KategorieKomunikacja

Jak zrobić dobrze klientowi?

Do niektórych firm wracam tylko po to, żeby moja wredna natura wylała na ich zawszone łby kolejne wiadro pomyj. To najczęściej te, które mają problem z najważniejszym elementem współczesnego handlu.

A wiecie co jest tym elementem? Obsługa posprzedażowa. Naprawdę gówno mnie obchodzi, że umiesz wcisnąć mi każdy kit i badziew, który masz na półkach. Ja jestem głupim, naiwnym klientem, który wciągnie nowy produkt, bo np. jest małym chłopcem kolekcjonującym zabawki. Jesteś sprzedawcą, to twoje zadanie, sprzedać, namówić mnie. Cudownie gdy ten produkt dzięki genialnym marketerom ma też jakąś historię do opowiedzenia i daje nam sporo frajdy i wartości odróżniających od konkurencji.

Wszystkie prostytutki świadczą dokładnie tą samą usługę, Jedne ruszają się lepiej, inne gorzej, ale wiedzą też, że oprócz wiadomych chwil, fajnie żeby usługobiorca poznał sympatyczną, ciepłą, otwartą (khm :-)) osobę, do której warto wracać.

Bo wiecie, gdy już kupiłem, zabawa wcale się nie kończy. Ona dopiero się rozpoczyna i wtedy okazuje się czy warto korzystać z twoich produktów czy też produktów firmy, dla której pracujesz.

GoPro udowodniło mi, że warto. Naprawdę warto przez duże w jak – są zajebiści.

Przed zakupem kamery GoPro Hero 3 Silver, czytałem na forach internetowych, a nawet słyszałem od jednego sprzedawcy (który notabene zachwalał mi Sony przeznaczone do sportów ekstremalnych), że Hero ma bardzo słaby serwis i gdy coś stanie się z naszym sprzętem możemy czekać tygodniami na rozpatrzenie reklamacji.

Bullshit. Nie bójcie się tych opinii, bo serwis GoPro w Polsce, czyli tak naprawdę firma FreeWay obsługująca GoPro w naszym kraju, działa rewelacyjnie.

Moją kamerę szlag trafił, w sumie to nawet nie do końca, bo działać działała, ale wyłamało się gniazdo USB i ogólnie nie dało się jej naładować, ani zgrać danych. Udałem się więc do Media Markt, gdzie zakupiłem sprzęt. Tam naprawy gwarancyjnej nie dało się zrealizować z powodu uszkodzenia mechanicznego. No trudno, grzecznie wręczono mi namiary na znajdujące się Allah, Bóg i Michael Jordan raczą wiedzieć w jak małej wiosce, FreeWay.

Mail, po dwóch godzinach odpowiedź, sprzęt wysłany. Sam. Bez zbędnych dodatków. Po 4 dniach do drzwi puka mi kurier. Wręcza przesyłkę. W środku jest nowiutka kamera GoPro Hero 3 Silver+, dodatkowa bateria (chyba moja z poprzedniej kamery) oraz kilkanaście naklejek i smycz GoPro.

free-way-gopro

Rewelacja.

Ale to nie wszystko. FreeWay do przesyłki dołączyło też list (pewnie z mojego odręcznie napisanego bazgroła mieli niezły śmiech, ale trudno), w którym:

  • po pierwsze wyjaśniono mi, że moja reklamacja została uznana i w związku z tym, że Hero 3 Silver jest nieprodukowane, a naprawa nie będzie realizowana, wysłano mi nową kamerę,
  • po drugie zaznaczono, że urządzenie posiada najnowsze dostępne oprogramowanie,
  • po trzecie wspomniano i przypomniano mi o rekomendowanych przez producenta kartach pamięci, które pozwalają na nagrywanie materiału w formacie 4k, 2.7k i Protune (wypisano także listę kart, które działają w ten sposób)
  • po czwarte zaznaczono także, że mój nowy sprzęt ma dwa lata gwarancji.

Pod tym wszystkim pieczątka, podpis, na górze nagłówek, data, etc. Standard i profeska zarazem.

FreeWay po prostu kupił mnie swoim podejściem do klienta. Reklamację rozpatrzono ekstremalnie szybko, bo w zaledwie 48 godzin.

I fuck you haters, będę chwalił takie de facto normalne, ale jakże jednak w naszym kraju niespotykane zachowanie. I fuck you again, FreeWay nie wiedział, że jestem blogerem, wielką gwiazdą świecącą na firmamencie gwiazd największych i najjaśniejszych. Na pewno nie potraktowano mnie ekstra, bo jestem taki zajebisty. FreeWay nie płaci mi też kasy za to, że piszę o nich tutaj dobrze, ani nie dał mi nic w hasztagu #darylosu.

Oni po prostu zachowali się tak, że make my day, po prostu potraktowali swojego klienta poważnie i z szacunkiem. Oni wiedzą, że nasza podróż rozpoczęła się w momencie kiedy mój sprzęt się spieprzył i wiedzą jak wtedy postępować.

Lubię wytknąć i pokazać pozytywy, a nie tylko jak niektórzy pluć jadem na prawo i lewo.

Zobacz też: Dwa miesiące trwało oddanie mi mojego komputera – kupimyto.pl to syf

A gdyby tak wyjść z tego bagna i pomyśleć inaczej?

Lubię chomiki. Szczury też. To takie wspaniałe zwierzątka, które bez większego zastanowienia potrafią wejść na to małe, plastikowo-melatowe ustrojstwo, i biegać bez celu w kółko.

Pomimo tego, że ludzie lubią biegać na bieżniach w siłowni, gdzie podobnie jak chomiki i szczury zapieprzają w miejscu, to jednak lepiej czasem zejść z tej karuzeli prowadzącej zupełnie donikąd.

Byłem malkonentem, ale życie pieprznęło mną o ziemię kilka razy i nauczyłem się przerywać błędne koło. Szukać rozwiązań innych niż te, które wydają się być jedynymi możliwymi.

Chomicza sytuacja ma miejsce we Wrocławiu od kilkunastu ładnych miesięcy. Pisałem o tym już tutaj i tutaj. Nie będę roztrząsał, który chomik ma rację w tej sytuacji, niech zajmą się tym inni ludzie. W mojej głowie urodziło się inne rozwiązanie problemu. Nie mówię, że jest jedyne, nie mówię, że jest idealne, ale jest jakieś tam, ciekawe, inne i sytuację poszkodowanych może przekuć w ewentualny sukces nie jednego, ale wielu klubów sportowych w Polsce.

Czemu Śląsk znalazł się w sytuacji, w której miasto nie chce dać mu pieniędzy? Walkę ego odstawiamy na bok. Jest tak, bo z tego co się orientuję w Polsce nie ma regulacji, które jasno pokażą w jaki sposób wydatkować pieniądze miejskie, czy gminne jeśli chodzi o sport profesjonalny.

Na chwilę obecną przyznawanie opiera się o bardzo prosty mechanizm. Mechanizm wybitnie profesjonalny, który specjaliści od spraw mało ważnych i niepotrzebnych nazwali – widzimisie.

