AutorSzczepan Radzki

The Knick? … Nie, dziękuję

1408889532_full.jpeg

Chyba jestem znakomitym przykładem faceta mięczaka. Prawie dwa razy zemdlałem na pierwszym odcinku serialu The Knick. Drugiego już nie zobaczę, bo sama myśl o tym, aby oglądać kolejny epizod, spowodowała odpływ krywi z mojej głowy.

A chciałem, bo Clive Owen to fajny aktor.

Czytałem pobieżnie kilka recenzji, które pojawiły się w necie. Autorzy zachwycali się scenami, w których flaki latają po całym ekranie, goście wkładają kobiecie ręce do rozciętej jamy brzusznej, krew leje się jak wódka na dobrym wieczorze kawalerskim i można ją zlizywać ze striptizerki. Wódkę, nie krew.

Tak zwane realne sceny chirurgiczne, niektórych wprawiają w wielki zachwyt. Mnie wprawiły w wielkie omdlenie. Nie było w tym nic ciekawego, nic fajnego, nic interesującego i wybitnego. Dla mnie, były to sceny obrzydliwe.

Generalnie musiałem otwierać okno, żeby do mojego mózgu dostało się więcej tlenu i żebym nie zsunał się z kanapy jak mały dzieciaczek, któy po raz pierwszy zobaczył krew. Ostatnio coś podobnego przeżyłem podczas seansu Law Abiding Citizen z genialnym w swojej roli Gerarderm Butlerem.

Pamiętacie, scena, w której bezduszny (już) Butler opowiada mordercy jego żony i córki, co dokładnie mu zrobi, kiedy ten będzie przytomny. Wytnie oko, urwie język, wbije gorący pal w jądra czy coś w tym stylu, gdy ten będzie dostawał adrenalinę, aby czuć wszystko. Moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach.

W The Knick … nie musi, wszystko widać. I naprawdę nie jest to –  przynajmniej dla mnie – przyjemny widok.

Krew i flaki mogą latać po ekranie w jakimś filmie gdzie Bruce Willis strąca helikopter z nieba przy użyciu samochodu. Albo inny Sylverster Stalone morduje całą chińską armię jednym nożem i połową magazynku w Berecie. Nie, nie nakryciu głowy, takim pistoletem.

Ale The Knick ma coś w sobie. Ktoś mówi pisze, że to kolejny House, tak długo poszukiwany i wyczekiwany. Tak, widać podobieństwa. Uzależniony od heroiny, lekarz, podobno genialny, wredny i bezwzględny. Podobno też problematyczny. Tego się niestety nie dowiem.

Mimo tego, że nie przepadam za filami w takim klimacie, wolę świat współczesny, albo w 100% kostiumowy, to świetnie ogląda się Nowy Jork z roku 1900. Wartość w The Knick to na pewno pokazanie schematów zachowań tamtejszej służby zdrowia (i pewnie wielu, wielu innych, o czym nie przekonam się z oczywistych względów) ponad 100 lat temu. Wiecie, bicie się (dosłownie) o pacjenta, by potem wyciągać od … w sumie nie wiem kogo, bo nie pokazali tego w filmie, kasę.

Jak ktoś ma mocne nerwy, polecam. Jak nie, lepiej zobaczcie The Last Ship, w którym trawa jest zielona jak nigdzie indziej, niebo niebieskie jak w Photoshopie, a ludzkość może uratować tylko archetyp gladiatora i bohatera – amerykański żołnierzyk w stylu G.I. Joe. Niech Michael Bay robi lepiej Transformers.

To miał być najlepszy seks mojego życia

Dlaczego niektórzy ludzie zamiast seksu powinni uprawiać rolę i nigdy nie posiadać dzieci? Dowiecie się po przeczytaniu tego tekstu. I przyznacie mi rację.

Spotkałem ją w klubie. Była chyba dwunasta. Na skraju ulicy, skraju mego miasta.

Znacie te słowa? Moje pokolenie zna doskonale, bo właśnie tymi słowami raczył nas lata temu Liroy, gość który chyba jako pierwszy publicznie na KASETACH zaczął przeklinać. Nie mogliśmy tego słuchać w domu. A musieliśmy, chcieliśmy i robiliśmy to jako 11-13 latkowie. Po kryjomu.

Wracając do wstępu. Spotkałem ją na skraju mego miasta. Na lotnisku. Nie był to może klub, ale prawie.

mccallan4

Lotniskowy bar wystarczył, żeby nalać sobie i jej do szklanki nieco whisky. Kilka razy. Uwagę zwrócił na mnie jej ubiór i interesująco wyeksponowane kobiece atrybuty. Była, a w zasadzie jest, stewardesą. Urodziwą Czeszką. A wiecie panowie jak one wyglądają i jak działają na męską wyobraźnię.

retro-stewardess-costume-01209-a

Nie wiedziałem czy urzekł ją mój uśmiech, zmarszczki, zapach perfum czy cała wspaniałość mojej osoby. Okazało się, że niczym srokę przyciągnął ją widok … moich butów. Jordan XI Concord low. Wiedziałem, że inwestycje w obuwie kiedyś się zwrócą.

Tak przynajmniej myślałem. Kilka drinków, wzajemne uśmiechy, flirty, nawet kilka razy się dotknęliśmy. Było ekscytująco.

Niestety, nie moje i jej napięcie było kluczowym momentem wieczoru. Bo uprzedzając fakty, rozstaliśmy się po przemiłym pocałunku. Kluczem, były jak zwykle historie, którymi dzielą się ze mną nawet nieznajomi ludzie. Mam bowiem w sobie coś, co powoduje, że szybko daje mi się zaufać.

A te – historie – były przednie. Najlepszą jedna, rozbrajająca, o podróżach z małymi dziećmi. Pominę opowiadania o tym jakimi chamami są często nasi podróżujący rodacy. Pominę kwestię przewijania dzieci na siedzeniach w środku samolotu i to, że niektórzy nie rozumieją, że piękny zapach odchodów może spowodować odruch wymiotny u innych podróżnych, a samolot to nie autobus, nie zatrzyma się gdy połowa osób znajdujących się na pokładzie zacznie wymiotować. Okna też otworzyć się nie da, a w samolotach z reguły jest przewijak (w tej toalecie z tyłu).

Poniższa anegdota, to jedna z tych, po której usłyszeniu, lub przeczytaniu mówisz: nie wierzę. I obiecuję Wam, że też tak powiecie.

Wiecie, a jak nie to za chwilę się dowiecie, że na pokładzie samolotu znajduje się lista pasażerów. Obsługa samolotu – stewardesy lub stewardzi – mają obowiązek przeliczyć ilu pasażerów jest w samolocie. Gdy cyferki się nie zgadzają, nigdzie nie polecicie. Małe dzieci na tej liście oznaczone są jako dzieci (infant) i do któregoś roku życia (nie wiem którego) latają za darmo, ale tylko na kolanach rodzica lub opiekuna. Można też wykupić sobie dodatkowe miejsce, a wtedy infant leci w specjalnym foteliku przypiętym do fotela obok.

