Krótka historia pewnej firmy meblowej

13658598_1778116462475224_1416261834_n

Dunno. Znajdujecie się czasami w tym stanie? Takim pierdolonym zawieszeniu, w którym nie macie co robić? A Wasza głowa pracuje i pracuje i wymyśla te wszystkie niestworzone, chore historie, których nie wymyślił by absolutnie nikt, Stephen King, J.K. Rowland, Andrzej Sapkowski, Stan Lee i Stanisław Bareja razem wzięci, a co dopiero z osobna.

Siedzę więc, z nudów popijam, a mój łeb eksploduje głupimi pomysłami. Siadam i piszę. Wszystko, co przeczytacie poniżej jest tylko fikcją, a zbieżność nazw jest wybitnie przypadkowa i absolutnie nie zamierzona. Rozumiecie. 

Piękna historia prostego działania zamieniła się w horror i rozpierdol jak w Hiroshimie.

Jest sobie taka firma, nie wiem czy znana, czy nie, nie orientuję się w tym świecie absolutnie, kompletnie wcale. Nazwijmy ją … Ikea. Dlaczego Ikea? Dlatego, że brzmi to jak zbitka przypadkowych literek. 

https://www.instagram.com/p/BHoo1IRgqsN/?taken-by=szczepanradzki

Pewien młodzieniec, niezwykle przystojny, niezwykle elokwentny, ma powodzenie u płci przeciwnej, ciało Adonisa. Normalnie rewelacja. Wymyślił sobie ów młodzieniec, że kuchnia jego powinna przystawać do osobowości, którą posiada – zamówił więc ściągnięcie wymiarów ze ścian, wykonał płatny projekt, dobrał wszystko, co powinno zostać dobrane. 

I jest cudnie, nawet pomimo kilku dziwnych sytuacji i delikatnych braków w wyszkoleniu pracowników fikcyjnego sklepu. Dużego znaczenia nie miało nawet to, że połowa z nich nie wiedziała gdzie skierować młodzieńca w celu uregulowania rachunku, ale to także dało się przezwyciężyć zwykłym, prostym, wojskowym opierdolem. 

Rachunki uregulowane, czarodziejskie krasnoludki odpowiedzialne za montaż zamówione, wszystko gra i buczy. Montaż. Ściana dzieląca kuchnię z pokojem jest bardzo cienka, więc remont w tym właśnie pokoju jest wstrzymany do momentu, aż krasnoludki nie ogarną całości w kuchni. Wiecie, na wypadek jakby swoimi czarodziejskimi wiertłami zrobili dziurkę na wylot. Okazało się, że założenie było słuszne, bo montując blat kuchenny tak właśnie było – nic się jednak nie stało, zaklejono plastrem dziurę i po krzyku. Malowanie później. 

Bum. Po wszystkim. Krasnoludki zgłosiły nawet, że jeden z elementów, karuzela, na której trzeba się huśtać i składać garnki, jest uszkodzona, więc nie było zbyt dobrej zabawy. Ikea, nasz fikcyjny sklep, przyjmie zwrot, przyśle nowego krasnala, który zrobi co należy, aby było diamentowo. Pojechali.

Nagle jak grom z jasnego nieba okazuje się, że w mieszkaniu stoi jeszcze jedna paczka – paczka ze stołem. Młodzieniec w euforii posiadania nowej kuchni z lustrem, w którym może przeglądać się i zakochiwać co chwilę w odbiciu, spostrzegł się kilka minut za późno. Krasnoludki pojechały, ale … Ikea przyjmie reklamację, zamontuje stolik i będzie ok. 

Czyżby? Okazuje się bowiem, że cały ten pierdolnik, to wymysł jakiegoś Gargamela, albo innego przeżartego żółcią skurwiela, który za nic ma obsługę posprzedażową i poprawianie po swoich krasnalach. Uprzedzam fakty, ale ciąg zdarzeń był taki, że reklamacja została przyjęta bez problemu, po drugim telefonie kontakt jednak się urwał. Po 3 tygodniach próba kontaktu ze strony młodzieńca zakończyła się odesłaniem po kilku kolejnych dniach gołębia pocztowego z przeprosinami, za brak kontaktu. Nie ustosunkowano się jednak nijak do samej reklamacji. Ponowne wysłanie ptaka i ponowne przeprosiny. I echo, jak w pustym łbie – czyli wręcz tak, jak u Gargamela i jego przydupasów. Jedna wielka pustka. 

Wsiadł więc młodzieniec na koń i miotłę, udał się do siedliska jełopów z Ikeowa. Po walce stoczonej z obrzydliwymi potworami udało się ustalić datę dokończenia usługi. 