Samorządom potrzebne jest moim zdaniem narzędzie, które jasno określi zasady sponsoringu.

Może to brzmi nieco karkołomnie, ale ja wyszedłbym daleko, daleko poza Wrocław. Uderzyłbym z omim pomysłem prosto na Wiejską. Prosto do Sejmu, pisząc projekt ustawy, który w Sejmie złoży nie kto inny, jak legenda, prezes sekcji koszykarskiej i poseł w jednej osobie – Maciej Zieliński.

Da się przy tym też budować fajny, pozytywny komunikat. Nie chcemy, aby kluby sportowe były traktowane niesprawiedliwie, dlatego uważamy, że potrzeba wprowadzić odgórne regulacje dla wszystkich jednostek samorządowych, tak aby dysponowanie budżetem na sport czy to zawodowy czy młodzieżowy, było klarowne i zrozumiałe dla wszystkich.

Bum. Szach, mat. Ustawa przejdzie? Nie wiadomo, ale wyrwaliśmy się z durnego, błędnego koła, kopania się po jądrach w nadziei, że przyniesie to cokolwiek niż przepychankę, szarpaninę i cholerny ból. Wyszliśmy też daleko do przodu, uciekliśmy z komunikatem daleko, pokazaliśmy, że chcemy zrobić coś sensownego, coś dla ogółu, bo w końcu jesteśmy siedemnastrokrotnym mistrzem kraju, jednym z najbardziej rozpoznawalnych klubów w Polsce, i tak dalej.

Bo lepiej przecież, żeby to nas goniono, niż my mamy gonić kogoś innego no i przede wszystkim fajnie zbiec z tego kołowrotka dla gryzoni.

Ale wróćmy na ziemię, przecież to i tak się nie wydarzy.

Jak nie radzić sobie w kryzysie

Ile błędów można popełnić gdy spotykamy się z kryzysem wizerunkowym?

Wiele.

Oto kilka z nich.

  • Utknięcie w klasycznym podziale ról konfliktu jako ten zły.
  • Nieumiejętność współpracy z mediami i bagatelizowanie kryzysu w pierwszych dniach jego trwania.
  • Brak planu zachowań w sytuacji kryzysowej i wynikająca z tego powodu improwizacja, która jest kolejnym błędem.
  • Brak sztabu antykryzysowego i zewnętrznego konsultanta.
  • Zwłoka czasowa.
  • Arogancja.
  • Brak kluczowego przesłania przez długi czas trwania kryzysu.
  • Brak rozpowszechnienia informacji w mediach o zaangażowaniu prokuratury.
  • Brak szybkiej reakcji na wydarzenia.

Specjaliści od komunikacji społecznej zakochani w kryzysach wizerunkowych i umiejący sobie z nimi radzić, powinni powiedzieć w tym miejscu – sporo.

Nauka, której kopiowania nie polecam nikomu, płynie prosto z klubu koszykarskiego PGE Turów Zgorzelec, który pod koniec ubiegłego roku znalazł się w poważnym kryzysie medialnym i strzelał sobie w każdą część ciała bez wcześniejszego ostrzeżenia.

To nie jest wpis dla fanów koszykówki, którzy znają sprawę i czekają, aż ktoś wyda wyrok. Nie będę to ja. Ten wpis, to nie tyrada, która ma na celu powieszenie kogokolwiek na szubienicy, nie będzie tu sądów nad tym czy ktokolwiek popełnił, czy też nie przestępstwo.

To zupełnie inny typ wpisu – to będzie wpis o kryzysie. Kryzysie, z którym PGE Turów koncertowo sobie nie poradził.

Kryzys wizerunkowy ma klasyczną oś, którą lata temu przedstawił nam Szekspir. Ma dobrego i złego bohatera. Ma też najczęściej, choć wcale nie jest ona niezbędna, ofiarę.

W przypadku kryzysu wicemistrza Polski, posiadającego ogromnego, doskonale znanego i prężnego sponsora, Polską Grupę Energetyczną, klubu ze Zgorzelca, mieliśmy wszystkie trzy składowe.

I nie bez kozery wspominam o sponsorze, bo rykoszetem, ze względu na długą współpracę i skojarzenie zespołu koszykarskiego właśnie z PGE, ten podmiot rynkowy również niejako zostaje poddany dużej próbie wizerunkowej.

Dobrym bohaterem był Adrian Markowski (były trener przygotowania fizycznego klubu), który oskarżył obecnego trenera Miodraga Rajković, że ten rzekomo wydał polecenie przeprowadzenia treningu, który miał na celu zniszczenie kolan ówczesnego gracza PGE Turowa, Łukasza Wichniarza. Po co? Klub chciał rozwiązać z nim kontrakt.

Złym bohaterem jest Miodrag Rajković i PGE Turów Zgorzelec, które rzekomo doprowadziły do takiej sytuacji. Ofiarą wspomniany już Łukasz Wichniarz.

Wpisy Adriana Markowskiego pojawiły się na zgorzeleckim forum, szybko zostały zauważone przez media.

W tym miejscu popełniony został pierwszy błąd, jeden z pracowników klubu w koleżeńskiej rozmowie dzwoni do Adriana Markowskiego. Fragmenty rozmowy pojawiają się w kolejnym wpisie na forum internetowym.

Karawana jedzie jednak dalej. Prezes klubu pytany o sytuację rzuca dziennikarzowi Gazety Wyborczej

[quote style=”2″ author=”Waldemar Łuczak”]Nie będę komentował bzdur i kłamstw[/quote]

Kilka dni później, po jednym ze spotkań Tauron Basket Ligi, trener Turowa Miodrag Rajković, wyraża się podobnie, ale w nieco bardziej stonowany sposób – stanowisko klubu jest jasne, nie będziemy komentować tej sprawy.

Trzy sytuacje, trzy strzały w kolano, kolano i pierś. Wychodzą podstawowe błędy. Brak szybkiej reakcji, brak sensownego, konkretnego stanowiska klubu, brak sztabu kryzysowego, zachowania improwizowane, które nie przynoszą nic dobrego.

Wycieczka nie przerwała jednak podróży, skoro władze klubu komentują sprawę w sposób arogancki, bagatelizuję sprawę i nie mówią tak naprawdę nic, nie są w stanie kupić sobie przychylności mediów, te drążą dalej.

Wypowiada się Łukasz Wichniarz, sprawę podobno analizowali jego prawnicy. Media dalej nie wiedzą praktycznie nic, więc komunikaty konstruowane na łamach portali sportowych dają jasno do zrozumienia, że jeśli wypowie się Łukasz Wichniarz, jego zdanie rozwikła konflikt i wskaże czy trener Turowa taką dyspozycję wydał czy nie.

Tak na marginesie jest to bzdurą, bo zawodnik ten mógł jedynie usłyszeć komunikat powtórzony przez Adriana Markowskiego.

Co robi Turów, oprócz tego, że dalej milczy? Wyciąga potężne działo i przystawia je sobie do głowy nie tą stroną, którą trzeba.

Na profilu jednego z zawodników klubu w mediach społecznościowych pojawia się zdjęcie drużyny i  wpis, aby Adrian Markowski zostawił w spokoju ten zespół, by ten mógł kroczyć do kolejnych zwycięstw i w efekcie do mistrzostwa kraju.

