie jestem osobą, która byłaby idealnym mystery client dla wielu firm na rynku.

Ręcę i szczęka zleciały mi z poziomu trzeciego piętra do piwnicy i nieco głębiej dzisiaj, czyli w czwartek. Wiedziałem, że ma przyjść do mnie paczka, na którą czekałem jak małe dziciątko na prezenty pod choinką.

I przez chwilę przynudzę.

Wiedziałem, że będę musiał wyjść z domu, więc zadzwoniłem do firmy kurierskiej w celu ustalenia miejsca pobytu mojej paczki.

Starałem się, próbowałem. Nie byłem niemiły. Szukałem rozwiązania, ale jego w rozmowie z konsultantami po prostu nie ma. Nie dość, że dzień wcześniej ŻADNA firma kurierska nie chciała ode mnie przyjąć trzech win do wysyłki, to dzień później nie byłem w stanie uzyskać żadnej pomocnej mi informacji.

Niemożliwością było skontaktowanie się z kurierem. Nie wiem, mam wrażenie, że ci złoci chłopcy, w swoich kurierskich maszynach są otoczeni ołowiem, który skutecznie blokuje wszystkie sygnały z zewnątrz. Pojazdy firm kurierskich są tak szczelne, że do środka nie dostaje się nawet powietrze.

To, że ja nie dostanę numeru do kuriera jest dla mnie zrozumiałe i nie dyskutuję z tematem. Mimo tego, że np. w UPS kurierzy mają telefony firmowe, w przeciwieństwie do DHL czy Siódemki, gdzie bodaj są to numery prywatne.

Poprosiłem grzecznie o przekazanie numeru do mnie z informacją, że nie będzie mnie w mieszkaniu od, do. Jak grochem o ścianę. Jak do małego dziecka, które musi się poparzyć, żeby zrozumieć. No po prostu nie dociera. Myślę sobie, ok kobieta ma pewnie 200 takich telefonów dziennie, więc pewnie by oszalała gdyby musiała dzwonić do każdego możliwego kuriera.

Słyszę jednak, że nie jest to możliwe, bo ona w systemie, który widzi kurier, nic nie może zmienic do momentu próby pierwszego doręczenia przesyłki. Pogratulujmy nie wiem komu, ale oklaski, za debilny system pod względem efektywności pracy.

I to właśnie do efektywności sprowadza się temat. Ja nie chciałem uzyskać paczki szybciej, chciałem oszczędzić sobie i kurierowi problemów. Spytać – jest pan niedaleko? Tak, ok podjadę, bo wychodzę z domu. Nie? Też super, ja wracam do domu o godzinie 17, więc niech się pan nie fatyguje do mnie do tego czasu, bo nie ma sensu.

Wilk syty i owca cała.

Ale nie, jak zwykle system nie pozwolił. I jak zwykle trzeba było zrobić coś głupio.

Widocznie ktoś ma pieniądze po to, żeby je tracić.

Dunno. Z tym się nie da walczyć, ale co ciekawsze, kurier bez problemu podał mi swój numer telefonu, a dogadanie się z większością z pracowników terenowych nie jest żadnym problemem.

Może poza jednym, który powiedział mi kiedyś – panie, ja nie mam czasu jechać do pana.

Ciąg dalszy na pewno nastąpi.

Halloween: złap ducha

Będę duchem, przynajmniej przez chwilę.

Imprezy biegowe, podczas których masz podejść do startu i dobiec do mety, to bardzo fajna, ale nudna zabawa. Przyciągają raczej już biegających, ale z trudem docierają do tych, których bieganiem chce się dopiero zainteresować.

Tutaj z pomocą przychodzi opowiadanie historii (ten amerykański, wspaniały storytelling, tak popularny w marketingu) – którą oczywiście trzeba wcześniej wykreować. Historię złap ducha (Catch The Ghost) podaje nam w tym roku na tacy Nike, które na Halloween promuje swoją nową kolekcję z odblaskową kurtką.

#Flashrun Catch The Ghost jestem zajarany jak świętami gdy byłem małym dzieciątkiem.

Zacznijmy od tego jak wygląda impreza – w Warszawie chwilę przed Halloween pojawi się trzydzieści osób, które zostaną ubrane w kurtki, które świecą w ciemności. Uczestnicy goniący duchy, będą musieli zrobić zdjęcia tych uciekających.