No i kolejne rozczarowanie, bo jak ufać komuś, kto zaufaniem ograniczonym bardzo obdarzony być powinien – zajechałem Yodą, co? Ufać nie da się mu. Ot co. 

Nie dość, że kolejny krasnolud, który po dokładniejszych oględzinach okazał się być niczym więcej jak zwykłym ogrem, nie wiedział nic o montażu stolika (i naprawie zniszczeń, które by wykonał wiercąc w ścianie – malowanie i klejenie), to jeszcze przyjechał bez karuzeli, na której miał się powozić. 

Pominę kwestię pięknych słów, które młodzieniec wyrażał w stronę pracowników siedzących na stołkach i odpowiedzialnych za niezałatwianie spraw istotnych dla innych, dla Ikei już nieważnych. Wiecie, korpodpierdolenie i bełkot płynących z kretyńskich regulaminów – pomimo tego, że ustawowo 14 dni było na ogarnięcie reklamacji. 

W tym samym czasie gargamelowo kontakotwało się z młodzieńcem poprzez portal KsiążkoTwarzy twierdząc, że reklamacja została odrzucona i elementy, których w paczkach brakowało, nie zostaną dosłane – szkoda tylko, że pewnie zastosowano jakieś czarodziejskie zaklęcie, chyba Ignorus lub ChujWDupesKlientos, aby zapomnieć o tych elementach, które także w zgłoszeniu były. 

Rozwiązanie sprawy? Chyba król prawnik będzie musiał z jełpstwem rozmawiać, skrócić któregoś krasnala o łeb i to przy samej dupie, a komuś wyżej zrobić jesień średniowiecza, bo właśnie tam ze swoją usługą znajduje się Ikea. Pomimo nawet tego, że kruk krzyczy z wieży jełopów – w celu zagwarantowania najwyższej jakości usług, rozmowy wasze są spisywane przez skrybę. A chuja, nikogo nie obchodzi co masz do powiedzenia, Gargamel miesza w garnku pieniędzy, krasnoludki robią robotę nikomu (z zewnątrz) niepotrzebną, bo nieefektywną, karuzela kręci się dalej, a klient, w tym wypadku młodzieniec, może opierdalać śniadanie na ziemi.

Who cares kto co robi dla lansu?

Czytam i nie wierzę.

Kliknijcie tutaj. Karolina Korwin-Piotrowska i jakaś druga – Dorota Wróblewska plują na Natalię Siwiec za to, że 1 sierpnia uczciła 71. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

Dlaczego? Bo Siwcowa zrobiła to w szortach, podobno z uśmiechem na twarzy i dla lansu.

Dobra, ja wiem, że to jest z Plotka, ale nie mogę uwierzyć w to, że dwie baby plują na trzecią babę, zarzucając jej próbę lansu na tym wydarzeniu historycznym.

Niech sobie każdy komentuje jak chce, ale ten podniosły ton okrzyczenia Siwcowej jest tak żenująco-komiczny, że wsadziłbym te dwie do ław sejmowych. Razem z całą resztą tych clownów mogłyby dawać niezły kabaret.

Nie chce mi się wierzyć w to, że kogokolwiek obchodzi przerzucanie się gównem tych panienek. Ale skoro już zacząłem pisać, to w krótkich słowach – nikogo.

No dobra, kilka portali, internautów, którzy całe szczęście są coraz bardziej świadomi i zjechali obie atakujące za kretyńskie komentarze. Dla mnie nie ma to wielkiego znaczenia, bo jeśli Siwcową obrzucamy oskarżeniami, że zrobiła to zdjęcie na swoim Insta dla lansu, to w ten sam sposób możemy powiedzieć to o kibicach piłkarskich, koszykarzach kadry narodowej i przede wszystkim mojej ostatnio ukochanej grupie społecznej – politykach. Z nielicznymi, bardzo małymi wyjątkami.

Tak, to tym panom w tym momencie najbardziej zależy na popularności i uderzaniu w środowiska głosujące i wierne.

Stay positive they say… ale jak, jak motywacja zero?

No i co z tą motywacją? Zupełnie nic. Jest lepiej, ale nie jest to poziom ciśnienia, które powinienem czuć podczas wstawania rano i chęci do zrobienia czegoś ze sobą. Tego pragnienia, które czują piranie w momencie gdy kilometry od nich w wodzie znajdzie się jedna kropla krwi. W tym przypadku mowa o kropli potu.

Nic z tych rzeczy. Jedzenie ciągle lepiej, ciągle na plus, a niedługo wejdę na inny poziom. Ale ćwiczenia? No niestety, musi w grę wejść trener personalny, albo telewizor z odpalonym na nim Tony Hortonem i trzydziestominutowym, nowym P90X.