Moja czeska piękność podczas jednego z lotów czarterowych miała na pokładzie siedem, albo osiem małych dzieci. Co – jak to sama określiła – było kompletną tragedią i masakrą. Liczenie pasażerów wykazało jednak, że jednego szkraba brakuje. Po drugim było to samo. Trzecie również nie przyniosło rezultatów. Liczyli inni członkowie załogi. Bezskutecznie.

W końcu rodzice z infantami mieli wstać, czy podnieść rękę. Wybaczcie, nie pamiętam, bo to był już szósty drink. Podnieśli. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty … są dzieciaki. Nawet ładne. Szóstego … nie ma, a rodzic łapę w górze trzyma.

Pada pytanie – gdzie pana dziecko? Pada i odpowiedź – jak to gdzie, przecież lecę z fotelikiem.

Konsternacja. Gdzie jest dziecko, wykupił sobie fotelik, żeby … mieć wolne miejsce, czy co? Półmózg (zaraz się przekonacie dlaczego) wstaje i … otwiera schowek nad głową. W nim znajduje się dziecko w foteliku.

Nie umiem tego nawet skomentować. Kilka razy powtarzałem – nie, nie, nie. Nie wierzę. Pewnie tak samo jak powtarzacie teraz Wy.

Po tej historii usłyszałem jeszcze kilka. Dalej było miło. Podobno ominął mnie najlepszy seks mojego życia. Dobrze, że mamy do siebie numery telefonów.

Bawarę byś chciał, ale tak to plujesz Niemcowi w twarz

Czy ja mam z tym problem? Nie.
Czy mnie to obchodzi? Czasami, gdy zastanawiam się jakie są powody tej nienawiści.

Ale wy tych Niemców nienawidzicie. Wy, młodzi, mniej więcej w moim wieku. Momentami jestem w ciężkim szoku. I nie chodzi o to, że im nie kibicujecie. Chodzi o to, że ich nienawidzicie, bo są Niemcami.

Są tym strasznym okupantem, potomkiem Hitlera, Adolfa tego, który napadł na naszą biedną Polskę. Można mieć w sercu zadrę, można nie do końca za nimi przepadać, bo w końcu wielu z nas przez II Wojnę Światową nie miało okazji poznać dziadka, babci, pradziadka czy prababci. Albo wychowywało się będąc w połowie sierotą.

Rozumiem. Przynamniej się staram, ale nie do końca chcę o tym myśleć, bo łzy pojawiają się w moich oczach, kiedy pomyślę, że mógłbym nie znać, albo nie pamiętać swoich rodziców czy dziadków, lub też stracić w wojnie rodzeństwo.

Tylko, że od wojny minęło już kilka dobrych lat, nienawiść i wyzwiska byłbym w stanie zrozumieć, gdyby padały z ust mojego dziadka, któremu niemieckie kule świstały obok głowy, a wojsko zamordowało brata, ukatrupiło psa i ścigało po całym kraju (cholera wie wtedy co to był za kraj nawet). Ale my? 30-latkowie i zbliżeni?

Taka nienawiść? I to w przypadku piłki nożnej? Cholera, gdyby jeszcze ta niemiecka kadra grała naprzeciwko reprezentacji Polski. Rozumiem sympatie i antypatie, rozumiem kiedy ktoś kibicuje jednej drużynie i jest z nią związany. Ale nie chcę rozumieć nienawiści, szowinizmu i agresji, którą widzę gdy w dużej imprezie sportowej bierze udział np. zawodnik Niemiec, albo Rosji.

Przepraszam, wypisuję się z tego kółka wzajemnej adoracji, poklepywania się po tyłkach z hasłem – kto szkopa bardziej nienawidzi i kto da tej frustracji ciekawsze ujście.

A tak to wyglądało podczas Mundialu. Choć przyznam szczerze, że byłem pod wrażeniem, jak wielu młodych ludzi (tak mniej więcej do 23-25 roku życia), nie tyle wspiera, ale potrafi docenić klasę drużyny Joachima Loewa.

Nie interesowały ich zaszłości, coś co wydarzyło się kiedy ich nie było na świecie. To są teraz inni Niemcy, ci którzy mocno się zmienili, wiem, bo wychowałem się nad granicą, tuż obok niemieckiego miasteczka i jako dziecko też wydawało mi się, że ich nienawidzę. Ale za co? No za to, że po prostu są takiej, a nie innej narodowości.

Mam wielu znajomych pracujących na zachodzie. Niemcy są otwarci. Znajomi żyją godnie, dostają godziwą pensję, nie są traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Rozwijają się, dostali swoją szansę i ją wykorzystują.

No ale może ktoś nie lubi ich za to jak Niemcy grają w piłkę. Ten mechaniczny futbol, ten kontrolowany wielki szwajcarski zegarek. Ta precyzja i nuda.

Mario-Gotze-Goal-Germany-vs-Argentina-World-Cup-Brazil-2014

Stop. Jaka znowu nuda?! Od kilku lat to jest piłka szybka, ładna, efektowna, z duża liczbą podań i wymiany pozycji. Podczas ostatnich Mistrzostw Europy, z tego co pamiętam, grali ładniej niż uwielbiana przez wszystkich wokół Hiszpania.

Do tego, po piłkarskich niepowodzeniach 10, a może 12 lat temu, wprowadzili program naprawczy, zbudowali w klubach struktury wychowujące młodzież piłkarską, stworzyli plan dla reprezentacji narodowej. Wszystko miało ręce i nogi, a efekty widać jak na dłoni. Ten najnowszy to zdobyte w Brazylii Mistrzostwo Świata. Ale ten ważniejszy to to, że za cztery lata w zespole niemieckim prym wiedli będą ci, którzy relatywnie niedawno do kadry dołączyli i już są jej ważnymi ogniwami.

I może by tak brać przykład z tej myśli szkoleniowej? Mamy ją tuż za miedzą.
Kibicujcie komu chcecie, lubcie kogo chcecie, ale czasem warto wyłączyć emocje, bo Wasz feed na Facebooku to niezbyt często prywatna rozmowa z kumplami przy wódce. To widzi więcej osób.

A Ty, za co nienawidzisz Niemców? Za samochody, których pragniesz, za to że płacą dobrze i godnie czy za to, że mają dobrych piłkarzy?

Jak jesteś gwiazdą to wolno ci więcej? No niekoniecznie.

Włos na głowie mi siwieje jak czytam te mądrości o zazdrości, hejtowaniu i inne bzdury, które czytam od wczoraj w internetach. 

No wiecie, mówię o Gortacie i jego braku umiejętności parkowania, który wyłapał skrupulatnie Artur Kurasiński. Generalnie jestem zdania, że Artur śledził Gortata dniami i nocami, żeby złapać w końcu na jakimkolwiek najmniejszym przewinieniu, wykroczeniu, sikaniu w miejscu publicznym, albo puszczaniu bąków w autobusie.

Nieoczekiwanie złapał Gortata w centrum Warszawy. Pewnie mu zazdrości.Tak jak i wszyscy, którzy zachowanie gracza Wizards krytykują. Ja np. zazdroszczę. Bo Gortat świetnie pokierował swoją karierą, gra w najlepszej koszykarskiej lidze świata, zarabia kupę kasy, stać go na różne, rozbija się Porsche (podam numer konta moi drodzy za tą wzmiankę o Was), mieszka na Florydzie, ma dom z basenem i pije driny na łajbie. Człowiekiem jestem, nie stać mnie na takie luksusy, to zazdroszczę. Nie jak debil, który naplułby Gortatowi w klatę (bo nie wiem czy do twarzy bym dopluł), a jak zwykły zwyczajny człowiek.