Dokładnie ten sam wpis pojawia się na kolejnym profilu. I kolejnym. I kolejnym. Internauci są bezlitośni, krytykują graczy, którzy dali się wciągnąć w tą sytuację. Wpisy znikają, komentarze są usuwane, co niektórzy twierdzą nawet, że nie znali sprawy i teraz dopiero zorientowali się o co chodzi.

Inscenizacja piękna, wykonanie dramatyczne. Kolejny poważny i klasyczny błąd – brak zrozumienia mediów społecznościowych, brak zrozumienia internetu i zasad w nim panujących.

Screenshot 2013-12-19 19.54.15

Efekt jest taki, że na Facebooku powstaje profil popierający Adriana Markowskiego, a kryzys się pogłębia. W tym momencie wyraźnie widać też, że w PGE Turowie brakuje osoby odpowiedzialnej za komunikację kryzysową, a próba stworzenia spójnego komunikatu wykorzystując graczy okazała się próbą porównywalną z założeniem sobie pętli na szyi i skoczeniu w przepaść licząc na to, że przeżyjemy.

W tej sytuacji spójny komunikat, który wychodzi z klubu powinien być biznesowy, konkretny, stonowany i pozwalający kupić sobie trochę czasu, a nie pseudo-partyzancki.

Wszystkie opisywane ruchy trwały około dwóch tygodni. Wszyscy związani z klubem w tej sytuacji milczeli. Nie budowali relacji z mediami, nie mieli żadnego pomysłu oprócz zaklejenia sobie ust. Czyli postąpienia najgorzej jak mogli. Komunikat Adriana Markowskiego, prawdziwy czy też nie, stał się w głowach mediów i kibiców faktem – trener Turowa dopuścił się haniebnego czynu.

Dopiero po dwóch tygodniach, na stronie internetowej klubu ukazał się lakoniczny, wyglądający jak pisany na kolanie komunikat o tym, że władze PGE Turowa Zgorzelec nie zamierzają komentować sprawy, a tej przyglądają się klubowi prawnicy.

Brak reakcji był bardzo, bardzo poważnym błędem. Taki ruch, małe oświadczenie, należało zrobić najpóźniej kilka godzin po tym jak pierwsze media zaczęły dzwonić i zadawać pytania. Co więcej, komunikat w tej sytuacji powinien wyglądać mniej więcej tak:

[quote style=”2″ author=”PGE Turów Zgorzelec”]O sytuacji dowiedzieliśmy się z mediów, tak naprawdę nie znamy tej sprawy, nie chcemy więc zajmować żadnego stanowiska. O wszystkim poinformujemy naszych prawników, którzy zbadają sprawę i wtedy zajmiemy odpowiednie stanowisko.[/quote]

Nic trudnego, zwykły standard, który jest tak naprawdę tym samym co powiedzenie, nie komentujemy bzdur, ale brzmi zupełnie inaczej. Profesjonalnie, poważnie, odpowiednio pasuje do sytuacji.

W niektórych kręgach padały także opinie, że władze PGE Turowa nie mogą komentować wszystkiego co ukazuje się na forach czy w mediach, bo robiły by tylko i wyłącznie to. Wszystkiego nie, ale w obliczu tak poważnego kryzysu, głos należało zabrać i to bardzo szybko. To wskazuje nam kolejny błąd – brak w klubie kogoś, kto czuje media i sytuację komunikacyjną – w tym przypadku dużego kryzysu wizerunkowego. W krótkich słowach – niezłego bagna, w którym znalazła się opisywana drużyna sportowa.

W tym czasie Adrian Markowski pokazuje MMS z treningu, który rzekomo ma być jakimkolwiek dowodem w sprawie, a według prawników, prokuratury (z moich nieoficjalnych źródeł) jest tylko dowodem, że trening się odbył, a były Markowski wysłał wiadomość o jakiejś tam treści. Łukasz Wichniarz w swoim, przygotowywanym przez dwa tygodnie wraz z prawnikami, oświadczeniu, oznajmia, że Adrian Markowski powiedział mu o dyspozycji wydanej przez Miodraga Rajkovića. Słowo przeciwko słowu, ale media w dalszym ciągu podkreślały istotność sprawy, a fani koszykarscy w Polsce są przekonani o winie serbskiego szkoleniowca (tak na marginesie, do spokojnych to on nie należy, co mogło potęgować wiarę w medialne doniesienia).

Wszystkie wydarzenia kryzysowe, które miały miejsce, zostały zamiecione pod dywan jedną, bardzo prostą, ale trudną decyzją. PGE Turów Zgorzelec złożył doniesienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Podejrzenie jest oczywiście skierowane w stronę własnego szkoleniowca.

Ryzykowne, ale w sytuacji, w której znaleźli się wszyscy zamieszani w aferę nazwaną WichniarzGate/TurówGate/KolanoGate (takie trzy nazwy padały m.in. na Twitterze), jest to ruch tak naprawdę bardzo rozsądny. Ruch, który powinien być podjęty 3-4 dni od eksplozji kryzysu.

Obecnie o sprawie prawie się już nie mówi, zdarzają się delikatne odwołania na forach internetowych, afera w mediach ucichła, bo została odcięta grubą kreską, którą nazywa się – sprawą zajmują się odpowiedzialne za takie rzeczy organy ścigania. To jednak nie koniec całej sytuacji, bo należy czekać na wyrok  informację o decyzji prokuratury.

Ten jeden przypadek pokazuje jednak jak bardzo można szkodzić swojej reputacji i wizerunkowi, gdy działamy bez planu komunikacji kryzysowej, nie czujemy mediów i komunikacji, nie wiemy z kim rozmawiamy i działamy improwizując.

Za opanowanie kryzysu dwója z malutkim plusikiem za pomysł prokuratury (co w moim odczuciu jest podpowiedzią z zewnątrz).

Najbardziej napompowany dzień w roku

Co robisz w sylwestra?

Czytam książkę.

Nie wiem, może jestem stary, może swoje imprezowe i alkoholowe szaleństwa w życiu już przeszedłem, a może jestem po prostu odludkiem, zgorzkniałym młodzieńcem, który nie nadaje się do funkcjonowania w społeczeństwie i nie rozumie rozrywki i dobrej zabawy.

A może po prostu mnie to wszystko nie jara.

Nie rozumiem i chyba nie chcę rozumieć powodów onanizmu tym tak wspaniałym, a dla wielu wymuszonym dniem w roku. Chyba bardziej wymuszonym i natarczywym niż pieprzone walentynki. Nie widzę sensu wydawania 300, 400 złotych na kilka godzin imprezy, którą wymusza na mnie społeczeństwo. Nie widzę w tym żadnej pieprzonej frajdy, aby iść i męczyć się wśród kilkunastu, kilkudziesięciu osób, jak nie mam na to ochoty.

Ale przecież to jest koniec roku, musisz się dobrze mawić. Tak mawiają. A gówno, nie muszę.