Wga? Wacha się w obszarach 90,6-91,8, choć czasami zaświeci się 93. Chyba trzymam wodę jak wielbłąd, bo absolutnie się nie objadam.

Stay positive they say.

Rzeczy zbędnych należy się pozbyć – czyli o ZUSie i ludziach

W moim życiu i pracy nie potrzeba rzeczy zbędnych. Jedynymi zbędnymi są te, które dają mi radość, zadowolenie, chwile oddechu czyli najzwyczajniej w świecie trochę szczęścia – idąc tym tropem, nie są one zbędne.

Co jest mi zbędne? Na przykład ZUS. Urząd, który chce ode mnie tysiąc złotych miesięcznie za to, że po prostu jest. Nie, niech mi nikt nie wciska kitu, że ta instytucja jest mi w jakikolwiek sposób w stanie pomóc w potrzebie. Nie będę miał emerytury, to nie wchodzi w grę.

Tysiak miesięcznie wyrzucany w błoto. A mógłby iść np. na moje konto emerytalne. Ale MOJE. I co? Mam 35 lat do emerytury, której i tak nie będę miał. Odpowiedzi na trudne pytania są proste, albo musimy rozłożyć równanie na części pierwsze, bez ideologicznego pierdolenia na prawo i lewo, które wciska nam system w jakim żyjemy.

1000 złotych miesięcznie pomnożone przez 12 miesięcy to 12 tysięcy złotych. Przez 35 lat uzbiera się w MOJEJ szufladzie 420 tysięcy złotych. Będę miał wtedy 67 lat. Ile pożyję? 12-15 lat? Przy tej drugiej opcji wychodzi 2333 złote miesięcznie. Może nie są to wielkie pieniądze, ale na pewno większe niż da mi to państwo.

A pamiętajmy jeszcze o tym, że w momencie kiedy pieniążki zainwstujemy, nawet bezpiecznie, nasza ‘emerytura’ się zwiększa.

Innym bezdennie głupim pomysłem jest zatrudnianie lub współpracowanie z ludźmi, którzy jak się z perspektywy czasu okazuje, są dla nas balastem. Moja praca, tak jak i środowisko, w którym się obracam, nauczyła i nauczyło mnie, że praca nie jest związana z bezmyślnym przepisywaniem, wklepywaniem cyferek w rubryki, a z rozwiązywaniem problemu.

Chodzenie po ścieżkach schematu jest bezwartościowe. Co mi z księgowości, która wklepie moje faktury w system, wyśle do US i załatwi PIT, ale nie rozwiąże moich problemów? Nic. W pewnym momencie sam poświęcę 3h miesięcznie na to, żeby sprawę załatwić, bo po prostu się tego nauczę i zapłacę tylko kiedy bedę potrzebował porady w sprawie kłopotliwej i wymagającej znania przepisów.

Prawnika zatrudniam po to, żeby rozwiązał mój problem. Facet musi znać się na prawie, ale szukać możliwości. Firmę od PR czy marketingu po to, aby załatwiła sprawy, na które nie mam czasu, wskazała kierunki, zaproponowała rozwiązania pasujące do mojego biznesu.

Mechanika zatrudniam nie po to, żeby stukał młotkiem, ale wiedział jak stukać i znalazł przyczynę usterki.

Nie potrzebuję ludzi i instytucji, którzy tracą mój czas i pieniądze. Nie potrzebuję kogoś, kto mówi mi – takie mamy przepisy. W moim życiu i pracy sprawa jest prosta: potrzebuję XXX YYY ZZZ.

Jak ma to być załatwione? Kogo to obchodzi? Ma być załatwione.

EDIT:

Dużej wielkości waga

Na przestrzeni lat moja waga jest jak gospodarka w Polsce – nie w kompletnej dupie, ale momentami można zaobserwować poprawę, radość i wszystkie inne oznaki życia.

A potem jest powolny, ale sukcesywny spadek – choć w zasadzie w moim przypadku wzrost. Nagle kraj, jego politycy, budzą się i mówią: trzeba coś poprawić, bo wiecie – by żyło się lepiej (tylko komu?).

I są plany. Myślenie – zrobimy to, zrobimy tamto, zreformujemy jedno, drugie, trzecie, wprowadzimy ulgi. I myślę i planuję i ja – zmienię dietę, wyłączę to i to z jedzenia, będę spożywał 4-5 posiłków dziennie, odstawię tłuszcze, dodam do mojego cyklu dnia ćwiczenia. No wiecie – by żyło się lepiej (tu wiemy komu – mi).

I co? I gówno. Aż sytuacja jest tragiczna. Mnie bolą nogi od wagi, a ciężaru gatunkowego nie wytrzymały nogi w Polsce i pojechały do UK, Norwegii, Australii, Hiszpanii etc.