Zazdroszczę, ale do stu gromów, nie utraciłem zdolności trzeźwego myślenia (mimo tego, że najlepiej myśli mi się po whisky), jak co niektórzy.

Niby nie wolno zwrócić Gortatowi uwagi, że zaparkował w miejscu wybitnie nieprzepisowym? Chodnik, przejście dla pieszych etc. Może niektórzy z Was myślą, że to całkiem w porządku, bo stanął tam tylko na chwilę. No nie, to nie jest w porządku.

Czytam to i mam ochotę napisać maila do Facebooka i Google, żeby ustawili automatyczne bany na internet za takie mądrości. Prostsze będzie chyba jednak przestać funkcjonować w sieci i czytać ten zalew idiotyzmów. Nie zauważyłem nigdzie hejtu na Gortata, zauważyłem prostą ocenę sytuacji.

No ale on tak tylko na chwilę.

I co z tego, się pytam? Mnie policja odholowała w 3 minuty po tym jak pod własnym domem zostawiłem auto, żeby wejść zabrać ładowarkę do telefonu. Tak, każdemu z nas zdarza się łamać przepisy ruchu drogowego, nie znam kierowcy, który tego nie robi, ale czy to jest jakiekolwiek usprawiedliwienie?

Jeśli zastanawiasz się nad odpowiedzią, podpowiem – NIE, NIE JEST.

Jeśli w Twojej głowie właśnie urodził się argument – czepiamy się go, bo jest gwiazdą – to tak, masz rację. Gość taki jak Gortat, albo inna, jakakolwiek gwiazda, celebryta, myśli, że może więcej, bo pozwala mu na to jego status społeczny. Podpowiem – nie, nie może. Wręcz przeciwnie, może mniej, bo jak wie Marcin, jak wie też wielu innych, tacy ludzie znajdują się pod ciagłym obstrzałem mediów, ale i jak wiemy, zwykłych ludzi. Czy Kurasiński wiedział kogo samochód fotografuje przed tym jak pojawił się przy nim koszykarz? Nooooope!

Ludzie, tu nie chodzi o Gortata (sorry chłopaku, wolałbym, żeby był to np. jakiś znany piłkarz). Jest on tylko doskonałym przykładem (bo akurat tak się przytrafiło) bezmózgiego zachowania społeczeństwa w stosunku do celebrytów, polityków i gwiazd różnego rodzaju. To my pozwalamy im na więcej.10421988_783440295031953_5385163281646109749_n

Popełniający wykroczenie drogowe znany koszykarz, zrobił tyle samo złego co np. znany muzyk, albo polityk. Tyle samo złego, co Ty Janku Kowalski i Ty Szczepanie Radzki. W definicji prawo nie widzi, a przynajmniej nie powinno widzieć wyjątku. Bo na chwilę, bo to XXX (nie chodzi w tym tekście wcale o Gortata), bo robi to każdy z nas.

To są usprawiedliwienia. Durne i chore usprawiedliwienia. Nic więcej. Powiem tak – gdyby zablokował wam wyjazd z garażu, na te 30 sekund, czy trzy minuty, pewnie skakalibyście po masce tego pięknego, białego Porsche.

Gortat ma kryzys? Nie, nie ma. Uwierzcie mi, facet zrobił bubę, przejął się osiem sekund i poszedł ze swoim życiem dalej. Komunikacyjnie był to jakiś problem, czy Gortata? Pewnie tak, ale pewnie bardziej zmartwili się panowie od Porsche.

10513278_913507868676341_3585648267591547203_n

Moja rada zażegnania kryzysu. Kodeks to za mało. Zabierzcie mu auto, a warunkiem oddania niech będzie odbycie kursu nauki jazdy (nawet dla picu). Bo wiecie, nasi kierowcy umieją jeździć. Nie ma znaczenia, czy to jazda na torze, czy też w zwykłym ruchu ulicznym w środku miasta.

I tak, pomysł na ugaszenie kryzsysu wpadł mi do głowy, bo jestem zazdrosny.

Zobacz też: Bo do Czech to ja mam … więcej.

Sto lat za … no nie za murzynami. Za kimś zupełnie innym.

Musimy zmienić nasze tak popularne powiedzonko. My wcale nie jesteśmy sto lat za murzynami. My jesteśmy sto lat za Czechami.

Wielkie budowle chcemy budować, igrzysk i chleba ludziom dać. Jeden złoty medal powoduje, że w kraju nad Wisłą pojawiają się tory dla panczenistów, bobslejowe, a kilka lat temu wszystkie duże miasta Polski budowały swój tor F1. Oczywiście dlatego, że w jeździł tam (nie w Polsce, w F1), Robert Kubica. Do tego jak nie Euro 2012 (do, którego w zasadzie nic nie mam, bo piłka nożna to dla mnie sportowa aberacja i trzeba wyłączać ją z nawiasu sportowego), to Mistrzostwa Świata w siatkówkę, to w koszykówkę Eurobasket mężczyzn i za chwilę kobiet, idiotyczne próby organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Stop. My już udowodniliśmy, że potrafimy organizować duże imprezy (pisał o tym kilka miesięcy temu Paweł Wilkowicz na łamach Sport.pl) po co więc wywalamy kupę milionów Euro na onanistyczne święta, które w dłuższej perspektywie niekoniecznie pchają ten kraj do przodu.

My wiemy, że trzeba budować drogi, że trzeba je naprawiać, rozwijać sieć połączeń kolejowych i autobusowych.

A w tym sporcie, to ludzie rekreacji chcą. Chcą iść i mieć miejsce do spokojnego biegania, pokopania w piłkę (ok, Orliki), etc. Dlaczego bierzemy chcemy robić kilkudniowe imprezy, zamiast długofalowo myśleć o społeczeństwie jako całości?

Dobra, do czego zmierzam.

W ostatnim czasie niczym obuchem, dostałem w twarz czymś, o czym słyszałem w opowieściach moich znajomych, zapalonych golfistów. W skrócie, brzmiały one tak – Pojedź do Czech i zobacz ile tam jest pól golfowych i ile osób gra.

Pewnie sześć więcej niż u nas i gra o tysiąc osób więce. Wielkie mi coś. No i przytrafił się ten strzał jak od Tysona. Jak wiecie z tego i tego i tego tekstu, zacząłem grać. A, że w ostatnich dniach musiałem przebywać nieco dłużej w moim mieście rodzinnym, pomyślałem sobie, że pogram … W Polsce, w okolicach Zgorzelca możecie szukać ewentualnie spalonych samochodów, zakopanych ciał, koszykarskiego mistrza Polski, trzech lokali gastronomicznych na krzyż, wspaniałej starówki w Goerlitz i domu świetnego i docenianego za granicą (w naszym kraju nie) filozofa Jakuba Boehme. A, no i autostrady oraz elektrowni oraz kopalni Turów.

Niemcy? Niestety w bliskiej odległości również nie. Zostały więc Czechy. 40 kilometrów od Zgorzelca, pod zabitą dechami (ale jakże malowniczą) wioską Grabstejn (tak, nie brzmi po Czesku), jest pole.