Dość opowiadania i marudzenia, impreza wygląda mniej więcej tak.

Niech mi nikt nie mówi, że nie ma tutaj dużo zabawy i frajdy. Trzy dni przed imprezą, swój udział w wydarzeniu potwierdziło już prawie 1,5 tysiąca osób, kolejne 850 jest obecnie niezdecydowanych.

Dziwne? Wcale. A duchami będą m.in. Przemysław Iwańczyk ze Sport.pl, czterokrotna zwyciężczyni Biegnij Warszawo Iwona Lewandowska, zwycięzca Maratonu Warszawskiego Yared Shegumo, medalistka mistrzostw Polski na 800 metrów i modelka Joanna Jóźwik, pełno duchów z blogosfery biegowej (w tym Adam Klein z Bieganie.pl, Biegaczka.com.pl, Amator Runner, Arvid Juneja z Fitback.pl, Piotr Ślęzak z Wbiegu24.pl) atrakcyjne trenerki i miłośniczki biegania, znajomi dziennikarze, ale także artyści i muzycy, w tym W.E.N.A.

Pełną listę duchów możecie zobaczyć na blogu Nike Running Poland

Już 30 października czekam na Was na trasie, będzie rewelacyjnie :-)

Dyskutuje się TYLKO o gustach

O gustach się nie dyskutuje to najgłupsze powiedzenie na świecie.

Nienawidzę jak ktoś mówi mi o gustach się nie dyskutuje. Dyskutuje się! Mam wrażeniem że ten, który rzuca tym wyświechtanym przysłowiem chce uciąć dyskusję. Czy to z braku argumentów, czy po prostu zwykłej niechęci do dalszego prowadzenia rozmowy na ten akurat temat. Jakikolwiek by on nie był.

Bo jak dyskutować nie o guście? Gust to (nieco naciągając) także poglądy polityczne, powód dla którego kibicujemy tej, a nie innej drużynie, dlaczego lubimy tego, a tamtego nie lubimy. Dla mnie gust w dużej części nierozerwalnie łączy się z procesem socjalizacji, który przechodzimy w dzieciństwie.

Dziś do tego grona wymienionego w pierwszym akapicie dołączyła Ewa Lalik, która ZABRANIA mi i Tobie i Tobie, Wam też i Tobie również krytykować. Dość często czytałem Pawła Opydo i jego Zombiesamurai, gdzie autor naigrywa się i wytyka blogerce/dziennikarce karkołomne, pozbawione logiki konstrukcje.

Dziś sam padłem ofiarą charyzmatycznego wpisu Ewy, która tak jak wspomniałem, zabrania mi krytykować kogoś, kto słucha muzyki, która mi się nie podoba.

Przeczytajcie zresztą lead.

Gdy krytykujesz czyjś gust muzyczny, mówisz fanowi disco-polo, że słucha dennej muzyki, gdy twierdzisz, że techno czy hip-hop to słaba muzyka, a rock jest dla dzieciaków, to obrażasz człowieka. Jego inteligencję, osobowość, emocjonalność i to, co miało wpływ na jego życie. Nie ma złej muzyki – jest za to muzyka dla różnych ludzi i następnym razem zastanów się, zanim wydasz ostre osądy.

A potem pieprzy coś o stereotypach.

Pewnie, zamieńmy muzykę na film i gatunek muzyki na gatunek filmu i mamy oto kolejny genialny tekst, w którym jakaś panienka zabrania mi być mną.

Śmiechłem, prawdziwie śmiechłem i to na głos w autobusie, wśród ludzi. Dlaczego mam nie krytykować czegoś co mi się nie podoba? Dlaczego mam nie rozmawiać o gustach (tego nie mówisz, ale dajesz do zrozumienia i nie sądzę, abym nadinterpretował), dlaczego mam nie spytać fana disco-polo, techno czy czegokolwiek innego co podoba mu się w tej muzyce i dlaczego ja nie mogę powiedzieć dlaczego dla mnie jest ona beznadziejna, tandetna, etc? Nie musi się on ze mną zgadzać, ale skoro Ty nie pozwalasz mi krytykować, to nie krytykuj tego, że ja krytykuję.

Widzicie to błędne koło, ten bezmiar idiotyzmu, który wdarł się w tym momencie w oba teksty?