Nie chcę. Wcale nie widzę potrzeby, aby pędzić za tłumem i płacić za miejsce w przepełnionym lokalu 500 procent tego, co zapłacę w każdy inny dzień, w którym zmienia nam się godzina na zegarkach i data w kalendarzu.

Oh, ah. Ale tu zmienia się o jedna cyferka więcej. No i to jest powód do świętowania, jest okazja – powie mój kolejny rozmówca. Nie jestem może takim wielkim wymyślaczem jak np. Peter Jackson, albo John Lucas czy topowi menedżerowe z agencji reklamowych sprzed 30-40 lat. Umiem jednak znaleźć powód do świętowania nawet we wtorek.

Jaki? A no np. kochanie zabieram Cię na kolację i do teatru (taa, na pewno), bo założyłaś dziś rewelacyjnie wyglądającą kreację i w ogóle pięknie wyglądasz. Ot moim zdaniem lepszy powód niż sylwester.

Nie przeżyłem w swoim życiu ani jednego sylwestra, który mogę uznać za udany. Mowa o tych wychodnych. Idziesz, spuszczasz się (męczysz w sensie), ubierasz, szykujesz, musisz składać kurtuazyjne życzenia jakimś nieznajomym ludziom, z którymi nawet nie chcesz rozmawiać. A potem i tak kończy się tym, że ktoś się schlał twoim starannie wybranym i drogim alkoholem, którego nie spróbowałeś, rano masz kaca po jakimś gównie, spałeś trzy godziny (jak dobrze poszło) zgubiłeś kluczyki od samochodu, ktoś wyszedł z imprezy w twojej kurtce, a laska zwymiotowała ci na buty.

I to jest wersja optymistyczna.

W pesymistycznej dostałeś w pysk, petarda spaliła ci płaszcz i dorobiłeś się zapalenia zatok, a twoje auto ma powybijane szyby i wielkiego penisa namalowanego na masce. Bo ktoś uznał, że będzie to całkiem zabawne – przecież podpisał na dole, że wszystkiego dobrego w nowym roku sąsiedzie.

Ah, no i niezależnie od tego co się stanie, i tak pokłócisz się ze swoją dziewczyną.

Oczywiście może też być nieco inaczej, można wyjechać w góry i przy kominku dobrze się bawić z jakąś fajną laską, ewentualnie swoją drugą połówką. Można też siedzieć w hotelu w Paryżu lub na plaży w Miami.

Ale to drogie, bo przecież sylwester. Można też zostać w domu i z tą samą fajną laską ganiać się na golasa po pokojach. Można też kasę z durnego wyjścia do knajpy odłożyć i pojechać np. w jakimś ciepłym miesiącu do Disneylandu.

Albo można też iść do psychoterapeuty i zastanowić się nad tym dlaczego nie potrafisz się bawić i cieszyć z ludźmi, gdy cieszy się cały świat. Może po prostu jesteś aspołeczny?

Wybieram na golasa po Disneylandzie.

11 typów ludzi, których spotkasz w środkach komunikacji

Po sukcesie 11 typów ludzi, których spotkasz w markecie (w tym temacie dzwonił nawet TVN), ide za ciosem i ostatnio do głowy wpadł mi pomysł na – 11 typów ludzi, których spotkacie w komunikacji miejskiej i niemiejskiej, czyli dalekobieżnej.

Klaskacze

klaszczą gdy samolot ląduje na lotnisku. Nie wiem z jakiego powodu, choć cały czas wierzę, że intencje tego klaskania są dobre, ale moja głowa odbiera je nieco inaczej. Bo pilotowi się udało? Nikt w niego nie wierzył? Nawet pijany i naćpany Denzel Washington potrafił posadzić samolot na ziemi (i to do góry nogami! Czy tam kołami). Ci trzeźwi piloci, którzy dostali pozwolenie na prowadzenie takich pojazdów, chyba potrafią więc lądować. A może to podziękowanie za wspólną podróż? No cóż, zacznę klaskać w komunikacji miejskiej.

Podobno ta grupa wymiera.

Babunia sprinterka

Ledwo lezie o swojej lasce, najczęściej na głowie ma beret, ale gdy w tramwaju zobaczy wolne miejsce, okazuje się, że ma w sobie geny Usaina Bolta. Przemieszcza się niczym błyskawica, a do tego jeszcze potrafi pokonywać przeszkody jakby w ogóle nie było ich na drodze.

Cierpliwi

Są ich dwa rodzaje. Pierwsi cierpliwi to ci, którzy potrafią stanąć przy miejscu, na którym siedzisz i bezczelnie wpatrywać się, abyś je opuścił/opuściła. Gdy tego nie robisz chrząkają, krztuszą się, mówią do obcego, jaka to ta młodzież niewychowana. Co z tego, że za tobą i przed tobą jest wolne miejsce. Drugi typ, to ci, którzy za cholerę nie zejdą ze swojego miejsca, bo logicznym jest, że ten chrząkający siądzie tam gdzie jest wolne i wcale nie jest to drugi koniec pojazdu.

Bumboxowcy z demobilu

Tych jest w ostatnim czasie coraz mniej, ale ciągle jeszcze można ich spotkać. Czym się wyróżniają? Słuchają muzyki z głośników telefonów, nawet jeśli z ich kurtki zwisają przewody od słuchawek. I dzięki tym kozakom z Teletubisiami na czapce, cały autobus słucha tych pierdnięć. Ewentualnie może to być ten typ, który co prawda ma słuchawki w uszach, ale producent pomylił plus z minusem i te grają na zewnątrz, a nie do środka.

Zjadacze

Nie ma ich w komunikacji miejskiej, a przynajmniej nie są tak uciążliwi, jak ci których spotkamy na nieco dalszych trasach. W pociągu, autobusie pomiędzy Warszawą, a Wrocławiem nieocenionym jest zapach suchej myśliwskiej, albo innej wędzonki. Mistrzem są też ci z jajkiem schowanym głęboko w czeluściach swojego przenośnego chlebaka. Mój rekord? Po minucie od tego gdy kierowca odpalił silnik w autobusie, czułem już kiełbasę, a kilka siedzeń przede mną słychać było mlaskanie i mruczenie.

Cichociemni

Albo w prastarym języku tak zwani gapowicze. Rozglądają się po autobusach i tramwajach w poszukiwaniu kanara. Wyglądają przezabawnie, zwykle są przestraszeni obecnością kogokolwiek, a gdy tramwaj doczłapuje się do przystanku, dostają ataku serca.

New Age

Nieodłącznym elementem ich podróży jest cokolwiek związanego ze sprzętem elektronicznym, co niekoniecznie jest telefonem komórkowym. Tablet, czytnik e-booków, laptop, a na uszach słuchawki. Generalnie są nieszkodliwi, a najczęściej pracują, siedzą na Facebooku, oglądają filmy lub czytają książkę. Irytują się tylko kiedy obiecany w środku transportu internet nie działa. W komunikacji miejskiej ten typ najczęściej trzyma w rękach telefon komórkowy, choć zdarza się spotkać kogoś z … przenośnym odtwarzaczem DVD.