Jadę.

Screenshot 2014-06-24 08.58.46

Nic szczególnego, w porównaniu do pół klubowych, z _trochę_ wyższego poziomu, tutaj możemy zobaczyć strzelnicę, malutki domek klubowy, który wygląda jak zwykła chata i wcale nie ma w niej nic rewelacyjnego, malutki green do treningu uderzeń po ziemi i oczywiście pole (9 i 18 dołków).

Ah i zapomniałbym przyznać rację Krzyśkowi i Ryśkowi, którzy osobno opowiadali mi to, ilu Czechów gra w golfa. Na polu kilkanaście osób (w dzień u nas wolny, w Czechach pracujący). I wcale nie liczba była zaskakująca, a to KTO przychodzi grać i oddać się rozrywce oraz rekreacji w postaci golfa. O był pan i pani. Niemcy. Z całym wyposażeniem, jak rycerze. I kolejny pan, a za nim grupa chyba z sześciu osób, z wózkami, całym sprzętem potrzebnym do gry w turniejach. Wszyscy uzbrojeni po zęby. Żelastwa w torbach jakby szli na wojnę.

Profesjonaliści myślę, albo przynajmniej nieźle już grający sądząc po tym jaki sprzęt ze sobą przywieźli. No to się mile rozczarowałem. Sam w piłkę trafiam od wielkiego dzwonu, ostatnio raczej robiłem za kosiarkę i Wodnika Szuwarka niż za golfistę, ale oni … o przenajświętszy twórco iPhone’a! Oczy bolały, a w głowie strach, że ktoś czymś cię trafi. Niekoniecznie piłką, bo obawy przed tym, że zaczną latać kije także były ogromne.

Ale ich umiejętności nie mają żadnego znaczenia. Dopiero zaczynają swoją przygodę. Bo chcą, bo wiedzą, że to fajny sposób na spędzenie wolnego czasu. Samotnie lub ze znajomymi. Że to jedna z wielu form rekreacji, a u naszych południowych sąsiadów forma bardzo powszechna. A Czesi to rozumieją. Dlatego budują pola w miejscach, gdzie generalnie są ogromne tereny zwykłej trawy, na wzniesieniach, koło fajnych zameczków. Wykorzystują przestrzeń, nie stawiają obok wielkich budowli, a skromne domki, w których można kupić trochę podstawowego sprzętu (kije, rękawice, wózek, piłki, etc) i nawet zjeść jakiś obiad.

Z ciekawości sprawdziłem ile obiektów golfowych jest w pobliżu styku trzech granic. W okręgu do 40 kilometrów są dwa. Gdy rozszerzymy ten obszar o kolejne 10 kilometrów, znajdziemy cztery obiekty. Wszystkie oczywiście w Czechach. Kolejne 10 kilometrów to już siedem pól! Zgadnijcie gdzie. Następna dyszka – dziewięć – w tym jedno w Niemczech niedaleko Cottbus. 105 kilometrów od Zgorzelca, znajdziemy … 22 pola golfowe. W tym tylko cztery w Niemczech.

Dlaczego 105? Bo tyle mniej więcej jest z Bolesławca do Wrocławia, a mam znajomych, którzy dość często jeżdżą z miasta ceramiki na Toya Golf & Country Club. Jeżdżą też znajomi ze Świebodzic czy Lubina.

1

Może więc zamiast pomysłu na budowę toru bobslejowego, kolejnej imprezy za miliardy złotych, zacząć budować coś pod kątem rekreacji i wypoczynku? Że golf nudny jest i mówię przez pryzmat tego, że się zaraziłem? Biegać nienawidziłem i sam chcę budować kolejne ścieżki, piłki nie lubię, ale wiem, że Orliki są potrzebne. A nasi południowi sąsiedzi, z których tak często się śmiejemy, udowadniają, że ten golf to wcale nie taki dla nikogo i straszny.

Zobacz też: Golf to emocje!!

#TBLPL to sukces komunikacyjny i koszykarski

Dokładnie dziewięć miesięcy temu mój orzeszek w środku głowy wymyślił sobie, że fajnie byłoby gdyby fani koszykówki na Twitterze rozmawiali w jednym miejscu. Temat prostszy do zrobienia niż planowanie działań komunikacyjnych w oparciu o inne narzędzia. Twitter daje nam niezwykle efektywny sposób kanalizowania dyskusji – dzięki hashtagom. Czyli małemu znaczkowi # umożliwiającemu odznaczenie rozmowy.

Na nasze nieszczęście głośna i intensywna rozmowa trwa tutaj tylko, gdy dzieje się coś naprawdę istotnego. Prawda jest jednak taka, że przy działaniu bezkosztowym, które miało rozpocząć angażowanie i skupianie danej społeczności w jednym miejscu, uznaję ostatnie 10 miesięcy za sukces.

Sukces, do którego przyczynili się wszyscy aktywni komentatorzy koszykarskiej rzeczywistości. Sukces, którego nie przypisze sobie liga, tylko my, kibice, dziennikarze, blogerzy i wszyscy chętni do rozmowy o koszykówce. Oczywiście najgłośniejsi byliście podczas finałów Tauron Basket Ligi. Tak głośni, że podczas 5 z 6 meczów finałowych, #tblpl był trendem w Polsce.

Bpn4I-XIYAAl7u1

Jeśli ktoś myślał, że Tauron Basket Liga nie potrzebuje skupienia dialogu, że rozmowa o lidze może być chaosem krzyczanym wszędzie i nigdzie, przegapił fakt, że # posługują się największe firmy. Większe niż koszykarska Polska, większe niż wszechwiedząca PLK i wszechwiedzący inni. Przykłady? Domino’s Pizza i ich świetna kampania z #letsdolunch (z tym # pizza była tańsza), w tym momencie rozmowa o Mistrzostwach Świata w Brazylii toczy się pod #MundialPL. O sile # niech świadczy ten mój wpis.

Kilka minut po wpise dzięki #PKOBP, zauważony przez szefów i pracowników komunikacji w PKO Bank Polski. Przypadek? Nie, dobrze ustawione alerty i chęć rozmowy, zauważenia tego, co klienci, przypadkowi użytkownicy, mówią o firmie na zewnątrz.

Nie wiem kto wprowadzał #PKOBP, wiem że wiele # powstaje z potrzeby chwili, wiele jest używanych nagminnie tak jak #takasytuacja i jest to z całą pewnością efekt zachowań kulturowych i społecznych aniżeli sprytnie przemyślane działanie komunikacyjne. W takiej sytuacji firmy, ligi, organizacje mogą podłączać się do rozmowy promując siebie samych. Wiem też, że np. Nike projektuje #. Każda większa kampania giganta obuwniczego z Oregonu ma dedykowany #. Przykładem niech będzie tutaj #makeitcout. Tak samo jest w NBA, tak samo robi Fifa, tak samo robi Red Bull, a nawet rząd USA, który wprowadził #40Dollars (chodziło o cięcie podatków i co dla mieszkańców USA oznacza 40 dolarów) i setki innych.