I jesteśmy w kropce. Mam nie krytykować i nie mówić, że coś mi się nie podoba, bo urażę czyjeś uczucia? A może ktoś uderza w moje uczucia nie pozwalając mi wyrazić swojego zdania? Ktoś tu myli krytykę z krytykanctwem i rozmowę, dyskusję, z obrzucaniem się błotem i obrażaniem drugiego człowieka.

Gust to takie przedziwne stworzonko, które ma każdy z nas. Co ciekawsze, jedni mają ten gust fajny inni zwyczajnie spieprzony. I co jeszcze ciekawsze, jedni i drudzy myślą, że ich gust jest dobry. Ten świat jest skonstruowany i oparty o jeden mechanizm, którego wiele osób chce się wyzbyć – subiektywizm. To dzięki niemu możemy rozmawiać i wymieniać się OPINIAMI, to dzięki niemu wpadniemy czasem na coś kreatywnego, na coś co pchnie świat, albo nasze własne życie do przodu.

Tak, najlepiej być szarą masą wmieszaną w tłum jeszcze większej szarej masy, nie wyróżniać się niczym, zapomnieć o swoim charakterze tylko uważać, bo ktoś gdzieś tam obrazi się za to, że nie podoba mi się muzyka, której słucha.

A poniższy cytat zamiast wzbudzać we mnie śmiech, wzbudził zdziwienie i był powodem powyższego wywodu.

Następnym razem więc zamiast krytykować czyjś gust, wyśmiewać gatunki pomyśl, że wyśmiewasz człowieka. To, że lubi disco-polo? Ma prawo, odpowiada to jego emocjonalności i charakterowi. Fan disco-polo przeżywa swoją ulubioną muzykę podobnie, jak Ty przeżywasz V Symfonię Beethovena. I nic w tym złego!

No damn, racja. On ma, ja nie mam, nawet jeśli odpowiada to mojemu charakterowi i emocjonalności.

Nie biegaj ze sportowcem

Nie biegaj ze sportowcem – te kilka słów mógłbym tu wypisać złotem.

To był ten pierwszy raz, który nie jest jak pierwszy raz. To był ten pierwszy raz, który powoduje, że chcesz więcej, bo wydaje ci się, że jesteś w tym dobry. A potem, za drugim razem, jesteś flakiem i nie dajesz rady.

249137_10151930531019313_501499147_n

Nie biegaj ze sportowcem, to nie jest najlepszy pomysł. Jeśli uważasz, że doda ci to splendoru, jeśli pokażesz jaki wielki czy też jaka wielka nie jesteś, to jesteś w błędzie. To nie ujma na honorze, że odmówisz sportowcowi wspólnego wyjścia i przebieżki. To ratunek twojego honoru.

Już? Naprawdę kończymy? 

Takie słowa padły z moich ust po pierwszym bieganiu z Radkiem Hyżym. Nie biegliśmy ani szybko, ani daleko, ani wybitnie długo. Relaksujący jogging w wolnym od treningu dniu Radosława. I chyba tymi dwoma pytaniami mocno się naraziłem, bo drugi raz nie był już tak wspaniały.

Nie dość, że już od startu narzuciliśmy większe tempo niż ostatnio (cwaniak był po obozie przygotowawczym), to jeszcze biegaliśmy dłużej, dużo dłużej. A ja po chorobie, wypluwałem flaki udając, że wszystko jest w porządku i radzę sobie świetnie. Co gorsze, moje nogi mogły i chciały, płuca jednak wydawały krótkie i treściwe polecenie – fajrant na dziś.

Ale nie mogłem się poddać, kulturalnie i jak gdyby nigdy nic spytałem tylko – biegniemy dalej. Usłyszałem bolące i frustrujące – tak.

Nie biegaj ze sportowcem. On będzie się uśmiechał, kiedy ty językiem będziesz próbować złapać sznurówkę w bucie. Nie biegaj, bo on będzie mówił, opowiadał ciekawe historyjki, ale i tak nic nie zapamiętasz, bo mózg pulsuje ci w rytm policyjnych syren, a krew krąży już tylko w okolicach serca. Reszta ciała jest po prostu martwa i porusza się tylko dzięki nadanemu mu wcześniej pędowi.

Ale Radek to nie był mój pierwszy raz ze sportowcem. Bo kilka lat wcześniej miałem okazję biegać z innym sportowcem, byłym, ale będącym w znakomitej formie. To też był błąd. Ogromny.