Niespełniony rajdowiec

Jeśli ktoś porusza się komunikacją miejską doskonale wie o czym piszę. To ten facet za kierownicą, który rusza jakby chciał aby opony w Ikarusie zapiszczały, a hamuje jakby opóźnienie tej czynności miało dać mu cenne sekundy na mecie. Generalnie gość zachowuje się jakby całą noc wciągał coś do nosa, lub na śniadanie popijał kawę Red Bullem. W tramwajach są i tacy, którzy chyba uczyli się na informatyków i znają tylko dwa położenia pedału gazu – 0 i 1.

Palacz

Nie, nie pali w autobusie, tramwaju, pociągu czy helikopterze. Ale śmierdzi tak, jakby zamiast perfum miał we flakoniku dym papierosowy i codziennie rano siedział po kilka godzin w saunie z tymże dymem.

Śpioch

Nie wiadomo dlaczego śpi. Może miał nockę w pracy, może nie spał w nocy i jedzie do pracy, może wraca po imprezie do domu, albo cokolwiek innego. Fakt jest jednak taki, że po prostu śpi. Raczej nikomu nie szkodzi, a budzi się najczęściej nie po tej stronie pętli, po której by chciał. Często łączony z pijakiem, więc tej kategorii nie będę rozwijał z osobna.

Wiecznie chory

Nie jego czy jej wina, że ma szefa sadystę i nie może wziąć wolnego nawet kiedy z nosa lecą smarki, a kaszel jest częstszy niż mruganie powiek. Kicha, smarka, kaszle, a najczęściej przytrafia się to w momencie, kiedy cały autobus czy tramwaj jest tak zapakowany, że sardynki w puszce czułyby komfort niczym w hotelu w Dubaju. No i oczywistym jest, że kaszle właśnie na ciebie.

Są jeszcze ci, których można spotkać w komunikacji w nocy. Ale to już zupełnie inna historia.

Zobacz też – 11 typów ludzi, których spotkasz w markecie

Mam pomysł na życie – będę politykiem

Słucham ostatnio tego co gadają do mnie w telewizji. Słucham i słucham tych mądrości, tych wielkich ideologicznych i genialnych wywodów i w końcu wymyśliłem.

Będę politykiem.

To nie może być trudne. To nie jest trudne.

Po prostu nie może, no nie ma takiej możliwości.

Wymyśliłem już sobie nawet program. A do tego nieźle wyglądam w marynarce i koszuli (a co dopiero jak włożę cały garnitur), nawet jak jestem nieogolony.

fot. Maciej Pałka

Będę przeciwnikiem aborcji, to wtedy pokochają mnie wszystkie matki, które tymi matkami nie chcą zostać i poza tym to takie dyplomatyczne. Oczywiście jako jeden z pierwszych będę walczył do samego końca o redukcję przywilejów poselskich, obniżenie diet, funduszy na biuro i podróże. Dzięki temu pokochają mnie ludzie, bo powiem im wprost, że jestem tam, w tym zaszczytnym miejscu, nie dla siebie, ale dla nich.

Obniżę podatki, bo sam wiem jak mocno na tym cierpię. Wspomogę małych przedsiębiorców, którzy mają kłopty i narzekają na ogrom regulacji, które często doprowadzają ich do szału albo i bankructwa. Dzięki temu będziemy mogli z automatu podnieść płace. Nie będziemy też dawali wielkich ulg wielkim koncernom, które wyzyskują nasze ziemie.

Aby usatysfakcjonować homoseksualistów opowiem się za adopcją, związkami partnerskimi etc.

Ewentualnie będziemy poddawać to pod dyskusję, tak aby odłam narodowościowy nie był pokrzywdzony. Uznam, że 10 kwietnia to najważniejszy dzień dla całej historii Polski i jej narodu, wyprzedzające nawet o kilka długości odzyskanie niepodległości.

Będę chodził z żoną (podstawioną) i dzieckiem do kościoła, modląc się zaszczytnie i szczerze. Ale zniosę też księżom

Zalegalizuję marihuanę, ale tylko do grama posiadania. Tym samym zakochają się we mnie małolaty, ale i powiem, że jest to genialny ruch jeśli chodzi o naprawę dziury budżetowej.

A w telewizji będę coś tam gadał. Jak powiedzą mi, że to nie ma sensu, zmienię zdanie, bo przecież ewoluuję, uczę się, a świat ciągle się zmienia i musimy się do niego dostosowywać.

Gdy już miną cztery lata, wymyślę sobie kolejne piękne obietnice, a także zaznaczę, że cztery lata to za mało, aby zrobić cokolwiek znaczącego.

W razie potrzeby oczywiście jestem na tyle elastyczny, aby mój program dopasować do oczekiwań naszego przepięknego i demokratycznego przecież społeczeństwa.

Parafrazując nieco słynne już i dość zabawne słowa o lepszym życiu – wszystko dla ludzi i ich dobra.

Zastanawiam się tylko nad tym jak poradzę sobie w wystąpieniach publicznych. Mam z tym malutki problem, bo kilka pierwszych minut takiego wydarzenia, to zwykle dla mnie sporo stresu. Mam jednak także i plan na to – po prostu będę ćwiczył, ćwiczył i jeszcze raz ćwiczył.

Zresztą, nie będzie wielkiego problemu. Na początku poradzę sobie sam, ale po chwili, gdy już zacznę nieco świecić, dobiorę sobie znakomitych doradców. Tak jak w serialach, Scandal, albo House of cards. I jakkolwiek by to nie brzmiało – a brzmi jakbym żył w świecie filmu – to mówię całkiem poważnie. Oni zrobię ze mnie polityczne zwierzę – jak Kevin Spacey we wspomnianym już House of cards.

Kevin-Spacey-House-of-Cards-Netflix

Szybko dostosuję się też do poziomu i stylu panującego w internecie politycznego dyskursu. Złośliwości, obrzucanie się błotem, wybiórcze wskazywanie na potknięcia i głupie słówka – na to trzeba się uodpornić i idąc z prądem budować swoją popularność. Twittera już mam, narzędzie jest więc gotowe, należy tylko zmienić zainteresowania.

Bo ciekawe, czy ktoś byłby w stanie przebić się w tym środowisku, kiedy byłby prawdziwym dyplomatą z klasą.

Zobacz też: O butach, które będą pasowały do mojego politycznego stroju

Zlinczuj rzecznika, bo puściły mu nerwy

Niektóre rzeczy na świecie są pewne. Śmierć, coroczna edycja NBA 2K, podatki czy to zakichane moralizatorstwo, gdy ktoś powie coś nie pasującego do panującego wzorca.

A za to, co ostatnio delikatnie grzmotnęło w internecie, powinniśmy dziękować.

Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych zachował się niewiarygodnie nieprofesjonalnie, bezczelne. Wojciechowski zachował się jak żółtodziób. Bez dwóch zdań nie utrzymał ciśnienia, był sfrustrowany czy cokolwiek innego. Prawda jest taka, że nie powinien.

Funkcja rzecznika prasowego jak każdy inny zawód, ma swoją specyfikę. Ten musi odbierać telefon nawet w środku nocy i za każdym razie zachować zimną krew, profesjonalizm i wykazywać się elokwencją.