Hashtagi robią się co raz popularniejsze, zwłaszcza od momentu, w którym (z trudnościami ale jednak…) zaczął je wykorzystywać i rozpoznawać Facebook. Są już na tyle popularne że warto brać je pod uwagę podczas budowania strategii obecności marki w sieci. Dlaczego? Są (na ogół) krótkie, łatwo zapadają w pamięć i dość prosto je wyszukać. Kwestia wyszukiwania ich to również ważna sprawa, można oczywiście opierać się tylko na wbudowanych w media społecznościowe wyszukiwarkach, ale wtedy nie mamy pewności czy na pewno wyłapiemy wszystko. Najlepiej ustawić sobie monitoring na taki hashtag i na bieżąco śledzić jego wykorzystanie w sieci. W oparciu o konkretny hashtag można zaplanować całą kampanię, w której na podstawie użycia przez internautę konkretnego słowa możemy go odnaleźć i coś mu zaoferować, albo chociażby wejść z nim w interakcję – pokazać że marka jest blisko ludzi.

Tłumaczy Mikołaj Winkiel z Brand24.pl. Proste? Zrozumieli?

Dziwię się, że organizacje niszowe, nie chcą czasem wykorzystać swoich już istniejących narzędzi komunikacyjnych, by prowokować rozmowę w danym miejscu, miejscu gdzie są ludzie o nich mówiący. Tak, jestem zdziwiony tym, że na oficjalnej stronie ligi, jak i na innych portalach koszykarskich (poza Polskikosz.pl) nie pojawiała się informacja o #TBLPL. Sorry panie i panowie, o #TBLPL pisał @MarcinGortat.

Powinienem być bezczelny i wylać trochę błota na głowy wszystkich tych, którzy wątpili w powodzenie darmowej i prostej inicjatywy. Zostawię jednak to dla innych.

Statystki #TBLPL z systemu Brand24.pl pokazują (niestety mamy tylko te od 1 maja), że byliśmy całkiem aktywni. Popatrzcie na cyferki, które powodowały lawinę w moim feedzie w aplikacji Tweeetdeck. W sumie pojawiło się (łącznie z FB i wzmiankami na stronach internetowych) ponad 3 tysiące wpisów. Wywoływaliśmy buzz!

Screenshot 2014-06-16 07.52.15 Screenshot 2014-06-16 07.52.27

 

A jak wyglądają zasięgi, które wygenerowaliśmy?

Screenshot 2014-06-16 07.52.00 Screenshot 2014-06-16 07.51.51

I wiecie co. To Wy doprowadziliście do tego, że rozmowa o koszykówce toczy się właśnie pod tym #. Powinniście być dumni, bo przy tej niszowej dyscyplinie sportu w Polsce, bycie zauważonym (nawet w chwilowym krzyku finału) to całkiem spory i miły sukces.

Szkoda, że nie do końca działają jeszcze # klubowe, ale i na to przyjdzie czas. Wszystkim aktywnym komentatorom #TBLPL bardzo dziękuję i gratuluję :-)

Zobacz też: Jak wandal walczy z systemem

10 lat spięte piękną klamrą

Od dwóch dni chodzę i gadam sam do siebie, starając się poukładać myśli i wydarzenia, znaleźć wspólne mianowniki, które pozwolą opisać obrazek namalowany przez lata przez artystów.

Niestety, absolutnie nierealnym jest oddanie w skondensowanej formie tego wszystkiego, co działo się przez dziesięć lat. Tekst doskonale poczują kibice Turowa i ci, którzy byli jakkolwiek blisko tej dekady. Ci sami ludzie, którzy pragnęli tytułu dla swojego klubu od lat, pragnęli tytułu, dla klubu który jest oczkiem w głowie tego małego miasteczka. Pragnęli tytułu dla klubu, który w ciągu długiej, dziesięcioletniej nocy zmieniał się z kopciuszka w piękną księżniczkę i modelkę z topu.

A noc ta była niezwykle długa i miała kilka wróżek i niezbyt lubianych sióstr, które kopciuszka pogrążały.  Od awansu do ekstraklasy minęło 10 lat, 120 miesięcy, 3653 dni, 152 472 godziny, 9 148 320 minut, 548 899 200 sekund. W tym czasie w Turowie wydarzyło się bardzo dużo. Nasz kopciuszek był bity przez starszą siostrę, gdy ta kilka razy co prawda zaprosiła kopciuszka na swoją imprezę, ale nie pozwoliła mu pić i podrywać fajnych facetów. Kopciuszek miał tylko jedno pragnienie … pragnienie zwycięstwa nad starszą siostrą w konkursach piękności. Chciał w końcu poczuć szczyt, który był słodkim lizakiem, czekoladowym cukierkiem trzymanym w ręku i zostawiającym ślady na uradowanej twarzy dziecka.

24 May 2010 046-1 copy

Zawsze gorszy, zawsze pokonany, zawsze nie w tej sukience, albo ze złym butem. Kopciuszek powoli dorastał, zaczął korzystać z usług brafiterki, kolekcjonować obuwie od Vivien Westwood oraz chodzić regularnie na mikrodermabrazje.

1375359566-81542500

Możecie mówić co chcecie, ale dla tych, którzy obserwowali rozwój kariery kopciuszka w drodze na szczyt wybiegu, drugie miejsce w konkursach piękności, przegrywanie najpierw ze starszą, a potem z młodszą siostrą, czasem nie wchodzenie nawet do fazy finałowej turnieju, było porażką. Przemilczaną, skrywaną w głębi duszy, ale zjadającą od środka. To wszystko, depresje i płacze w kącie, drugie miejsce, srebro i dyplom oraz nic nieznaczący uścisk prezesa były dla kopciuszka niewystarczające. Mam nawet wrażenie, że był kopciuszek popadł w kompleksy.

 

Życie kopciuszka nie było usłane różami, nie było kolorowe. Było brunatne, niczym węgiel wydobywany niedaleko miasta, z którego kopciuszek pochodzi. Wiecznie drugi. Z wąsem, brzydko ubrany, a porównania do imprez organizowanych u siostry w domku nad morzem, do tych w brunatnej scenerii było niczym jazda Mercedesem i Dacią. Do tego … ten dom. Dramatyczny, ale przytulny dom.

Właśnie. Ten dom. W lecie sauna, w zimie jest jakby wcale go nie było, bo temperatura na dworze i w środku są zbliżone. Do tego mieścił sporo mniej chętnych na balangę niż w domach sióstr. Wszędzie ciasno, stoją jakieś graty. No i ta duchota. Przez lata. A ze względu na konstrukcję domu, nierealnym było montowanie jakichkolwiek udogodnień.

kopciuszek01_web

To po tym domu chodzili menedżerowie kopciuszka, którzy mieli dać mu szczyt. Pierwszy, który otworzył drzwi do tego świata, niestety odszedł. Kolejni pozwalali kopciuszkowi robić małe kroczki do przodu. Niektórzy odchodzili w atmosferze skandalu, inni ze względu na wyczerpanie się formuły współpracy, a inni zmienili swoją ścieżkę kariery. Niektórzy przyjaciele kopciuszka, którzy jego dom znali doskonale, odchodzili do lepszego świata, ich nazwisko i imię na zawsze pozostanie w pamięci tych, którzy na pokazy i imprezy kopciuszka chodzą od lat.