Przy spokojnym biegu zmierzyliśmy sobie puls. Jego – 128 uderzeń na minutę. Mój – 189. Kilkanaście sekund później ta wartość skoczyła o kolejne osiem. Jeszcze chwila i miałbym darmową taksówkę z literką R na przedzie. W najlepszym wypadku pojechałbym linią mniej ekspresową z literką A.

Nie biegaj ze sportowcem. Ich organizm jest nieco inny niż nas, zwykłych śmiertelników, którzy jedzą w McDonaldzie i raczą się piwem. Ich organizm nie dość, że jest w stanie przyjąć niewiarygodne ilości wódki, to jeszcze rano przebiegnie kawałek maratonu i pojeździ na rowerze. Mój po nocnej eskapadzie może ewentualnie upaść pod prysznicem.

Nogi bolały mnie trzy dni. Jak nigdy, a znowu nie przebiegliśmy ani dużo, ani długo, nic nadzwyczajnego, żadnego rekordu, żadnego przekraczania granic.

Nie biegaj ze sportowcem – to złota rada tego wpisu. Umawiam się więc z kolejnymi dwoma na wspólne joggingi.

Enjoy.

11 typów ludzi, których spotykasz w markecie

Godziny szczytu w marketach to istne piekło. Kupienie bułki, banana i serka wiejskiego zamienia się w walkę o życie, walkę ze swoimi nerwami i często z tym, czy faktycznie jesteśmy głodni i czy pusta lodówka przypadkiem nie zapełniła się sama.

To właśnie dzięki tym typom, tak często jadam w McDonaldzie.

Enjoy przy niedzieli.

Wózkowi gwałciciele

Bez ostrzeżenia i co gorsze lubrykantu są w stanie wjechać wózkiem w tyłek. I nie widzą w tym nic złego. Albo często nie zauważają, że ich sztuczny, dyndający przed nogami metalowy przedmiot, zaczął żyć swoim życiem i atakuje przypadkowych ludzi. Choć ja akurat twierdzę, że oni zawsze doskonale wiedzą co się dzieje. tych spotykamy przede wszystkim przy kasach.

Arystokraci

Królowie i królowe marketowych salonów. Stają na środku, z berłem w ręku (najczęściej w tej roli występuje telefon komórkowy), podpierają się o ruchomy tron (wózek) tarasując przy tym całe przejście i rozmawiają z Moskwą tak, jakby w ich ręku telefonu nie było. Oczywiście wszyscy muszą słyszeć te idiotyczne wrzaski i gadki o niczym, wszyscy też musza ich zauważyć, przecież są królami i królowymi i każdy poddany musi ominąć ich szerokim łukiem, a gdyby przypadkiem śmiał powiedzieć przepraszam, zostanie na niego rzucone spojrzenie śmierci.

Przerażeni kradzieżą

Są miejsca, gdzie nie warto wchodzić z wózkiem, alejki są tłoczne (zwykle przy warzywach) i 95% osób właśnie tam pakuje się z wózkami. Jakby ktoś miał im te drogocenne wózeczki ukraść, zabrać i przetopić. I co gorsze, w tych ciasnych alejkach ustawiają te swoje drogocenne powozy w poprzek drogi, jeden na drugim. Jakby myśleli, że to parking.

Matki polki

Wraz z pokrzywdzonymi ojcami szwędają się po marketach i sklepach niczym smród po gaciach, do tego ciągnąc za sobą jeden i drugi wózek z krzyczącymi dzieciakami. Tych często można spotkać zarówno w dużych marketach spożywczych jak i w mniejszych butikach. Często są też tymi przerażonymi kradzieżą i włażą wszędzie z wózkami z zakupami i dziećmi.

Gwiazdy sceny

Weekendowi wycieczkowicze, najczęściej z małych miast, którzy jadąc na zakupy kultywują starą tradycję i ubierają najlepsze ciuszki. Najczęściej widać to po płci pięknej, kiedy umalowane niczym na imprezę panieneczki paradują po korytarzach i alejkach z płynami do mycia naczyń w stroju przypominającym kreację sylwestrową.

Zawsze bez koszyka

Jak sama nazwa wskazuje zawsze bierze wszystko w ręce. Co gorsza zawsze wydaje mu się, że da radę i najczęściej daje, ale w pewnym momencie wygląda jak obładowany wielbłąd, który małym palcem sięga po dwunastotonowy worek z ziemniakami. Potem wykłada to wszystko przy kasie, z czego połowa leci na podłogę, a on wykonuje niezwykle efektowny taniec, gdy piramida produktów zaczyna się sypać. Najczęściej są to mężczyźni, choć sporadycznie zdarzają się też kobiety. Dlaczego nigdy nie mają koszyka? Bo zawsze idą tylko po jeden budyń i mleko.