Rzecznik prasowy jest taką trochę panienką na telefon. O, jak ładnie wyszło. :-)

Tak wygląda to w idealnym świecie. W rzeczywistości nie zawsze telefon można podnieść, nie zawsze powinno się go podnosić.

Bo rzecznik prasowy, do cholery jasnej, ma prawo do prywatności. Takie samo jak policjant, strażak, pracownik supermarketu, prezes dużej firmy, prezydent, jakikolwiek inny polityk i Ty.

Wojciechowski popełnił błąd odbierając telefon. Skoro był zajęty mógł kulturalnie zrzucić połączenie i napisać wiadomość, że oddzwoni jak najszybciej. Powód jest nieważny, mógł siedzieć w toalecie mając rozstrój żołądka.

Odebrał. W tej sytuacji mógł powiedzieć, że udzieli wypowiedzi za godzinę, dwie, jak już będzie wolny. Lub rano. Zrobił najgorzej jak mógł, w formie która jest nam doskonale znana – użył sobie, niby śmiesznej, niby zgrabnej, ale tragicznej jednak metafory.

A bezczelny (tak, pisze to całkiem poważnie) dziennikarz, popłakał się niczym mała dziewczynka, której zabrano zabawki. Sam niejednokrotnie spotykałem się z dużo gorszymi tekstami z ust przedstawicieli jednej czy drugiej instytucji. Najczęściej – może dlatego, że jestem miękki, może dlatego, że wolę utrzymywać raczej dobre relacje – mówiłem, że to może zły moment na rozmowę lub po prostu szybko informowałem czego potrzebuję i kiedy możemy się skontaktować.

Rozumiem, że media również nie wytrzymały ciśnienia. Materiał miał być przygotowany szybko, a bez wypowiedzi rzecznika był o niczym.

Wymiotuję jednak tym bełkotem, który  pojawił się w mediach. Każdy jest świętszy od świętego, każdy nagle jest pieprzonym, przeolbrzymim zawodowcem. Właściciele agencji, piarowcy to po prostu dyplomaci, którzy opisują idealny stan. Zapominają tylko, że nie żyją w idealnym świecie.

Dziennikarze? Tym też można wiele zarzucić. Zapraszam w odwiedziny do jakiejkolwiek redakcji, nawet (a w zasadzie w szczególności) w działach kultury, usłyszycie słowa generalnie uznawane za niecenzuralne, a czasem takie zbitki, że stali bywalcy zakładów karnych mogą się dużo nauczyć. Słyszałem na własne uszy, używałem, zachowywałem się podobnie.

Zapraszam do zapoznania się z oryginalnymi wypowiedziami wielu rozmówców, a potem do przeczytania tego w tekstach. A potem w kolejnym medium, które wypowiedź cytuje za źródłem. Dodając coś tam od siebie, coś tam zmieniając.

Robi się z tego zabawa w pieprzony głuchy telefon. Wiem, bo nie raz spotykałem się ze swoimi przerobionymi cytatami, których udzielali mi sportowcy, nie raz sam nadużywałem i wycinałem je z kontekstu. Nie raz mówili mi o tym znajomi z agencji, rzecznicy prasowi, którzy udzielali wypowiedzi komuś innemu.

Wojciechowski przeprosił. Słusznie. Co miał innego zrobić, skoro wiedział, że popełnił błąd i najwyraźniej zapomniał, że w tym świecie wystarczy siedem sekund, żeby być bohaterem i kolejne dwie, aby zostać zlinczowanym.

Czy w ogóle stało się coś strasznego? Absolutnie nie, tylko fajnie sobie o tym trochę popieprzyć i dodać lansu wpisując się w ogólny schemat, który będzie klepał po plecach i nie urazi niczyich uczuć.

Jak ja tutaj.

Proste, bezkosztowe pomysły promocyjne dla sportu

Stworzyłem mini-poradnik dla klubów sportowych, w którym znajduje się kilka pomysłów na szybkie i łatwe akcje promocyjne. Przeczytajcie wstęp. Całość (do ściągnięcia) jest dostępna na końcu wpisu.

Zastanawialiście się kiedyś co zrobić, żeby Wasi fani byli nieco bardziej zadowoleni? Ja tak bo …

Wchodzę. Klikam. Widzę info o meczu i … wielką pustkę. No czasami jeszcze wideo, albo jakiś pseudo wywiad.

Strony internetowe klubów sportowych nie oferują mi żadnej dodatkowej jakości informacji, żadnych treści, merytoryki, której chciałbym na tyle by ponownie pojawić się na tej witrynie. Info o meczu, relacja z niego i kilka zdjęć to stanowczo za mało. Tyle daje mi aplikacja TBL, którą odpalam, widzę 3 podstawowe info i wychodzę. Nie wchodzę na strony klubów koszykarskich z Polski z telefonu, ani iPada, bo … chyba żaden klub nie ma wersji responsywnej i muszę scrollować, pomniejszać, powiększać jak w średniowiezcu.

Nie będę jednak jeździł jak po burej – wiecie kim – zamiast tego, zaproponuję kilka rzeczy, które mogą sprawdzić się w działaniu. Znajdziecie tu i sprawy techniczne i projekty typowo komunikacyjne.

Btw, uprzedzając fakty, dalej jestem zdania, że używamy za mało hashtagów na Twitterze.

Niektóre z działań komunikacyjnych są prowadzone. Nie są one jednak standardem.

Ten krótki know-how został podzielony na dwie części – narzędziową i komunikacyjną.

Jako jednak, że promuję bloga, to treść jest dostępna w postaci mini-poradnika do ściągnięcia za link umieszczony na Twitterze lub Facebooku.

Kliknij po prostu w ten butonik poniżej :-)

Siwiec na Social Media Day? Ja to kupuję

Głupia bźdźiągwa, która zrobiła karierę fajnym tyłkiem i dobrym cyckiem.

Tak mówią internety.

Natalia Siwiec wystąpiła podczas Social Media Day Poland we Wrocławiu. I oczywiście została storpedowana, bo jest głupia, pusta i nic innego nie umie tylko pokazać cycki i dupę.

Może jest, nie wiem, nie znam jej. Nie można jednak odebrać jej jednego. W tym świecie, świecie celebryctwa, Natalia Siwiec jest kimś, kto wie jak wejść na szczyt.

Ktoś powie – przez fajną dupę i cycki. No bo tak de facto było.

Ale mało to jest w Polsce dziewczyn/kobiet, które mają ładną pupę i nie boją się jej pokazać? Wystarczy wejść na Fotkę, Sympatię, Odloty inne portale randkowe czy Showup. Do wyboru do koloru.

Siwiec wykorzystała sprawdzony mechanizm, który wcześniej (przypadkiem lub nie) stworzyła Pamela Anderson. Siwiec (albo ktoś jej bliski) przeprowadziła badania, zobaczyła co poprowadziło Pamelę na sam szczyt i niczym biegacz przygotowujący się do maratonu, wyznaczyła sobie cele, punkty kontrolne i na czekliście odznaczała kolejne to dokonania.