Skorzystał kopciuszek też z wiedzy starszej siostry i wykorzystał elementy jej garderoby, które zdjęły z naszej bohaterki klątwę.

Kopciuszek trafił na swój olimp. Zawiesił na szyi szarfę z najwyższym wyróżnieniem. I to to wyróżnienie jest klamrą, która spina i zamyka wspaniały okres w życiu kopciuszka. Klamra ta jest wielowątkowa, a na jej odnogach znajdują się wspaniałe, dramatyczne i wyciskające łzy z oczu historie. Wspinanie się po drabince popularności, na początku z wykorzystaniem elementów garderoby od lokalnych projektantów. Część z nich cały czas jest nieodłącznym elementem kopciuszkowej układanki. A potem nastawały kolejne, kolejne i kolejne. Każdy z nich niezwykle istotny. Każdy narysował piórem malutkie kropeczki i kawałek dziesięcioletniej klamerki.

Autor tego tekstu też miał okazję widzieć i być blisko rozwoju począwszy od pierwszego nieśmiałego występu na dużej scenie, aż do tego najważniejszego, który był wręcz perfekcyjny. Widział dramaty, rozstania, różnego rodzaju kombinacje, zmiany, które jednym się podobały, inni je uwielbiali, widział upadki i powstania.

Z całą pewnością te dziesięć lat, to nie był zwykły czas, to nie były dni, miesiące i lata, które spokojnie kroczą dalej.

Nie. One się zakończyły. Nie umarły i nie zostaną zapomniane. Ale mistrzowska szarfa zamknęła coś bezpowrotnie. Nie żeby była czymś złym. Jest po prostu końcem pewnej ery i początkiem kolejnej. Zupełnie innej. Teraz wszystko będzie mierzone linijką przykładaną do tego jednego sukcesu. A do tego w nowym domu i to też on jest wyznacznikiem zachodzących zmian. Kopciuszek przestał istnieć. Na nowo rodzi się zupełnie inny organizm. Ten sam, ale inny. Z innymi celami, opisującymi sukces w Polsce jako standard i koncentracji na rozpoczęciu sensownej rywalizacji ze znajomymi sióstr kopciuszka w Europie.

I na koniec wprost. Mistrzostwo Turowa nie przekreśliło historii tego klubu. Ono odkreśliło bardzo grubą kreską wszystko, co miało miejsce wcześniej.

Bp37m63IgAA4L9e

Zobacz też: Jak Bartosz Węglarczyk prawie został zawodowym koszykarzem ;)

American Story X – czyli bezczelny Bartosz Węglarczyk

W tym tekście nie będzie moich standardowych złośliwości. Sorry ;)

Najlepszy dziennikarz wśród koszykarzy, najlepszy koszykarz wśród dziennikarzy. Kto wie. Parafrazuję słowa, które kiedyś po raz pierwszy usłyszałem od historyka ze Zgorzelca. Jego wypowiedź dotyczyła niedocenianego, często nieznanego w Polsce filozofa Jakuba Boehme, którego dom znajduje się w nadgranicznym mieście. Dokładne słowa brzmiały – najlepszy szewc wśród filozofów, najlepszy filozof wśród szewców. 

Mało brakowało, a Bartosz Węglarczyk, którego znacie byłby pierwszym Polakiem w NBA. Determinacji i bezczelności, od prowadzącego Dzień Dobry TVN mógłby się uczyć sam Marcin Gortat. Zakładam się, że nie macie pojęcia, że Bartosz Węglarczyk trenował z Georgetown Hoyas lata przed tym nim ktokolwiek w Polsce (może poza sześcioma osobami) wiedział co to jest Georgetown, a tym bardziej ich drużyna koszykarska.

Skąd to wszystko wiem? Jestem zdania, że światem rządzi przypadek i historię, którą za chwilę poznacie i Wy, ja poznałem przypadkiem. Rozmawialiśmy chwilę na, Twitterze, gdzie Bartek wspomniał o pobycie w Waszyngtonie. Od słowa do słowa i okazało się, że historia jest za długa na 140 znaków. Przenieśliśmy się na mail.

Zastępca redaktora naczelnego w Rzeczpospolitej pisze:

Byłem na stypendium na Georgetown w 1992. Nie miałem pojęcia o niczym i pierwszego dnia poszedłem obejrzeć halę sportową. Grali tam w kosza jacyś faceci. Podszedłem do starszego mężczyzny który stał przy korcie i zapytałem, czy mogę dołączyć. Myśmy wtedy grali w GW w liceum na Zakrzewskiej i chciałem potrenować.

Facet spojrzał na mnie wyraźnie zdumiony i zapytał po chwili, skąd jestem. Opowiedziałem co tam robię, a on kazał mi kupić dobre buty. Za całą kasę, jaką z sobą przywiozłem, kupiłem następnego dnia nowy model Nike Air Jordan i wróciłem.

Trenerem w Hoyas był wtedy John Thompson Jr. Na zdjęciu z Patrickiem Ewingiem i Ronaldem Reganem.
C25882-11A
I potem przez trzy miesiące codziennie, często dwa razy dziennie, grałem z Hoyas, którzy zostali na lato w DC i trener chciał, żeby utrzymywali się w formie. Taki letni obóz Hoyas. Dopiero po 2-3 dniach zorientowałem się, że bezczelnie wprosiłem się na treningi profesjonalistów, a trener mi potem powiedział, że zgodził się, żebym dołączył, bo był totalnie zdumiony moją ignorancją.
Przypadek, który jak już wiemy rządzi światem, spowodował, że Bartek nie spotkał się na parkiecie z Alonzo Mourningiem. Zo, późniejszy gracz NBA w Charlotte Hornets czy Miami Heat, został w 1992 roku wybrany w drafcie do NBA. Czytając to co 22 lata temu przeżył mój rozmówca, zazdrość mnie zjadała. Popatrzyłem na skład Hoyas i jak wiemy nie były to czasy Zo, tym bardziej Patricka Ewinga, Deke lub Allena Iversona, ale był to czas nieco mniej znanego koszykarza – Otthella Harringtona. Harrington grał m.in. w Rockets, Bulls, Knicks czy Grizzlies, ale 1992 rok (wiemy, że był to cudowny rok Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie), był jego pierwszym w Georgetown.
(Był tam także m.in. Don Reid, który grał w Magic, Pistons, Wizards).
30-lecie YES
KMag Magazyn dziękuję za szybki kontakt w sprawie umieszczonego tu logo ich magazynu i zostawieniu u mnie trochę forsy w reklamie na rozwój bloga ;)
Jak radził sobie nasz bohater na parkiecie?
Ci zawodnicy byli wściekli, że jakiś biały kurdupel do nich dołączył, no, ale jak trener kazał, to grałem. Nie pozwolili mi w czasie gry przez te trzy miesiące rzucić ANI JEDNEGO kosza. Czapowali mnie potwornie.
Nie pytałem o nazwiska, które dopuściły się tego czynu (nie czap, tego co za chwilę przeczytacie), ale po trzech miesiącach gry z Hoyas, Bartek pisze, że na treningach Gazety Wyborczej, koledzy chcieli wyrzucić go z drużyny, bo …
… grałem bardzo siłowo i ostro, przepychałem się i faulowałem, bo się przyzwyczaiłem do gry z facetami trzy razy wyższymi ode mnie i pięć razy silniejszymi :)
Słyszałem wiele historii moich kumpli, którzy byli w USA. Niektórzy grali nawet na Rucker Parku, inni siedzieli w trzecim rzędzie trybun podczas ASG, byli na after party, na których byli zawodnicy. Moja friendka Qulka, pojechała do Miami i na pierwszym meczu NBA w swojej karierze trafiła na rekord punktowy LeBrona Jamesa. Uff myślicie, przynajmniej ten gość z telewizji trafił tylko na Harringtona i nie poznał nikogo istotnego. Wrong!
A, mogę jeszcze dodać że na jeden trening wpadł z wizytą do trenera Ewing i graliśmy z nim mecz. Grałem przeciwko niemu i raz mnie przesunął tak, że przeleciałem przez dwa rzędy krzesełek i do dziś podejrzewam, że pękło mi żebro :)
Oto cała historia koszykarska człowieka, którego z koszykówką nigdy byście nie połączyli. Bartek jest także fanem Wizards (wcześniej Bullets) i oczywiście Marcina Gortata.
Ciekawe, prawda?