Wziąłem się. Powiedzmy. Robię dietę, za cholerę nie chce mi się biegać, a jak pójdę, to jęczę, że już się zmęczyłem. Głowa ciągle myśli, że ciało jest w formie i nie pozwala zwolnić, zmniejszyć odległości. Polazłem na deskę (longboard) rozwaliłem achillesa. Szlag by trafił. Jem zdrowiej, ale oszukuję sam siebie, bo podjadam. Niby jest lepiej, ale w ogólnej perspektywie mało się zmieniło.

Brak sił i energii. Jak w Polsce – nawet po wyborach. Chuja się zmieni.

Jak jakiś trener personalny jest zainteresowany współpracą ze mną, to zapraszam, może on (ona?) zmotywuje mnie do 2-3 treningów tygodniowo, a w dłuższej perspektywie i 5.

Moje ciało jest jak nasz kraj. Jest, istnieje, ma potencjał i możliwości, ale jest zaniedbane i olane. Ono przeze mnie, Polska przez polityków.

 

Sin City Saints – taki żart z HolyłUdu

SinCitySaints

Nie wiem co to miało być. Naprawdę. Po raz pierwszy usłyszałem o tym nowym serialu podczas jakiegoś programu NBA – chyba był to Open Court, a jednym z gości był Rick Fox.

Fox jest jedną z postaci w Sin City Saints. Serial opowiada o milionerze, bogaczu, tryliarderze, który kupił sobie drużynę NBA. No nie do końca kupił, bo ligę poszerzono i wsadzono do niej zespół z Las Vegas. Czyli jest to odnoga nieudanego projektu (albo będącego w trakcie) wprowadzenia w Las Vegas – siedlisku seksu, hazardu i różnego rodzaju używek, zespołu NBA.

Milioner przypomina z wyglądu hipstera, nie wiem czemu skojarzył mi się z Markiem Zuckenbergiem, skoro aktor miliarder ma brodę, gość od Facebooka nie ma. Nie ma to jednak znaczenia. W zachowaniach i ubiorze jest chyba wzorowany na innym Marku, bo tu przypomina Marca Cubana z Dallas Mavericks. Gada co chce, do kogo chce, jak chce i nie jest posłuszny.

Będzie spojler, ale nie ma to znaczenia, bo serial już w przy pierwszym odcinku jest tak beznadziejny, że ja do trzeciego epizodu raczej nie siądę (bo drugi jeszcze z grzeczności zobaczę), a nikomu nie polecam straty 23 minut na ten gniot i badziew.

Historia pierwszego odcinka krąży wokół kontuzji największej gwiazdy zespołu. Kontuzji, której gracz doznał w kuriozalny sposób, bo został potrącony przez PapaMobile (serio), na parkiecie (serio), podczas prezentacji (serio), po tym jak siedząc w środku zrobił rundkę po placu gry, a za kierownicą siedziała maskotka klubu, za którą przebrał się wspominany właściciel.

4bf45e58f76bcbe2996a4d084d5d1b447a96f966

Sceny w serialu wyglądają jak kręcone przez reżysera amatorskich filmów porno, scenografie są jakby narysowane ołówkiem, kostiumy (choćby koszulki zawodników) wyciągnięte z serialu z lat 80-tych, albo tego filmu o baskecie z Willem Ferrellem. Tamto, choć było słabe, miało zalążek fabuły, tutaj widzę pougniatane wątki, mające kręcić się wokół tego jednego, już wspomnianego. Dla hard-fanów NBA będzie momentami ciekawie, bo są odwołania do Michaela Jordana, kilku sytuacji z ligi. Ale nic poza tym, badziew i badziew.

Ah, Rick Fox. Jest. Tylko nie wiem po co. Wypowiada jakieś dwa zdania, kompletnie sztucznie, bez polotu, jakby był na słabym szkoleniu dla aktorów. Fox jest przystojny – i jestem w stanie powiedzieć to nawet ja (facet) – ale pomimo tego, że w serialach już grał i jak dobrze pamiętam spisywał się nieźle, tutaj wypadł nie tyle blado, co … jak Tyron Lue wpadający pod nogi Allena Iversona.

Dramat.

Producentem serialu jest Yahoo! i rozumiem, że gigant internetowy chce jeść swój kawałek tortu w kategorii seriale, może chce gryźć coś co już je Netflix, ale zamiast wyprodukować swoje dobre ciasteczko, przyszedł na imprezę z zakalcem i do tego takim, który upiekł z kupy gówna.

Jaki był dla Was piątek 13? Ja się ubawiłem.