Ludzie cienie

Obok wózkowych gwałcicieli jeden z najbardziej irytujących typów jakie możecie spotkać na swojej drodze. A raczej na drodze, którą już minęliście. Ludzie cienie nie mają pojęcia czym jest przestrzeń osobista i stojąc w kolejce np. za serkiem żółtym, staną 32,5 centymetra za wami. Zawsze. W momencie kiedy zrobicie krok do przodu, oni dokonają niemożliwego i zmniejszą dystans do 18 centymetrów i dyszą nam dalej na kark, albo generalnie trzymają ręce na naszym tyłku. Są jak CIA, FBI, SS, KGB i Mosad. Tylko, że lepsi, bo nie ma możliwości, żeby się ich pozbyć, kiedy stoją w tej kolejce. Zwrócenie uwagi nie pomaga, oburzają się i robią awantury, a po chwili stoją jeszcze bliżej.

Miłośnicy literatury

Nie, wcale nie chodzi o tych, którzy chodzą do Empiku i czytają książki. Chodzi o tych, którzy przy półce z keczupem, musztardą i wszystkim innym dokładnie studiują etykietki. Są nieszkodliwi, do momentu kiedy nie jesteście z nimi. Wtedy dwunastominutowe zakupy chleba, pomarańcza, dwóch soków i czekolady, zamieniają się w czterogodzinną analizę składu wody. Co ciekawe, są zirytowani i wyklinają kiedy szukają etykietki na pomidorze, ogórku i arbuzie.

Znudzony mąż

Snuje się za swoją biegającą pomiędzy półkami żoną, narzeczoną, dziewczyną niczym zjawa i na każde pytanie odpowiada: tak kochanie.

Melepety

Trochę mieszanka każdego wcześniejszego typu. Łazi przyklejony do wózka, ogląda wszystko po sto razy, z klepsydrą do odmierzania czasu kupuje wędliny i nie zrobi tego szybciej niż w osiemnaście minut, przy kasie trzydzieści minut szuka portfela, a w momencie kiedy ma płacić odbiera telefon. Następnie sprawdza rachunek pytając dlaczego … a nie, jednak wszystko w porządku. Dopiero w tym momencie zaczyna wszystko pakować, a potem stoi jeszcze w przejściu układając siaty w wózku, który zaraz rozpakuje.

Wiecznie wkurwiony

Ciągle narzeka, ciągle się śpieszy, stroi miny i klnie pod nosem. O ile melepeta jest mieszanką wszystkich powyższych typów, tak WW chciałby wszystkie powyższe wymordować.

A Wy, jakich spotykacie najczęściej?

Czytam książkę dla bab

Poczta, odbiór poleconego. 
Same staruchy. Co tam robią? Nie wiadomo. Zabijają czas. Ustawiam się w kolejce. […]
Stoję i nie myślę.
Stoję.
Nie będę się denerwował, bo wyjścia nie mam.
Przede mną Szare Zmory.
Podejdzie toto do okienka, okularów szuka, a długopisik weźmie, a jeszcze coś musi dopisać, a jeszcze poślinić, a jeszcze poszukać w przepastnej torbie, a jeszcze pogrzebać, a się zapodziało, a tu miała dwa złote, to znajdzie, nie znajduje, drobne wysypuje, liczy godzinę, a nie odchodzi od razu, a jeszcze się cofa, jeszcze sobie coś przypomni, jeszcze zagada, ludzie, dajcie żyć!
Ale stoję.
Takie marnowanie czasu na pierdoły potrafi człowieka dogłębnie zniszczyć. Więc stoję, ale się nie daję.
- Pan tu stoi, przepraszam?
Nie, kurwa, fruwam.
- Stoję.
- A to ja sobie zajmę kolejkę za panem, dobrze?
- Oczywiście.
Następna zmora.
- Pan jest ostatni?
Tylko nie ostatni!
- Nie, za mna jest jeszcze pani w zielonym, ale ona wyszła.
- To ja będę za tą panią, tylko sobie usiądę. – Stary Kapelusz idzie pod ścianę.
Kurwa, kurwa, kurwa.
A ty stój jak głąb, żeby gorzej nie powiedzieć. 
- Pan tu stoi?
Leżę, widać przecież.