Jestę kibicę

Dlaczego czasem nie możesz być kibicem, czyli historia, która Was nie zaskoczy.

Zawsze chciałem mieć na koncie trochę więcej zer niż mam. Zer, które są poprzedzone jakąkolwiek cyfrą, bo nic z jednym zerem, czy też nic z dwunastoma zerami nie robi mi różnicy. Zawsze myślałem, że będę mógł wtedy robić co chcę i nikomu nic do tego.

Chcemy łamać konwenanse, bo chcemy być buntownikami. Szukamy bohaterów, którzy walczą z systemem, którzy są Don Kichotami i pomimo tego, że nie wygrają, podziwiamy ich jak wielkich, wspaniałych herosów. A jak przychodzi co do czego i ktoś ma inne zdanie, ktoś wybiega poza granice naszego postrzegania, obruszamy się i zastanawiamy – jak możesz.

Schematy komunikacyjne, schematy zachowań, protokół dyplomatyczny (co myślicie o tym, że Barrack Obama poklepał Bronisława Komorowskiego?), savoir-vivre, czyli w wielu przypadkach po prostu konwenanse. 

Ale i tak lubimy buntowników. Dlaczego cała koszykarska Polska nie lubi więc Janusza Jasińskiego, który nieszablonowo, kontrowersyjnie (sam mówi, że ciekawie), komentuje otaczający go, koszykarski świat?

I wcale nie będę bronił właściciela Stelmetu, nie mam zamiaru, nie mam nawet najmniejszej ochoty. Nie rozumiałem, do wczoraj, zachowania, które wszyscy widzą w telewizji, słyszą w radio i czytają w prasie. Zrozumiałem po kilkunastominutowej rozmowie, którą na zdjęciu uwiecznił Paweł Łakomski. 

Btw – kolekcjonerbutow.pl mówi, że na nogach Air Jordan V Laney, jakby ktoś pytał ;)

BpO1xBjIAAAu14k

Janusz Jasiński to po prostu kibic. Taki jak pan z sektora E z szalikiem, jak pani siedząca przy koszu w koszulce z herbem swojego klubu. Taki sam jak każdy inny, który przeczyta ten wpis. Powiedział mi to sam (delikatnie parafrazuję) – jestę kibicę

Zrobiłem wielkie oczy.

Ale czy Janusz Jasiński, jak i kilku jego poprzedników może być zwykłym kibicem? Szef Stelmetu spytał podobnie – czy ja nie mogę być zwykłym kibicem? Ja nim jestem. 

Moja odpowiedź jest krótka. Nie.

Krwista masakra ślepca

Nie dlatego, że nie pozwalam na to ja, moje zdanie nie jest wyrocznią. Nie dlatego, że nie pozwala na to fan Turowa, Stelmetu, Czarnych, Miami Heat czy Spurs. Raczej dlatego, że szkodzi swojemu klubowi. Pan Janusz w rozmowie, generalnie bardzo spokojniej, skupiał się na tym co robi Turów, co robią inni, jak postępują i kto czego złego nie zrobił w stosunku do jego klubu. Wskazując oczywiście przykład Piotra Stelmacha i tego, że wraz z Saso Avlijasem oszukali rok temu Stelmet. Rozdrażniony powiedział nawet, przyznał że traktował Turów jak starszego brata. I tak, tak było, bo Turów i Stelmet zawsze żyły w zgodzie i przyjaźni na wielu frontach.

Rozumiem frustrację, gdy ktoś zrobi cię w wała. Sam również to przeżywałem. Ale Panie Januszu, od Pana, wymagam ja, a także i pana zielonogórscy fani, dużo, dużo więcej. Jest Pan biznesmenem i to takim z dużymi sukcesami, prowadzi Pan firmy, które pozwalają Panu żyć na poziomie, którego wielu z nas nigdy nie skosztuje. Wie Pan więc jak robi się biznes, spodziewałbym się więc mniej emocji, więcej chirurgicznych i perfekcyjnych cięć. Oszukali mnie? Koniec współpracy w jakikolwiek sposób i na jakiejkolwiek płaszczyźnie. W biznesie skupienie jest na sobie. Dziwię się, że w koszykówce Pan Janusz skupia się na kimś innym.

W tym co widzimy od kilku miesięcy nie ma biznesowego cięcia i precyzji najlepszego chirurga. Jest machanie maczetą na ślepo w sposób znany z filmów Quentina Tarantino. Gdzieś tam czasami trafi i uszkodzi ważny element, ten w który celował. Często są to jednak rykoszety, cięcia na ślepo, które pozostawiają po sobie spustoszenie i ogromny, krwisty bałagan.

Znam podobne historie. Widzę prezesów, właścicieli, którzy przeżywają mecze swojej drużyny. Zachowania niektórych mnie dziwią, inni starają się ukrywać emocje. Oczywiście, że trudniej jest kiedy wydaje się swoje pieniądze. Tacy jak Janusz Jasiński w lidze już byli. Dwa nazwiska – Medeński i Koelner – wymienił sam bohater tego tekstu. Jeden z nich, kiedy wchodził do ligi, był postacią interesującą. Niektórzy znajomi dziennikarze chcieli przeprowadzić z nim długie, ciekawe wywiady. Podczas meczów kadry U18 we Wrocławiu pytali, który to ten prezes. Wskazując na pana w czapce z dzwoneczkami mówiłem – ten. Z rozmowy rezygnowali.

Te sytuacje były dość wymowne. 

Walka, która psuje widowisko

Pan Janusz, chcąc budować swój klub i popularność koszykówki w Polsce (co do tego nie mam żadnych złudzeń) wybrał drogę i sposób walki, który nie tyle nie przystoi, nie tyle łamie konwenanse, co wydaje się być walką kompletnie nieefektywną, walką która nie przyniesie żadnych pozytywnych rezultatów. Choćby nie wiem jak dużo emocji wylewał z siebie Janusz Jasiński.

W tym momencie bardziej szkodzi swojemu klubowi niż mu pomaga. Już nawet fani koszykówki z Zielonej Góry mówią, żeby przewodniczący rady nadzorczej Stelmetu zamilkł. Uwierzcie mi, do tego nie dojdzie. A przynajmniej nieprędko.