IdiotDriver

Piątek trzynastego był u mnie rewelacyjny – ale dwanaście poprzednich dni dało temat do trochę emocjonalnego wpisu, który ogólnie popełniam nie z wkurwieniem, ale niedowierzaniem, że to naprawdę się dzieje.

Po raz pierwszy w życiu widziałem jak jakiś idiota wjechał na rondo pod prąd. Piszę idiota, żeby nie być posądzonym o to, że uważam kobiety za gorszych kierowców, ale akurat to co wjechało na rondzie pod prąd, właśnie było kobietą.

Bezosobowość w ostatnim zdaniu jest celowa.

IdiotDriver

I po tym zdarzeniu, które było dla mnie komiczne, dla pani za kierownicą może mniej, w głowie urodziła mi się szybka retrospekcja, a jej wynikiem jest pytanie – czy pozwolenie na prowadzenie pojazdów zmotoryzowanych rozdaje się w warzywniaku, zachowania w miejscu publicznym uczy w dżungli, a obsługi klienta w szkole szyku i gracji ?

Mój kolega Maciek twierdzi, że tak, a w jednym z nich nawet specjalnie wykręcają ludziom żarówki z kierunkowskazów i wyrywają dźwigienki z kolumny kierownicy. gcg0iw

Ja uważam, że niektórym pozabierano też kierownice, bieg wsteczny i przede wszystkim mózgi. Od początku marca jestem codziennie świadkiem kretyńskiego zachowania kierowców od siedmiu boleści. A to stoi idiota i blokuje wjazd i wyjazd wszystkim, bo rozmawia przez telefon, a to nie umie cofnąć 30 centymetrów, a to znowu nie umie cofnąć, choć widzi jak czarno na białym, że jeśli on nie ruszy z miejsca, to nie ruszy nikt. Oczywiście z przeświadczeniem – chcę wjechać tam gdzie stoi osiem aut, ale zastawiam jedyny wyjazd, więc dlaczego do cholery nie mogę wjechać, niech oni pojadą. Na parkingu natomiast jak chcesz wyjechać, a oni – ci kosmici za kierownicą – podjadą tak blisko, że ewentualnie możesz sobie palcem w nosie podłubać, bo wykonanie innego ruchu graniczy z cudem.

db8de268708d3d67772a762d58f68076

W kraju pełnym idiotów, którzy wydrukowali sobie uprawnienia do kierowania samochodem i nie mającym choćby namiastki zdolności logicznego myślenia za kierownicą, trzymanie się w ryzach w samochodzie jest jak wygranie w totolotka. Ktoś powie, że mam wybuchowy charakter – mam – ale nawet moi mega spokojni koledzy nie dają rady kiedy widzą akrobacje popełniane na drogach i parkingach.

I nie – to nie jest road rage.

1343395401263_9725535

Podobna sytuacja ma miejsce w zatłoczonej galerii handlowej, albo na – nazwijmy to – szlaku komunikacyjnym w środku miasta. Jeden z drugim nic sobie nie robi z tego, że wokół niego jest 5 tysięcy innych ludzi i stanie w miejscu, które zostało jedynym wolnym do przejścia, zastawi je swoim obleśnym cielskiem i uskutecznia jakieś pierdolenie o tym jaki papier toaletowy kupić ze swoją równie debilną żoną. Tak, naprawdę ja spotykam się z takimi sytuacjami codziennie po kilka razy w różnych miejscach. Albo stanie z boku, ale na środku zostawi wózek z dzieckiem/zakupami – tak jak te mądre mamy, które wprowadzają wózek z dzieckiem na ulicę i patrzą same z chodnika, czy nic nie jedzie.

Pamiętajcie – najważniejsze jest to, żeby Wam było wygodnie. Generalnie nie liczy się nikt inny, stań sobie gdzie chcesz, zrób co chcesz i jak chcesz, najlepiej z ogromną ignorancją do otaczającego cię świata.

Albo np. siedząc w kawiarni w 2015 roku, czuję się jakbym cofnął się do lat 80-tych. Te, mimo tego, że już żyłem, znam z opowieści jeśli chodzi o zachowania w szeroko pojętych barach czy też kawiarniach. W ostatnich dniach najpierw obsługa się do mnie darła przez pomieszczenie długości 30-40 metrów, a innym razem praktycznie kazano mi sprzątać – bo gdy chciałem odstawić na ladę niepozbieranie brudne filiżanki po poprzednim kliencie usłyszałem – to trzeba zostawić z drugiej strony.

Serio miałem ochotę pierdolnąć całą zastawą o ziemię.

I na zakończenie.

im-not-saying-lets-kill-all-the-stupid-people

Czy Apple zabiło iPada? Dla mnie tak – Kindle rox

kindle-2014-product-photos03

Na samym początku napiszę Wam o co chodzi, a potem wyjaśnię dlaczego tak jest.