Bo nie wiem czy wiecie, ale Pam została wypatrzona podczas meczu futbolu amerykańskiego w 1989 roku. Jej 21-letnia, piękna twarz i fascynujące ciało budziły zachwyt męskiej części publiczności. A potem był już Playboy, Słoneczny Patrol (ah, jak one biegały), kolejne sesje zdjęciowe, spotkania z celebrytami i gwiazdami muzyki, jakiś film jeden i drugi.

Ogólnie szampan, kawior, drogie hotele i luksusowe łódki.

Ten case study wykorzystała Siwiec. Wykupiła drogie, fajne miejsca na warszawskim stadionie, kiedy podczas Euro 2012 pojawiła się na nim nasza rewelacyjna, przewspaniała reprezentacja. Włożyła ładną sukieneczkę w barwach Polski, która odkrywała 3/4 piersi, ładnie się uśmiechała i czekała na to co ma nadejść.

d9fa15bb07

Potem założyła konta na Facebooku, Instagramie, Twitterze. Pokazuje na nich siebie, a mówiąc bardzo dokładnie – sprzedaje.

Podczas wystąpienia na Social Media Day powiedziała otwarcie, że faceci szukają seksownych pośladków, a dupa rządzi światem.

Niestety nie widziałem tego wystąpienia, ale jeśli ktoś uważa, że Natalia Siwiec nie jest dobrym case study i woli słuchać kolejnej paplaniny teoretyków, niech szybko zabiera zabawki do innej piaskownicy.

Siwiec jest praktyczką, zrobiła dokładnie to o czym mówią teoretycy. Jest genialnym piarowcem, bo zaplanowała i zrealizowała swoją kampanię. Być może (i najpewniej) jej geniusz jest chwilowy i jednostkowy, bo to samo nie zadziała w innym przypadku, nawet tak samo lub i bardziej atrakcyjnej kobiety.

Przypadek, a w sumie historia sukcesu, Natalii Siwiec nie jest oczywiście niczym nadzwyczajnym. Mieliśmy już Frytkę, Dodę czy Jolę Rutowicz. Ta pierwsza i trzecia były jednak tylko marnymi wydmuszkami, które zaistniały przez przypadek. Doda miała i ma głos, a dołożyła do tego sprzedajace się pośladki, trochę seksu, przekleństw i krzykactwa.

Dla mnie to co robi Siwiec, to w stu procentach przemyślane działania, które przy tak mocno stojących na szczycie mediach społecznościowych i coraz większej koncentracji na lifestyle, są jednym z lepszych case studies na rynku.

Obraźliwe komentarze pod jej adresem? Jakie to nieładne i nieeleganckie, że taka osoba dostała zaszczytu prowadzenia wystąpienia na uczelni wyższej? Generalnie myślcie sobie co chcecie. Pasuje do wystąpienia na Uniwersytecie Wrocławskim? Pewnie nie, bo wszyscy są przyzwyczajeni do Michała Sadowskiego, Dominika Kaznowskiego, Pawła Tkaczyka czy Tomka Tomczyka, którzy mówią bardziej naukowo, popierając to praktyką.

Ale czy Siwiec pasuje do wystąpienia o realizacji siebie i sukcesie, który odniosła dzięki mediom społecznościowym?

Jak najbardziej tak.

Kasy nie ma i nie będzie

Krótki wypad do Barcelony i po powrocie do Polski cofnąłem się o kilka miesięcy. Pierwszy mail jaki odebrałem to informacja o tym, że dziś (27.11.2013) jest spotkanie komisji sportu we Wrocławiu i najpewniej koszykarski Śląsk ponownie nie dostanie pieniędzy na swoją działalność (mimo jakichś tam obietnic).

Gees. Powtórzę się w dużym skrócie – tak, generalnie uważam, że Śląsk finanse powinien dostać. Ale – i to bardzo istotne – miasto nie ma takiego obowiązku, aby dofinansowywać każdy sport w mieście. Powodów podawać nie musi.

Powtórzę się też w mniejszym skrócie, bo poniższe teksty (specjalnie nie redagowane), generalnie oddają dejavu, którego doświadczam.

Enjoy, jeśli ktoś nie czytał na moim pierwszym blogasku, Difensie.

Wrocław Śląska nie kocha – 21.05.2013

Według niepotwierdzonych do tej pory informacji – ćwierkałem o tym kilka dni temu – Wrocław nie da ani złotówki na koszykarski Śląsk Wrocław. Na Śląsk, który kilkanaście dni temu awansował do Tauron Basket Ligi i powrócił w należne sobie miejsce.

Obecnie nie wiadomo czy nieoficjalne przecieki, które twierdzą, że miasto nie da pieniędzy są równoznaczne z tym, że można zapomnieć także o jakiejkolwiek umowie barterowej ze spółką miejską Spartan i ewentualnym udostępnianiu hali Orbita za (teoretyczne) darmo.

Tak na marginesie, zarządzanie samą halą, chce podobno przejąć od Spartana firma Impel.Ciekawe jak zakończy się ta sytuacja.

Śmieszną jest natomiast sytuacja, z którą spotyka się koszykarski Śląsk Wrocław. Czasem mniej czasem bardziej umiejętnie skrywana niechęć miasta do tego podmiotu jest po prostu zabawna. Rozumiem, że magistrat wcale nie musi wspierać prywatnego podmiotu jakim jest WKS Śląsk Wrocław.

Rozumiem też to, że miasto nie musi dawać pieniędzy na sport zawodowy, bo przysłowiowy Kowalski (który w tym danym mieście płaci podatki) może chcieć, aby jego pieniądze zostały przekazane na operę, teatr, place zabaw dla dzieci czy ścieżki rowerowe.

To co dzieje się jednak we Wrocławiu absolutnie nie dotyczy kwestii niechęci do sportu obywateli tego miasta, nie dotyczy też tego, że miasto nie daje środków na sport zawodowy czy w ogóle na sport.

Sprawa dotyczy tylko niechęci do tego jednego podmiotu (miasto wspiera piłkę nożną, ręczną, siatkówkę i koszykówkę w WKK). Przypomnijmy sobie, że przecież Wrocław i Rafał Dutkiewicz, jeszcze dwa lata temu z wielką chęcią dzielili się miejskim budżetem z koszykówką. Tylko, że była to koszykówka, którą swoim nazwiskiem firmował Przemysław Koelner. I absolutnie nie można mieć pretensji do wrocławskiego biznesmena o to, że dofinansowanie przyjął. Można tylko zastanawiać się, dlaczego magistrat dawał pieniądze tamtemu podmiotowi i nie jest chętny na finansowanie Śląska firmowanego oficjalnie nazwiskiem legendy sportowej Wrocławia – Macieja Zielińskiego.

Kilka przedziwnych odpowiedzi usłyszałem. Podobno władze miasta twierdzą, że pieniądze dla WKK były przeznaczone na szkolenie młodzieży, a nie na sport zawodowy, a to jak zostały wydane, to już nie sprawa magistratu.

Piękny bullshit. Po co była więc konferencja – wracamy do ekstraklasy, miasto daje pieniądze.