Wiemy, że szef klubu z Zielonej Góry mówi dużo. Można porównywać go do Marca Cuba i też się nad tym zastanawiałem. Cuban wiele rzeczy robi z premedytacją, do wczoraj zastanawiałem się czy w ten sam sposób postępuje bohater tego tekstu. Skłaniam się do odpowiedzi – nie. Janusz Jasiński postępuje zgodnie z emocjami, które buzują w nim w danej chwili. Najgorsze jest jednak to, że emocjonalne, agresywne, momentami niebezpieczne, a w innych śmieszne i kuriozalne sytuacje, z którymi mieliśmy styczność w tym finale, niszczą piękno sportowe rywalizacji pomiędzy Stelmetem i Turowem. 

Wszystkie durne przepychanki słowne i kłótnie, praktycznie zabiły dyskusje na temat jednego z najlepszych meczów finałowych w Polsce w ostatnich 30 latach. Dziś mówi się już o czymś innym. 

Smutne. A tak bardzo się staramy na #TBLPL.

Wiecie co wynika z wczorajszej rozmowy, o której chcieliście wiedzieć? Poza tym, że Janusz Jasiński to kibic swojego (dosłownie) klubu, kibic, którego ode mnie czy ciebie różni ilość zer na koncie poprzedzona inną cyfrą, po kilkunastu minutach nie dowiedziałem się niczego nowego. 

Powiedziałem to Januszowi Jasińskiemu, wielokrotnie pytając, czy naprawdę chce mu się tak spalać, zamiast budować, powiem napiszę i wam. Życzę koszykówce więcej takich ludzi, ludzi z pasją, jak Janusz Jasiński, którzy wkładają w ten sport swoje pieniądze. Chciałbym jednak, aby było w tym mniej negatywnych, często niepotrzebnych, a niestety być może i zgubnych emocji.

Z wandalem przeciwko systemowi

Wyobraźcie sobie, że możecie być anonimowi w stu procentach. Anonimowi do tego stopnia, że generalnie niewidzialni, albo nierozpoznawalni. Nawet w świecie rzeczywistym, nie tylko internecie.

Co byście zrobili? Okradli bank? Podglądali pod prysznicem laskę, w której kochaliście się w szkole średniej? A może zrzucili z siebie ciężar noszony od lat i wyładowali się na osobach, od których zależy Wasza praca, kariera, etc? Ile słów na ka i cha przerywanymi tymi na pe otrzymałby premier, prezydent, nauczycielka czy szef?

Tak sobie czasami o tym marzę i przy moim ciętym i często wulgarnym języku, moglibyście przeczytać tutaj nieco więcej dopiekających i wylewnych wpisów.

Anonimowość kojarzy nam się z wolnością, brakiem skrępowania, zrzuceniem z siebie więzów otaczającego nas systemu.

2014-05-28 16.20.32

Anonimowość może być też bronią. I jest jeden człowiek na świecie, który używa jej fajnie. Walcząc z systemem, wywracając go do góry nogami, robiąc coś, co wielu z nas, szczególnie z mojego pokolenia podziwia i szanuje.

Przyznam szczerze, fascynuje mnie kultura uliczna, nie rozumiem za to sztuki. Naprawdę nie wiem co jest w rzeźbie Joana Miro, która dla mnie wygląda jak nieskładnie poklejona przez trzylatka plastelina. Nie wiem do końca co fascynującego jest w obrazie jednej czy drugiej lizy. Szanuję dzieła twórców, artystów, których od pokoleń nazywamy wielkimi, ale ich nie rozumiem.

images

Tak samo jak wiele starszych ode mnie osób, albo z innego kręgu, nie rozumie sztuki kultury ulicznej. Nie rozumie streetartu, nie rozumie grafitti i idącego za nim przesłania. Czułem się młodo czytając biografię od SQN. Czułem, że poznaję ponownie kulturę, która dominowała kiedy dorastałem.

Jak się pewnie domyślacie zmierzam do Banksy’ego. Gościa, którego zna wielu, ale nikt z nich nie piśnie słowa jaka jest jego prawdziwa tożsamość. Banksy jest wandalem, jest artystą, jest gościem, który odwraca system do góry nogami, bezczelnie się z niego śmiejąc i wytykając jego błędy.

banksy-army-sniper-size-colour-green-10370-12733_medium

Robi to w genialny sposób, bawiąc się formą, bawiąc się odniesieniami do kultury i często zestawiając ze sobą kontrasty. Snajper z okiem przy lunecie, a za nim dziecko z torbą, z której za chwilę wystrzeli. Człowieczek z ikonkami instagrama nad głową, etc. Banksy komentuje scenę polityczną (ale nie tylko) na swój sposób. Sposób, który jest przede wszystkim kontrowersyjny. Do tego prosty i zrozumiały oraz niezwykle zabawny i ma duży wpływ na kulturę.

BhchDtlCIAALalT

Bo czy to już jest sztuka? A kim ja jestem, żeby oceniać takie rzeczy. Dla mnie tak. Ale dla mnie sztuką są też pomalowane buty. Dla mnie wiersze to także słowa piosenek, tylko że są to wiersze z podkładem muzycznym. Sam Banksy ma swoje, dość ostre zdanie na temat sztuki, zdanie, które jest tożsame z kulturą streetART. Uliczni wojownicy wiedzą, że przestrzeń miejska należy nie tylko do wielkich korporacji, ale też do nas, zwykłych ludzi. W wielu miejscach i definicjach sztuka sama w sobie została spłaszczona do poziomu bogatych bubków, którzy kupują obrazy i raczą się ich pięknem czy czymkolwiek innym wśród swoich znajomych, równie bogatych bubków. Często myślimy o sztuce jak o czymś dla nas niedostępnym, czymś dalekim i prawie wirtualnym.

A tak nie jest. Banksy udowadnia to swoimi pracami. Walczy z systemem w piękny sposób dosadnie dając do zrozumienia, że sztuka to pojęcie szerokie.

images-1

Prawdę mówiąc chyba wszyscy wiemy kim jest Banksy. Albo przynajmniej go kojarzymy. Ale czy my tak naprawdę wiemy cokolwiek o nim i tym co robi? Wiemy, że prowokuje. Bo sztuka ma prowokować. Do myślenia, ma prowokować do przeżywania, ma prowokować do reakcji. I ja po lekturze jego … hmm, biografii (?), zostałem sprowokowany. Co wiemy jeszcze? Wiemy, że przewrócił scenę grafiti do góry nogami, jego prace są warte grubą kasę. Można je kupić za 300 dolarów, a sprzedać nawet za 780 tysięcy funtów. Wiemy też, że na świecie są ludzie znani z tego, że są znani. Banksy jest znany z tego, że nikt go nie zna. Jest tajemniczy. Możemy zadawać sobie pytania – kim jest, jak wygląda, z kim się spotyka, gdzie bywa?

I ta tajemniczość jest jego siłą. Dlaczego jest anonimowy i tworzy w taki sposób, w jaki tworzy? Bo jest wandalem. Niszczy mienie publiczne malując na ścianach.

I dlatego też nas fascynuje. Bo robi to, co my byśmy chcieli zrobić i powiedzieć, gdybyśmy mieli takie możliwości.