To tylko fragment. Fragment książki, do której czytania, będąc facetem, tym takim stereotypowym oczywiście, wstyd się jest przyznać. Autorką jest bowiem Katarzyna Grochola, ta sama, którą uznaje się (stereotypowo oczywiście) za pisarkę tworzącą treści dla kobiet. Mnie namawiano do Houston mamy problem, przez kilka tygodni. W końcu gdy skończyły mi się książki o sporcie, postanowiłem dać szansę tej, której tytuł odwołuje się do kosmosu i koszykówki.

Ale to jednak wstyd brać się za Grocholę i jeszcze się do tego przyznawać. I to publicznie, do tego w internecie, a jeszcze za chwilę się tym chwalić. Bo co ja powiem kolegom? No trudno, napisałem już o tym jakiś czas temu na Twitterze.

 

I jeszcze jakby to było jakieś badziewie dla bab, to o miłości i wąchaniu kwiatków, to pewnie zapadłbym się ze wstydu pod ziemię. W sumie jest o miłości, ale tej takiej męskiej, logicznej, trochę cierpiącej, ale także niezwykle zabawnej.

No bo książka jest zabójczo zabawna.

Grochola w doskonały sposób ukazuje stereotypowy sposób myślenia faceta od świecie, ale autorka idzie dalej, bo ten sposób myślenia przekłada się na zachowanie wobec własnej matki, jej psa, nerwów we wspomnianej wyżej kolejce czy podejścia do podrywanych kobiet. Pokazuje też wrażliwą stronę pozwiązkowej traumy. Myślę, ale wciskam sobie kit, że nie myślę i w ogóle wszystkiemu winna była ta druga strona.

Nie czytałem innych książek Grocholi, w końcu jestem stereotypowym facetem, który tego co babskie się nie tyka, a kąpiel z olejkami zapachowymi to jeden wielki wstyd, solarium jest dla ciot, a baby są głupie. Albo jakieś inne, jak mawiał tytuł filmu.

Generalnie dotarłem mniej więcej do połowy książki, ale tak jak wspomniałem na początku, jest to pozycja, która przede wszystkim bawi. Nie jest to literatura z wysokiego C, nie jest to nic wybitnie uczącego, mającego przesłanie i morał, nie jest to nic, co wykracza poza nasze zrozumienie świata, nic co może zostać określone jako przełomowe, a za dziesięć, dwadzieścia, albo trzydzieści lat będziemy mówili, że autorka była wizjonerką i po Houston mamy problem, będziemy sięgali po inne powieści Grocholi. Nie, po stokroć nie. To dobra, lekka lektura, która pozwala odłączyć umysł od trudów codzienności.

Podkreślę to po raz kolejny – nawet facetom, którzy raczej nie dotykają tego typu lektur.

Dlaczego warto używać hashtagów?

Ten wpis powstał pod wpływem. Wpływem pytania Łukasza Ceglińskiego. 

Dlaczego powinniśmy używać hashtagów? Czy one faktycznie są niezbędne i tak bardzo potrzebne? Odpowiem na dwa ostatnie pytania konkretnie – nie i tak.

Niektórzy mówią, że bawią, inni, że denerwują, jeszcze inni, że mylą. Hashtagi robią wszystkie te trzy rzeczy jednocześnie. W magiczny sposób powodują jednocześnie, że zwykłe wpisy w mediach społecznościowych są przyswajalne i klikalne. Content zaczyna być możliwy do wyszukiwania w prosty sposób, a dzięki temu zyskuje nasza marka. Czymkolwiek by nie była.

Na Twitterze, hashtagi tworzą dyskusję, która odbywa się w trybie na żywo. Kilka kliknięć i  możliwy jest podgląd całej konwersacji. Osobiście używam Tweetdeck, jednego z najlepszych moim zdaniem programów do zarządzania Twitterem. Tak, zarządzania, bo dzięki niemu widzę nie tylko tych, których obserwuję, widzę też np. #EBPL, widzę interakcje, widzę na jednym ekranie stworzone przez siebie listy.

Znam takich, którzy już narzekają, już zaczynają kręcić nosem, że hashtagi dla Tauron Basket Ligi się nie przyjmą. Liczę jednak na to, że inicjatywa hashtagowa w #TBLPL przyjmie się dobrze i już niedługo będziemy mogli mówić o kolejnym małym sukcesie koszykarskim.