Kupiłem sobie Amazon Kindle Touch 7 i po pierwszych dwudziestu minutach uznałem, że iPad jest w moim domu urządzeniem kompletnie zbędnym. Choć jeszcze zastanawiam się nad pewnym rozwiązaniem jego użyteczności.

iPad od dłuższego czasu służył mi już tylko jako czytnik i niezwykle drogi punkt dostępowy do internetu – router LTE to koszt 600 złotych, iPad kosztuje ponad 2 tysiące. Trzeba mieć wyobraźnię, żeby bawić się w ten sposób.

iPad jest rewelacyjny w podróży, kiedy nie chcemy brać ze sobą komputera i wiemy, że nie będziemy musieli pracować. Wrzucasz kilka filmów, seriali, można do plecaka dorzucić klawiaturę bluetooth, gdyby przyszła nam ochota wrzucenia wpisu na bloga, lub odpisania na dłuższego maila. Wiem, przetestowałem i w takiej konfiguracji jest ok.

Nie rozumiem jednak, jak można na tym sprzęcie pracować. Czytam teksty kilku osób i nie jestem w stanie tego pojąć. Moja robota jest bardzo podobna do ich pracy, ale nie jestem w stanie przestawić się w taki sposób, choćby dlatego, że potrzebuję do pisania dwóch okien. Jeśli nie są to np. statystyki z meczu, które są dla mnie istotne (i tu już mamy kwestię przełączania się co chwilę), to np. notatki. iPad nie jest dla nie wygodny pod tym względem, bo multitasking to żart.

Apple przyzwyczaiło mnie do pracowania w trybie okienkowym na Mac OS X, a w iOS zabrało tę możliwość wrzucając wszystko w tryb pełnoekranowy (ok rozumiem, specyfika systemu, nie narzekam tylko stwierdzam fakt). Pisanie na iPadzie też wiąże się z tym, że musimy mieć fizyczną klawiaturę dopiętą do urządzenia, jeśli ktoś twierdzi, że pisze na klawiaturze ekranowej dłuższe teksty i mówi to z uśmiechem na ustach, nigdy, ale to nigdy w nic mu nie wierzcie. Jest albo najlepszym kłamcą świata, albo powinien brać mocne pigułki i z uśmiechem na ustach latać po korytarzach gdzie pokoje nie mają klamek w kozackiej bluzie wiązanej z tyłu.

Sorry Apple – chcę możliwości ustawienia przynajmniej dwóch okien na ekranie. Może być tylko w największym modelu iPada. Nie wiem jak to rozwiążecie, don’t care.

Co więc robiłem na iPadzie? Generalnie latałem na nim -po necie, robiłem wieczorne prasówki i wrzucałem do Pocketa artykuły, które mogły przydać się dalszej pracy. Magayny, które zakupiłem w Newsstand kartkowałem – a możę słajpowałem? To moja wina, bo cały czas nie umiem przesiąść się w stu procentach na czytanie na tablecie, a ogólnie jest to rozwiązanie na pewno wygodniejsze niż noszenie ze sobą tony papieru.

Zrezygonwałem całkowicie z czytania na nim książek, bo po półrocznej próbie, miałem ochotę rzucić sprzętem o ścianę, następnie go poskładać i rozstrzaskać jeszcze raz. Nie i jeszcze raz nie. Ten świecący ekran psuje zabawę i przyjemność z czytania, męczy niewiarygodnie, a w słońcu po prostu gówno na nim widać.

Do tego podczas czytania jest urządzeniem tak inwazyjnym i irytującym, jak bzycząca w nocy mucha lub komar, latające koło ucha. Mam powyłączane spokojnie 90 procent powiadomień, a i tak ciągle coś gdzieś przychodzi. I nie, nie jest to kwestia nieumiejętności ustawienia sprzętu. Sam z siebie też przełączam się pomiędzy aplikacjami jak kretyn, żeby sprawdzić maila. Takie uzależnienie.

Ale moment. Od chwili kiedy kupiłem iPhone 6, iPad Mini nawet wieczorami kiedy chcę poskrolować net lub poprzeglądać jeden czy drugi magazyn lub odpalić YouTube, leży i błaga, abym go dotknął i posmyrał. Tak, moment wprowadzenia do sprzedaży iPhone 6 był dla mnie toporem, który spadł na tablety z Cupertino.