Poza tym skoro więc miasto nie chce wspierać sportu zawodowego (co wiemy, że jest nieprawdą), rozumiem, że 12 milionów pożyczki na piłkarski Śląsk poszło na młodzież i boiska we Wrocławiu, 7.5 miliona ze Spartana (o czym ostatnio pisał dziennikarz Gazety Wyborczej Wrocław, Jacek Harłukowicz), przeznaczono na trawę na stadionie, a 4 miliony z MPWiK na tej trawy podlewanie.

Kupując jednak to, że miasto chce dać pieniądze na młodzież, zakładam się, że nie będzie żadnego problemu, żeby ekstraklasowy Śląsk przyjął pieniądze, które celowo będą przeznaczone na szkolenie grup młodzieżowych klubu.

Ciekawe jest też to, że miasto bardzo długo kupowało sobie czas, aby ogłosić decyzję o finansowaniu (lub nie) Śląska. Magistrat zwlekał, odpowiadał, że najpierw koszykarze musza wywalczyć awans, a wtedy będzie można rozmawiać.

Stało się więc bubu. Awans został wywalczony, więc ostatni kontrargument – brak ekstraklasy – został z rąk władz miasta wytrącony. Oficjalnej decyzji dalej jednak nie ma, a przecież można by się pochwalić – to nasi chłopcy, to Wrocław, my im pomożemy, bo chcemy być sportową potęgą. Po co jednak, skoro to jest gra ego, a nie dobra czy promocji miasta i sportu.

Z mocno nieoficjalnych informacji wiem, że w niedługim czasie mają być prowadzone jeszcze próby rozmowy z władzami miejskimi czy też członkami komisji sportu.

I wcale nie chodzi o to, że Śląsk żebra o pieniądze, bo bez wsparcia miasta sobie nie poradzi. Pewnie sobie poradzi, ale z przychylnością magistratu na sto procent będzie łatwiej.

Jak ewentualne rozmowy i próby uzyskania dofinansowania się zakończą? Przewiduję ciężką batalię, ale poczekajmy na rozwój wydarzeń.

Wielki klops zamiast Money-Gate – 04.06.2013

Mieliśmy doczekać się kolejnego, polskiego -Gate. Nazwa, którą moglibyśmy operować toMoney-Gate. Udział w niej biorą, choć nieco w cieniu, przedstawiciele koszykarskiego Śląska, całe środowisko koszykarskie we Wrocławiu oraz – po drugiej stronie barykady – władze miasta z prezydentem Rafałem Dutkiewiczem na czele.

Kilkanaście dni temu pisałem na blogu, że Wrocław Śląska nie kocha i nie da pieniędzy na ekstraklasową koszykówkę spod herbu Śląska.

Okazuje się, że samo nie w kuluarach nie wystarczy, bo władze Śląska Wrocław z Maciejem Zielińskim i Michałem Lizakiem na czele postanowiły wytoczyć ciężką artylerię i jak na prawdziwych wojskowych przystało, powalczyć o teoretycznie utracony teren.

Śląsk wytoczył ciężką artylerię – jaką, to już wszyscy doskonale wiedzą. W internecie pojawiły się już artykuły, które opisują całą sytuację, a na kanale Śląska na YouTube można zobaczyć nagranie z całej konferencji prasowej, którą klub zorganizował w poniedziałek 27 maja.

Prawdę mówiąc spodziewałem się, że po takim kategorycznym wypunktowaniu prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza, w mediach będzie się gotowało. Miałem wrażenie, że władze Śląska wkładają nieco kij w mrowisko, że będzie próba odparcia ataku ze strony miasta i w końcu, że ktoś spyta władz czy dały pieniądze, mają zamiar dać, czy w końcu nie chcą dać i pomóc koszykarskiemu Śląskowi.

A w lokalnych dziennikach i portalach internetowych pojawiły się tylko suche informacje – Śląsk chce, Śląsk buduje budżet, Śląsk dzwoni do Dutkiewicza.

Gdyby taka sytuacja spotkała – po raz kolejny – piłkarski Śląsk, lub jakikowliek inny klub T-Mobile Ekstraklasy, musiałbym prosić Zygmunta Solorza, aby jak najszybciej wprowadził nową usługę internetową i zamienił bardzo szybkie LTE na ultraszybkie (nieistniejące przecież) HSDLTE (czy jak tam się nie będzie nazywał następca LTE), bo dotychczasowe łącza nie dawałyby rady w dosyłaniu do czytników kolejnych informacji o tego typu akcji.

Prawdę mówiąć, takie sytuacje jak obecna, źle wpływają na moje zdrowie psychiczne i nerwy. To pokazuje dobitnie w jakiej sytuacji i kondycji znajduje się koszykówka w Polsce. Tą nie interesują się już nawet dziennikarze. Być może dlatego, że szef działu lub redaktor naczelny czy też wydawca powiedzieli – Koszykówka? Nie, tego nie damy na czoło.

Po Prokom-GateStelmach-GateHodge-Gate etc, mogliśmy mieć kolejny materiał, który pozwalałby koszykówce pojawić się na głównych sliderach (przynajmniej) portali sportowych. Informacje nie niosły by za sobą pozytywnego sentymentu, ale niestety, to właśnie te negatywne, nacechowane aferą, przebijają się wysoko.

Zamiast tego mamy wielki klops.

Oczywistym jest, że Śląsk stara się poprzez media wpłynąć na decyzję miasta i pokazać, że władze są be i nie chcą pomóc 17-krotnym przecież mistrzom kraju. Oczywistym jest, że wiele osób ze stolicy Dolnego Śląska nie zgadza się z tym, aby miasto dawało pieniądze na Śląsk. Jeszcze inni jeszcze upatrują w tym walki politycznej i skoro tak jest, niech na ten Śląsk pieniądze wykłada nie miasto, a druga strona tej walki.

Każda z tych osób jakieś jak i swoje racje ma, ale cała sytuacja sprowadza się tylko do jednego.

Jeśli zostawimy całą wojnę poza nami, jeśli zostawimy ją tym, którzy chcą w nią grać i pomyślimy tylko o sprawach sportowych. Tylko o tym, że na parkiety ekstraklasy wraca wielokrotny mistrz Polski. Drużyna, która wyprzeda hale w obcych miastach i my chcemy po prostu oglądać odradzającą się we Wrocławiu koszykówkę, a w najbliższej przyszłości może i walki o tytuł, VTB, Euroligi.

Jeśli pomyślimy o tym, że być może jest to początek zmian w polskim baskecie i (miejmy nadzieję) początek przywrócenia koszykówce statusu sportu dla 2 milionów Polaków, a nie 17 tysięcy, to może zdamy sobie sprawę z tego, że taka cisza, obojętność i wytykanie palcami kolejnych politycznych napierd*&# pomiędzy facetami spoza naszego zasięgu prowadzi do niczego innego, tylko jeszcze większego zapomnienia o tym najpiękniejszym na świecie sporcie.

Wolałbym więc, aby w na Dolnym Śląsku i w całej Polsce w powietrze wyleciała bomba o nazwie Money-Gate, niż tą przerażającą ciszę oznaczającą pustkę.