Po co używać hashtagów?

Żeby znaleźć nowych znajomych. Ludzie klikają w #RoyalBaby, żeby przeczytać informacje o królewskim dziecku, dowiedzieć się czegoś nowego, a przy okazji klikają też w obserwuj. Przy okazji #EBPL dorobiłem się kilkudziesięciu nowych fanów w zaledwie kilka godzin.

Żeby pokazać wsparcie

Odsyłam do przypadku #EBPL, który w ciągu zaledwie kilku godzin od pierwszego podrzucenia piłki w meczu Polska – Gruzja, stał się jednym z najbardziej trendy hashtagów w Polsce. Ludzie chcieli i wspierali kadrę i naszych koszykarzy, bo ludzie lubią wspierać i dołączać się do różnego rodzaju działań.

Dla promocji

Czy to naprawdę wymaga wyjaśnienia? Hashtagi odwołują się do działania, marki, nazwy klubu, sponsora etc. Dzięki temu kluby w prosty sposób będą mogły dotrzeć do fanów.

Żeby słuchać i być słuchanym

W skrócie i po mojemu – bo to uporządkuje komunikację. W końcu będziemy wiedzieli co w tym świecie pasywnego słuchania, mają do powiedzenia fani, osoby, których nie obserwujemy. A to często ktoś kto ma do powiedzenia coś ciekawego. Hashtagi powodują, że rosną nam uszy. Rosną w tych miejscach gdzie czasami powinniśmy, albo chcielibyśmy słuchać.

Żeby zbudować zaangażowanie

Co codziennie dzieje się w mediach społecznościowych? Dokładnie. Lawina. Ludzie umieszczają setki, dziesiątki tysięcy wpisów, które czasami nie dochodzi do naszych uszu. Fora internetowe to relikt przeszłości, naszym narzędziem, tym którego chcemy używać jest Twitter i Facebook. Dokładnie w tej kolejności. A następnie Instagram i YouTube.

Żeby pokazać siłę

Nasze dyskusje często prowadzone są w hermetycznym gronie, gdy użyjemy hashtagów, będziemy mogli zobaczyć jak wiele osób wspiera koszykówkę w Polsce. Panowie i panie z marketingu w klubach będą mogli policzyć ROI, będą mogli pokazać prezesowi, a ten sponsorowi, że jednak warto.

 

Czy w Polsce jest miejsce na kolejną markę modową?

Czy w Polsce jest miejsce na kolejne marki na rynku mody męskiej? I to marki, które nie są globalnie kojarzone, marki, których nazw nie potrafimy w tym momencie wymówić i powtórzyć.

Moim skromnym zdaniem jest i to dosyć spore. Dlaczego? Bo nasz modowy rynek jest ubogi i opiera się na zaledwie kilku sieciówkach, z których kilka uznawane jest za niezwykły luksus, a do tego aspirują jedynie poprzez bardzo wysoką cenę.

Mówię tu choćby o Tommy Hilfigerze, którego posiadanie w szafie uznawane jest przez wielu jako wyznacznik prestiżu i lansu. Mówię o Lacoste, choć ta marka stoi nieco wyżej niż TH i kilku innych dostępnych w Van Graafie czy Peek und Cloppenburg. Tak popularne polówki tych marek są cholernie drogie i jakościowo stoją na bardzo przeciętnym poziomie. Wiem, bo niestety zafascynowany prostotą, kupiłem kilka. Całe szczęście wyszukiwałem okazji, nie płaciłem ceny regularnej, bo mój portfel, którego podobnie jak Karl Lagerfeld, nie posiadam (jedyna różnica między mną, a nim to stan konta), nie wytrzymał by tego uderzenia.

Podobnie jest zresztą z tak popularną wśród wielu młodych Zarą. Zarówno wśród mężczyzn jak i kobiet. Matko z córką Koryntu, nie wiem co jest takiego w tej sieciówce, do której ludzie walą drzwiami i oknami. Przepraszam, ale nie dość, że jest to słabo wykonane, rozmiarówki są jakimś żartem (albo ja jestem tak koślawy i pokrzywiony), to jeszcze cena wcale nie jest jakaś rewelacyjna. Wybaczcie, może się nie znam, ale na mój prosty rozum gdy mam do wyboru marynarkę w Zarze i Vistuli, które stoją na podobnym poziomie cenowym, to jednak wybiorę Vistulę.