Uważam też, że ludzie podróżujący bardzo dużo i używający iPada oraz iPhone’a w trasie, wybiorą iPhone 6 Plus i zamiast wozić ze sobą dwa urządzenia, będą mieli jedno. Ja bym tak zrobił. Nie tyczy się to jednak tych, którym iPad zastąpił komputer. U mnie nie jest w stanie, może z lenistwa i braku chęci do tego typu przesiadki, ale mi jest po prostu niewygodnie kiedy mam ciąć zdjęcia na bloga, wybierać je, wrzucać, etc z poziomu aplikacji w jakiś dziwny sposób i do tego bez drag’n’drop. Poza tym kocham Alt+Tab.

iPhone 6 + iPad Air to dla mnie rozwiązanie perfekcyjne, choć nie powiem, zajmuje momentami za dużo miejsca.

Chwila, moment. Miało być coś o Kindlu. No i jest, bo skoro iPad Mini stał się szalenie drogim routerem i czytnikiem, na którym nie czytam, to poszedłem w końcu do sklepu i wyciągając śmieszne pieniądze, kupiłem Amazon Kindle Touch 7. Wrzucam jedną, drugą książkę, wkładam sprzęt do kieszeni, jest niewiarygodnie lekki, siadam w knajpie, albo w domu na kanapie i czytam i nic mnie nie rozprasza. Książkę zjadam strona po stronie jak gdybym wpieprzał czekoladę na wyścigi. Tak, właśnie o to mi chodziło.

Czekam na to, co wymyśli Apple w najbliższym czasie.

Piotr Kraśko na treningu Futbolu Amerykańskiego?

Mike Tolbert

Ale na raty piszę ten tekst. Miał się ukazać już wczoraj. W tym czasie pojawił się m.in. ten wpis.

Piotr Kraśko zaskarbił sobie wczoraj nienawiść większości sympatyków futbolu amerykanskiego w Polsce.

Nie będę wklejał materiału z wiadomości, bo mój blog, który odwiedzają miliony, nie będzie robił ruchu jakiejś stacji, której mądrala napisał to, co za chwilę przeczytacie, a drugi z uśmiechem na ustach przeczytał.

Kraśko po ośmiosekundowym materiale o SuperBowl, rzekł (parafrazuję)

– To teraz przejdźmy do sportu dla prawdziwych mężczyzn, gdzie nie ma chowania się za ochraniaczami.

Warsaw Sharks już zaproponowali prezenterowi, aby pojawił się na treningu i sam sprawdził jak bawią się nieprawdziwi mężczyźni. Na swój trening zaprosiły go także Warsaw Sirens. Kraśko źle trafił, bo uderzył w środowisko, które absolutnie nie boi się wyzwań. Na zaproszeniach na FB się nie skończyło, zostały też wysłane oficjalne listy, aby mieć pewność, że prezenter otrzyma korespondencję.

Powodzenia Piotrze. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia, o ile masz na  tyle odwagi, aby sprostać wyzwaniu. Bo co będzie? Śmierć, pogrzeb, żałoba w telewizji.

Zresztą polecam ostatni akapit z krótkiego wywiadu z Jędrzejem Steszewskim, prezesem PLFA w Rzeczpospolitej.

To kontuzjogenny sport?

Wszystko zależy od poziomu wytrenowania i przygotowania fizycznego. Inna sprawa, że gdyby nie było ochraniaczy i kasków, to na boisku padałyby trupy. Na początku ubiegłego wieku w USA futbol miał być zakazany, bo na boisku były wypadki śmiertelne. Od tamtej pory pojawiły się ochraniacze.

Oh tak, tekst miał być żartem – chujowym – bo prezenter TVP (i edytor) chciał płynnie przejść do sukcesu piłkarzy ręcznych.

Super. Cieszę się ze zwycięstwa ręcznych i zdobycia brązu, akurat z tych niszowych sportów (o tym dalej za chwilę), ten lubię najbardziej. Grają w niego twardziele, faceci maszyny, mają charaktery podobne do tych, które charakteryzują np. nowojorczyków, czy w ogóle mieszkańców wschodniego wybrzeża USA. Ale do cholery jasnej, ten mecz dla nieprawdziwych mężczyzn oglądało 115 milionów ludzi.

Ja wiem, że żyjemy w kraju, w którym dominantem są siatkówka, żużel, skoki narciarskie i piłka ręczna. Doceniam sukcesy wszystkich wyżej wymienionych. Doceniam, szanuję, toleruję i rozumiem dlaczego to te sporty są najpopularniejsze w tym kraju – bo odnoszą sukces. Tak byłoby też wszędzie indziej. Nie wpadłem i raczej nie wpadnę w XXX-manię. Po prostu nie przepadam za tymi dyscyplinami sportu.