Koszula? Śmiech. 200-300 złotych w Zarze, 450+ w TH. Poważniejsze marki można kupić za 200-250 złotych po przecenach, które są przecież tak częste.

Dochodzimy jednak do meritum, którym jest fakt, że jeśli chcemy ubrać na siebie coś lepszego, innego, ciekawszego, to pomimo istnienia wielu marek na rynku, nasz wybór bywa jednak często ograniczony. Oczywiście istnieje więcej możliwości, bo są jeszcze całkiem ciekawy Pako Lorente, jest nasza klasyczna Wólczanka, ciągle bez problemu znajdziemy Levisa, Wranglera, Lee, Massimo Dutti, do którego sam nie mogę się przekonać.

Nie wspomnę już o modzie sportowej i nazwijmy ja na potrzeby notki lifestylowo-młodzieżowej. Produkty np. kultowego Worn By są dostępne bardzo sporadycznie i to w sprzedaży internetowej, Burton jest cholernie drogi w Polsce, QuickSilver jakby stracił swoją magię, choć jakościowo robią bardzo fajne rzeczy, moje ulubione Nike dostarcza ciągle świetnych rzeczy, ale to już raczej typowo sport, który może łamać styl casualowy butami czy drobnymi dodatkami.

Cały czas jednak brakuje czegoś, brakuje nowości, powiewu świeżości, powietrza, które pozwoliło by na inne materiały, nieco inną jakość. W tą lukę stara się wejść Piazza Di Moda, nowy sklep pokroju wspomnianych Van Grafa czy Peek Und Cloppenburg, w którym znajdziemy tylko włoskie marki.

Jakie? Niektóre dla nas kompletnie nieznane jak Tiber, Big Ben, Tombolini, RB Shoes, ale też te ekskluzywne Valentino, Versace, Dolce&Gabbana.

[quote style=”2″ author=”Jakub Roskosz, autor bloga Gentlemenfashion”]W Piazza Di Moda znajdziemy całe mnóstwo marek do tej pory niedostępnych w Polsce, które biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny są bardzo ciekawą alternatywą dla sklepów znanych nam z polskich galerii handlowych. Idealnym przykładem jest tutaj marka Tombolini oferująca niespotykanej do tej pory we Wrocławiu najwyższej jakości elegancką odzież męską, czy GAS – markę na całym świecie znaną z ubrań w stylu Urban Look. W PDM nie też brakuje butików najsłynniejszych włoskich marektj. Loriblu, czy Love Moschino. Dodajmy do tego najwyższej jakości obsługę klienta, pokój stylistek, oraz prawdziwą włoską cafeterię na terenie multibrandu. To miejsce jakiego w Polsce wcześniej nie było. Idealna propozycja i naturalny wybór dla klientów świadomych swojego ubioru, a takich w Polsce przecież nie brakuje.[/quote]

Czasem jak przeglądam listę, którą podesłali mi pracownicy Piazza Di Moda, zastanawiam się nad jednym – czy ten sklep nie przestraszy swoim prestiżem, tak jak straszyły Arkady, jak straszy Renoma, jak straszy Sky Tower, w którym PDM się znajduje?

Możliwe, ale szybko zniszczę mit, bo o ile faktycznie w PDM znajdziemy marki, za których skarpetki trzeba będzie zapłacić 800 złotych, to znajdziemy i te, które swoją ofertę cenową ukształtowały na poziomie doskonale nam znanym ze wspomnianych powyżej, popularnych w Polsce metek. Nie podam konkretu, musicie wybaczyć, ale nie pamiętam dokładnie produkty jakich marek oglądałem, bardziej interesował mnie przedział cenowy. W PDM można kupić koszule za 200, 400, 700, 1000 złotych. Kamizelkę za 300, 700, 1900. Dla każdego coś dobrego, mnie cieszy to, że ktoś nie boi się wejść na rynek z produktem, który zbitką słów – moda, Włochy i kilka innych – zapala w naszych głowach słowo – nie dla mnie, za drogie i za bardzo prestiżowe.

Uważam jednak, że warto zrobić wycieczkę i zobaczyć czy w PDM jest coś wartego naszej uwagi. Sam będę przyglądał się temu jak rynek przyjął ofertę Piazza Di Moda i butików, które się tam pojawiły.