I wybaczcie, powtarzam to dość często na głos, ale jeśli chodzi o aspekt globalny, to najpopularniejsze dyscypliny sportu w Polsce (piłka nożna jest poza nawiasem), to sporty niszowe. W dziesiątce od jakiegoś czasu znajduje się siatkówka, ale w mojej opinii głównie dzięki jej plażowej odmianie. Do tego żaden z zespołów w topie najbardziej wartościowych drużyn świata według magazynu Forbes  nie znalazł się tam dzięki sekcji siatkarskiej.

A do tego, cholera – skoki narciarskie czy żużel?

Dobra, nie będę przeciągał. Każdemu z wymienionych sportów można przyczepić coś, co powoduje, że będzie on wyglądał żałośnie. Każdy ma jednak swojego odbiorcę, a w Polsce do wielu z nich podchodzi się z pogardą, m.in. przez takie zachowania jak Piotra Kraśko. Lud potem powtarza jedną głupotę za drugą.

 

Gdyby nie spóźniony tramwaj, nie byłoby tego wpisu

San-Francisco-Tramline_www.FullHDWpp.com_

Podstawowa zasada biegania w zimie? Ubierasz się tak, jakby było mniej o siedem stopni, bo organizm się rozegrzewa, a nie powinien się ugotować. To jedna, druga o której mówi się niezbyt często mówi o tym, że zaczynamy biegać i kończymy pod domem, aby nie zmarznąć.

No to tą drugą dziś mocno złamałem. Myślę, że mogłoby to mnie kosztować nawet zapalenie płuc. Generalnie nawet w lecie biegam tak, żeby raczej mieć bliżej do domu niż dalej, jest to chyba zrozumiałe.

Dziś rozpoczęły się moje treningi z elektronicznym trenerem Nike+ (nie bawiłem się tym wcześniej, a mam ochotę sprawdzić co da sugerowane przygotowanie). No i na pierwszy rzut, zamiast spokojnie zrobić pół trasy w jedną stronę i wracać połówkę w stronę domu, postanowiłem zrobić całość w jedną – tak zwaną – mańkę.

Dlaczego? A bo na jej końcu jest przecież sto metrów do przystanku tramwajowego, to sobie wrócę.

Ogólnie ubieram się ostatnio trochę cieplej, bo nie wiem czemu w tym sezonie wybitnie marznę i nawet przy +5, wkładałem warstw, które rok temu spokojnie wystarczały mi na -3, może nawet na -5 stopni. Dlatego też miałem na sobie bluzę Nike opartą na shieldzie, bieliznę termoaktywną i dodatkowo kurtkę, Nike Element Shield którą kupiłem kilka godzin wcześniej. Promocja tysiąc, bo zapłaciłem 419 złotych zamiast 729 (a widziałem, że w niektórych miejsach trzeba było wyciągnać z portfela nawet 800 złotówek).

Strzeliłem kawę i poszedłem w tango, które jest się w stanie zatańczyć samodzielnie.

Już od początku byłem mile zaskoczony – nie było zimno, wiaterek nie dawał się we znaki – super. Skończyłem trasę – sam bieg nie ma znaczenia w tej opowieści – i delikatnie truchtając doczłapałem się do przystanku przy Stadionie Wrocław.

Btw – przy obecnej formie nie dałbym rady wrócić biegiem do domu. To tak dla ciekawskich i prychających z pogardą.

Odwołali jeden tramwaj. Nic to, za trzy minuty jest następny, porozciągam się przy okazji. Kolejny. I kolejny. Wdałem się w dyskusję z jakimś panem, pogadaliśmy, w tym czasie nie przyjechały kolejne 4 tramwaje. W sumie stoję już 23 minuty, no chyba ktoś upadł na głowę. Po drugiej stronie obiektu jest inny przystanek, 600 metrów w stronę domu inny, z którego jadą inne tramwaje. Dobra, idę, bo ostygłem i czuję, że zaczyna robić mi się chłodno.

Tak, dopiero po 23 minutach stania w temperaturze zera stopni, totalnie spocony i zgrzany, zaczęło mi się robić chłodno. Pomyślałem – działa cholerstwo.

Ale, żeby nie było nudno, to historia ma swoją puentę. Ruszyłem i … 20 sekund po tym podjechał pierwszy tramwaj. Jako, że robiłem spokojny truchcik, nie było szans, żebym na niego zdążył. Kolejne kilka sekund podjechał kolejny.

Całe szczęście, że nikt nie nagrał mojej kwiecistej i jakże zaawansowanej łaciny, ale uwierzcie mi, słownik wyrazów brzydkich wzbogaciłby się o sporo pozycji, a ja gdyby ktoś to słyszał, o kilka pozwów o zniesławienie prezesów, motorniczych, prezydentów i innych urzędników.

Dobrze, że Nike nie zawiodło.